1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Roślinna alchemia, czyli jakie właściwości mają zioła lecznicze

Roślinna alchemia, czyli jakie właściwości mają zioła lecznicze

Najlepiej funkcjonować w wolnym modelu odżywiania. Czyli po pierwsze, dobieramy zioła, przyprawy, dietę i rodzaj wysiłku fizycznego do naszych potrzeb. (Fot. iStock)
Najlepiej funkcjonować w wolnym modelu odżywiania. Czyli po pierwsze, dobieramy zioła, przyprawy, dietę i rodzaj wysiłku fizycznego do naszych potrzeb. (Fot. iStock)
Wiedzę na temat ziół od lat zgłębia nie tylko medycyna ludowa, ale też fitoterapia i ajurweda. Maciej Szaciłło w rozmowie z Oriną Krajewską przekonuje, jak bogata jest to materia. Pełna zdradliwych tropów, ale i pomocnych wskazówek. Najważniejsza z nich brzmi: na każdego działa co innego.

Orina Krajewska: Zioła mają bardzo silne właściwości lecznicze. Ich stosowanie w odpowiedni sposób musi być jednak poprzedzone znajomością przeciwwskazań. Szczególnie jeśli bierzemy lekarstwa chemiczne. Skąd czerpać taką wiedzę?
Maciej Szaciłło: Od specjalistów, którzy podchodzą do ziołolecznictwa integralnie, czyli dysponują wiedzą zarówno z dziedziny fitoterapii, jak i farmakologii. Jeśli na dodatek są szkoleni w medycynie Wschodu, to jest wprost idealnie. Takich ludzi jest niestety wciąż mało. Dużym problemem są też mnożące się specjalizacje. Trudno nadążyć nawet nad skutkami ubocznymi chemicznych leków i interakcji między nimi. W konsekwencji choroby zamiast być wyciszane, często się nasilają. We wszystkich książkach, które piszę z żoną zalecamy (szczególnie w przypadku poważnych schorzeń i przyjmowania leków) konsultowanie z lekarzem prowadzącym nie tylko zaleceń dietetycznych, ale też przypraw i ziół. Każde zioło ma swoje wskazania i przeciwwskazania. Dopiero współpracując z zaprzyjaźnionymi specjalistami, dowiedzieliśmy się na przykład, że przeciwwskazaniem do używania większych ilości cynamonu jest m.in. ciąża. Albo że biorąc aspirynę, nie powinniśmy jej popijać herbatką z imbiru, bo można w ten sposób zbyt mocno rozrzedzić krew. Melisy za to nie powinno się pić przy niedoczynności tarczycy, bo dodatkowo spowalnia jej działanie. W ajurwedzie podkreśla się, że najważniejsze w leczeniu jest uwzględnienie indywidualnych przyzwyczajeń zdrowotnych, nawyków żywieniowych, rodzaju preferowanego wysiłku fizycznego czy odpoczynku. Dzisiaj do listy aspektów branych pod uwagę dochodzą też leki na receptę.

Jaka jest różnica w podejściu do ziół w fitoterapii, czyli ziołolecznictwie i ajurwedzie?
Nie jesteśmy z Karolą specjalistami z dziedziny dietetyki czy fitoterapii, a jedynie łącznikiem pomiędzy specjalistami a "użytkownikami", czyli ludźmi. Pomagamy przekształcić skomplikowany język substancji czynnych i składników odżywczych na język smaków. Mam wrażenie, że fitoterapia rozpatruje roślinę bardziej pod kątem pojedynczych substancji czynnych, które są w niej zawarte. Jak pięknie podkreśla Przemek Wardejn, zaprzyjaźniony konsultant ajurwedyjski, farmacja, medycyna i fitoterapia są trochę jak chemia, z kolei ajurweda jest fizyką. Mówi ona o przemianach energetycznych zachodzących w ciele. To jak dwie strony tego samego medalu. W moim odczuciu dopiero ich połączenie daje pełny obraz. Pokazuje cały potencjał danej rośliny. W ajurwedzie do określenia owych przemian używa się żywiołów. Przestrzeń, powietrze, ogień, wodę i ziemię można porównać ze stanami skupienia materii.

Mógłbyś to opisać na przykładzie?
Weźmy kurkumę. Najważniejszą substancją czynną w kurkumie jest tzw. kurkumina. Ma ona silne właściwości przeciwzapalne i przeciwutleniające. Aby zwiększyć jej właściwości antyrakowe, odchudzające i przeciwzapalne, dobrze jest łączyć kurkumę z pieprzem. Zawarta w nim tzw. piperyna wielokrotnie zwiększa wchłanianie kurkuminy. Pamiętajmy jednak, że pieprz jest również silnie rozgrzewający i osuszający. Na takie połączenie powinny więc uważać osoby, którym jest cały czas gorąco. Oczywiście kurkuma nie tylko kurkumą stoi. Znajdują się w niej również inne cenne substancje czynne, m.in. olejki eteryczne, które według medycyny Wschodu wpływają też na nasze emocje. Inaczej będzie działała surowa kurkuma, a inaczej suszona. Dzięki fitoterapii dowiadujemy się o cudownej kurkumie, a ajurweda pomaga nam zobaczyć, jak kurkuma działa całościowo i dla kogo jest najbardziej wskazana.

Czy ważne jest, w jakiej postaci zioła są przyjmowane?
Oczywiście. Ostatnio zapytaliśmy z Karolką na pokazie: jakich przypraw i ziół powinniśmy unikać podczas upalnego lata, aby się dodatkowo nie rozgrzewać? Imbiru - chórem odparła grupa. Pytanie: jakiego imbiru? Ajurweda nazywa imbir "wiśwabhesaja", czyli uniwersalnym lekiem. W odpowiednich ilościach zalecany jest praktycznie każdemu, ale liczy się również postać, w jakiej go stosujemy. Suszony będzie mieć właściwości najbardziej wysuszające i rozgrzewające. Zalecany jest szczególnie, kiedy odczuwamy nadmiar śluzu w organizmie (mamy niekończący się katar).

W ajurwedzie bardzo ważnym określeniem jest też tzw. anupana, czyli substancja, która niesie moc leczniczą danej rośliny. Anupaną może być np. miód, mleko (mówimy oczywiście o pełnowartościowym mleku od szczęśliwych krów, które u nas jest praktycznie niedostępne) czy masło sklarowane. Anupany są nie tylko nośnikami leków, ale również mają łagodzić ich skutki uboczne (dlatego ostre przyprawy podaje się w Indiach z mlekiem, by łagodzić ostrość). Mogą mieć też za zadanie zmienianie smaku, aby był łatwiejszy do przyjęcia. W końcu mogą działać jak katalizatory - pomagają substancjom czynnym dotrzeć do głębszych tkanek ciała.

Do jakich postaci można ekstrahować zioła? W fitoterapii robi się m.in wyciągi wodne (napary, kiedy zalewamy wrzątkiem, oraz odwary, kiedy gotujemy dłużej dane zioło), alkoholowe, wodno-alkoholowe i olejowe. W ajurwedzie idzie się o krok dalej. Rozważa się nie tylko, z jakim środkiem, czyli wspomnianą anupaną, zioło powinno być podane, ale też o jakiej porze dnia, czy najlepiej spożyć je po jedzeniu, czy przed. Ostatnio bardzo popularna w Europie stała się tzw. ashwagandha, zwana często żeń-szeniem indyjskim. Jest bardzo silnym afrodyzjakiem i tzw. adaptogenem. Lista zastosowań ashwaghandy jest szeroka. To lek m.in. na stres, osłabienie, spadki odporności, bezsenność, wyczerpanie nerwowe, utratę pamięci itd. Ale ma też całą listę przeciwwskazań. Wchodzi w interakcję z niektórymi lekami (m.in. nasennymi i przeciwlękowymi/antydepresantami), nie jest zalecana kobietom w ciąży i mamom karmiącym. Wiedza na temat ziół jest niesamowicie rozległa i skomplikowana. Im więcej o nich się dowiaduje, tym bardziej mam wrażenie, że tyle jeszcze nie wiem...

Prawo sygnatur pokazuje, że wszyscy jesteśmy powiązani. Klimat i energetyka danego miejsca wpływają na właściwości rosnących tam roślin. (Fot. iStock)Prawo sygnatur pokazuje, że wszyscy jesteśmy powiązani. Klimat i energetyka danego miejsca wpływają na właściwości rosnących tam roślin. (Fot. iStock)

W wiedzy ludowej funkcjonuje określenie doktryny sygnatury. Co to dokładnie oznacza?
To określenie odnosi się do odczytywania właściwości rośliny z jej budowy, miejsca i warunków klimatycznych, w których rośnie. Okazuje się, że czasami już sam wygląd rośliny może podpowiedzieć jej zastosowanie. I tak pokryta włoskami pokrzywa dobrze działa na włosy (i na krew). Na dodatek rośnie w mokrych miejscach, wiec ma właściwości osuszające. Analogicznie jeśli roślina ma liście w kształcie serca, istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie dobrze działała na serce. Doktryna sygnatury to wiedza po części z zakresu wiedzy ludowej, a po części z bliskiej mojemu sercu alchemii roślinnej. Prawo sygnatur pokazuje, że wszyscy jesteśmy powiązani. Klimat i energetyka danego miejsca wpływa na właściwości rosnących tam roślin. Później te rośliny oddziałują na zdrowie i poziom energii osób zamieszkujących ten obszar. Paracelsus, XV-wieczny lekarz, botanik i propagator alchemii roślinnej, podkreślał również, że każda rosnąca na Ziemi roślina powiązana jest z odpowiednią planetą lub gwiazdą. Jeśli wierzymy w to, że wszystko we wszechświecie jest powiązane, to nie sposób zaprzeczyć również temu, iż Słońce, Księżyc, Merkury, Wenus, Mars, Jupiter oraz Saturn wpływają na charakterystyczne cechy roślin rosnących na naszej planecie. Zgodnie z tą filozofią zupełnie inne właściwości mają rośliny słoneczne (takie jak cynamon, goździki, dziurawiec, kardamon, pieprz, rozmaryn, imbir czy nagietek) - kumulują energię słoneczną i działają rozświetlająco, ale również najczęściej rozgrzewająco; w przeciwieństwie do roślin księżycowych (kurkuma, szałwia muszkatołowa, drzewo sandałowe czy lotos). To niezwykle fascynująca i głęboka wiedza. Do niedawna korzystało się z niej również w tzw. medycynie humoralnej.

Czym była medycyna humoralna?
Zakładała zwalczanie choroby "substancją przeciwstawną", czyli równoważącą. Co ciekawe, jeszcze do XVIII wieku była to medycyna akademicka. Do dziś jej pozostałości funkcjonują w psychologii. Podział na melancholików, flegmatyków, sangwiników i choleryków nawiązywał dosłownie do ajurwedyjskiego podziału na dosze. Mówiło się, że np. flegmatycy to ci, którzy mają za dużo wilgoci i zimna. Stan ten równoważono rozgrzewającymi i wysuszającymi ziołami. Do człowieka podchodziło się wielopoziomowo. Patrzyło się nie tylko na jego ciało, ale również umysł (poziom emocji) oraz duszę. W ajurwedzie rozpatruje się jeszcze poziom społeczny. Karola na warsztatach podaje taki przykład: wyobraźmy sobie, że przynosimy do pracy idealnie zbilansowany dla nas lunch. Nagle wpada koleżanka i zaczyna krzyczeć. Poziom społeczny (reprezentowany przez koleżankę) wpływa na nasze emocje (umysł) i zaburza na poziomie umysłowym nasze trawienie. Rzutuje to na trawienie fizyczne (ciało) i wpływa na nasz poziom energii...

A co sądzisz o modzie na konkretne przyprawy i zioła? Obecnie modny jest imbir, kurkuma, wcześniej tak samo było ze spiruliną.
Ajurweda podkreśla, żeby funkcjonować w modelu odżywiania, który makrobiotyka nazywa wolnym. W przeciwieństwie do intelektualnego, w którym kierujemy się tym, co przeczytaliśmy, zakłada ona wybór sposobu odżywiania na podstawie intuicji. Czyli po pierwsze, dobieramy zioła, przyprawy, dietę i rodzaj wysiłku fizycznego do naszych potrzeb. Po drugie, obserwujemy, jak wprowadzone zmiany wpływają na nas. Czy jedząc codziennie kurkumę z pieprzem czujemy się lepiej, szczęśliwiej? Czy mamy wyższy poziom energii? Czy bardzo wychładzająca spirulina nie zaburza naszego trawienia?

Wpływ pożywienia na nasz ogólny stan, również psychiczny, opisuje dziś psychodietetyka.
To bardzo interesująca dziedzina. Co ciekawe, dużo z tego nowoczesnego podejścia naukowego pokrywa się ze starożytną wiedzą ajurwedyjską. Ajurweda już pięć tysięcy lat temu podkreślała, ze są dwa rodzaje trawienia - fizyczne i umysłowe, które od siebie wzajemnie zależą. Jeżeli nie jesteśmy w stanie zarządzać emocjami i stresem, to nie ma szansy, abyśmy odpowiednio trawili, a co za tym idzie: wchłaniali składniki odżywcze obecne w pożywieniu. Dlatego ajurweda opisuje i dostosowuje zioła wielopoziomowo. Podkreśla, jak działają nie tylko na ciało, ale również umysł i poziom energii. Współczesna medycyna ma również wiele do zaoferowania. Opanowała do perfekcji ratowanie życia w nagłych przypadkach. Zgłasza się do nas wiele osób z pytaniami dotyczącymi zastosowania ziół czy diety, często w kontekście schorzeń czy chorób. Zawsze odsyłamy do współpracujących z nami lekarzy, dietetyków. Często nie da się uniknąć przyjmowania syntetycznych leków.

A co jeśli nie dolega nam nic konkretnego, ale latem chcemy pozbyć się kilku kilogramów?
Jeśli czujemy się dobrze i zależy nam tylko na zrzuceniu kilku kilogramów, możemy zrobić sobie dobry test ajurwedyjski. W "Chudnij w zgodzie ze swoją naturą", naszej nowej książce, Przemek Wardejn skonsultował test, który liczy ponad 50 pytań. Wynik kieruje do wyboru dobranej do naszych potrzeb diety. Poleca też proste mieszanki ziołowe i wskazówki, które pomogą wrócić do równowagi, a w efekcie schudnąć. Jeżeli cierpimy na gazy i mamy wzdęty brzuch o poranku, świetnym sposobem są np. goździki z sokiem z cytryny. Wystarczy cztery goździki zalać szklanką gorącej wody, pozostawić na 10 minut do zaparzenia, a następnie dodać wyciśnięty sok z połowy cytryny i wypić przed zaśnięciem. Goździki są intensywnie pobudzające i rozgrzewające. I choć zawierają związki przeciwzapalne - antocyjany, to zgodnie z zaleceniami najstarszej nauki o zdrowiu, nie powinny ich stosować osoby cierpiące na nadciśnienie oraz z bardzo dużą ilością ognia w organizmie (silnie rozgrzane i z bardzo silnymi stanami zapalnymi).

Stosowanie ziół i przypraw ajurweda opisuje w kontekście smaków.
Bo każdy smak inaczej oddziałuje na nasze ciało, psychikę i energię. Smaki wychładzające to słodki, gorzki i cierpki. Razem z krwią, która odpływa od powierzchni skóry do środka, kierują tam też naszą energię. Te smaki zwracają uwagę do wewnątrz. Z kolei słony, kwaśny i ostry działają odwrotnie. Krew dopływa do powierzchni skóry. Robi nam się wtedy ciepło i mamy wypieki na twarzy. Energia skierowana jest na zewnątrz. Taką energią emanują na przykład zakochane osoby. O tych przemianach energetycznych pisał Alexander Lowen. Szczęście daje nam równowaga między tym "co w środku", a "tym, co na zewnątrz". Podobnie zdrowie równowaga na talerzu i równowaga między smakami. Każdy smak ma dwa oblicza. Jeśli dostarczamy go w nadmiarze, to ujawnia swoją negatywną stronę. Słodycz daje nam bezpieczeństwo i przyjemność, bo przecież mleko matki jest słodkie. Jednak w nadmiarze prowadzi do ospałości i inercji.

A smak słony?
Najczęściej redukujemy jego ilość w diecie ze względu na złą sławę rafinowanej soli. Jednak brak umiarkowanych ilości, do 6 g dziennie, dobrej jakościowo, nierafinowanej soli (np. himalajskiej) może zaburzyć równowagę sodowo-potasową i prowadzić do odwodnienia komórek. Słony pobudza apetyt - również na życie. W nadmiarze może prowadzić do przedwczesnego starzenia, stanów zapalnych, nadkwasoty, a nawet impotencji. Emocjonalnie daje nam radość i otwartość. Nadmiar powoduje, że popadamy w hedonizm. Warto zapoznać się z dwuwymiarowością każdego ze smaków i obserwować, czy nie przyzwyczailiśmy się do nadużywania któregoś z nich. Pamiętajmy również o synergii między smakami. Przecież bez odrobiny gorzkiego nie będziemy w stanie w pełni docenić słodyczy.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, współzałożycielka i prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Maciej Szaciłło, kucharz wegetariański, wspólnie z żoną Karoliną pisze książki kulinarno-lifestylowe, prowadzi bloga medytujemy.pl, warsztaty, pokazy i detoksy wyjazdowe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Lukrecja na zdrowe zęby i piękną cerę – poznaj właściwości i działanie tej rośliny

Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Lukrecja ma małe zdobne liście i kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej lecznicze właściwości są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. (Fot. iStock)
Co może łączyć czarne żelki o słodkawo-cierpkim smaku z balsamem na rozstępy? A krem na przebarwienia skóry z produktem przeciwko próchnicy? Otóż wszystkie one zawdzięczają swój sukces lukrecji. A właściwie jej ukrytej głęboko części – korzeniowi.

Lukrecja ma małe zdobne liście i drobne kwiaty w kolorze liliowym. To dalsza kuzynka znanych w Polsce koniczyny, lucerny czy łubinu. Jej właściwości lecznicze są uznane i wykorzystywane od tysiącleci. W naturalnych warunkach rosła w Azji i w krajach śródziemnomorskich i z przekazów wiemy, że była składnikiem receptur medycznych m.in. w starożytnych Chinach, Indiach, Egipcie czy Grecji. Była również wykorzystywana jako energetyk dla wojska. Jeszcze na początku XX wieku służyła także do odkażania jamy ustnej. I bardzo słusznie, bo – jak potwierdziły badania opublikowane w amerykańskim czasopiśmie naukowym „Journal of Natural Products” – lukrecja zawiera związki organiczne zmniejszające ryzyko wystąpienia próchnicy oraz innych bakterii związanych z chorobami zębów i przyzębia.

Czego nie widać

Swoją łacińską nazwę – glycyrrhiza zawdzięcza smakowi korzenia (glycos oznacza słodki, rhiza – korzeń), bo to właśnie pod ziemią ukrywa się najcenniejsza część rośliny. Rzeczywiście brązowy silnie rozgałęziony korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. Jest pozyskiwany z kilkuletnich roślin, wiosną lub jesienią. Po zasuszeniu można go przechowywać przez dłuższy czas (pod warunkiem że będzie to szczelny pojemnik), a przed użyciem – pokroić lub zmielić.

Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)Najcenniejsza część lukrecji ukrywa się pod ziemią. Jej brązowy korzeń ma smak słodki, ale też lekko szczypie w język. (Fot. iStock)

Niewątpliwie największą popularność przyniosły lukrecji charakterystyczne ciemne cukierki, mające wzięcie zwłaszcza w Szwecji i Holandii. Kłącze pojawia jednak także jako składnik przepisów dla dorosłych, choćby w piwie, cygarach czy włoskim likierze podawanym z ziarnami kawy.

Skoro lukrecja nadaje się do jedzenia, jest też pożądanym składnikiem kosmetyków, bo – jak warto przypomnieć – to, co nakładamy na skórę, w części przez nią przenika i trafia do krwiobiegu, który rozprowadza je po całym organizmie. To dlatego tradycyjna medycyna indyjska, Ajurweda, zaleca, aby produkty do pielęgnacji ciała były równie zdrowe jak jedzenie.

Z korzyścią dla skóry

Wspomnianą wcześniej skuteczność w profilaktyce próchnicy lukrecja zawdzięcza właściwościom przeciwzapalnym i bakteriobójczym. Te same efekty liczą się w kosmetologii. Jak ekstrakt z korzenia lukrecji działa na poszczególne rodzaje cery?

  • Cera tłusta i trądzikowa – skutecznie łagodzi stany zapalne skóry, podrażnienia, swędzenie oraz przyśpiesza gojenie się ran i wyprysków.
  • Cera naczynkowa – zmniejsza zaczerwienienie skóry i wzmacnia naczynka krwionośne.
  • Cera sucha i odwodniona – dzięki dużej zawartości glicyryzyny o silnych własnościach wiązania wody w skórze oraz grupy flawonoidów ma działanie nawilżające i kojące.
  • Cera z przebarwieniami – hamuje aktywność enzymu, który przyczynia się do powstawania przebarwień skóry.
  • Cera dojrzała – dzięki antyoksydantom i fitoestrogenom dotlenia komórki i spowalnia proces starzenia się skóry. Poza tym pochłania promieniowanie UV.

Jakie jeszcze moce ukrywa korzeń lukrecji?

  • Łagodzi problemy żołądkowo-jelitowe, wspomaga regenerację błony śluzowej żołądka i przywraca jego prawidłową pracę. Warto po niego sięgnąć w przypadku wystąpienia zgagi czy zatrucia pokarmowego.
  • Ze względu na działanie przeciwwirusowe pomaga pozbyć się opryszczki. Jest przydatny w leczeniu objawów menopauzy oraz w łagodzeniu bólu w trakcie miesiączki.
  • Sprawdza się w leczeniu suchego kaszlu, bólu gardła i chrypy.
  • Łagodzi bóle reumatyczne.

Przeciwwskazaniem do wewnętrznego stosowania lukrecji są choroby układu krążenia, wątroby, hormonalne i cukrzyca. Powinny z niej zrezygnować także kobiety w ciąży.

  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc.