1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Zanieczyszczenie powietrza to plaga naszych czasów - rozmowa z autorką książki "Uduszeni"

Zanieczyszczenie powietrza to plaga naszych czasów - rozmowa z autorką książki "Uduszeni"

Dostęp do czystego powietrza jest dziś przywilejem nielicznych. (Fot. iStock)
Dostęp do czystego powietrza jest dziś przywilejem nielicznych. (Fot. iStock)
Iść ulicą i wziąć głęboki oddech? Niebezpieczne. – Wszyscy powinniśmy móc mieszkać w miastach i nie chorować. Powinniśmy uczynić miasta czystszymi, zdatnymi do życia – mówi Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka, autorka książki „Uduszeni”, która opowiada, czym oddychają mieszkańcy Kalifornii, Londynu, Nowego Delhi oraz polskiego Śląska.

Ciepły wieczór w Warszawie, na apce widzę, że poziom pyłu zawieszonego PM2.5 nie przekracza 7, widoczność na 11 km. Nieźle. A ty? Jakim powietrzem dziś oddychasz?
Tu, gdzie teraz jestem, czyli w Bay Area, całkiem niedaleko San Francisco, też wydaje się całkiem nieźle. Nie zawsze tak było; kalifornijskie powietrze jest dużo lepsze niż 50, 40, nawet dziesięć lat temu, ale wciąż najgorsze w Ameryce. Też dlatego, że Kalifornia jest tak zależna od komunikacji samochodowej. Tutejszy styl życia stawia auto w centrum, zakorkowane, dziesięciopasmowe autostrady to na Zachodnim Wybrzeżu wciąż codzienność.

Latem Polska mogłaby cię miło zaskoczyć. Ale pierwsze wrażenie, gdy przyjechałaś tu pisać o Krakowie i Śląsku, nie było najlepsze. Pamiętasz zapach polskiego powietrza?
Przyleciałam do Krakowa w marcu, kilka lat temu, była końcówka zimy, robiło się ciepło, ludzie przykręcali ogrzewanie. Spodziewałam się czegoś gorszego, zaskoczyło mnie, że nie było tak źle. Ale potem pojechałam na Śląsk, do Mysłowic, dym wręcz obezwładniał, dławił, gryzł, nigdy wcześniej nie oddychałam tak zanieczyszczonym, gęstym od pyłu powietrzem. Wybrałam się tam, bo chciałam obejrzeć elektrownie zasilane węglem, ale nie mogłam uciec od domowych pieców. Każdy z domów pluł dymem pachnącym plastikiem. Ktoś powiedział mi wtedy, że powietrze jest tak gęste, że można je żuć.

Miałaś podobne wrażenie?
Oczywiście. Ale czuję się tak czasem też w Londynie, gdzie mieszkam. Powietrze jest tu dużo lepszej jakości niż na Śląsku, ale gdy idę wzdłuż jezdni i wdycham opary z rur wydechowych tysięcy diesli, czuję się podobnie. To powietrze ma smak, czuć je w ustach. To okropne wrażenie.

„Uduszeni” [„Choked: Life and Breath in the Age of Air Pollution”] to opowieść nie tylko o tym, czym trują nas samochody.

Ale też o tym, że trują nas z premedytacją. Piszesz, że w Stanach doszło do zdecydowanych działań w związku z aferą Dieselgate – USA zmusiły Volkswagena, który wypuścił miliony aut z oszukanym oprogramowaniem, do działań, Europie się nie udało.
W Stanach rząd wymógł naprawę wyposażonych w wadliwe czujniki aut. Koncern, który oszukiwał, musiał zapłacić miliony dolarów, żeby dostosować swoje samochody do obowiązującego prawa. W Europie są one wciąż na drogach. Miliony brudnych, oszukanych aut, których emisje przekraczają legalne limity. Oto dziedzictwo Dieselgate. Obecne w Londynie, gdzie mieszkam ja, i w Polsce, gdzie żyjesz ty.

Dla mnie diesel to ważny element mapy zanieczyszczeń w Europie. W Stanach Zjednoczonych może 1 proc. aut jeździ na ropę, tymczasem w Europie – nawet 50 proc. albo więcej. Skutki dla zdrowia są opłakane. Ale problem nie polega tylko na wyborze określonego rodzaju paliwa, tylko na egzekwowaniu prawa. Europa ma mnóstwo aktów prawnych dotyczących czystego powietrza, standardów emisji, podobnie zresztą jak Ameryka. Ale Ameryka, przynajmniej przed etapem rządów Trumpa, egzekwowała to dużo skuteczniej. Nie idealnie, ale skuteczniej.

Benzopiren, ozon, tlenki azotu, pył ze startych opon i klocków hamulcowych, lista jest związków, którymi trują nas samochody jest długa. (Fot. iStock) Benzopiren, ozon, tlenki azotu, pył ze startych opon i klocków hamulcowych, lista jest związków, którymi trują nas samochody jest długa. (Fot. iStock)

To co my możemy zrobić? My, pojedyncze jednostki? Wybierać auta na prąd? Stać na nie tylko uprzywilejowanych, a prąd w Polsce rzadko jest czysty. Kupować oczyszczacze i maski? To nie rozwiązuje problemu.
Możemy chronić siebie. Najważniejsza rzecz, na bardzo podstawowym poziomie: trzeba być świadomym tego, co się dzieje, gdy się jedzie na rowerze, wędruje, nawet podróżuje autem. Gdy chodzę po Londynie, zwłaszcza z córką, staram się wybierać równoległą, spokojną trasę, żeby nie iść blisko zatłoczonej arterii. Odbijam w bok, wchodzę między domy, drzewa, nawet jeśli to oznacza trochę dłuższy spacer. Większość emisji o samochodowym pochodzeniu jest skoncentrowana w najbliższym sąsiedztwie jezdni, wystarczy oddalić się od niej o 100 metrów, żeby zredukować wpływ toksyn nawet o połowę

A samorządy? Może one mają jakieś narzędzia ograniczania zanieczyszczanie powietrza?
W Krakowie wprowadzono lokalne przepisy, które ograniczają palenie węglem w domach. Londyn otwiera niskoemisyjne strefy, żeby trzymać najbardziej zanieczyszczające pojazdy z dala od gęstej zabudowy. I jeśli burmistrz Londynu Sadiq Khan ograniczy w ten sposób liczbę zgonów o kilkadziesiąt procent, to świetnie. Ale to jest problem, z którym miasta sobie same nie poradzą.

Dlaczego?
Miasta mogą ograniczać wjazd najbardziej zanieczyszczających powietrze, przekraczających emisyjne normy aut, ale dużo efektywniejsze byłoby doprowadzenie do sytuacji, że tych aut po prostu nie będzie. Wymuszenie na ich producentach, aby respektowali normy. Jeszcze jedna rzecz: lokalne rozwiązania są nie tylko mniej efektywne, ale też przerzucają koszty nie tam, gdzie powinny one trafić, na indywidualnych kierowców. To oni muszą płacić 20 funtów za wjazd do określonej strefy albo kupić nowy, czystszy samochód. To nie w porządku, większość z nich kupowała te samochody w dobrej wierze. Są ofiarami wielkiego oszustwa i to producenci powinni zapłacić.

W Polsce mamy ogromny rynek aut z drugiej ręki. Tylko w 2017 roku trafiło do nas 350 tys. diesli z Europy. Jakby tego było mało, wycinamy z nich filtry cząstek stałych. 

Dlatego przepisy, nawet najlepsze, nie wystarczą. Trzeba je jeszcze egzekwować.

Ale ludzie omijają zasady, do tego nie wszyscy mogą sobie pozwolić na nowe, czyste samochody czy ekologiczne rozwiązania grzewcze. Weźmy na przykład węgiel, który przyciągnął cię właśnie do Polski. To ogromny problem – środowiskowy, polityczny, ekonomiczny, ale też źródło utrzymania dla wielu osób. Piszesz o nich w książce: górnicy, handlarze opałem. Co z nimi?
To są ważne problemy. Dlatego pisanie o środowisku jest tak fascynujące – często zdarza się, że kwestie związane z ludzkim życiem, zdrowiem, dobrym samopoczuciem stoją w opozycji do spraw związanych z kosztami, pieniędzmi, zatrudnieniem, ekonomią. A te czynniki są bardzo istotne. Ale prawda jest też taka, że ludzie, którzy cierpią z powodu zanieczyszczeń, sami je generują. Na Śląsku odwiedziłam wiele miast i miasteczek, wszędzie spotykałam dzieci uskarżające się na kaszel, problemy z oddychaniem, ale jednocześnie wszyscy palili w swoich domach najtańszym węglem. Albo pracowali w elektrowniach zasilanych węglem. Myślę, że to sytuacja, która jest pułapką dla pojedynczych osób, dlatego wymaga zaangażowania władzy. Rząd powinien zapewnić im alternatywę. Dlaczego tak trudno w Polsce o lepsze źródła energii? Słoneczną, wiatrową, nuklearną, cokolwiek, co nie będzie węglem? Bo to, oczywiście, prawda – ludzie indywidualnie za bardzo nie mają wyboru. | Kolejna rzecz, której nauczyłam się w Polsce: płacicie za oczyszczacze powietrza, za nowe, lepsze samochody, ale nie mówi się dużo o kosztach, jakie ponosimy wszyscy w związku z tym, że oddychamy złym powietrzem. O naszym życiu i zdrowiu. To też można przecież przeliczyć na pieniądze obciążające system opieki zdrowotnej. W Stanach Zjednoczonych policzono finansowe korzyści płynące z wprowadzenia w 1970 roku ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act). To 22 biliony dolarów przez pierwsze dwie dekady. 44 razy więcej niż to, ile wydano, żeby poprawić jakość powietrza. I miliony ocalonych żyć.

Dlaczego tak trudno nam to zobaczyć?
Bo problem jest niewidzialny. Zapewne można policzyć cenę oczyszczenia powietrza w Polsce – to są czysto techniczne kwestie. Gorzej z oszacowaniem rozmiarów korzyści. Mimo że dotkną miliony ludzi, większość z nich nawet nie zda sobie sprawy, że są beneficjentami dostępu do czystszego powietrza. Jeśli jutro nie będę mieć ataku serca, jeśli moja córka nie zachoruje na astmę, najpewniej nie uświadomię sobie, że powodem tego jest fakt, że rząd wprowadził przepisy ograniczające emisję i nakazał firmom energetycznym zmianę źródła pozyskiwania energii.

Lektura twojej książki wywołuje też spore zdziwienie: drewno nie jest niewinne.
Mnie to też zaskoczyło.

Wizerunek ogniska, kominka, miejsca, które symbolizuje przytulność, bezpieczeństwo, ciepło, też to metaforyczne, został poważnie nadszarpnięty.
Tak! Miałam podobne poczucie, czułam, że węgiel jest zły, toksyczny, niebezpieczny, ale drewno? Cóż złego może być w paleniu drewnem? Jest naturalne, wszyscy kochamy tulić się do siebie przy świetle kominka, do tego w wielu miejscach na Ziemi jest promowane jako przyjazne dla środowiska paliwo. Zaczynając dokumentację do książki, wciąż słyszałam o drewnie, i w Polsce, i w Kalifornii, ale jeśli mam być szczera, z początku nie traktowałam tego poważnie. Eee, drewno, powiedzcie mi lepiej coś o węglu albo ropie, odpowiadałam. I dopiero pod sam koniec pracy nad książką przeczytałam opracowanie naukowe, które pozwoliło mi zrozumieć, że drewno ma istotny wkład w globalne zanieczyszczenie. Dym z jego palenia jest toksyczny, obfituje w groźne cząsteczki PM2.5. Jeśli zaś chodzi o jego neutralność klimatyczną, musi spełnić bardzo wyśrubowane warunki. A one rzadko się zdarzają. Pewne badanie pokazuje, że w Londynie korzyści wynikające z ograniczenia transportowego zostały całkowicie wyeliminowane przez negatywne skutki spalania drewna w przydomowych piecykach. A to teraz bardzo trendy – opalany drewnem piec w domu. Kilka lat temu poczułam, że ktoś w moim sąsiedztwie zorganizował sobie taki na Gwiazdkę. Po prostu któregoś dnia powietrze zaczęło specyficznie pachnieć. To przyjemna woń.

Miły zapach, który jest posłańcem złej wiadomości?
Tak! Teraz, gdy tyle już o tym wiem, nie mogę się pozbyć myśli, że ktoś w sąsiedztwie mnie podtruwa, a ja nawet nie wiem kto.

Czyli powinniśmy powiedzieć „nie” kominkom?
Szczerze? W miastach nie ma na nie miejsca. Może na wsiach, jeśli spełni się wszystkie zasady dotyczące suszenia surowca, tak, ale w miastach, gdzie pali się drewnem głównie dla przyjemności – nie ma na takie paleniska miejsca. Dym z nich po prostu nam szkodzi. W krajach takich jak Indie ludzie używają drewna do gotowania i wdychają toksyczny dym, bo nie mają wyboru. W zamożnej części świata palimy nim, bo mamy taki kaprys.

W książce przytaczasz też statystyki: zanieczyszczenie powietrze powoduje 7 mln zgonów na świecie rocznie. 40 proc. Amerykanów oddycha powietrzem bardzo złej jakości, Europejczycy umierają z tego powodu 15 razy częściej, niż giną w wypadkach samochodowych
. Zabrałam się do tej książki, bo wierzyłam od początku, że zanieczyszczenie powietrza jest bardzo ważnym tematem. Ale martwiłam się, muszę przyznać, czy jednocześnie zainteresuje czytelników; nie możesz poświęcić całej książki statystykom albo historiom dzieci, które mają atak astmy. Gdy jednak zaczęłam zbierać materiały, szybko zrozumiałam, że zanieczyszczenie powietrza przenika się z innymi tematami, ze wszystkimi najważniejszymi problemami społecznymi. Tu i teraz. Łączy się z rasizmem, z równowagą między prywatnym a publicznym, sposobem egzekwowania władzy, zmianami klimatycznymi, ale też z problemem ekonomicznych nierówności. Gdy to wszystko zobaczyłam, uwierzyłam, że książka o zanieczyszczeniu powietrza może być interesująca. Że ludzie będą chcieli ją czytać.

Często podkreślasz, że kwestia dostępu do czystego powietrza jest przywilejem. Szczególnie widoczne jest to na przykładzie kalifornijskiej San Joaquin Valley.
Ameryka jest krajem nierówności, ale San Joaquin Valley jest miejscem, w którym te różnice są szczególnie drastyczne. To zawsze było boleśnie podzielone miejsce; tutaj John Steinbeck osadził akcję „Gron gniewu”, powieści o tych, którzy nie mają niczego, i o tych, którzy mają wszystko. Oczywiście, zamożni właściciele farm, którzy mieszkają tu dziś, także oddychają zanieczyszczonym powietrzem, ale z pewnością ich domy nie są zlokalizowane 50 metrów od fermy z 50 tys. krów ani obok ważnej autostrady załadowanej ciężarówkami transportującymi pomidory i migdały. Powiedziałabym, że zanieczyszczone powietrze uwypukla podziały istniejące w społeczeństwie. I, oczywiście, najłatwiej to sprowadzić do ekonomii, ale jest w tym też silny czynnik rasizmu. Ostatnio pracowałam z naukowczynią, która bada temat wpływu środowiskowych toksyn na afroamerykańskie społeczności. Ich członkowie, Afroamerykanie z klasy średniej, którzy zarabiają 50–60 tys. dol. rocznie, przyjmują podobne dawki co bardzo ubodzy biali zarabiający 10 tys. dol. Co to oznacza? Że nie chodzi tylko o pieniądze i to, gdzie możesz dzięki nim zamieszkać, ale też o to, że firmy emitujące zanieczyszczenia instalują swoje obiekty w sąsiedztwie kolorowych: Afroamerykanów, Latynosów. Też z powodów politycznych.

A ty czy czujesz się uprzywilejowana, jeśli chodzi o dostęp do czystszego powietrza?
Tak, choć mieszkam w dość zanieczyszczonej części Londynu. Moja dzielnica jest gęsto zaludniona, jest dużo samochodów, ale ja mieszkam przy dość cichej, spokojnej, ślepej uliczce. Wokół – sporo zieleni, park, lasek, rodzaj rezerwatu, przez który mogę iść, żeby uniknąć sąsiedztwa ruchliwej ulicy. Mam też dużą świadomość tego problemu, dlatego wiem, jak się poruszać po mieście. Więc, owszem, czuję się uprzywilejowana, bo mimo że problem zanieczyszczenia powietrza dotyczy też mnie, to jak wszystkich, którzy mają pewne zasoby, dotyczy jednak mniej.

Kiedy dowiedziałaś się tego wszystkiego, nie myślałaś, żeby się przeprowadzić? Do czystej górskiej Szwajcarii? Gdzieś nad skandynawskie jeziora?
Londyn to mój dom. Lubię miejsce, w którym żyję, tu mam pracę, rodzinę, przyjaciół, moje dziecko chodzi tu do szkoły, nie jest łatwo się wyprowadzić. Myślę, że wszyscy powinniśmy móc mieszkać i żyć w miastach i nie chorować jednocześnie. Powinniśmy uczynić nasze miasta czystszymi, zdatnymi do życia, zamiast się wyprowadzać.

Jest dla nas nadzieja? Będziemy kiedyś mogli oddychać pełną piersią, bez lęku o zdrowie?
Jeden z recenzentów mojej książki napisał, że nie może się zdecydować, czy jestem optymistką, czy pesymistką. Trafnie mnie zdiagnozował. Sama nie wiem, kim jestem, to trochę zależy od dnia i aktualnej prognozy zanieczyszczeń. Na ogół mam realistyczne podejście; czyste powietrze to nie jest nieosiągalna dla nas kwestia, możemy to naprawić. Ameryka, miejsce dalekie od idealnego, zrobiła w tej dziedzinie ogromny postęp przez ostatnie 50 lat. Chiny zaczynają działać. Z czystym powietrzem jest podobnie jak ze zmianą klimatyczną: mamy narzędzia, żeby ją zahamować. To nie jest problem technologiczny, tylko polityczny.

Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka (współpracuje z „New York Timesem” i „Guardianem”), pisze o ochronie środowiska, energetyce, zrównoważonym rozwoju. Mieszka w Londynie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

O czym szumią zioła

Ruta Kowalska:
Ruta Kowalska: "Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu."(Fot. archiwum prywatne)
Ruta Kowalska, dyplomowana zielarka, autorka podręcznika „O czym szumią zioła” i kajetu wielkiej urody „Receptariusz ziołowy” zaprasza do magicznego świata roślin i odkrywania ich niezwykłych właściwości. Na swoim blogu oraz Instagramie „Zioła w pełni” dzieli się zielarską wiedzą, pokazuje innym jak zaprzyjaźnić się z roślinami i korzystać z ich dobrodziejstwa.

W jeszcze nie tak odległych czasach nieomal każda roślina była otoczona nimbem boskości i darzona szacunkiem. Wraz z rozwojem nauki i technologii zaczęłyśmy tracić przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę, a dziś dla wielu osób zioła to po prostu popularne przyprawy jak oregano czy tymianek. Czym dla ciebie są zioła i czy były obecne w twoim życiu już wcześniej?
Od dziecka jestem zafascynowana roślinami. Trudno zliczyć ile czasu spędziłam w towarzystwie tych milczących, zielonych istot. Poznawanie ich wszystkimi zmysłami, dzielenie z nimi czasu ma w sobie coś z wtajemniczenia, inicjacji. Spotkanie twarzą w kwiat. Twarzą w liść. Twarzą w owoc.

Zioła są dla mnie czymś doskonałym samym w sobie. To dużo więcej niż potencjalne lekarstwo, chociaż to, że nas leczą jest dla mnie czymś niesamowitym. Nie chcę patrzeć na nie jedynie w sposób użytkowy. Tak jak w Twoim przykładzie o torebce z przyprawami. Nie wystarczy mi dodać suszu do potrawy, aby polepszyć jej smak. Chcę zobaczyć daną roślinę na żywo, poczuć fakturę jej liści, dowiedzieć się jakie ma wymagania glebowe – co mogę zrobić, aby było jej dobrze np. w moim ogrodzie. Sięgam też głębiej, dociekam jak rośliny troszczą się o siebie nawzajem i komunikują między sobą. Dlatego kiedy nauka, która w naszej zachodniej kulturze jest bogiem, potwierdza to, co czułam intuicyjnie od dziecka odczuwam wielką radość. I mimo, że burzy to skrupulatnie budowaną od wieków hierarchię świata, to czuję, że nadejdzie czas, kiedy rośliny będą miały własne prawa. Podobnie jak zwierzęta, o czym przecież naszym przodkom nawet się nie śniło.

Codziennie jestem w bliskim kontakcie z roślinami. Czuję ogromną wdzięczność za to, że mieszkam na odludziu i wystarczy wyjść z domu, aby zanurzyć się w zielonym świecie. Rośliny są dla mnie jak bliscy przyjaciele. Bo jeśli od kilkunastu lat codziennie głaszczę korę rosnących wokół mojego domu drzew, obserwuję ich zmagania się z mrozami czy wiatrem, patrzę jak zmieniają się w rytmie pór roku, to czuję więź. Tak samo w ogrodzie, gdzie doglądam rosnących ziół, czy na łąkach wokół domu, gdzie znam każdy spłachetek ziemi. Mam tylko wątpliwości czy ta więź jest obopólna. Rośliny znakomicie mogą się bez nas obyć. Dzięki fotosyntezie są autonomicznymi, samowystarczalnymi istotami. To my ich potrzebujemy, a nasze życie nie mogłoby bez nich istnieć.

Zioła wykorzystywano nie tylko w obrzędach religijnych i magicznych rytuałach, pełniły one bardzo ważną funkcję w codziennym życiu. Znajomość ich właściwości mogła ratować albo odbierać życie, dlatego wiedza na ich temat była tak cenna. Gdzie ty zaczęłaś swoje poszukiwania na temat ziół oraz ich magicznych i leczniczych właściwości? I kiedy poczułaś, że chcesz dzielić się swoją wiedzą z innymi?
Jako dziecko mogłam godzinami obserwować przyrodę zachwycając się całym tym bogactwem. Dopiero potem poczułam potrzebę nazywania, porządkowania, przypisywania roślinom określonych właściwości. Chciałam wiedzieć jakim zielonym bandażem można opatrzyć ranę podczas leśnych wędrówek, co można zjeść, a czego lepiej unikać, jak wspomóc się przy niestrawności czy w przeziębieniu. Na moim regale pojawiało się coraz więcej książek o ziołach. Nieustannemu czytaniu towarzyszyły częste wyprawy w teren, bo odczuwam jakąś pierwotną, ciągłą potrzebę bycia na świeżym powietrzu, w ruchu, chodzenia po chaszczach.

Zawsze byłam mocno ukierunkowana i zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób może to być zaskakujące, ale już jako 6-letnie dziecko wiedziałam, że chcę mieszkać na wsi i żyć blisko ziemi.

Cała moja formalna edukacja związana jest z przyrodą. Ukończyłam studia magisterskie na kierunku biologia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W ostatnich latach, bo wcześniej niestety nie było takich możliwości, ukończyłam roczny kurs zawodowy „Zielarz-Fitoterapeuta”, studia podyplomowe „Zioła w profilaktyce i terapii” na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu oraz „Zioła i nutraceutyki – ich znaczenie dla gospodarki i zdrowia” na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie uczestniczę w rocznym kursie „Fitoterapia szczegółowa” prowadzonym przez dr. H. Różańskiego.

Ziołolecznictwo to nauka ścisła i takie podwaliny, szeroka wiedza biologiczna i chemiczna są bardzo istotne. Równolegle wciąż uczę się sztuki zielarskiej na najlepszym uniwersytecie. Stworzonym ręką Natury. Na łąkach, polach, w lasach.

Pierwsze warsztaty przyrodnicze zaczęłam robić jeszcze podczas studiów, potem skupiłam się na ziołowych. Bardzo wierzę w moc edukacji. W to, że kropla drąży skałę.

Moją misją jest wielki powrót ziołolecznictwa. Marzę, aby każdy/a z nas posiadł/a podstawową wiedzę o roślinach, aby samodzielnie i bezpiecznie stosować je we własnym domu.

„Zioła w pełni” to nazwa nieprzypadkowa, oprócz istotnych w twoim życiu roślin pojawia się też element lunarny. Jaka jest rola księżyca w tym, czym zajmujesz się na co dzień?
„Zioła w Pełni” to nie tylko nazwa mojej firmy i bloga na którym snuję ziołowe opowieści, ale również odzwierciedlenie tego, co jest dla mnie ważne. Pełnia to dla mnie stan, w którym niczego nie brakuje. Całkowitej harmonii i poczucia obfitości na każdym poziomie życia.

Księżyc odgrywa w moim życiu dużą rolę. Zarówno ja, jak i uprawiane przeze mnie rośliny żyjemy w jego rytmie. Bardzo bliska jest mi idea rolnictwa biodynamicznego, a kalendarz księżycowy autorstwa Marie Thun to mój zaufany doradca. Zawsze mam go na podorędziu. Podpowiada mi jak pielęgnować rośliny, kiedy najlepiej siać, przycinać je, zbierać plon.

Księżyc kiedyś nazywany był miesiącem, a stąd już tylko krok do miesiączki. Od kilkunastu lat przyglądam się temu jak pięknie mój cykl menstruacyjny współgra się z rytmem Księżyca. Opowiadam o tym na warsztatach na temat zdrowia kobiet, kiedy pierwszego dnia zasiadamy w Ziołowym Kręgu Kobiet. Okazuje się, że większość kobiet odkrywa wtedy tę niesamowitą synchroniczność.

Z fascynacją obserwuję jak wpływają na mnie poszczególne fazy Księżyca. Jeżeli Księżyc ma tak potężny wpływ na oceany, to musi mieć też wpływ na nasze ciała, które w większości są zbudowane z wody. Nów to czas skupienia się na sobie, wejścia w ciemność, zasiewania ziaren. Pełnia to moment spełnienia, celebrowania życia i dziękczynienia. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, szczególnie w miastach, zamkniętych w blokach zapomina o spoglądaniu w niebo, dlatego mój ziołowy newsletter wysyłam w nów i pełnię. Czasem czytelniczki piszą mi, że przypominam im przy okazji o tym, co dzieje się na niebie.

Kolejnym księżycowym motywem jest to, że dawniej niektóre zioła zbierano przy pełni ufając, że w tym czasie ich lecznicza moc jest najpotężniejsza. Idea ta mocno mnie porywa, dlatego wzorem naszych przodkiń zdarza mi się wykopywać korzenie ziół w srebrnym blasku Księżyca. Ogarnia mnie wtedy poczucie wspólnoty, zielarskiego siostrzeństwa z tymi, które były przede mną, a z którymi łączy mnie zielona nić porozumienia.

Zioła od początku pełniły ważną funkcję w różnego rodzaju rytuałach. Które rośliny i jakie rytuały są dla ciebie szczególnie ważne?
Nie mogłoby w moim życiu obyć się bez rytuałów związanych z Księżycem. Każdego miesiąca celebruję pełnię sporządzając eliksir księżycowy. Ruszam na łąki, do lasu i zbieram sezonowe zioła. Zimą są to szyszki, kawałki kory, jakieś zapomniane przez ptaki owoce np. berberysu, dzikiej róży. Kryształową karafkę, schedę do mojej babci wypełniam ziołami, zalewam zimną wodą i zostawiam na całą noc. Rano wypijam chłodny, delikatny macerat czemu zawsze towarzyszy jakaś intencja, ale i wdzięczność za wszystko co w życiu otrzymuję. To ostatnie jest bardzo ważne, bo w wirze codziennych zajęć często zapominam o docenianiu tego, co się wydarza, o celebracji każdego dnia, tak jakby był ostatnim. Marzy mi się, aby sporządzanie eliksirów księżycowych stało się powszechne. Wyobraź sobie, że przed pełnią na okiennych parapetach, jak kraj długi i szeroki królują buteleczki, flakoniki i fiolki z ziołami.

Podczas nowiu palę ognisko, aby rozświetlić ciemność nocy, ale również tę w sobie. Spotykają się wtedy wszystkie żywioły – woda, bo miejsce na ognisko jest nad stawem, powietrze bez którego ogień nie mógłby zapłonąć, ziemia.

Bardzo ważny jest też dla mnie rytuał wdzięczności wobec roślin. Proszenia o możliwość skorzystania z ich leczniczych mocy. Zauważyłaś, że w większości przypadków, aby zebrać jakąś roślinę, trzeba przed nią przyklęknąć, pokłonić się? Czuję, że nie bez powodu. Mam taką zasadę i tego uczę na moich warsztatach: Najpierw zaprzyjaźnij się z rośliną, a dopiero potem poproś o coś dla siebie. Weź jedynie tyle, ile potrzebujesz i nie zapomnij podziękować ziołom, że możesz czerpać z ich dobrodziejstw.

Głęboki szacunek do roślin to dla mnie podstawa. Musi istnieć równowaga między braniem a dawaniem. Korzystam z ziół, ścinam je, ale w ramach zadośćuczynienia co roku sadzę drzewa, pielęgnuję łąkę kwietną, nie stosuję żadnych pestycydów w ogrodzie, dbam o bioróżnorodność w moim najbliższym sąsiedztwie.

Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)Ruta Kowalska (Fot. archiwum prywatne)

Ziołolecznictwem od zarania wieków zajmowały się kobiety, matki przekazywały córkom wiedzę, którą otrzymały od swoich przodkiń. Dzisiaj ty pełnisz rolę takiej przewodniczki po świecie roślin i zapraszasz kobiety na prowadzone przez siebie warsztaty. Czy możesz opowiedzieć jak wyglądają takie spotkania, czego uczysz i jak na czym polega poznawanie ziół od podstaw?
Wierzę, że ziołolecznictwo to nasza kobieca spuścizna, że w naszych sercach, krwi i kościach zapisana jest wiedza przodkiń. Nasza herstoria mocno splata się z pędami roślin. Dawniej większość kobiet, szczególnie tych mieszkających daleko od miast posiadała jakąś podstawową wiedzę na temat roślin leczniczych.

Moje warsztaty robię w duchu głębokiego poszanowania i wrażliwości na to, co daje nam natura. Na warsztatach „O czym szumią zioła” przekazuję wiedzę na temat podstaw ziołolecznictwa, prawidłowego sporządzania preparatów galenowych: naparów, wywarów, odwarów, nalewek, intraktów, maści, wyciągów na winie, wyciągów glicerynowych czy olejowych. Użycie prawidłowego rozpuszczalnika ma kolosalne znaczenie, tylko mając odpowiednia wiedzę fitochemiczną może przygotować skuteczny preparat ziołowy. Mówię o etyce zbioru, uczę jak prawidłowo zbierać i suszyć zioła, opowiadam dużo o substancjach czynnych w roślinach, bezpieczeństwie stosowania ziół, lokalności i sezonowości. Nie może się oczywiście obyć bez zajęć terenowych. Spotkania z roślinami na żywo są niezmiernie ważne. Po zajęciach często uczestniczki opowiadają mi, że przypomniały sobie, że przecież w dzieciństwie babcia pokazywała im kwitnące podbiały czy świetliki, albo jak sporządzić syrop ziołowy.

Warsztaty „Po zioła. Po moc” dedykowane są zdrowiu kobiet. Podoba mi się to określenie „po moc” - tylko jeśli jesteś w swojej mocy możesz sobie pomóc. Te warsztaty zaczynamy Ziołowym Kręgiem Kobiet. To otwiera uczestniczkom serca i buduje poczucie wspólnoty, które będzie nam już towarzyszyło do końca warsztatów. Rozmawiamy o trzech etapach życia kobiety – Białej Bogini (dojrzewanie), Czerwonej Bogini (kobieta płodna, matka) oraz Czarnej Bogini (kobieta po menopauzie, mądra). Oczywiście wszystko w kontekście ziół.

Dzielę się naukową wiedzą m.in. o tym jak możemy wesprzeć się ziołami w zespole napięcia przedmiesiączkowego, przy bolesnych, obfitych lub skąpych miesiączkach, stanach zapalnych narządów płciowych, przy mięśniakach, torbielach, podczas połogi i laktacji, czy w okresie klimakterium. Te spotkania są bardzo intensywne, chcę przekazać jak najwięcej wiedzy, ale teorii towarzyszy też praktyka – każda z uczestniczek przygotowuje dla siebie po kilkanaście różnych ziołowych remediów. Ich sporządzaniu zawsze towarzyszy dużo radości i poczucia wspólnoty.

Wiosna to czas nowego początku, nowego cyklu życia. To na pewno również bardzo ważny moment w życiu zielarki. Na jakie zioła warto zwrócić szczególną uwagę w tym czasie?
Uwielbiam wczesną wiosnę, kiedy przyroda, ale i moje ciało budzą się do życia. To doskonały czas na zbiór ziołowych korzeni i kłączy, które najlepiej wykopać jeszcze przed rozpoczęciem wegetacji. W tym czasie ilość nagromadzonych w nich substancji leczniczych jest największa.

O tej porze możemy też zbierać korę i gałązki z drzew. Najlepiej zrobić to, wraz z ruszeniem wegetacji. Kiedy rozpoczyna się intensywny wzrost roślin między korą a drewnem tworzy się warstwa młodych komórek twórczych, luźno z nimi złączona, co ułatwia oderwanie kory. Najlepiej zbierać ją podczas przecinek z młodych, gładkich, kilkuletnich gałązek o grubości około 3-4 cm, a nie z żywego drzewa.

Wiosna to też doskonały czas na zbieranie pączków drzew i krzewów. W fitoterapii wyodrębniono nawet specjalny dział im poświęcony - gemmoterapię. Pączki pozyskuje się w różnych fazach wzrostu: od całkowicie zamkniętych po częściowo otwarte z widocznymi rozchylającymi się listkami, ale wciąż jeszcze u dołu otulonymi brązowymi łuskami. Wczesną wiosną możemy też zbierać pierwsze kwiatostany np. olchy, leszczyny czy żółto kwitnącego podbiału.

Bardzo popularny jest też zbiór soku z brzozy zwanego oskołą. Ja osobiście go nie pozyskuję. Czuję, że ten cenny w substancje odżywcze płyn należy do drzewa, jest niczym życiodajna krew, której dopływ zapewnia mu dobry start na wiosnę, witalność i doskonałą kondycję. Nierozważnie i rabunkowo prowadzony zbiór soku naraża zdrowie drzew, może prowadzić do infekcji grzybowych, osłabienia, a nawet obumarcia drzewa.

Wczesne zapisy o zastosowaniu ziół pojawiły się już na babilońskich glinianych tabliczkach pochodzących z 3000 r. p.n.e. Ty również postanowiłaś usystematyzować i skatalogować posiadaną wiedzę o ziołach i tak powstały twoje dwie książki „O czym szumią zioła” i „Receptariusz ziołowy”. Od której warto zacząć i co w nich znajdziemy?
W pierwszej kolejności mocno zachęcam do przeczytania liczącej 416-stronic książki „O czym szumią zioła”. Ta książka pęczniała we mnie jak nasiono na długo zanim ujrzała światło dziennie. Na jej pisanie i wydanie w modelu selfpublishingu poświęciłam dwa lata. Nazwałam ją podręcznikiem, bo wierzę, że jest to książka, którą zawsze warto mieć pod ręką. To esencja mojej wiedzy i kilkudziesięcioletniego doświadczenia w zakresie ziołolecznictwa. Książka, którą sama chciałabym przeczytać wiele lat temu, bo zaoszczędziłaby mi wielu poszukiwań i sporo czasu.

„O czym szumią zioła” to szczodra dawka naukowej wiedzy na temat roślin leczniczych doprawiona szczyptą historii ziół, etnobotaniki i moich własnych doświadczeń w pracy z roślinami. Zawiera niemal 300 pozycji bibliograficznych, a konsultację naukową wykonała prof. dr hab. n. farm. Irena Matławska, z Katedry i Zakładu Farmakognozji Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Oprócz rzetelności merytorycznej zależało mi, aby książka była napisana z poziomu serca, głębokiego szacunku do roślin. Przyjaznym, przystępnym językiem. To taki mój miłosny hołd dla Zielonego Świata Roślin. Niektóre czytelniczki piszą mi, że stworzyłam nowy styl – ziołowa proza poetycka.

W książce przeprowadzam przez najważniejsze tajniki ziołolecznictwa. Dużo miejsca poświęcam temu jak prawidłowo przygotowywać ziołowe remedia. Wyjaśniam na jakiej zasadzie zioła działają na nasz organizm, piszę o prawidłowym zbiorze, suszeniu ziół, o zielarskiej etyce, idei lokalności i sezonowości w pracy z roślinami, o tym dlaczego zioła świeże są bardziej skuteczne od suszonych, o bezpieczeństwie stosowania ziół. Opisuję też 25 gatunków roślin leczniczych, każdej z nich poświęcam kilkanaście stron. O kolejnych roślinach napiszę w następnych tomach, bo planuję stworzyć ziołową trylogię.

Liczący 216 stronic „Receptariusz ziołowy” to kajet wielkiej urody nie tylko do czytania, ale i samodzielnego zapisywania. Zrodzony z miłości do starych przepisów. Czułości, jaką budzą we mnie ręcznie zapisywane zeszyty z przepisami pochowane w szafkach naszych babek i mam. Można znaleźć w nim receptury na ziołowe remedia pochodzące z XIX i początków XX wieku, dowiedzieć się czym były m.in. morsele, cukrosmażki, krążki, kołaczki, zachowki. Zależało mi, aby „Receptariusz” przypominał stary kajet i aby trzymając go w dłoniach mocno czuło się ducha dawnych czasów. Czasem sobie myślę, że powinnam sprzedawać go w zestawie z gęsim piórem.

Od jakiegoś czasu zaczynamy poznawać zioła na nowo. Obserwujemy wielkie zainteresowanie naturalnymi kosmetykami, ludową medycyną, uprawiamy rośliny w przydomowych ogródkach i na balkonach. Chcemy też wiedzieć o nich coraz więcej. Jak zacząć swoją przygodę z ziołami?

Przygodę z ziołami proponuję zacząć z poziomu serca – wybrać się do lasu, na łąki, nad rzekę i po prostu pobyć z roślinami, nawiązać z nimi emocjonalną relację. Dzięki temu nie będziesz traktować ich jedynie w sposób użytkowy. Zawsze powtarzam jak mantrę, że zioła są darem, a nie towarem, a przyroda to sanktuarium a nie darmowy supermarket, gdzie można iść i zrywać bez opamiętania. Mamy teraz wiosnę i słyszę z każdej strony jak ludzie ściągają sok z drzew, często bez jakiejkolwiek refleksji nad tym, że mogą zaszkodzić drzewu, osłabić je. Przyświeca im jedynie myśl – oskoła jest zdrowa, więc wyduszę jej z drzewa dla siebie jak najwięcej.

Bardzo nie chciałabym aby powrót zainteresowania ziołami poszedł w tym kierunku - kolejnej mody, gadżetów, konsumpcji i rabunkowego podejścia do przyrody.

Następnym krokiem jest zapoznanie się z rzetelnymi opracowaniami na temat ziół, fitoterapia to nauka ścisła i ważne, aby dobrze poznać jej podstawy. Nauka rozpoznawania gatunków roślin również będzie bardzo przydatna, aby podczas zbioru nie dochodziło do pomyłek.

Ważna jest również praktyka w sporządzaniu ziołowych remediów, w dobieraniu ziół do mieszanek leczniczych itd., bo od suchej teorii jeszcze nikt zielarzem nie został.

  1. Styl Życia

Ekomisja Bartka Jędrzejaka

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”. (Fot. materiały prasowe)
Zanim pojawiły się zdjęcia satelitarne, którymi dziś posługują się synoptycy, aurę prognozowano na podstawie obserwacji przyrody – wyjaśnia prezenter pogody Bartek Jędrzejak. To stąd wzięły się ludowe powiedzenia: „w marcu jak w garncu” czy „kwiecień plecień”.

Zauważyłem, że dzieci w mojej rodzinie wraz z wiekiem zadają coraz bardziej skomplikowane pytania o pogodę i nie zadowalają ich informacje typu, że słońce jest żołte i mocno świeci... Chcą raczej wiedzieć, czy naprawdę może kiedyś zgasnąć. Pomyślałem więc o napisaniu książki edukacyjnej i kiedy opowiedziałem o tym Marcinowi Koziołowi, który od dawna pisze dla dzieci i ma na koncie lekturę dla szkół podstawowych, postanowiliśmy napisać ją razem. Zależało nam na wyborze zwierzęcia, które jest w Polsce aktywne przez cały rok. A że mam w domu abstrakcyjny obraz ptaka, którego nazywam puchaczem, wybór padł na niego.

Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, 'Pogoda dla puchaczy'. (Fot. materiały prasowe)Polecamy książkę: Marcin Kozioł, Bartek Jędrzejak, "Pogoda dla puchaczy". (Fot. materiały prasowe)

W rytm natury

Zwracając uwagę na przyrodę, zawsze można ocenić stan pór roku, wystarczy rozejrzeć się wokół. Kiedy na przykład zobaczymy bociany, pierwsze kwiaty, budzące się ze snu pszczoły – to znaczy, że nadeszła wiosna. Regularne obserwacje pogody prowadzi się od początku XVIII wieku i kiedy nie było sputników oblatujących ziemię ani zdjęć satelitarnych, z których dziś korzystają synoptycy, pogodę prognozowano właśnie na podstawie zachowania przyrody.

Ciepło, coraz cieplej

Polska leży w strefie klimatu umiarkowanego przejściowego, dość blisko zimnej Skandynawii, ale i niedaleko basenu Morza Środziemnego, a nawet (bo dzieli nas tylko Gibraltar) – północnej Afryki. Fronty powietrza z obu stron często ścierają się nad Europą Środkową, dlatego trudniej u nas prognozować pogodę. Jednak w skali globalnej klimat się ociepla. Tegoroczny luty przejdzie do historii klimatologii, bo pod koniec miesiąca w Makowie Podhalańskim zanotowano 21,7 °C !

Inteligencja natury

Około 70 proc. miejsca na kuli ziemskiej zajmują morza i oceany, które wydzielają ogromną ilość dwutlenku węgla, podobnie wulkany. W porównaniu z tym to, co produkuje organizm ludzki, jest minimalne. To zanieczyszczenie naturalne, z którym przyroda nauczyła się sobie radzić, wystarczy zostawić ją w spokoju. Nawet po tak poważnym skażeniu promieniotwórczym, do jakiego doszło 35 lat temu po wybuchu elektrowni w Czarnobylu, w okolicy wyrosły drzewa, powróciły zwierzęta. Problem leży w tym, że jako ludzie dodajemy niebezpieczne zanieczyszczenie w postaci materiałów, które bardzo długo się rozkładają. Dlatego bardzo zwracam uwagę na segregowanie śmieci i na recykling. Nie wyobrażam sobie, że można zostawić śmieci w lesie czy na plaży i kiedy idę na spacer, zwykle noszę ze sobą torbę, do której zbieram wyrzucone butelki, puszki, papiery... To nie wymaga wielkiego wysiłku, a w dobie pandemii, gdy często nosimy jednorazowe rękawiczki, tym bardziej warto to robić. Narzekamy na maseczki, lockdown, ale być może powinniśmy się przyzwyczajać do tego. Co kilka milionów lat Ziemia się oczyszcza przez zlodowacenie, a dziś wraz z topnieniem lodowców nie tylko podwyższa się poziom wód, ale jak – przestrzagają naukowcy – rośnie również ryzyko rozprzestrzenienia się tego, co zostało kiedyś w lodzie zamrożone: bakterii, wirusów, organizmów czy związków, których nie znamy i nie wiemy, jak mogą na nas wpłynąć.

Bartek Jędrzejak, dziennikarz, prezenter. Autor reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Laureat plebiscytu Telekamery 2021 w kategorii: prognoza pogody. Współautor serii książek edukacyjnych dla dzieci „Pogoda dla puchaczy”.

  1. Styl Życia

Pachnące porządki – naturalne środki do czyszczenia

Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Naturalne środki czyszczące są skuteczne i bezpieczne dla zdrowia. (Fot. iStock)
Jedną buteleczką olejku aromatycznego posprzątać dom? Chociaż nie, cała buteleczka to za wiele, bo olejki – oczywiście te czyste, naturalne – są niezwykle wydajne.

Używanie naturalnych olejków eterycznych w domowych porządkach to fajna rzecz, zaraziłam się tym w Stanach – mówi Edyta Tecław, założycielka marki ViaAroma. – Dodaję olejku do płynu do podłóg, żeby pachniało. Ale nie tylko o zapach chodzi. Latem przylatują komary, meszki, przychodzą mrówki. Olejek goździkowy świetnie je odstrasza.

Inne pomysły na naturalne środki czyszczące

  • do dezynfekcji blatu kuchennego: zwilżyć wodą ściereczkę, dodać dwie, trzy krople ulubionego olejku (np. z cytryny), i wytrzeć półki i blaty. Pięknie pachnie i skutecznie dezynfekuje. Olejek jest naturalny, więc nawet jeśli wniknie w nacięcia deski i wejdzie w kontakt z jedzeniem, nic się nie stanie.
  • do czyszczenia umywalek czy kranów też używam olejków: soda, ocet, kwasek cytrynowy plus olejek i wszystko schodzi idealnie.
  • do mycia szyb: ocet, woda, olejek eteryczny. Efekt jest świetny – dodaje Edyta Tecław.
  • do prania (olejek lawendowy lub herbaciany) – to dodatkowa dezynfekcja.

A jeśli masz nawilżacz powietrza, dolej do wody kilka kropli olejku – usunie nieprzyjemne zapachy gotowania i oczyści atmosferę.

  1. Moda i uroda

 „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna.” 

(Fot. materiały prasowe Levi's)
(Fot. materiały prasowe Levi's)
Nie uratujemy planety kupując tę czy inną - bardziej ekologiczną - parę dżinsów, ale wybierając świadomie, możemy szkodzić mniej. Marka Levi’s zachęca: kupuj lepiej, noś dłużej, przekazuj, naprawiaj. A w ramach swoich proekologicznych działań zaprasza do współpracy głos, którego nie można pomylić z żadnym innym.

Nie ma planety B - hasło, które na dobre weszło do słownika osób, którym nie jest obojętny los Ziemi, stało się punktem wyjścia do scenariusza dwuminutowego filmu utrzymanego w konwencji dokumentu przyrodniczego, którego narratorką jest Krystyna Czubówna - polska dziennikarka, prezenterka programów informacyjnych oraz kultowa lektorka filmów przyrodniczych i audycji radiowych.

Fot. Roman Kotowicz/ForumFot. Roman Kotowicz/Forum

Wideo „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna” pokazuje jakie działania podejmuje marka Levi’s w ramach tzw. zrównoważonej produkcji. Marka nieustannie wprowadza nieszablonowe rozwiązania dotyczące zmniejszenia negatywnego wpływu branży na klimat, inwestuje w materiały i technologie takie jak Cottonized Hemp i Organic Cotton, korzysta z technologii, w których zużywa się mniej wody, pracuje nad tym, aby zredukować zużycie zasobów naturalnych i sprawić, aby przemysł odzieżowy stał się bardziej przyjazny dla naszej planety.

Czy wiesz, że… średni cykl życia ubrania to jedynie 3 lata.

Czy wiesz, że… pranie ubrań, odpowiada za 23 proc. śladu wodnego w całym cyklu życia produktu?

Czy wiesz, że… globalnie, ⅓ mikroplastiku w środowisku naturalnym pochodzi z prania materiałów syntetycznych.

Czy wiesz, że… globalnie, mniej niż 1proc. ubrań jest poddawanych recyklingowi.

Czy wiesz, że... jeśli założysz ubranie tylko 5 razy zamiast 50, jego ślad węglowy związany z produkcją wzrośnie o 400%?

12 maja, w największych polskich miastach - Warszawie, Krakowie, Katowicach i Trójmieście ruszyła kampania plakatowa mająca na celu zwrócenie uwagi na problem nieświadomej konsumpcji odzieży oraz naszych przyzwyczajeń, jak również uświadomienie i zaciekawienie tematem wpływu branży odzieżowej na środowisko naturalne. Plakaty zostały wydrukowane na ekologicznym papierze pochodzącym w 100% z makulatury, zaś klej użyty do ich naklejenia, nie zawiera szkodliwych dla zdrowia i środowiska naturalnego związków chemicznych. 10 plakatów zawierających hasła i infografiki dedykowanych całej akcji zaprojektowała Martyna Wędzicka-Obuchowicz, jedna z czołowych polskich graficzek.

  1. Styl Życia

Dziś Światowy Dzień Pszczół

Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Nie tylko raz w roku warto pamiętać o pszczołach i doceniać rolę jaką odgrywają w naszym życiu wszystkie zapylacze. Bez niech nie byłoby kwiatów, owoców i warzyw. Czy wyobrażacie sobie taki świat?

Światowy Dzień Pszczół to nowe święto - zostało oficjalnie ogłoszone dopiero w 2018 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Od trzech lat 20 maja przypominamy sobie jak ważne dla planety są gatunki zapylające, a zwłaszcza pszczoły. To one zapylają 90 proc. wszystkich drzew i krzewów owocowych - pełnią kluczową rolę w ekosystemie. Aby zachować równowagę w przyrodzie konieczne jest, aby żyły w zdrowiu i wykonywały swoją wciąż niedocenianą, ciężką pracę.

Dzień z życia pszczoły

Gdy świat budzą pierwsze promienie słońca, do pracy szykują się pszczoły zbieraczki. Nie wiedzą co to weekendy ani święta, pracują codziennie. Bez pośpiechu opuszczają ciepłe schronienie. Przed nimi długi, męczący dzień, w czasie którego zrobią 7-15 wyczerpujących kursów. Brak długiej przerwy na lunch sprawia, że latają właściwie bez wytchnienia, z krótkimi chwilami na „złapanie oddechu”. Z każdej „wyprawy” przynoszą nektar, a w koszyczkach, umieszczonych przy tylnych nóżkach, ciężkie kulki pyłku. Z trudem lądują przy zatłoczonym wejściu do domku, gdzie zostawiają swój cenny ładunek, aby po kilku minutach znów wyruszyć w trasę. Znają ją doskonale, bo nauczyły się jej na pamięć podczas pierwszego oblotu ula. Gdy tylko dobrze poznają otaczające je środowisko, chętnie wybierają drogę na skróty. Wszak robota sama się nie zrobi, a każda minuta dnia jest na wagę złota. Nie potrzebują przy tym nawigacji, aby bezbłędnie trafić do swojego ula. A nawet gdyby zmysł orientacji w terenie zawiódł, to i tak nie uda się im wejść do cudzego domu. Lepiej więc nie tracić czasu i pilnować obranego kierunku. Gdy norma dzienna zostanie już wyrobiona, przychodzi czas na zasłużony odpoczynek. Panujące w ulu ciemności sprzyjają zapadnięciu w regenerujący sen. Zmęczone ciężką pracą owady śpią ok. 5-8 godzin. Dzięki temu rano znów mogą zacząć pracowity dzień. Kolejny z krótkiego życia pracowitej pszczoły. Pszczoła robotnica w okresie wiosenno-letnim żyje ok. 5-6 tygodni. Najdłużej żyje matka pszczela, bo dożywa nawet 5 lat

Źródło: Pasieki Rodziny Sadowskich. Żyje tam 100 milionów pszczół. Pszczelarze dbają, aby pszczołom żyło się tam jak najlepiej - unikają ingerencji w środowisko, nie używają chemii i antybiotyków. Własne 3 hektary gospodarstwa obsadzają miododajnymi roślinami, przez co wspierają ekosystem i stwarzają pszczołom przyjazne warunki do życia. Zachęcają też każdego, komu zależy na przyszłości planety, do wspierania pszczół w prosty i przyjazny sposób. Od kwietnia do czerwca do zakupów miodu w Pasiekach Rodziny Sadowskich dołączana jest paczuszka z wyselekcjonowanymi nasionami takich roślin jak: facelia, czarnuszka, koniczyna biała, nostrzyk, chaber i ogórecznik. Wystarczy je wysiać nawet na niewielkim skrawku ziemi na osiedlu, w doniczce na balkonie lub niezagospodarowanym fragmencie ogrodu, aby powstała pełna pachnących kwiatów miododajna łąka, z której będą mogły korzystać pszczoły i inne zapylacze.