1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Zanieczyszczenie powietrza to plaga naszych czasów - rozmowa z autorką książki "Uduszeni"

Zanieczyszczenie powietrza to plaga naszych czasów - rozmowa z autorką książki "Uduszeni"

Dostęp do czystego powietrza jest dziś przywilejem nielicznych. (Fot. iStock)
Dostęp do czystego powietrza jest dziś przywilejem nielicznych. (Fot. iStock)
Iść ulicą i wziąć głęboki oddech? Niebezpieczne. – Wszyscy powinniśmy móc mieszkać w miastach i nie chorować. Powinniśmy uczynić miasta czystszymi, zdatnymi do życia – mówi Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka, autorka książki „Uduszeni”, która opowiada, czym oddychają mieszkańcy Kalifornii, Londynu, Nowego Delhi oraz polskiego Śląska.

Ciepły wieczór w Warszawie, na apce widzę, że poziom pyłu zawieszonego PM2.5 nie przekracza 7, widoczność na 11 km. Nieźle. A ty? Jakim powietrzem dziś oddychasz?
Tu, gdzie teraz jestem, czyli w Bay Area, całkiem niedaleko San Francisco, też wydaje się całkiem nieźle. Nie zawsze tak było; kalifornijskie powietrze jest dużo lepsze niż 50, 40, nawet dziesięć lat temu, ale wciąż najgorsze w Ameryce. Też dlatego, że Kalifornia jest tak zależna od komunikacji samochodowej. Tutejszy styl życia stawia auto w centrum, zakorkowane, dziesięciopasmowe autostrady to na Zachodnim Wybrzeżu wciąż codzienność.

Latem Polska mogłaby cię miło zaskoczyć. Ale pierwsze wrażenie, gdy przyjechałaś tu pisać o Krakowie i Śląsku, nie było najlepsze. Pamiętasz zapach polskiego powietrza?
Przyleciałam do Krakowa w marcu, kilka lat temu, była końcówka zimy, robiło się ciepło, ludzie przykręcali ogrzewanie. Spodziewałam się czegoś gorszego, zaskoczyło mnie, że nie było tak źle. Ale potem pojechałam na Śląsk, do Mysłowic, dym wręcz obezwładniał, dławił, gryzł, nigdy wcześniej nie oddychałam tak zanieczyszczonym, gęstym od pyłu powietrzem. Wybrałam się tam, bo chciałam obejrzeć elektrownie zasilane węglem, ale nie mogłam uciec od domowych pieców. Każdy z domów pluł dymem pachnącym plastikiem. Ktoś powiedział mi wtedy, że powietrze jest tak gęste, że można je żuć.

Miałaś podobne wrażenie?
Oczywiście. Ale czuję się tak czasem też w Londynie, gdzie mieszkam. Powietrze jest tu dużo lepszej jakości niż na Śląsku, ale gdy idę wzdłuż jezdni i wdycham opary z rur wydechowych tysięcy diesli, czuję się podobnie. To powietrze ma smak, czuć je w ustach. To okropne wrażenie.

„Uduszeni” [„Choked: Life and Breath in the Age of Air Pollution”] to opowieść nie tylko o tym, czym trują nas samochody.

Ale też o tym, że trują nas z premedytacją. Piszesz, że w Stanach doszło do zdecydowanych działań w związku z aferą Dieselgate – USA zmusiły Volkswagena, który wypuścił miliony aut z oszukanym oprogramowaniem, do działań, Europie się nie udało.
W Stanach rząd wymógł naprawę wyposażonych w wadliwe czujniki aut. Koncern, który oszukiwał, musiał zapłacić miliony dolarów, żeby dostosować swoje samochody do obowiązującego prawa. W Europie są one wciąż na drogach. Miliony brudnych, oszukanych aut, których emisje przekraczają legalne limity. Oto dziedzictwo Dieselgate. Obecne w Londynie, gdzie mieszkam ja, i w Polsce, gdzie żyjesz ty.

Dla mnie diesel to ważny element mapy zanieczyszczeń w Europie. W Stanach Zjednoczonych może 1 proc. aut jeździ na ropę, tymczasem w Europie – nawet 50 proc. albo więcej. Skutki dla zdrowia są opłakane. Ale problem nie polega tylko na wyborze określonego rodzaju paliwa, tylko na egzekwowaniu prawa. Europa ma mnóstwo aktów prawnych dotyczących czystego powietrza, standardów emisji, podobnie zresztą jak Ameryka. Ale Ameryka, przynajmniej przed etapem rządów Trumpa, egzekwowała to dużo skuteczniej. Nie idealnie, ale skuteczniej.

Benzopiren, ozon, tlenki azotu, pył ze startych opon i klocków hamulcowych, lista jest związków, którymi trują nas samochody jest długa. (Fot. iStock) Benzopiren, ozon, tlenki azotu, pył ze startych opon i klocków hamulcowych, lista jest związków, którymi trują nas samochody jest długa. (Fot. iStock)

To co my możemy zrobić? My, pojedyncze jednostki? Wybierać auta na prąd? Stać na nie tylko uprzywilejowanych, a prąd w Polsce rzadko jest czysty. Kupować oczyszczacze i maski? To nie rozwiązuje problemu.
Możemy chronić siebie. Najważniejsza rzecz, na bardzo podstawowym poziomie: trzeba być świadomym tego, co się dzieje, gdy się jedzie na rowerze, wędruje, nawet podróżuje autem. Gdy chodzę po Londynie, zwłaszcza z córką, staram się wybierać równoległą, spokojną trasę, żeby nie iść blisko zatłoczonej arterii. Odbijam w bok, wchodzę między domy, drzewa, nawet jeśli to oznacza trochę dłuższy spacer. Większość emisji o samochodowym pochodzeniu jest skoncentrowana w najbliższym sąsiedztwie jezdni, wystarczy oddalić się od niej o 100 metrów, żeby zredukować wpływ toksyn nawet o połowę

A samorządy? Może one mają jakieś narzędzia ograniczania zanieczyszczanie powietrza?
W Krakowie wprowadzono lokalne przepisy, które ograniczają palenie węglem w domach. Londyn otwiera niskoemisyjne strefy, żeby trzymać najbardziej zanieczyszczające pojazdy z dala od gęstej zabudowy. I jeśli burmistrz Londynu Sadiq Khan ograniczy w ten sposób liczbę zgonów o kilkadziesiąt procent, to świetnie. Ale to jest problem, z którym miasta sobie same nie poradzą.

Dlaczego?
Miasta mogą ograniczać wjazd najbardziej zanieczyszczających powietrze, przekraczających emisyjne normy aut, ale dużo efektywniejsze byłoby doprowadzenie do sytuacji, że tych aut po prostu nie będzie. Wymuszenie na ich producentach, aby respektowali normy. Jeszcze jedna rzecz: lokalne rozwiązania są nie tylko mniej efektywne, ale też przerzucają koszty nie tam, gdzie powinny one trafić, na indywidualnych kierowców. To oni muszą płacić 20 funtów za wjazd do określonej strefy albo kupić nowy, czystszy samochód. To nie w porządku, większość z nich kupowała te samochody w dobrej wierze. Są ofiarami wielkiego oszustwa i to producenci powinni zapłacić.

W Polsce mamy ogromny rynek aut z drugiej ręki. Tylko w 2017 roku trafiło do nas 350 tys. diesli z Europy. Jakby tego było mało, wycinamy z nich filtry cząstek stałych. 

Dlatego przepisy, nawet najlepsze, nie wystarczą. Trzeba je jeszcze egzekwować.

Ale ludzie omijają zasady, do tego nie wszyscy mogą sobie pozwolić na nowe, czyste samochody czy ekologiczne rozwiązania grzewcze. Weźmy na przykład węgiel, który przyciągnął cię właśnie do Polski. To ogromny problem – środowiskowy, polityczny, ekonomiczny, ale też źródło utrzymania dla wielu osób. Piszesz o nich w książce: górnicy, handlarze opałem. Co z nimi?
To są ważne problemy. Dlatego pisanie o środowisku jest tak fascynujące – często zdarza się, że kwestie związane z ludzkim życiem, zdrowiem, dobrym samopoczuciem stoją w opozycji do spraw związanych z kosztami, pieniędzmi, zatrudnieniem, ekonomią. A te czynniki są bardzo istotne. Ale prawda jest też taka, że ludzie, którzy cierpią z powodu zanieczyszczeń, sami je generują. Na Śląsku odwiedziłam wiele miast i miasteczek, wszędzie spotykałam dzieci uskarżające się na kaszel, problemy z oddychaniem, ale jednocześnie wszyscy palili w swoich domach najtańszym węglem. Albo pracowali w elektrowniach zasilanych węglem. Myślę, że to sytuacja, która jest pułapką dla pojedynczych osób, dlatego wymaga zaangażowania władzy. Rząd powinien zapewnić im alternatywę. Dlaczego tak trudno w Polsce o lepsze źródła energii? Słoneczną, wiatrową, nuklearną, cokolwiek, co nie będzie węglem? Bo to, oczywiście, prawda – ludzie indywidualnie za bardzo nie mają wyboru. | Kolejna rzecz, której nauczyłam się w Polsce: płacicie za oczyszczacze powietrza, za nowe, lepsze samochody, ale nie mówi się dużo o kosztach, jakie ponosimy wszyscy w związku z tym, że oddychamy złym powietrzem. O naszym życiu i zdrowiu. To też można przecież przeliczyć na pieniądze obciążające system opieki zdrowotnej. W Stanach Zjednoczonych policzono finansowe korzyści płynące z wprowadzenia w 1970 roku ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act). To 22 biliony dolarów przez pierwsze dwie dekady. 44 razy więcej niż to, ile wydano, żeby poprawić jakość powietrza. I miliony ocalonych żyć.

Dlaczego tak trudno nam to zobaczyć?
Bo problem jest niewidzialny. Zapewne można policzyć cenę oczyszczenia powietrza w Polsce – to są czysto techniczne kwestie. Gorzej z oszacowaniem rozmiarów korzyści. Mimo że dotkną miliony ludzi, większość z nich nawet nie zda sobie sprawy, że są beneficjentami dostępu do czystszego powietrza. Jeśli jutro nie będę mieć ataku serca, jeśli moja córka nie zachoruje na astmę, najpewniej nie uświadomię sobie, że powodem tego jest fakt, że rząd wprowadził przepisy ograniczające emisję i nakazał firmom energetycznym zmianę źródła pozyskiwania energii.

Lektura twojej książki wywołuje też spore zdziwienie: drewno nie jest niewinne.
Mnie to też zaskoczyło.

Wizerunek ogniska, kominka, miejsca, które symbolizuje przytulność, bezpieczeństwo, ciepło, też to metaforyczne, został poważnie nadszarpnięty.
Tak! Miałam podobne poczucie, czułam, że węgiel jest zły, toksyczny, niebezpieczny, ale drewno? Cóż złego może być w paleniu drewnem? Jest naturalne, wszyscy kochamy tulić się do siebie przy świetle kominka, do tego w wielu miejscach na Ziemi jest promowane jako przyjazne dla środowiska paliwo. Zaczynając dokumentację do książki, wciąż słyszałam o drewnie, i w Polsce, i w Kalifornii, ale jeśli mam być szczera, z początku nie traktowałam tego poważnie. Eee, drewno, powiedzcie mi lepiej coś o węglu albo ropie, odpowiadałam. I dopiero pod sam koniec pracy nad książką przeczytałam opracowanie naukowe, które pozwoliło mi zrozumieć, że drewno ma istotny wkład w globalne zanieczyszczenie. Dym z jego palenia jest toksyczny, obfituje w groźne cząsteczki PM2.5. Jeśli zaś chodzi o jego neutralność klimatyczną, musi spełnić bardzo wyśrubowane warunki. A one rzadko się zdarzają. Pewne badanie pokazuje, że w Londynie korzyści wynikające z ograniczenia transportowego zostały całkowicie wyeliminowane przez negatywne skutki spalania drewna w przydomowych piecykach. A to teraz bardzo trendy – opalany drewnem piec w domu. Kilka lat temu poczułam, że ktoś w moim sąsiedztwie zorganizował sobie taki na Gwiazdkę. Po prostu któregoś dnia powietrze zaczęło specyficznie pachnieć. To przyjemna woń.

Miły zapach, który jest posłańcem złej wiadomości?
Tak! Teraz, gdy tyle już o tym wiem, nie mogę się pozbyć myśli, że ktoś w sąsiedztwie mnie podtruwa, a ja nawet nie wiem kto.

Czyli powinniśmy powiedzieć „nie” kominkom?
Szczerze? W miastach nie ma na nie miejsca. Może na wsiach, jeśli spełni się wszystkie zasady dotyczące suszenia surowca, tak, ale w miastach, gdzie pali się drewnem głównie dla przyjemności – nie ma na takie paleniska miejsca. Dym z nich po prostu nam szkodzi. W krajach takich jak Indie ludzie używają drewna do gotowania i wdychają toksyczny dym, bo nie mają wyboru. W zamożnej części świata palimy nim, bo mamy taki kaprys.

W książce przytaczasz też statystyki: zanieczyszczenie powietrze powoduje 7 mln zgonów na świecie rocznie. 40 proc. Amerykanów oddycha powietrzem bardzo złej jakości, Europejczycy umierają z tego powodu 15 razy częściej, niż giną w wypadkach samochodowych
. Zabrałam się do tej książki, bo wierzyłam od początku, że zanieczyszczenie powietrza jest bardzo ważnym tematem. Ale martwiłam się, muszę przyznać, czy jednocześnie zainteresuje czytelników; nie możesz poświęcić całej książki statystykom albo historiom dzieci, które mają atak astmy. Gdy jednak zaczęłam zbierać materiały, szybko zrozumiałam, że zanieczyszczenie powietrza przenika się z innymi tematami, ze wszystkimi najważniejszymi problemami społecznymi. Tu i teraz. Łączy się z rasizmem, z równowagą między prywatnym a publicznym, sposobem egzekwowania władzy, zmianami klimatycznymi, ale też z problemem ekonomicznych nierówności. Gdy to wszystko zobaczyłam, uwierzyłam, że książka o zanieczyszczeniu powietrza może być interesująca. Że ludzie będą chcieli ją czytać.

Często podkreślasz, że kwestia dostępu do czystego powietrza jest przywilejem. Szczególnie widoczne jest to na przykładzie kalifornijskiej San Joaquin Valley.
Ameryka jest krajem nierówności, ale San Joaquin Valley jest miejscem, w którym te różnice są szczególnie drastyczne. To zawsze było boleśnie podzielone miejsce; tutaj John Steinbeck osadził akcję „Gron gniewu”, powieści o tych, którzy nie mają niczego, i o tych, którzy mają wszystko. Oczywiście, zamożni właściciele farm, którzy mieszkają tu dziś, także oddychają zanieczyszczonym powietrzem, ale z pewnością ich domy nie są zlokalizowane 50 metrów od fermy z 50 tys. krów ani obok ważnej autostrady załadowanej ciężarówkami transportującymi pomidory i migdały. Powiedziałabym, że zanieczyszczone powietrze uwypukla podziały istniejące w społeczeństwie. I, oczywiście, najłatwiej to sprowadzić do ekonomii, ale jest w tym też silny czynnik rasizmu. Ostatnio pracowałam z naukowczynią, która bada temat wpływu środowiskowych toksyn na afroamerykańskie społeczności. Ich członkowie, Afroamerykanie z klasy średniej, którzy zarabiają 50–60 tys. dol. rocznie, przyjmują podobne dawki co bardzo ubodzy biali zarabiający 10 tys. dol. Co to oznacza? Że nie chodzi tylko o pieniądze i to, gdzie możesz dzięki nim zamieszkać, ale też o to, że firmy emitujące zanieczyszczenia instalują swoje obiekty w sąsiedztwie kolorowych: Afroamerykanów, Latynosów. Też z powodów politycznych.

A ty czy czujesz się uprzywilejowana, jeśli chodzi o dostęp do czystszego powietrza?
Tak, choć mieszkam w dość zanieczyszczonej części Londynu. Moja dzielnica jest gęsto zaludniona, jest dużo samochodów, ale ja mieszkam przy dość cichej, spokojnej, ślepej uliczce. Wokół – sporo zieleni, park, lasek, rodzaj rezerwatu, przez który mogę iść, żeby uniknąć sąsiedztwa ruchliwej ulicy. Mam też dużą świadomość tego problemu, dlatego wiem, jak się poruszać po mieście. Więc, owszem, czuję się uprzywilejowana, bo mimo że problem zanieczyszczenia powietrza dotyczy też mnie, to jak wszystkich, którzy mają pewne zasoby, dotyczy jednak mniej.

Kiedy dowiedziałaś się tego wszystkiego, nie myślałaś, żeby się przeprowadzić? Do czystej górskiej Szwajcarii? Gdzieś nad skandynawskie jeziora?
Londyn to mój dom. Lubię miejsce, w którym żyję, tu mam pracę, rodzinę, przyjaciół, moje dziecko chodzi tu do szkoły, nie jest łatwo się wyprowadzić. Myślę, że wszyscy powinniśmy móc mieszkać i żyć w miastach i nie chorować jednocześnie. Powinniśmy uczynić nasze miasta czystszymi, zdatnymi do życia, zamiast się wyprowadzać.

Jest dla nas nadzieja? Będziemy kiedyś mogli oddychać pełną piersią, bez lęku o zdrowie?
Jeden z recenzentów mojej książki napisał, że nie może się zdecydować, czy jestem optymistką, czy pesymistką. Trafnie mnie zdiagnozował. Sama nie wiem, kim jestem, to trochę zależy od dnia i aktualnej prognozy zanieczyszczeń. Na ogół mam realistyczne podejście; czyste powietrze to nie jest nieosiągalna dla nas kwestia, możemy to naprawić. Ameryka, miejsce dalekie od idealnego, zrobiła w tej dziedzinie ogromny postęp przez ostatnie 50 lat. Chiny zaczynają działać. Z czystym powietrzem jest podobnie jak ze zmianą klimatyczną: mamy narzędzia, żeby ją zahamować. To nie jest problem technologiczny, tylko polityczny.

Beth Gardiner, amerykańska dziennikarka (współpracuje z „New York Timesem” i „Guardianem”), pisze o ochronie środowiska, energetyce, zrównoważonym rozwoju. Mieszka w Londynie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Moda i uroda

 „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna.” 

(Fot. materiały prasowe Levi's)
(Fot. materiały prasowe Levi's)
Nie uratujemy planety kupując tę czy inną - bardziej ekologiczną - parę dżinsów, ale wybierając świadomie, możemy szkodzić mniej. Marka Levi’s zachęca: kupuj lepiej, noś dłużej, przekazuj, naprawiaj. A w ramach swoich proekologicznych działań zaprasza do współpracy głos, którego nie można pomylić z żadnym innym.

Nie ma planety B - hasło, które na dobre weszło do słownika osób, którym nie jest obojętny los Ziemi, stało się punktem wyjścia do scenariusza dwuminutowego filmu utrzymanego w konwencji dokumentu przyrodniczego, którego narratorką jest Krystyna Czubówna - polska dziennikarka, prezenterka programów informacyjnych oraz kultowa lektorka filmów przyrodniczych i audycji radiowych.

Fot. Roman Kotowicz/ForumFot. Roman Kotowicz/Forum

Wideo „Nie ma planety B. Czytała Krystyna Czubówna” pokazuje jakie działania podejmuje marka Levi’s w ramach tzw. zrównoważonej produkcji. Marka nieustannie wprowadza nieszablonowe rozwiązania dotyczące zmniejszenia negatywnego wpływu branży na klimat, inwestuje w materiały i technologie takie jak Cottonized Hemp i Organic Cotton, korzysta z technologii, w których zużywa się mniej wody, pracuje nad tym, aby zredukować zużycie zasobów naturalnych i sprawić, aby przemysł odzieżowy stał się bardziej przyjazny dla naszej planety.

Czy wiesz, że… średni cykl życia ubrania to jedynie 3 lata.

Czy wiesz, że… pranie ubrań, odpowiada za 23 proc. śladu wodnego w całym cyklu życia produktu?

Czy wiesz, że… globalnie, ⅓ mikroplastiku w środowisku naturalnym pochodzi z prania materiałów syntetycznych.

Czy wiesz, że… globalnie, mniej niż 1proc. ubrań jest poddawanych recyklingowi.

Czy wiesz, że... jeśli założysz ubranie tylko 5 razy zamiast 50, jego ślad węglowy związany z produkcją wzrośnie o 400%?

12 maja, w największych polskich miastach - Warszawie, Krakowie, Katowicach i Trójmieście ruszyła kampania plakatowa mająca na celu zwrócenie uwagi na problem nieświadomej konsumpcji odzieży oraz naszych przyzwyczajeń, jak również uświadomienie i zaciekawienie tematem wpływu branży odzieżowej na środowisko naturalne. Plakaty zostały wydrukowane na ekologicznym papierze pochodzącym w 100% z makulatury, zaś klej użyty do ich naklejenia, nie zawiera szkodliwych dla zdrowia i środowiska naturalnego związków chemicznych. 10 plakatów zawierających hasła i infografiki dedykowanych całej akcji zaprojektowała Martyna Wędzicka-Obuchowicz, jedna z czołowych polskich graficzek.

  1. Styl Życia

Dziś Światowy Dzień Pszczół

Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Aby zebrać nektar potrzebny do wytworzenia 1 kg miodu jedna pszczoła musiałaby odwiedzić ok. 4 milionów kwiatów, dlatego na słoik miodu w rzeczywistości pracuje 20 000 pszczół przez okres trzech tygodni. (Fot. iStock)
Nie tylko raz w roku warto pamiętać o pszczołach i doceniać rolę jaką odgrywają w naszym życiu wszystkie zapylacze. Bez niech nie byłoby kwiatów, owoców i warzyw. Czy wyobrażacie sobie taki świat?

Światowy Dzień Pszczół to nowe święto - zostało oficjalnie ogłoszone dopiero w 2018 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Od trzech lat 20 maja przypominamy sobie jak ważne dla planety są gatunki zapylające, a zwłaszcza pszczoły. To one zapylają 90 proc. wszystkich drzew i krzewów owocowych - pełnią kluczową rolę w ekosystemie. Aby zachować równowagę w przyrodzie konieczne jest, aby żyły w zdrowiu i wykonywały swoją wciąż niedocenianą, ciężką pracę.

Dzień z życia pszczoły

Gdy świat budzą pierwsze promienie słońca, do pracy szykują się pszczoły zbieraczki. Nie wiedzą co to weekendy ani święta, pracują codziennie. Bez pośpiechu opuszczają ciepłe schronienie. Przed nimi długi, męczący dzień, w czasie którego zrobią 7-15 wyczerpujących kursów. Brak długiej przerwy na lunch sprawia, że latają właściwie bez wytchnienia, z krótkimi chwilami na „złapanie oddechu”. Z każdej „wyprawy” przynoszą nektar, a w koszyczkach, umieszczonych przy tylnych nóżkach, ciężkie kulki pyłku. Z trudem lądują przy zatłoczonym wejściu do domku, gdzie zostawiają swój cenny ładunek, aby po kilku minutach znów wyruszyć w trasę. Znają ją doskonale, bo nauczyły się jej na pamięć podczas pierwszego oblotu ula. Gdy tylko dobrze poznają otaczające je środowisko, chętnie wybierają drogę na skróty. Wszak robota sama się nie zrobi, a każda minuta dnia jest na wagę złota. Nie potrzebują przy tym nawigacji, aby bezbłędnie trafić do swojego ula. A nawet gdyby zmysł orientacji w terenie zawiódł, to i tak nie uda się im wejść do cudzego domu. Lepiej więc nie tracić czasu i pilnować obranego kierunku. Gdy norma dzienna zostanie już wyrobiona, przychodzi czas na zasłużony odpoczynek. Panujące w ulu ciemności sprzyjają zapadnięciu w regenerujący sen. Zmęczone ciężką pracą owady śpią ok. 5-8 godzin. Dzięki temu rano znów mogą zacząć pracowity dzień. Kolejny z krótkiego życia pracowitej pszczoły. Pszczoła robotnica w okresie wiosenno-letnim żyje ok. 5-6 tygodni. Najdłużej żyje matka pszczela, bo dożywa nawet 5 lat

Źródło: Pasieki Rodziny Sadowskich. Żyje tam 100 milionów pszczół. Pszczelarze dbają, aby pszczołom żyło się tam jak najlepiej - unikają ingerencji w środowisko, nie używają chemii i antybiotyków. Własne 3 hektary gospodarstwa obsadzają miododajnymi roślinami, przez co wspierają ekosystem i stwarzają pszczołom przyjazne warunki do życia. Zachęcają też każdego, komu zależy na przyszłości planety, do wspierania pszczół w prosty i przyjazny sposób. Od kwietnia do czerwca do zakupów miodu w Pasiekach Rodziny Sadowskich dołączana jest paczuszka z wyselekcjonowanymi nasionami takich roślin jak: facelia, czarnuszka, koniczyna biała, nostrzyk, chaber i ogórecznik. Wystarczy je wysiać nawet na niewielkim skrawku ziemi na osiedlu, w doniczce na balkonie lub niezagospodarowanym fragmencie ogrodu, aby powstała pełna pachnących kwiatów miododajna łąka, z której będą mogły korzystać pszczoły i inne zapylacze.

  1. Moda i uroda

Ekologiczna paczka Nutridome w trosce o środowisko

(Fot. materiały prasowe Nutridome)
(Fot. materiały prasowe Nutridome)
Sklep z kosmetykami NUTRIDOME włącza się w propagowanie ekologicznych i zrównoważonych rozwiązań i stawia na ekopaczkę – sposób pakowania zamówień przyjazny środowisku. Nutridome ma na celu wspieranie proekologicznych zachowań, redukcję śladu węglowego oraz zwrócenie uwagi na wyzwania branży e-commerce.

Firma postawiła na tekturowe pudełka z certyfikowanego papieru pozyskiwanego z odpowiedzialnych źródeł, a także z recyklingu. Zrezygnowano z niektórych dotychczasowych rozwiązań pakowania na rzecz biodegradowalnych i nadających się do recyklingu materiałów. Usunięto powszechnie stosowaną folię bąbelkową oraz zrezygnowano z foliowych kopert kurierskich. Wprowadzono trzy rozmiary paczek, aby ograniczyć zużycie surowców.

Po otworzeniu kartonowego pudełka widzimy w 100% biodegradowalną czarną bibułkę, której brzegi spina naklejka z certyfikowanego papieru. Dookoła znajdziemy wypełnienie z wiórków – to całkowicie ekologiczna wełna drzewna. Natomiast szklane słoiczki, puszki owinięte są papierem nacinanym, który skutecznie zastępuje sztuczną folię. Do tego zadbaliśmy o dobry design, aby doświadczenia naszych klientów były na najwyższym poziomie – tłumaczy Paulina Makowiecka, Head of Marketing w Nutridome.

Bibułka spełnia wymagania europejskiej normy EN 13432. Wytwarzana jest z celulozy i jej pozyskiwanie dokonuje się bez uszczerbku dla naturalnych zasobów Ziemi. Może być poddawana spalaniu z odzyskaniem energii oraz ponownemu przetwarzaniu – nawet siedem razy. Kartonowe pudełko i naklejki wykorzystywane do zapieczętowania zamówienia powstają z papieru certyfikowanego. Natomiast wełna drzewna jest naturalna i nie zawiera sztucznych barwników oraz impregnatu. Może być wykorzystywana nawet w przypadku produktów spożywczych czy jako element kompostu. W paczce znajduje się również wrap – materiał w pełni nadaje się do recyklingu.

Wykorzystanie papierowych, odnawialnych materiałów nie oznacza, że paczka jest bardziej podatna na niszczenie – jest wytrzymała na tyle, że nie wymaga folii zabezpieczającej. Bibułka wewnątrz pełni funkcje higieniczne i chroni produkty przed czynnikami zewnętrznymi takimi jak światło, temperatura, wilgoć czy zanieczyszczenia. Natomiast papier nacinany jest elastyczny i można nim szczelnie okręcić każdy kształt. Amortyzuje uderzenia, a do tego wyróżnia się dużą wytrzymałością.

Prezentujemy rozwiązania eko w Nutridome, by zwrócić uwagę na to, że można szukać dobrych, czyli ekologicznych i ekonomicznych realizacji. Wierzymy, że uda nam się zainspirować inne firmy. Przy postępującej degradacji środowiska coraz istotniejsza staje się inwestycja w proekologiczne rozwiązania. To wielkie wyzwanie dla całej branży. – apeluje Paulina Makowiecka, Head of Marketing w Nutridome.

Nutridome to sklep z wyselekcjonowanymi kosmetykami, który prężnie rozwija się na polskim rynku od 2017 roku. Stawia na jakość kosmetyków, w rozsądnej cenie stosując filozofię holistycznego podejścia w dbaniu o urodę. Sklep oferuje swoje produkty w internecie na stronie nutridome.pl oraz w dwóch lokalizacjach stacjonarnych: Galeria Słoneczna Radom oraz Galeria Mokotów w Warszawie.

  1. Styl Życia

Plogging: połącz bieganie ze sprzątaniem

Plogga (nazywana również ploggingiem) to ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. (Fot. iStock)
Plogga (nazywana również ploggingiem) to ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. (Fot. iStock)
Wystarczy worek na śmieci, para rękawiczek i odrobina chęci - przekonują ploggersi na całym świecie. Międzynarodowy trend, który pozwala zadbać o kondycję i środowisko jednocześnie, zdobył uznanie zarówno wśród ekologów, jak i entuzjastów fitnessu. Plogga to wyraz troski nie tylko o kondycję fizyczną, ale również o środowisko naturalne.

Pomysłodawcą idei połączenia joggingu ze zbieraniem śmieci (plocka upp) jest Erik Ahlström, który w 2016 roku przeprowadził się z Åre, małej miejscowości na północy Szwecji do Sztokholmu i dopiero w stolicy zdał sobie sprawę ze skali problemu. “W trakcie codziennych dojazdów do pracy widziałem góry odpadków i byłem zszokowany ich ilością. Wiele z nich leżało przy drodze przez kilka tygodni, nikt ich nie sprzątał, dlatego postanowiłem się tym zająć” - tłumaczył Ahlström w wywiadzie dla serwisu plasticrunner.com. “Szwecja staje się coraz bardziej zaśmiecona. Każdego dnia na naszych ulicach ląduje 2,7 mln niedopałków papierosów, a jesteśmy 10 milionową społecznością. Od kilku lat staram się zmieniać zachowanie, które jest moim zdaniem oznaką dysfunkcyjnego społeczeństwa, pozbawionego szacunku do siebie nawzajem i w stosunku do natury, czyli śmiecenia”.

Podczas jazdy na rowerze oraz w trakcie biegania Ahlström zatrzymywał się i zbierał po drodze śmieci. Sprzątanie, tak samo jak aktywność fizyczna, stało się jego codzienną rutyną. Od 2016 roku do Erika zaczęli dołączać inni amatorzy sportu, a biegi ploggingowe, podczas których ludzie spotykali się, aby biegać i jednocześnie zbierać śmieci, stały się oficjalnymi wydarzeniami w Szwecji.

W ten sposób narodziła się plogga (nazywana również ploggingiem), ruch i społeczność, który chce zmieniać otoczenie i sprawić, by wszyscy stali się “dumnymi zbieraczami odpadków”. “Ludzie stracili szacunek dla przyrody, wyrzucają śmieci do lasów, rzek i oceanów, zostawiają odpadki na plażach. Chcemy odwrócić negatywny trend i pomóc w stworzeniu zrównoważonego społeczeństwa. Chcemy pokazać, że zbieranie śmieci pozostawionych tam przez innych ludzi nie powinno być traktowane jak tabu.” - tłumaczą na oficjalnej stronie plogga.se popularyzatorzy nowatorskiego trendu.

“To nie moje śmieci, ale moja planeta”

Dziś plogga to międzynarodowy ruch, który zrzesza biegaczy z ponad 40 krajów na świecie, także z tak odległych, jak Ekwador czy Tajlandia. Ploggersi działają także w Polsce i od kilku lat organizują się w grupy, aby działać na rzecz lokalnych społeczności. Jedna z nich działa w 90- tysięcznym Jaworznie, którego mieszkańcom zależy nie tylko na kondycji, ale także pięknym otoczeniu. W maju 2019 roku Przemek Starzycki, trener związany z jedną z jaworzyńskich siłowni, zorganizował pierwszy w mieście bieg ploggingowy i zaczął zachęcać do aktywności kolejne osoby. Plogging Jaworzono to prężnie działająca grupa, która aktywnie współpracuje z Miejskim Zarządem Nieruchomości Komunalnych w Jaworznie. Organizując kolejne akcje ploggingowe, grupa informuje o miejscu, w którym zostaną pozostawione posegregowane śmieci, a MZNK pomaga w wywiezieniu zebranych odpadów.

Ekologiczne biegi odbywają się od kilku lat w wielu polskich miejscowościach, najczęściej z okazji przypadającego 22 kwietnia Dnia Ziemi albo innych wydarzeń związanych z ochroną przyrody. Jednak jeden dzień w roku to za mało, aby posprzątać to, co zalega w parkach, lasach, nad brzegami rzek i jezior. Stanisław Łubieński, autor “Książki o śmieciach”, w rozmowie z Łukaszem Pilipem na łamach magazynu “Wolna Sobota” Gazety Wyborczej zauważył, że koronawirus uśmiercił oddolne inicjatywy sprzątania śmieci i przyczynił się do powrotu produktów jednorazowych - maseczek, rękawiczek, cienkich foliowych woreczków na warzywa i pieczywo. Anna Jaklewicz, eko-aktywistka i inicjatorka akcji “Książka za worek śmieci” tłumaczy, że śmieci porzucone w lasach czy nad wodą są niebezpieczne zwłaszcza dla zwierząt. “W Azji cierpią żółwie, wieloryby, albo ptaki morskie, które zamiast pożywienia mają w żołądkach plastik. W Polsce śmieci stanowią zagrożenie dla zwierzyny leśnej. Nasz odpady bywają dla zwierząt śmiertelną pułapką.”

Ploggersi przekonują, by plogging uprawiać codziennie. Nie chodzi o to, kto wyniesie z lasu największą ilość śmieci czy przebiegnie najwięcej kilometrów. Siłą ploggingu jest jego prostota i fakt, że można uprawiać go codziennie i wszędzie. Kiedy następnym razem wyjdziesz pobiegać w pobliskim parku czy lesie, weź ze sobą plastikowy worek i parę gumowych rękawiczek. Śmieci mogą nie należeć do ciebie, ale na pewno twoim domem jest planeta, na której żyjesz. A że mamy tylko jedną, to musimy zadbać o nią wspólnie.

  1. Styl Życia

Ekomisja Katarzyny Bosackiej

Dziennikarka Katarzyna Bosacka zajmuje się edukacją w zakresie zdrowego żywienia i racjonalnych zakupów. Prowadzi również kanał EkoBosacka na YT. (Fot. archiwum prywatne Katarzyny Bosackiej, materiały prasowe)
Dziennikarka Katarzyna Bosacka zajmuje się edukacją w zakresie zdrowego żywienia i racjonalnych zakupów. Prowadzi również kanał EkoBosacka na YT. (Fot. archiwum prywatne Katarzyny Bosackiej, materiały prasowe)
Dziennikarka Katarzyna Bosacka od lat odkrywa tajemnice, które kryją się na etykietach ogólnie dostępnych produktów spożywczych. Przekonuje, że świadome zakupy to nie tylko warunek zdrowia, ale i sposób na niemarnowanie żywności.

Dziś coraz więcej osób czyta etykiety i bardzo się z tego cieszę, ale kilkanaście lat temu była to rzadkość. Ja nauczyłam się tego z konieczności, bo moja kilkuletnia wtedy córka za każdym razem, gdy zjadła coś słodkiego ze sztucznym barwnikiem, natychmiast wyglądała jak jaszczurka plamista. Kiedy po zrobieniu testów potwierdziło się, że jest alergiczką, jeszcze mocniej uświadomiłam sobie, jakie znaczenie ma to, co jemy.

Przełomowym momentem był dla mnie 2007 rok, kiedy pojechaliśmy całą rodziną do Stanów Zjednoczonych na kilka lat. Wyjeżdżałam z przekonaniem, że w Polsce mamy bardzo dobrą żywność, ale kiedy przyjeżdżaliśmy raz w roku na wakacje, miałam większy dystans i zauważyłam, że chleb się kruszy, bo jest naszpikowany chemicznymi dodatkami, szynka w sklepie wygląda porządnie, ale pokrojona w plasterki i opakowana w torebkę foliową zaraz po włożeniu do lodówki zaczyna puszczać wodę... Pracowałam już wcześniej jako dziennikarka, m.in. zajmująca się tematyką zdrowia, znałam wielu specjalistów od odżywiania i zaczęłam się ich dopytywać o różne oznaczenia na etykietach. Okazało się, że tym się nie zajmują. Napisałam więc moją pierwszą książkę, a potem zaczęłam prowadzić programy „Wiem, co jem” i „Wiem, co kupuję”, przy których jeszcze wiele się nauczyłam.

W stronę zero waste

Myślę, że pandemia poza tym, że wyrządziła wielkie szkody w psychice i straty w biznesach czy w pracy, skłoniła wiele osób do samodzielnego gotowania i powrotu do prostych smaków z dzieciństwa. Zmieniło się też nasze podejście do wykorzystania żywności; uświadomiliśmy sobie, jak wiele jej wcześniej marnowaliśmy i wyrzucaliśmy.

Jest wiele sposobów na to, żeby to ograniczyć, na początek proponuję trzy kroki. Po pierwsze, sezonowość. Jeżeli kupujemy produkty sezonowe, czyli w Polsce truskawki latem, a nie zimą, to są one tanie, dużo zdrowsze, zawierają więcej składników odżywczych, a przy tym są dojrzałe i smaczniejsze, więc zjemy je do końca. No i nie podróżują z drugiego końca świata, czyli są bardziej przyjazne dla środowiska naturalnego. Po drugie, powinniśmy jeść prosto, używając uniwersalnych składników. Po trzecie, kupujmy produkty dobrej jakości, przynajmniej wędlinę i chleb. Jeśli chleb będzie dobrej jakości, to go nie wyrzucimy, a z zeschniętego możemy np. zrobić grzanki. Dobrej wędlinie najwyżej obeschną brzegi, a wtedy możemy ją wykorzystać choćby do jajecznicy. W mojej nowej książce „Cuda w kuchni” proponuję wiele przepisów na dania „z resztek”.

Katarzyna Bosacka, dziennikarka, zajmuje się edukacją w zakresie zdrowego żywienia i racjonalnych zakupów, prowadzi kanał EkoBosacka na YT. Właśnie ukazała się jej książka „Cuda w kuchni”.

Polecamy książkę: Katarzyna Bosacka, „Cuda w kuchni”Polecamy książkę: Katarzyna Bosacka, „Cuda w kuchni”