Maria Seweryn: Od początku

fot. BewPhoto

Aktorka poszukująca. Przez sześć ostatnich lat wspólnie z mamą Krystyną Jandą prowadziła założony przez nią Och-Teatr, a przez 12 lat związana była z teatrem Polonia. Ostatni rok zmienił w jej życiu wszystko.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 07/2017)

Kiedy zadzwoniłeś, proponując rozmowę, nie byłam pewna…

Dlaczego?

Jestem na życiowym i zawodowym zakręcie, nie po raz pierwszy. Mój syn ma już rok, więc czas, abym powoli zaczęła wychodzić z domu. Zastanawiałam się, do kogo zadzwonić, aby powiedzieć: „Jestem gotowa do pracy”. Pomyślałam o Maćku Kowalewskim, bo grałam w jego sztukach. Szykowałam się do rozmowy, takiej po latach. Obydwoje wyszliśmy z niezależnego teatru, Maciej został dyrektorem teatru Na Woli, ja prowadziłam Och-Teatr. Maciek nie jest już dyrektorem i ja nie jestem już w Ochu… Wyprzedził mnie, proponując rolę w spektaklu „Casa Valentina” Harveya Fiersteina w fantastycznej obsadzie, i do tego w… Och-Teatrze. Z Rafałem Mohrem zagramy parę gospodarzy małego hotelu, w którym w latach 60. heteroseksualni mężczyźni przebierali się za kobiety. Jestem szczęśliwa, że znowu będę pracować z Maciejem, z Rafałem…

Czym jest ten zakręt, o którym mówisz?

Gdyby to nie była sytuacja rodzinna, pewnie nie musiałabym się z tego tłumaczyć. Jestem w dosyć trudnym momencie. Mało ludzi jest wokół mnie. Muszę otworzyć się na coś nowego. W jakimś sensie wrócić do siebie samej albo raczej spotkać siebie starszą. Chciałabym mniej od siebie wymagać, być dla siebie łagodniejsza. W Och-Teatrze pracowałam po 12 godzin dziennie, byłam świetnym wykonawcą wszystkich pomysłów, świetnym pracownikiem… Spektakl był częścią dnia. Dopiero grając, odpoczywałam. Wszyscy byli zadowoleni, wszystko tam działało. Och-Teatr jest fantastycznym miejscem, pięknym, to też moja zasługa. Ale widać mam taką tendencję, że jak już jest dobrze, jak idę po prostej i nie muszę się martwić, to podkładam pod tym bombę.

Pytanie, czy podłożyłaś bombę.

No, podłożyłam.

Kiedy byłam zdenerwowana albo miałam zbyt dużo pracy, to pieliłam w ogródku Och-Teatru. Boże, jak kochałam ten ogród. Mogę ci opowiedzieć o każdym krzaku. Zamiast wyrywać chwasty, musiałam to wszystko zostawić, a to jakby dziecko zostawić. Kocham Och-Teatr. Gdybym nagle tam weszła, to wszystko o nim wiem. Przechodzę ulicą, patrzę:
„O, robią to, czego nie zdążyłam – układają kostkę przed wejściem, z prawej strony”. Lubiłam remonty.

To jest twój teatr?

To bardzo trudne pytanie. Nie wiem… Wrócę do grania tam. Czy inaczej? Na razie myślę, że nie. Dałam temu dziecku, ile mogłam, i dalej już może zostać samo. Może dobrze, że tak się dzieje? Czasami lepiej wyskoczyć z jadącego pociągu. Przecież są inne kierunki. Więc układam sobie życie. Zadzwoniłam do Krzysztofa Pluskoty, dyrektora Teatru Stu w Krakowie. Powiedziałam: „Słuchaj, jestem wolna”. Mówi: „Żartujesz?”. Zaproponował mi rolę Dobrójskiej w „Ślubach panieńskich” Fredry. Czytam tę Dobrójską i myślę: „Za chuda jestem”. Napisane jest, że ona nie nadąża za innymi, ma zadyszkę. Będę musiała coś wymyślić, żeby zagrać ociężałą.

To odwaga zadzwonić do dyrektora teatru i powiedzieć: „Jestem wolna”?

Moim zdaniem tak. Ale uczę aktorstwa i widzę w młodym pokoleniu różnicę. Jest gotowe. Dla mnie nie do pomyślenia byłoby polecieć do Londynu, Berlina, zapukać do drzwi wszystkich agencji, mówiąc: „Jestem, angażujcie mnie”. A moi młodsi koledzy tak robią. I są skuteczni. Grają za granicą. Chcą zaistnieć. Dla młodszego pokolenia to normalne.

Kiedykolwiek myślałaś: „Chcę zaistnieć”?

Nie. Kiedy słyszę, że ktoś chce być popularny albo sławny, to kompletnie tego nie rozumiem. Rozumiem, że chce mieć nazwisko. Tyle że ja mam nazwisko. Ale jest i druga strona, nazwisko Seweryn zobowiązuje. Więc wracam do pracy, choć to wyzwanie jeździć z małym dzieckiem do Krakowa na próby, na spektakle…

Przed laty miałaś małe dziecko i jeździłaś do Bielska-Białej…

Do Szczecina, do Gdyni… Byłam młodsza. Ale mam dużo siły, coraz więcej, zwłaszcza jak zaczynam coś robić. Jestem jak samochody hybrydowe, napędzam się sama energią. Wierzę, że to nowe poszukiwanie sprawi mi radość, doda energii, a nawet mnie odmłodzi. I że będę miała na to siłę, bo syn jest mały.

Wyobrażałaś sobie, że zostaniesz bez teatru?

Bez wszystkiego. Nie. Ale mam potrzebę poradzenia sobie z tym. Robię to małymi krokami. I mam nadzieję, że jestem postrzegana jako otwarta, poszukująca aktorka, bo znam świat poszukiwań, teatr ryzyka.

Kiedy zaczynałaś pracę w zawodzie, związałaś się z teatrem niezależnym, brutalistami. To był twój wybór?

Nieuczciwie byłoby mówić, że z buntu odmówiłam teatrowi tradycyjnemu i poszłam do „piwnic”. Niewiele osób z tzw. mainstreamu było zainteresowanych pracą ze mną. Po szkole teatralnej poszłam do paru dyrektorów i nie dostałam możliwości.

Byłaś rozczarowana?

Byłam przestraszona, bo urodziłam już pierwsze dziecko, Lenę. Całemu mojemu życiu towarzyszy macierzyństwo. Lena ma 19 lat, wchodziła ze mną w zawód. Cokolwiek się dzieje, dzieci biegają między moimi nogami. Więc odpowiadając na twoje pytanie, nie wiedziałam, czy w ogóle mam szansę, żeby być w zawodzie. Pamiętam, że przez pierwszych dziewięć miesięcy po skończeniu szkoły teatralnej nie dostawałam żadnych propozycji poza Teatrem Polskiego Radia. Do końca życia będę za to wdzięczna. Nagrywałam słuchowiska, czasami wpadałam na dwa, trzy zdania, spotykałam wspaniałych aktorów. W końcu Krzysztof Rudziński zaangażował mnie do Teatru Powszechnego. Na końcu dodał: „I naprawdę nie dlatego, że jesteś córką Krystyny Jandy”. Pomyślałam: „Skoro pan tak mówi, to chyba nie do końca tak jest”. Nie czułam się tam najlepiej. Czułam presję. Na szczęście, przez mojego przyjaciela Rafała Mohra, odezwali się Paweł Łysak z Pawłem Wodzińskim i powiedzieli, że robią sztukę „Shopping and Fucking” Marka Ravenhilla.

Nie grano u nas brutalistów. Byłaś gotowa?

No, widać byłam. Skończyłam francuską szkołę, która dała mi poczucie wolności, dlatego nie postrzegałam tekstu jako aż tak szokującego, skandalicznego, jakim okazał się tu w Warszawie.

Pamiętasz reakcje widzów?

Ludzie nie spodziewali się tego, co zobaczą. W pierwszych dziesięciu minutach było wymiotowanie na scenie, zresztą wszystko najgorsze, co można sobie wyobrazić u brutalistów w naturalistycznej reżyserii Łysaka. Część widzów wychodziła. Któregoś razu wbiegałam z widowni i jakiś facet zaczął strasznie na mnie krzyczeć, powtarzał, że gramy gówno. Ktoś mnie rozpoznał, kiedy stałam na pasach, i krzyczał na mnie przez otwarte okno samochodu. Markowi Żerańskiemu, który z nami grał, szkoła teatralna postawiła ultimatum, przestanie albo zostanie wyrzucony ze szkoły. Musieliśmy zrobić zastępstwo. Arek Janiczek powiedział, że w Łodzi jest zdolny chłopak. Zobaczyliśmy go w przedstawieniu dyplomowym i oszaleliśmy. To był Tomek Tyndyk. Od razu go ściągnęliśmy. Łysak ściągnął też Roberta Więckiewicza z Teatru Polskiego w Poznaniu, gdzie podobno grał z gitarą „Ballady i romanse”. To magiczna historia.

Bo zmieniła wasze życie?

Zmieniła nas wszystkich. Jeden z moich profesorów przyszedł na spektakl i powiedział poruszony, że zmusiliśmy go, aby przez godzinę obcował ze światem, do którego nie ma dostępu i gdzie nie chciałby wejść. A dzięki temu dużo się dowiedział. Pamiętam, że pewna aktorka starszego pokolenia powiedziała dla miesięcznika
„Teatr”, że rodzice powinni mi zwrócić uwagę, w czym biorę udział, a ja powinnam się zastanowić nad wyborami, jakich dokonuję. Bardzo to przeżyłam. Po
15 latach podeszła do mnie i przeprosiła.

Kiedy skończyło się przypominanie ci, żeby rodzice byli dla ciebie punktem odniesienia?

To się nigdy nie skończy. Jestem córką ikon. Tylko ja muszę sobie z tym poradzić.

Nie buntowałaś się? Pamiętam, że kiedy Maria Peszek kończyła pracę w teatrze, a grała wtedy z ojcem, mówiła, że nie może być dwóch gwiazd na jednej scenie.

Dużo z Marią rozmawiamy. Różnica między nami jest charakterologiczna. Maria mówi jasno: „ja!”. Nie znam tego, bo zawsze wolę być częścią grupy, zespołu, wspólnoty. Lubię proces twórczy, wymianę myśli. Nie muszę siebie eksponować. Mogę być z boku. Pewnie dlatego moja droga tak wygląda.

Bywało, że po premierach inni mówili, że przy mamie jesteś zbyt nieśmiała, że się chowasz.

To bardzo trudna rozmowa. Jak z tego wybrnąć? Edward [Kłosiński] zawsze powtarzał, że to, jak się dochodzi do czegoś w sztuce, nikogo nie interesuje, ważny jest efekt. Wierzyłam zawsze, że robimy razem dobre przedstawienia, dobry teatr, że efekty są dobre, że praca jest dobra. Jasne było dla wszystkich, że nie zawiodę, jestem lojalna i zajmuję się nie sobą, ale sprawą, ideą… Trudno jest mi o tym mówić. Sama muszę to do końca przeanalizować.

Edward Kłosiński był dla ciebie punktem odniesienia?

Edward wciąż jest. Nie umiem o tym mówić. Zawsze brakuje mi słów, kiedy… [długa cisza] Bardzo go brak! Brakuje go w tej rodzinie, brakuje go w tych teatrach, w tym kraju. Edward mnie wychował. Spędziłam z nim więcej czasu niż z kimkolwiek. Tyle.

Podobnym człowiekiem był Piotr Łazarkiewicz, z którym robiłaś odważne spektakle. Maria Peszek, mówiąc o Łazarkiewiczu, tłumaczyła, że nie zagrałaby w „Martwej królewnie” tak bez hamulców, gdyby nie czuła bezpieczeństwa, jakie dawał. Obaj zostawili w ludziach ważny ślad. Dawał ci poczucie bezpieczeństwa?

Absolutnie. Piotrek nienawidził schematów, tego, że jesteśmy uczeni, jak mówić, siadać, jakie wykonywać gesty. Korporacje opanowały to do granic absurdu. Naszą ostatnią pracą był spektakl „Metoda”, właśnie o tym. Piotrek uwielbiał to obnażać w ludziach, bywał okrutny, cyniczny, ale tylko wobec tych, którzy coś udawali. Zawsze stawał po stronie jednego, a nie wielu. Jeśli komuś uwierzył, a ten człowiek był sam i miał przeciwko sobie tysiąc osób, to Piotrek przy nim stał. Edward zmarł w styczniu 2008, Piotrek w czerwcu. W pół roku straciłam dwa punkty odniesienia, bo zawsze kiedy nie wiedziałam, co zrobić, dzwoniłam do nich.

Teraz masz do kogo zadzwonić?

Muszę sobie radzić sama. Mam bardzo mądrą, dorosłą córkę. Lena jest fajnym i bezpośrednim człowiekiem. Mówi, co myśli. Czasami jest okrutna, co cenię.

Znów mierzysz się z macierzyństwem. Jest inaczej?

Zaszłam w ciążę w momencie, w którym pomyślałam: „Już nie będę marzyć o synu, już mi się to nie przytrafi”. Marzenie się spełniło. Zawsze się śmiałam, a co to za różnica, czy urodzi się syn, czy córka. No, więc jest różnica. Ciągle sobie powtarzam, że muszę być dobrą matką, żeby nie „zjeść” syna, nie zdominować go. Obserwuję mężczyzn tak strasznie związanych z matkami, że nie radzą sobie w życiu. Zawiedzie cię to, co powiem, ale mogłabym mieć dużą rodzinę, i tym tylko się zajmować. No, i może po drodze zrobić jakieś przedstawienie. Najszczęśliwsza jestem, będąc z dziećmi.

Syn ma charakter?

O, tak. Ale ma też duży spokój. Nie jest taki jak ja. Muszę się przy nim uspokoić. W dwa ostatnie dni miałam dużo zajęć, wychodziłam z domu i to było dla niego nienormalne. Dzisiaj rano, jak tylko wzięłam do ręki telefon, zrobił mi awanturę. Pomyślałam: „Dobrze, wyciszam, jestem z tobą”. Zobaczyłam, że jest zadowolony. Uczy mnie czegoś.

Bywało, że sobie nie radziłaś?

Przeszłam poważny kryzys, ale krótki i szybko z niego wyskoczyłam.

Co się stało?

Miałam takie momenty w życiu, kiedy nie chciało mi się wstać z łóżka. Wiedziałam, że jeszcze jeden gest, a kompletnie się zapadnę, nakryję kołdrą głowę i będzie mi wszystko jedno, koniec. I w tym momencie się podnosiłam, bo musiałam zrobić dzieciom śniadanie do szkoły.

Córki widziały, co się dzieje?

Starałam się zawsze to ukrywać, ale to niemożliwe. Przed dziećmi nie można ukryć.

A teraz jesteś szczęśliwa? Happy now? – że użyję deklaracji z tytułu sztuki, w jakiej grasz.

Szczęśliwa, ale niepewna.

Szczęśliwi nie stoją na zakręcie.

Ta rozmowa uświadamia mi, że może już tam nie stoję, że wybrałam kierunek. Cieszę się drobiazgami. Cieszę się, że jestem zdrowa, że właściwie nie mam problemów z dziećmi.

Wcześniej tak nie było?

Nie. Nie doceniałam tego. Powtarzałam, że można pogodzić zawód z rodziną. To kłamstwo. Czas, który stracisz w zawodzie, możesz nadrobić. Czasu z dziećmi nie. A tu ucieka dzień, dzień za dniem.

Co mówisz córkom?

[Śmieje się]. Ostatnio weszłam do domu i powiedziałam: „Oświadczam, że wycofuję wszystkie moje słowa o tym, że macie być grzeczne, dostosowywać się. Macie iść po swoje i niczym się nie przejmować, bo świat jest straszny! Nie bądźcie grzecznymi dziewczynkami!”.

Co jest przed tobą?

Staram się nie myśleć za daleko. Pojadę z dziećmi na dwa tygodnie nad polskie morze. Bardzo się cieszę, bo nie byłam tam lata. Przede mną jest życie. Już nie jestem debiutantką.

Maria Seweryn– aktorka, reżyserka, pedagożka. Debiutowała w kinie w 1993 r. filmem „Kolejność uczuć”, a w 1998 r. rolą Arycji w „Fedrze” na scenie Teatru Powszechnego. Obecnie gra w Polonii i Och-Teatrze w Warszawie. Nagrodzona za rolę Nadii w „Polaroidach” na Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość Przedstawiona” i za rolę Justyny w „Lamencie na placu Konstytucji” w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej; wyróżniona za rolę Lisy Morrison w „Opowiadaniach zebranych” na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych i za rolę Iriny w spektaklu „Miss HIV” w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Mama Leny, Jadwigi i Aarona.

 

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »