1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Katarzyna Dąbrowska: „Staram się jak najlepiej wykorzystać swój czas i po prostu dobrze żyć”

Katarzyna Dąbrowska: „Staram się jak najlepiej wykorzystać swój czas i po prostu dobrze żyć”

Katarzyna Dąbrowska (Fot. Łukasz Sokół)
Katarzyna Dąbrowska (Fot. Łukasz Sokół)
Nie lubi pytań: „Gdzie wyobrażasz sobie siebie za pięć lat?”. Bo skąd niby miałaby to wiedzieć? „Znam dużo osób, bardzo zadaniowych, które wyznaczały sobie kolejne cele i do nich dążyły, konsekwentnie i z poświęceniem, ale nie dało im to ani spełnienia, ani spokoju” – mówi aktorka Katarzyna Dąbrowska. Sama stara się jak najlepiej wykorzystać swój czas i po prostu dobrze żyć. A nauczył ją tego między innymi teatr.

Kiedy przed naszym spotkaniem szukałam w Internecie mojego poprzedniego wywiadu z tobą, dla „SENSu”, natrafiłam na co najmniej kilkanaście Kaś Dąbrowskich. Najpierw mnie to trochę zmyliło, ale potem pomyślałam, że to wygląda tak, jakbyś wiodła co najmniej kilkanaście żyć jednocześnie.
Osobiście znam nawet jedno z moich alter ego, czyli Kasię Dąbrowską, która jest naczelną magazynu „Glamour”. Zanim się zakumplowałyśmy, zdarzało mi się dostawać wiadomości czy artykuły adresowane do niej. Do dziś się to zresztą zdarza, a ostatnio Kasia dostała prośbę o autoryzację moich zdjęć [śmiech].

Ale poza tą bardzo sympatyczną historią, cóż… To jest bardzo popularne w Polsce imię i bardzo popularne nazwisko, więc przeważnie wiąże się z tym, że kiedy idę na przykład do przychodni, to oprócz przedstawienia się, muszę jeszcze podać datę urodzenia, żeby mnie właściwie zweryfikowano.

Mówisz, że próżno doszukiwać się w tym magii?
Magię dokładamy sobie wtedy, kiedy jest nam do kogoś blisko, tak jak mnie na przykład było do Kasi, ale jeśli osób, które nazywają się tak jak ty, jest w Polsce kilkadziesiąt albo nawet kilkaset, to nie każda z tych koincydencji musi coś znaczyć.

Sporo o światach równoległych myślałam, kiedy przygotowywaliśmy w Teatrze Współczesnym sztukę Sergiego Belbela „Gdybym cię nie poznał” w reżyserii Jarka Tumidajskiego, do której w pewien sposób tu nawiązujesz. Dla mnie to opowieść o tym, co determinuje nasze wybory, ale też o tym, co by było, gdybyśmy podjęli inne decyzje w życiu – jak nasze losy by się potoczyły, do jakich miejsc byśmy dotarli. To bardzo romantyczna historia i na początku zastanawialiśmy się nawet, czy jest sens opowiadać ją w dzisiejszych czasach, czy nie zabrzmi zbyt naiwnie, a może też da mylny lub krzywdzący przekaz, jakoby była nam pisana tylko jedna osoba, jedna miłość. Bo co, jeśli ktoś nie znalazł tej mitycznej drugiej połówki? Albo miał ich kilka? Dla mnie ten tekst jest o wiele głębszy.

Co masz na myśli?
Opowiadamy o parze z dwójką dzieci, podglądamy ich w pewien zwyczajny wieczór, a zaraz potem dowiadujemy się, że ta kobieta zginęła razem z dziećmi w wypadku samochodowym. On zostaje sam, zdruzgotany i przekonany, że lepiej by mu było, gdyby nigdy jej nie poznał. A ponieważ jesteśmy w teatrze, gdzie takie rzeczy są możliwe, możemy razem z nim sprawdzić, co by było, gdyby nie spotkał jej wtedy, kiedy się w sobie zakochali; jak ich życie by się potoczyło, gdyby na przykład ona została piosenkarką, o czym zawsze marzyła. Ostatecznie i tak w każdej z wymyślonych alternatywnych wersji rzeczywistości spotykają się, tylko coraz później, i za każdym razem on żałuje, że nie poznał jej wcześniej. Dlatego uważam, że w gruncie rzeczy jest to opowieść o tym, że nie możesz przeżyć wielkiej miłości, nie będąc gotowym na przeżycie całego bólu, jaki może towarzyszyć jej stracie. Ale też, że odmawiając sobie miłości, i tak cierpisz, tylko z innych powodów i w inny sposób. Cierpienie to część ludzkiej kondycji.

Sporo z nas chciałoby przeżyć życie w wersji premium: wygodnie, atrakcyjnie, bezproblemowo i bezboleśnie. Tylko to tak naprawdę jest ucieczka. Ktoś może uciekać w pracę, a ktoś inny w hedonizm, self-care albo podróże. Wszędzie, gdzie jest przesada, jest też frustracja.

Jak pisze Judith Viorst: cierpienie jest nagrodą za miłość.
I to jest najlepsze podsumowanie naszego spektaklu. Zauważyłam, że inaczej odbierają go kobiety, które są w udanej i szczęśliwej relacji, oraz ich partnerzy, a inaczej widzowie, którzy są po rozstaniu czy długim okresie bycia singlem. Pierwsi koncentrują się na romantycznym wątku głównych bohaterów, a drudzy na bliskich naszej pary, którzy w tych wszystkich alternatywnych wersjach nie spotkali miłości. Jeszcze inaczej przeżywają go ludzie, którzy niedawno kogoś stracili. Rozmawianie o tym wszystkim otwiera naprawdę wiele ścieżek interpretacji.

Ewa Woydyłło, kiedy gościła na naszej okładce, powiedziała, że czasem myśli o tym, że chciałaby mieć kilka żyć, w jednym z nich byłaby śpiewaczką operową, w drugim tenisistką, w trzecim panią domu z piątką dzieci, po czym doszłyśmy do wniosku, że tak naprawdę to ona już ma za sobą kilka żyć (tu przeczytasz całą wspomnianą rozmowę z Ewą Woydyłło). Może nasza fantazja o światach równoległych jest do zrealizowania w ramach tego jednego, w którym jesteśmy?
Na przykład ja wiodę mnóstwo żyć dzięki moim rolom. W dodatku mogę podróżować w czasie.

Którą z tych podróży pamiętasz najlepiej?
Najtrudniej się utożsamić z rolą epizodyczną, bo poświęca się takiemu zadaniu proporcjonalnie mniej czasu, pewnie dlatego lepiej pamiętam te większe zadania, które zabierały mnie właśnie w jakąś podróż. Taką rolą była choćby Dziunia w filmie „Sprawiedliwy” Michała Szczerbica. Podobało mi się granie w kostiumie, choć to historia nieodległa, bo sięgająca czasów drugiej wojny światowej, ale też wejście w buty kobiety ze wsi tamtych czasów. Myślę, że to było życie bliżej ważnych wartości i bliżej ziemi, choć pewnie mocno to romantyzowałam. Pamiętam opowieści mamy czy babci, a dziś chyba wszystkie czytałyśmy już „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, więc wiemy, że to nie było wcale sielskie życie, i tym większy podziw mamy dla siły naszych przodkiń.

Czytaj także: Chcemy całego życia. Rozmowa z Joanną Kuciel-Frydryszak, autorką książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach”

Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że jedna z moich prababć jako młoda dziewczyna wyjechała do nieodległego majątku pod Nidzicą, by tam uczyć się i pracować jako pomoc kuchenna. Dość szybko zaszła w ciążę z młodym dziedzicem, została zwolniona, na szczęście dziedzic zadbał o odprawę. Prababcia wróciła w rodzinne strony, znalazła męża, urodziła kolejne dzieci i do końca życia uchodziła za świetną kucharkę. Takich historii było mnóstwo, długo nikt ich nie opowiadał, bo trochę się ich wstydzono, a teraz my, wnuczki czy prawnuczki tamtych kobiet, je odkrywamy i jesteśmy siłą tych kobiet zafascynowane.

Wreszcie pojawia się to też w filmach i serialach. Do tej pory period drama trochę idealizowały przeszłość albo pokazywały ją wyłącznie z perspektywy dobrze urodzonych. Mogłabym powiedzieć: to wasza wina, że jak myślimy o naszych przodkach, to widzimy panów w surdutach i panie w krynolinach.
Zależy kogo masz na myśli, mówiąc „wasza”, bo jeśli generalnie przemysł filmowy – to zgadzam się, a jeśli nas, aktorów, to pamiętaj, że mamy wpływ tylko na nasze postaci, nie na to, jak ich historie są konstruowane i opowiadane. Czasem słyszę, że ktoś się denerwuje, że w tym czy innym filmie zbyt cukierkowo została pokazana rzeczywistość, bo jest za czysto czy za grzecznie, ale przecież ja jako aktorka za to nie odpowiadam.

Wiele zależy też od tego, o jakim kinie mówimy, jaka jest konwencja. Kino komercyjne, które każdy temat ma podać w przystępny sposób, pokaże nam raczej uładzoną wersję danej historii.

Ma nie być kontrowersji, ale też ma nie być nudy.
Zauważam to nawet wśród moich znajomych, którzy przecież są na co dzień zanurzeni w kulturze. Mówią: „No nie, trzy godziny spektaklu to już przesada”, ale idą na prawie trzygodzinną „Diunę” do kina, mimo że tam nie ma przerw, jak w teatrze. A dlaczego idą? Bo w kinie jest non stop atrakcyjnie. Są efekty specjalne, muzyka, zmiany akcji, plenerów. Dziś znacznie obniżył się próg przyswajania historii i obrazu, jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłego dopływu dopaminy. Kiedy go nie ma, zaczynamy się wiercić, przeglądać coś w telefonie i zamykać na dany przekaz.

Teatr jest bardziej wymagający, tu musisz być w pełni skupiona i zanurzona w historię. Owszem, zdarzają się zaskakujące inscenizacje, ale to nigdy nie będą efekty rodem z „Avatara” czy „Mission: Impossible”. Przypominam, że w nadal granych i popularnych dziełach Szekspira postać najpierw opowiada, co się wydarzy, a potem to się wydarza [śmiech]. I paradoksalnie takie linearne snucie opowieści, może dla niektórych nudne i bez fajerwerków, w dzisiejszych czasach niesamowitego przyspieszenia i przebodźcowania jest nam bardzo potrzebne.

Słyszałam nawet o modzie na norweską Slow TV, czyli na oglądanie programów, w których ktoś robi na drutach albo płynie łódką wzdłuż fiordów… przez osiem godzin.
I wcale się nie dziwię. Im trudniej się nam żyje, tym lżejsze filmy chcemy oglądać – mają dać nam oddech i zatrzymać w spokojnym, dobrym i pięknym świecie. Tak różnym od tego, z jakim mamy do czynienia. Dlatego cenię sobie teatr środka, który bawi i wzrusza, ale już niekoniecznie prowokuje do tego, by przemyśliwać największe bolączki naszych czasów. Co nie znaczy, że nie porusza poważnych tematów – tylko podaje je w taki sposób, by cię nie przybiły, ale pozwoliły złapać do nich dystans.

Taki jest Teatr 6. piętro, gdzie grasz w spektaklu „Handlarze gumek” Hanocha Levine’a w reżyserii Adama Sajnuka. Twoja Bela – podobnie zresztą jak dwaj pozostali bohaterowie, grani przez Borysa Szyca i Grzegorza Małeckiego – zdaje sobie sprawę, że życie przecieka jej przez palce i mimo wysiłków nie jest takie, jakie chciałaby, by było.
Nasi bohaterowie krążą wokół siebie niczym żuraw i czapla ze znanej bajki, ale ciągle coś – przeważnie ich oczekiwania lub zahamowania – staje na przeszkodzie temu, by byli razem i byli szczęśliwi. Spotykamy ich jako 40-latków i ponownie po 20 latach, ale właściwie niewiele się w tym czasie u nich zmienia.

Mnie wasz spektakl zachęcił do zastanowienia się, czy są takie wysiłki i starania w moim życiu, które mogłabym sobie odpuścić. Albo zintensyfikować. Miałaś podobne przemyślenia?
Trochę inne, a mianowicie, że nawet jeśli robisz wszystko, by dobrze wykorzystać swój czas, stawiasz sobie cele i do nich dążysz, to i tak możesz nie dojść do punktu, do którego zmierzasz. Życie obfituje w sytuacje, które niweczą nasze plany i starania. Nie na wszystko mamy wpływ – i to jest chyba trudniejsza do przełknięcia konstatacja. Bo nawet jeśli odkryjesz, że życie przecieka ci przez palce, to przynajmniej możesz się zmobilizować i postarać zmienić swoją sytuację. A co, jeśli robisz wszystko, co w twojej mocy, a mimo to się nie udaje?

Dla mnie tekst Levine’a mówi o tym, że czasy, w których żyjemy, nakładają na nas określone oczekiwania społeczne. Uczymy się, że powinniśmy na pewnym etapie życia mieć to i to, być tu i tu, zrobić takie, a nie inne rzeczy. Ciężko odsiać to, co jest moim prawdziwym celem, a co presją społeczną, rodzinną lub środowiskową. Nasz spektakl pokazuje, że kiedy zbytnio skupiamy się na tym, co pozornie się liczy – tracimy wszystko, co zdarza się obok, po drodze do tego celu. Bo się uparliśmy, że najpierw musimy tam dojść. O tym właśnie myślę, kiedy gramy „Handlarzy...”: żeby zauważać więcej niż tylko odległy horyzont.

Nie lubię pytań: „Gdzie wyobrażasz sobie siebie za pięć lat?”. A skąd ja mam to wiedzieć?! I czy to źle, że nie siadam co roku nad kartką papieru i nie wypisuję sobie, co chciałabym przez te 12 miesięcy osiągnąć? Znam dużo osób, bardzo zadaniowych, które tak właśnie robiły. Wyznaczały sobie kolejne cele i do nich dążyły, konsekwentnie i z poświęceniem, ale nie dało im to ani spełnienia, ani spokoju. Za to dało im niezły zapierdol i dodatkową presję.

Żyjemy w hustle culture, czyli „kulturze zapierdolu”.
A jednocześnie tak świetnie czytają się i sprzedają książki typu „Cztery tysiące tygodni” Olivera Burkemana, mówiące o tym, jak najlepiej wykorzystać czas, jaki jest nam dany, czyli średnio właśnie te tytułowe cztery tysiące tygodni. Ktoś, kto podpowiada ci, że możesz – i powinnaś – robić wszystko, sprzedaje ci ułudę. Nie dasz rady zwiedzić całego świata, nie dasz rady jednocześnie być świetną tenisistką, odnoszącą sukcesy aktorką, genialną kucharką i co tam sobie jeszcze wymyślisz. Możesz sobie odrobiny z każdego z tych zajęć uszczknąć, jak to zrobiła wspomniana przez ciebie Ewa Woydyłło, ale poziom master w więcej niż jednej kategorii jest poza zasięgiem większości z nas. Zdjęcie z siebie presji, że możesz wszystko, zdanie sobie sprawy z tego, że twój czas jest policzalny i musisz zdecydować, na co chcesz go poświęcić – jest dziś sprawą kluczową. Kiedyś przypominały nam o tym choroba i śmierć, bardzo obecne w kulturze, dziś jako zachodnie, konsumpcyjne społeczeństwa odsunęliśmy je na boczny tor i wydaje nam się, że będziemy żyć wiecznie, w dodatku zdrowi i piękni. A to przecież niemożliwe. Jedna z myśli z książki Burkemana, która utkwiła mi w głowie, brzmi: „życie składa się z ostatnich razów”. (Tu przeczytasz fragment książki „Cztery tysiące tygodni” Olivera Burkemana, przyp.red)

Jacek Dehnel opowiadał, jakie wrażenie zrobiło na nim, kiedy zdał sobie sprawę, że nie zdąży przeczytać wszystkich książek, które chciałby przeczytać. To samo dotyczy choćby podróży. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Bo wtedy będziemy mogli zacząć wyznaczać sobie priorytety. A może dojdziemy do wniosku, że najważniejsza jest po prostu dobra codzienność?
Tak sobie teraz pomyślałam, że oba spektakle, o których mówiłyśmy, opowiadają o jakości życia. W lutym w Teatrze Współczesnym zaczynam próby do „Historii miłosnej” Alexisa Michalika w reżyserii Wojciecha Malajkata. Jak mówi tytuł, będzie to historia o miłości, ale też znów – o jakości życia. Czas bohaterki, którą będę grała, jest limitowany. Dowiaduje się, że ma nawrót nowotworu piersi, odmawia leczenia, bo jej stan jest już terminalny, ale musi postanowić, kto zaopiekuje się jej 12-letnią córką. I wbrew pozorom to sztuka niepozbawiona poczucia humoru… Bo nawet jeśli nagrodą za miłość jest cierpienie, to przecież nadal pozostaje ona najwyższą wartością w naszym życiu. I mówię tu zarówno o miłości do partnera czy partnerki, jak i o miłości do dziecka, do brata, siostry, rodziców, przyjaciół czy do siebie samego.I do życia. Kochasz je, ale to przecież nie znaczy, że nie cierpisz…

My, aktorzy, mamy to szczęście, że w ramach naszej pracy zawodowej ciągle gadamy o kondycji człowieka i świata, ale też zastanawiamy się nad swoją. Czy za każdym razem dochodzimy do tych samych konkluzji? Niekoniecznie.

Pamiętam taki moment, tuż przed pandemią, kiedy miałam mieć bardzo poważny zabieg, który, właśnie z jej powodu został przełożony. Mieliśmy też z Jarkiem [Tumidajskim, reżyserem teatralnym, dziś mężem aktorki – przyp. red.] zaplanowany – i to dużo wcześniej – ślub, którego nie chcieliśmy przekładać. Liczyliśmy na to, że w czerwcu 2020 roku jednak się odbędzie, najwyżej w mniejszym gronie, ze względu na obostrzenia. Ostatecznie operacja odbyła się równo cztery tygodnie przed naszym ślubem, więc nawet nie mogłam się porządnie wyszaleć na moim weselu. Wyszło zupełnie inaczej, niż sobie zaplanowaliśmy, a jednak miałam poczucie, że wszystko jest tak, jak ma być. Bo jeśli chcesz, by w twoim życiu było „idealnie”, to możesz nigdy się tego nie doczekać.

Katarzyna Dąbrowska aktorka teatralna (związana z Teatrem Współczesnym oraz Teatrem 6. piętro w Warszawie), filmowa, serialowa oraz dubbingowa. Popularność przyniosły jej role w serialach „Na dobre i na złe”, „Czas honoru”, „Belfer”, „Behawiorysta” czy „Wotum nieufności”. Jest też laureatką licznych festiwali muzycznych i piosenkarką (ma na koncie m.in. koncert piosenek Danuty Rinn czy standardów amerykańskiej muzyki rozrywkowej: „Feeling Good, czyli radość w standardzie”).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze