1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Naturalne sposoby na dobry sen

Naturalne sposoby na dobry sen

Sen jest − obok diety i trybu życia − jednym z filarów naszego zdrowia. (Fot. iStock)
Sen jest − obok diety i trybu życia − jednym z filarów naszego zdrowia. (Fot. iStock)
Dzięki doktorowi Freudowi wiemy, że marzenia senne bywają nawet ważniejsze od marzeń na jawie… Aby więc żyć pełnią życia, musimy spać. Ale znaczenie ma też jakość snu. Doskonale, jeśli śpimy całą  noc bez przebudzania się, a rano wstajemy rześcy i wypoczęci.  Daleko nam do tego ideału? Wypróbujmy naturalne sposoby na sen.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Leki homeopatyczne stosowane na zaburzenia snu są nie tylko skuteczne, ale także bezpieczne − nie uzależniają i nie mają skutków ubocznych. Ponieważ przyczyną bezsenności mogą być najróżniejsze zaburzenia wewnętrzne, trzeba dobrać odpowiedni środek i ustalić dawkowanie. Na przykład Coffea (lek uzyskiwany z kawy arabskiej) umożliwia zaśnięcie, kiedy ciągła gonitwa myśli wydaje się nie mieć końca. Środek ten zawsze warto zażyć po stresującym dniu lub gdy nie ma warunków, by wyciszyć się w ciągu 30−60 minut przed położeniem się do łóżka. Jest też skuteczny, jeśli sen nie przychodzi z powodu ogólnego pobudzenia, czemu towarzyszy przyspieszone bicie serca, albo przeszkadza nam hałas lub zimno.

Jeżeli zasypianie utrudnia nadpobudliwość włókien nerwowych i mięśni, co często objawia się niepokojem nóg, drgawkami, skurczami, polecam Zincum valerianicum. Lek ten sprawdzi się także, gdy problemy ze snem nasilają się z powodu miesiączki, przejedzenia lub nadużycia alkoholu.

Czasem nie jesteśmy w stanie zasnąć lub budzimy się nad ranem, bo dręczą nas lęki (uczucie niepokoju może pojawiać się także w ciągu dnia). W takiej sytuacji relaksujący sen powinien powrócić po kilku dawkach specyfiku Ignatia. Z kolei Lupulinum ułatwi odstawienie leków nasennych osobom od nich uzależnionym. Przyjmowany regularnie, najpierw razem z tabletkami, pozwala na stopniowe ich odstawienie. Najbardziej uniwersalnym lekiem jest Avena sativa. Zwłaszcza krople stosowane na noc dają znakomite rezultaty u osób, które wieczorem są tak zmęczone, że… nie mają siły zasnąć.

Zioła z sennika

Problemy ze snem skutecznie likwiduje regularnie pita mieszanka z liścia melisy, kwiatu rumianku i szyszek chmielu (po 100 g) oraz korzenia arcydzięgla i ziela dziurawca (po 5 g). Łyżkę stołową ziół zalewamy szklanką wrzątku, pijemy pół godziny po kolacji.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Miliony ludzi w różnym wieku mają problemy ze snem, tymczasem konsekwencją niewysypiania się bywa nie tylko zmęczenie, ale również nadciśnienie, otyłość czy obniżona odporność. Sen jest bowiem − obok diety i trybu życia − jednym z filarów naszego zdrowia. Mamy kłopoty z zasypianiem? To efekt zaburzeń doszy (energii) vata. Zalecam spożywanie potraw ciepłych, cięższych i nieco tłustszych, słodkich, słonych i kwaśnych w smaku. Warto włączyć do diety mak. Jeśli łatwo zasypiamy, lecz często się budzimy w nocy, trzeba zredukować doszę pitta. Jadajmy dania chłodne, łagodnie przyprawione. Idealny będzie np. napój z kilku daktyli zmiksowanych z filiżanką letniego, przegotowanego świeżego mleka i szczyptą brązowego cukru. Przed snem nacierajmy dłonie i stopy olejkiem kokosowym, który również „studzi” organizm. Gdy rano wstajemy zmęczeni, powinniśmy zrównoważyć doszę kapha. Wybierajmy dania lekkie, suche i ciepłe. I w tym przypadku wieczorne masowanie dłoni i stóp działa korzystnie.
 
5 rad na dobry sen
  • Jadajmy główne posiłki o stałych porach (tuż po przebudzeniu śniadanie, koło południa obiad i kolację na 2−3 godziny przed snem), dwa ostatnie bez ostrych przypraw.
  • Regularnie wykonujmy nieforsowne ćwiczenia, np. asany jogi.
  • Zrezygnujmy z alkoholu i kawy.
  • W sypialni utrzymujmy porządek i półmrok, nie pozostawiajmy w niej przedmiotów związanych z pracą; dbajmy, by pościel była świeża i pachnąca.
  • Pamiętajmy o oddechu: spokojnym, miarowym i głębokim.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Bezsenność bywa pierwszym sygnałem choroby, problemów emocjonalnych lub tego, że stres zaczął dominować w naszej codzienności. Wyróżniamy dwa rodzaje snów: pierwszy bierze początek z serca (przyjemne, odprężające marzenia), a drugi − z wątroby (nocne koszmary). Nieprzespana noc to niepowetowana strata dla zdrowia i na nic się zda odsypianie w dzień, bo wtedy ultrafioletowe światło nie pozwala komórkom nerwowym odpocząć.

Niedospani cierpimy na bóle głowy, drżenie rąk, mamy kłopoty z koncentracją, podkrążone oczy, arytmię serca. Często leczymy się na najróżniejsze choroby, zamiast zadbać o dobry sen. Jak jest on ważny, świadczy to, że pozbawieni go przez 72 godziny możemy nawet umrzeć!

Jeśli chcemy dobrze sypiać, po pierwsze przyjrzyjmy się swojemu zdrowiu. (Każdy z 12 narządów wewnętrznych jest powiązany z mózgiem i jeśli któryś niedomaga, zatruwa toksynami „centralę”, zaburzając sen). Po drugie zwolnijmy tempo życia i zrewidujmy swoje cele. (Z praktyki lekarskiej wiem, że bezsenność, zwłaszcza u osób po 35. roku życia, wywołują codzienne napięcia, brak odpoczynku i gonitwa za pieniądzem). Przed pójściem spać powinniśmy się wyciszyć (za sprawą spokojnej lektury, muzyki klasycznej, modlitwy, prostych technik relaksacyjnych). Przed snem warto wymasować stopy ciepłą oliwą. Najpierw jedną, potem drugą stopę obejmujemy rękoma i masujemy okrężnymi ruchami 108 razy.

Nasenna poduszka

Filiżanka słabej czarnej herbaty ze szczyptą kardamonu (na 2 godz. przed snem) lub goździków (pita co 2−3 godz. w ciągu dnia) ułatwi zaśnięcie. Polecam też zastąpienie zwykłej poduszki „nasenną” – wypełnioną łuskami kaszy gryczanej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Narkolepsja – gdy sen wymyka się spod kontroli

Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Podstawowy objaw narkolepsji to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. (Fot. iStock)
Narkolepsja atakuje jedną osobę na tysiąc. Objawia się nagłymi drzemkami: w pracy, za kierownicą, w kolejce do kasy czy w czasie zabawy z dzieckiem. Chorzy są boleśnie świadomi ograniczeń swojego ciała – jeden udany dowcip, mocniejsze wzruszenie grożą odpłynięciem w niebyt.

Artykuł archiwalny

Pazury skrobią betonową posadzkę, czarny ogonek kiwa się energicznie, całe ciało psiaka wyraża skrajne podekscytowanie. Zwierzak kręci się niespokojnie, popiskując, podczas gdy dwunastka widzów siedzących pod ścianą wymienia nerwowe spojrzenia. Seiji Nishino, asystent doktora Emmanuela Mignota, pracownika Centrum Badań Snu na Uniwersytecie Stanforda, sięga po swe przyrządy naukowe: łyżkę i puszkę psiej karmy.

Czart, bo tak się wabi zwierzak, na co dzień może liczyć tylko na zwykłe suche granulki. Zdrowe, zbilansowane i całkowicie pozbawione aromatu. Czy można się dziwić, że wspaniały, pachnący, soczysty przysmak wprowadza go w euforię? Nishino otwiera puszkę. „Proszę, to dla ciebie, dobry piesek” – Nishino stawia na podłodze michę wypełnioną przysmakiem. Czart strzyże uszami, węszy z upodobaniem, rzuca się do jedzenia i... pada na posadzkę, bezwładny, z nosem tuż koło upragnionej miski. Jego łeb uderza ciężko o ziemię. Śpi.

Dwunastka milczących obserwatorów tego eksperymentu najpierw parska śmiechem, a zaraz potem z ich ust wydobywają się pomruki pełne współczucia i zrozumienia.

Jednym z najbardziej dramatycznych przejawów narkolepsji są napady senności pod wpływem silnych emocji. Oni znają to z własnego doświadczenia.

Urwany film

Pierwsze sygnały dają się zauważyć zwykle w młodości, choć niektórych choroba dopada dopiero w późniejszych latach. Podstawowy objaw narkolepsji (od greckiego narke– odrętwienie, i lepsis– atak) to nadmierna senność w ciągu dnia. Może przejawiać się jako nagły napad snu – nie do odparcia, albo też tzw. mikrosen – gdy chory zdaje się normalnie funkcjonować, ale jego stan czuwania przerywany jest króciutkimi drzemkami, podczas których traci kontakt z rzeczywistością. Atak może nastąpić w dosłownie każdym momencie – podczas prowadzenia samochodu, miłosnego zbliżenia, ważnego egzaminu czy po prostu niedzielnego spaceru w lesie. Ale senność to jeszcze nie wszystko.

Drugim, równie często nękającym narkoleptyków objawem jest katalepsja – nieoczekiwana utrata panowania nad mięśniami, zwiotczenie uniemożliwiające wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Przypomina to omdlenie, z tą różnicą, że chorzy słyszą i są świadomi tego, co dzieje się dookoła, choć nie mogą otworzyć oczu ani wydobyć z siebie głosu.

Mimo że dzień wypełnia im walka o zachowanie przytomności, nie wypoczywają wcale w nocy. Za dnia przysypiają, ale w łóżku budzą się niemal co chwila. Blisko połowa chorych skarży się też na tzw. paraliż przysenny – kilkuminutową utratę władzy w ciele pojawiającą się tuż przed zaśnięciem. Innych dręczą halucynacje – sugestywne omamy, których doświadczają na jawie. To nic innego jak marzenia senne – takie same, które każdy z nas przeżywa podczas nocnego wypoczynku. Często powtarza się jeden, dramatyczny motyw: chory widzi obcych ludzi wdzierających się do jego domu, którzy rzucają się na niego, wiążą go lub duszą, ale on jest niezdolny do reakcji. Podczas gdy my, śniąc, uświadamiamy sobie, że uczestniczymy w spektaklu iluzji i możemy spoglądać na nasze przygody z dystansem, ci przekonani są o realności swoich wizji.

U zdrowych ludzi marzenia senne są oddzielone od jawy. Kiedy udajemy się do łóżek, najpierw zapadamy w głęboki sen, podczas którego gałki oczne poruszają się powoli (faza NREM). Dopiero po blisko godzinnym „przygotowaniu” następuje krótka, 15-minutowa faza, podczas której gałki oczne poruszają się szybko (tzw. faza REM). To wówczas śnimy. Żebyśmy – podczas marzeń nocnych – nie walczyli z nawiedzającymi nas wyobrażeniami, nasze mięśnie robią się bezwładne, rozluźnione. Jednocześnie spada temperatura ciała, a do krwi uwalniany jest hormon wzrostu. Nawet jeśli już nie jesteśmy dziećmi i nie rośniemy, sprawia on, że rany szybciej się goją, organizm regeneruje się i wypoczywamy.

U narkoleptyków ten naturalny porządek jest zaburzony. Faza REM pojawia się u nich nagle i bez uprzedzenia, kiedy mózg jeszcze pamięta dobrze jawę, więc widziane sny mogą być z łatwością brane za rzeczywistość. Fazy snu REM pojawiają się też w ciągu dnia, wtrącone w stan czuwania – ale ze wszystkimi charakterystycznymi dla REM symptomami – przede wszystkim więc z wyłączeniem kontroli nad mięśniami. Nagła drzemka z twarzą w talerzu spaghetti – to wygląda niemal na slapstikowy gag. Napady katalepsji mogą wydawać się śmieszne, jeśli nie dopadną kogoś akurat w trakcie wchodzenia po schodach albo za kierownicą.

Ryzyko na każdym kroku

Narkoleptycy nie chodzą do kina na komedie, nie słuchają programów rozrywkowych. Doświadczenie uczy ich, że lepiej unikać silnych uczuć, tłumić porywy pasji. Dzielą się swoimi problemami na forach internetowych.

„Ocknęłam się, pływając na plecach w moim przydomowym basenie – miałam szczęście, że nie zasnęłam podczas nurkowania” – skarży się 64-letnia Patrycja, której z uwagi na nękające ją zaburzenia snu przyznano właśnie grupę inwalidzką.

„Wiem, co czujesz – odpowiada jej 48-letni mężczyzna. – Nie jestem w stanie nawet poczytać książeczki dzieciom. Pierwsze pełne zdanie, które wypowiedziała moja córka, brzmiało: »Tatusiu, obudź się!« (...) Nie dość, że najprostsza, zdawałoby się, czynność niesie ze sobą poważne zagrożenie, to jeszcze inni postrzegają cię jako lenia, śpiocha albo skacowanego imprezowicza”.

„Moją najlepszą przyjaciółką jest moja czarna kotka. Sypia przytulona do mojego boku, znosi moje gadanie i krzyki przez sen i nie opowiada nikomu, że mam koszmary nocne. A co najlepsze, pozwala mi odróżniać, czy moje mary to halucynacje, czy prawda” – zwierza się na stronie internetowej grupy wsparcia Miranda. „Jeśli widzę, że ktoś znów włamał się do mojego mieszkania i myszkuje po kątach, a moja kotka leży jak gdyby nigdy nic przy moim ramieniu, mrucząc, wiem, że mogę jej zaufać. To, czego kot nie widzi, nie istnieje”.

Co jest przyczyną schorzenia, w którym sen zamiast przynosić ukojenie, staje się ciężarem? Jako pierwszy na trop wpadł Seiji Nishino (ten sam, który w charakterze pomocy naukowych wykorzystywał psią karmę i miskę). Zauważył, że w płynie mózgowo-rdzeniowym pobranym od nieszczęśników, którym nie dane było zaznać spokojnego snu, brakuje pewnego białka – hipokretyny. To substancja, która bierze udział w regulowaniu dobowego rytmu snu i czuwania. Pośmiertne badania mózgów osób cierpiących na narkolepsję wykazały, że w ich podwzgórzu prawie w ogóle nie można znaleźć komórek nerwowych zawierających hipokretyny.

Wiele wskazuje na to, że te komórki niszczy... sam organizm chorego. Narkolepsja byłaby więc jedną z wachlarza tzw. chorób autoimmunologicznych, wynikających z nadgorliwości układu odpornościowego, który zamiast atakować szkodliwe mikroby, zwraca się – omyłkowo, prawdopodobnie na skutek działania nieprawidłowych genów – przeciwko komórkom swego ciała.

Centrum Badania Snu na Uniwersytecie Stanforda dorobiło się licznego stada narkoleptycznych psów. Są między nimi popularne niegdyś ratlerki, słodkie, łagodne labradory i jamniki. Wszystkie – wskutek mutacji – pozbawione receptorów hipokretyny. Chorują podobnie jak ludzie, z tą tylko różnicą, że potomstwo dwóch czworonogów z wadliwym genem zawsze cierpi na zaburzenia snu. U ludzi sam uszkodzony gen nie wystarcza. Musi jeszcze wydarzyć się coś, co wyzwoli fatalną reakcję układu odpornościowego. Takim czynnikiem może być zakażenie, spadek odporności, uraz, zmiany hormonalne, stres. Dlatego też u ludzi narkolepsja rozwija się dość późno – w wieku kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. Zwierzęta cierpią na nią od urodzenia.

Narkotyk pracoholików

Obserwacje psów na Uniwersytecie Stanforda pozwoliły wprawdzie znaleźć gen odpowiedzialny za brak hipokretyny, ale nie przyniosły najważniejszego – lekarstwa. Najprościej byłoby po prostu podawać doustnie brakujący hormon, ale niestety, nie potrafi on przenikać przez barierę krew – mózg.

Podawane obecnie farmaceutyki nie usuwają przyczyn, jedynie likwidują objawy choroby. Jeszcze dziesięć lat temu, by nie przysypiać w ciągu dnia, chorzy zmuszeni byli przyjmować stymulanty oparte na amfetaminie. Od 1999 r. dostępny jest nowy lek – modafinil. Mechanizm działania tego środka nie jest dobrze znany, przypuszczalnie pobudza korę przedczołową mózgu – obszar odpowiedzialny za uwagę, pamięć i planowanie. Wydaje się całkowicie pozbawiony skutków ubocznych – nie uzależnia, pozwala długo zachować przytomność i uwagę. Piloci wojskowi byli w stanie pod działaniem modafinilu wykonywać bardzo skomplikowane operacje przez ponad dwie doby bez wypoczynku. Nie musieli też potem odsypiać tej przedłużonej aktywności.

Modafinil zyskał sobie sławę jako „drzemka w pigułce”: pomaga osobom cierpiącym na jet lag (po pilotach wojskowych zaczęli używać go piloci i stewardesy na liniach transatlantyckich). Po lek sięgają też ci, którym szkoda czasu na sen – pracoholicy poświęcający karierze nie tylko dnie, ale i noce.

O ile dopuszczenie do sprzedaży modafinilu, coraz częściej wykorzystywanego przez zdrowych, budzi kontrowersje, o tyle drugi medykament, przepisywany, by umożliwić narkoleptykom zaśnięcie, cieszy się jednoznacznie złą sławą. To GHB (hydroksymaślan sodu), specyfik kojarzony z przestępstwami w nocnych klubach. Ma na sumieniu setki ofiar śmiertelnych i niezliczone gwałty. Jest jakby stworzony do zbrodni doskonałych: bezbarwny i bezwonny, o słonawym smaku, może być łatwo dodany do drinka. W niewielkiej ilości daje efekty przypominające działanie alkoholu – uczucie rozluźnienia, relaksu, zawroty głowy. Później pojawia się silna senność, a także amnezja. Ofiara GHB nawet nie pamięta, z kim wyszła z imprezy, komu, zasypiając, zdradziła numery do swych kart bankomatowych. A że preparat w ciągu 12 godzin jest całkowicie rozkładany przez organizm, w chwili gdy poszkodowany dochodzi do siebie i odkrywa, co mu się przytrafiło, nie ma już najmniejszych dowodów zbrodni.

Pies na pomoc

„Po 20 latach przyjmowania leków mój organizm przestał na nie reagować” – opowiadała przed kamerami telewizji Joan, nauczycielka matematyki z Ontario. „Stałam się niezdolna do samodzielnego życia – zasypiałam na ulicy, ludzie traktowali mnie jak pijaczkę. Kiedy miałam ataki katalepsji, nie mogłam wydobyć z siebie słowa, z trudem bełkotałam, nie mogąc poruszyć bezwładną szczęką. Moje życie zmieniło się, odkąd jest ze mną Morgan – pudel wytresowany do pomocy takim jak ja. Morgan potrafi mnie obudzić, jeśli sytuacja jest niebezpieczna, czuwa przy mnie, dzięki niej nie boję się wychodzić z domu”. Niekiedy, jak widać, najlepszym lekarstwem bywa… pies. Oczywiście nie może pochodzić ze stadka doktora Mignota ze Stanfordu.

Tymczasem stanfordzkie psy zrobiły już wszystko, co mogły. Emmanuel Mignot uznał, że dalsze badania czworonogów nie przyczynią się do postępu w leczeniu ludzi, i zajął się sennością u... zeberek, niewielkich akwariowych rybek. Chcecie zobaczyć, jak sypiają i jak pływają narkoleptyczne ryby? Zajrzyjcie na stronę Uniwersytetu Stanforda.

  1. Zdrowie

Alergie - podstawowe informacje

Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Fakt, alergia potrafi zatruć życie, ale radzimy sobie z nią coraz lepiej. Alergia nie jest, jak wielu sądzi, chorobą nową: wspominają o niej już inskrypcje egipskie liczące sobie z górą pięć tysięcy lat. Dziś na alergię cierpi już – według różnych źródeł – 20–30 proc. ludzi i odsetek ten szybko rośnie. Naukowcy przyczyn alergii upatrują w coraz bardziej sterylnych warunkach, w jakich żyjemy.

Dawniej nasz układ odpornościowy stale walczył z drobnoustrojami i pasożytami, przed którymi obecnie chronią nas środki dezynfekujące, szczepienia profilaktyczne oraz leki. Rozregulowuje to jednak system odpornościowy, czyni go nadwrażliwym na substancje normalnie nieszkodliwe. Organizm reaguje jak w wypadku ataku prawdziwych agresorów – stanem zapalnym, który w zwykłych warunkach przyspiesza powrót do zdrowia. U alergików staje się problemem samym w sobie. Sytuację komplikuje to, że skłonność do stanów zapalnych zwiększa stres, nieodłączny składnik naszego życia... Nikt przy zdrowym zmysłach nie zrezygnuje z dobrodziejstw nowoczesnej higieny i medycyny, nie sposób też wyeliminować z naszego życia stresu. Ale nie jesteśmy wobec alergii bezbronni.

Skąd się bierze alergia?

Objawy reakcji alergicznej to przekrwienie, obrzęk, łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne (pokrzywka, atopowe zapalenie skóry, zwane też egzemą), bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. Bezpośrednim ich sprawcą jest histamina i inne związki, zwane mediatorami reakcji alergicznej, pojawiające się wskutek obecności alergenu. Uczulająco działają na organizm przede wszystkim obce białka. Układ odpornościowy alergika traktuje je jako szkodliwe i w kontakcie z nimi wytwarza specyficzne przeciwciała (immunoglobuliny) zwane IgE, te zaś uwalniają zmagazynowaną w określonych komórkach (mastocytach i bazofilach) histaminę. Wtedy się zaczyna! U osób wyjątkowo wrażliwych nagły obrzęk obrzęk nosa i krtani może nawet zagrozić życiu! Do wylewu histaminy dojść może także, gdy magazynujące ją komórki ulegną zniszczeniu, pod wpływem temperatury lub czynników mechanicznych (np. ucisku).

Alergeny

Pod tym pojęciem kryją się wszystkie substancje wywołujące reakcję uczuleniową. Rozpoznano ich już ponad 20 tys., ale najczęściej alergie wywołują:

  • odchody roztoczy, mikroskopijnych pajęczaków żywiących się złuszczonym naskórkiem (mnożą się głównie w łóżkach i pościeli, tapicerowanych meblach, dywanach);
  • pyłki kwitnących roślin wiatropylnych (drzew, traw i zbóż, chwastów);
  • wydzieliny zwierząt obecne na ich skórze, sierści i piórach, w ślinie i odchodach oraz jady produkowane przez niektóre zwierzęta (np. owady, stworzenia morskie);
  • produkty spożywcze (najczęściej mleko, pszenica, jaja kurze, ryby, cytrusy i orzechy) oraz leki (np. antybiotyki, leki znieczulające);
  • zarodniki grzybów mikroskopowych (zarówno tych obecnych w środowisku, jak i zamieszkujących nasze ciała);
  • substancje wchodzące w skład kosmetyków (głównie wyciągi roślinne i barwniki) oraz w środkach czystości;
  • lateks (zrobione są z niego np. kondomy i rękawiczki chirurgiczne);
  • nikiel (ten metal można znaleźć m.in. w suwakach, zegarkach, biżuterii, telefonach komórkowych).

Kto ma skłonność do alergii?

Co sprawia, że jedni ludzie cierpią z powodu alergii, inni zaś nie? Istotne są uwarunkowania genetycznie: gdy jedno z rodziców cierpi na alergię, prawdopodobieństwo wystąpienia jej u dzieci wynosi 30–40 proc., a jeśli uczuleniowcami są oboje rodzice, wzrasta ono do 60–80 proc. Dziedziczy się jednak nie chorobę, lecz skłonność do niej, zwaną atopią. Na to, czy alergia ujawni się u konkretnej osoby, duży wpływ mają czynniki środowiskowe. Ryzyko, że tak się stanie, zwiększa szczególnie:

  • sposób karmienia we wczesnym dzieciństwie (np. podawanie niemowlętom sztucznych mieszanek);
  • niezdrowa dieta, niedobór witamin i minerałów oraz nadmiar chemicznych dodatków do żywności;
  • kontakt ze związkami toksycznymi, m.in. używkami (papierosy!), spalinami samochodowymi, zanieczyszczeniami przemysłowymi;
  • częste infekcje oraz stosowane leków (na receptę i bez), gdy nie są bezwzględnie konieczne, bez kontroli lekarza.

Marsz alergiczny

Z alergią jest jak z miłością: można jej ulec w każdym wieku, choć ze statystyk wynika, że po 40. roku życia ujawnia się rzadko. W przeciwieństwie do miłości nie ma mowy o tym, by choroba ta znikła. Typowy scenariusz alergii wygląda tak: najpierw dają o sobie znać zaburzenia trawienne i zmiany skórne, potem dolegliwości ze strony układu oddechowego. To tzw. marsz alergiczny, który może doprowadzić do ciężkiej choroby, astmy oskrzelowej. Pokonanie tej drogi czasem zajmuje kilka lat, a czasem dekady. Zdarza się, że alergia pozostaje w stanie utajonym przez lata, by w pewnej chwili – gdy odporność organizmu osłabnie – zaatakować ze zdwojoną siłą.

Jak rozpoznać alergię?

Alergia jest często mylona z innych schorzeniami, m.in. z infekcjami (drogi oddechowe, oczy), trądzikiem różowatym lub zaburzeniami trawiennymi. Decydujące znaczenie w postawieniu diagnozy ma wywiad lekarski, bo choć istnieją badania mogące potwierdzić alergię, to ich wyniki nie zawsze są jednoznaczne. Mimo że pacjenci przywiązują do nich wielką wagę, lekarze mawiają, iż leczą nie wyniki badań, lecz konkretnego człowieka trapionego określonymi dolegliwościami. Bezcenne dla alergologa są notatki pacjenta opisujące, w jakich okolicznościach pojawiły się niepokojące objawy, jaki był ich charakter, jak długo trwały itd. Z badań najczęściej zleca się testy skórne: na wewnętrzną stronę przedramienia lub plecy nanosi się próbki alergenów, które lekarz podejrzewa o wywoływanie uczulenia, i po reakcji skóry (zaczerwienienie, bąble, obrzęk) ocenia się prawdopodobieństwo alergii. Wykonuje się też analizę krwi na obecność przeciwciał IgE, ale ponieważ ich poziom rośnie nie tylko w efekcie alergii, oznacza tzw. swoiste IgE, skierowane przeciwko konkretnym alergenom (metoda RAST). W pewnych wypadkach (np. podejrzenie uczulenia na produkty spożywcze lub lateks) przeprowadza się również tzw. testy prowokacyjne: w warunkach szpitalnych poddaje się alergika bezpośrednio działaniu substancji prawdopodobnie go uczulającej.

Leczenie

Kluczowa jest profilaktyka: unikanie alergenów (jeśli to tylko możliwe), odpowiednia dieta (np. eliminacyjna) czy pielęgnacja skóry (jej podstawą powinny być tzw. emolienty – maści i kremy nawilżające i natłuszczające skórę) oraz kontrolowanie stresu. Większość alergików musi jednak, choćby okresowo, zażywać przepisane przez lekarza specyfiki. Alergicy ostro reagujący np. na jad owadów lub pokarmy powinni zawsze mieć w zasięgu ręki ampułkostrzykawkę z ratującą życie adrenaliną (hormon szybko gaszący reakcję zapalną).

Konsultacja: lek. med. Małgorzata Zaława-Dąbrowska, alergolog

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

  1. Styl Życia

Inteligentne światło, które nada życiu barw

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Chociaż pogoda potrafi być wiosną kapryśna, nie ma wątpliwości, że budząca się do życia natura zachęca do działania. Skoro nie zawsze możemy liczyć na słoneczną aurę na zewnątrz, warto poszukać rozwiązania, które pomoże ją stworzyć w naszych domach. Kolory zamknięte w inteligentnej lampie Philips Hue Iris są na wyciągnięcie ręki – kiedy tylko potrzebujesz pomogą imitować światło słoneczne. Co więcej – oferują całą serię barw i odcieni.

Odkryj swoją przestrzeń na nowo

Szeroka paleta białego światła pozwoli uzyskać właściwy nastrój zarówno do pracy, zabawy jak i relaksu, niezależnie od pory dnia. Decydując się na inteligentne oświetlenie Philips Hue każdy dzień możesz rozpocząć przy chłodnych, rześkich barwach. Imitujące wschód słońca coraz jaśniejsze światło pomoże naładować baterie niczym poranna, mocna kawa i zapewni energię nawet w pochmurne dni. A po pracy? Jednym kliknięciem przemienisz swój salon z domowego biura w prawdziwą oazę relaksu – ulubiona książka, aromatyczna chai tea latte i dopełniająca doznania bursztynowa barwa światła brzmią magicznie, czyż nie? Natomiast przed snem łagodne dla oczu złote odcienie pomogą Ci odprężyć się przed ucieczką w krainę nocnych marzeń. Możesz też z łatwością sprawić by światło samo podążało drogą słońca w trakcie dnia i zmieniało barwę od chłodnego do ciepłego – imitując wędrówkę słońca po niebie.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw

Jednak dobranie oświetlenia do codziennych zadań to nie wszystkie możliwości stylowej lampy Iris i całego inteligentnego oświetlenia Philips Hue. 16 milionów kolorowego światła pozwoli na stworzenie nastroju niezależnie od okazji. Energetyczna czerwień dodająca sił do porannego treningu? Relaksujące pudrowo różowe tony idealne do medytacji? Czy mieniące się blaskiem świec miodowo-szafranowe barwy, rozgrzewające atmosferę podczas romantycznej kolacji? Wybór należy do Ciebie – w dekorowaniu domu światłem jedyną granicą jest już tylko wyobraźnia. Decydując się na więcej niż jedno źródło światła możesz stworzyć wyjątkowe aranżacje świetlne, zmieniając swój dom w prawdziwą, magiczną krainę.

Inteligentne światło, które nada życiu barwInteligentne światło, które nada życiu barw
Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione. Możliwość sterowania przez aplikację pozwala nie tylko łatwo włączać i wyłączać lampę z poziomu telefonu, ale również dostosowywać temperaturę barwową czy natężenie. Do dyspozycji użytkownika są też różne sceny oświetleniowe, zaprojektowane z myślą o czynnościach takich jak praca, czytanie czy relaks. Możliwości jest mnóstwo, bo system oferuje 16 milionów kolorów światła i aż 50 tysięcy odcieni światła białego. Każdy znajdzie wśród nich te ulubione.

Piękna i inteligentna

Philips Hue to coś więcej niż oświetlenie, to część wystroju domu. Najnowsza lampa Philips Hue Iris o unikalnym designie delikatnie obmywa ściany kolorem, subtelnie podświetlając otoczenie. Miękkie światło wydobywające się z tyłu lampy nadaje jej jeszcze bardziej wyjątkowego wyglądu, a nowoczesny projekt sprawia, że zachwyca nawet, gdy jest wyłączona. Teraz ten kultowy model oferowany jest w czterech metalicznych odcieniach: miedzianym, różowym, srebrnym oraz złotym. Ekskluzywna odsłona lampy stanowi idealne uzupełnienie niemal wszystkich wnętrz, a bogactwo barw pozwoli na nowo zdefiniować nastrój każdego pomieszczenia nawet najbardziej wybrednemu amatorowi aranżacji wnętrz.

Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa. Elegancki design sprawia, że lampa Philips Hue Iris w limitowanej edycji to coś więcej niż  inteligentna lampa. To prawdziwe dzieło sztuki wzornictwa.