1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Ile można jeść jajek – dziennie i tygodniowo? Rozmowa z profesorem Trziszką

Ile można jeść jajek – dziennie i tygodniowo? Rozmowa z profesorem Trziszką

</a> Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)
Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
„Jem około 30 jaj tygodniowo” – mówi naczelny jajolog kraju prof. Tadeusz Trziszka. Nie ma w nich nic szkodliwego, pod skorupką skumulowane są wszystkie substancje niezbędne do stworzenia nowego życia. Są tu wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy tkanek i komórek. Są białka i tłuszcze, a w tłuszczach fosfolipidy, które zawierają kwasy omega – 3. Są minerały i witaminy, zwłaszcza witaminy z grupy B, w tym B12.

„Jem około 30 jaj tygodniowo” – mówi naczelny jajolog kraju prof. Tadeusz Trziszka, technolog żywności i żywienia, nauczyciel akademicki, profesor nauk rolniczych. Nie ma w nich nic szkodliwego, pod skorupką skumulowane są wszystkie substancje niezbędne do stworzenia nowego życia. Ile jajek można jeść dziennie? Ile jajek tygodniowo nie wpłynie negatywnie na nasze zdrowie? Spróbujemy odpowiedzieć na te pytania z pomocą prof. Trziszki.

Są tu wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy tkanek i komórek. Są białka i tłuszcze, a w tłuszczach fosfolipidy, które zawierają kwasy omega – 3. Są minerały i witaminy, zwłaszcza witaminy z grupy B, w tym B12.

Nawet sama skorupka jest dla nas cenna. Jej struktura wapniowa przypomina tę w kościach człowieka, dlatego skorupka jaja to najlepszy produkt w profilaktyce osteoporozy.

Jednak mimo tylu zalet jajo budzi kontrowersje. Już od lat 60. zaczęto mówić, że jaja, choć dobre, to jednak w nadmiarze szkodzą. I nadal wielu lekarzy przestrzega pacjentów, zwłaszcza tych starszych, przed nadmiernym spożyciem jaj, które może doprowadzić nawet do przedwczesnej śmierci. Ten nadmiar określono na ponad dwie sztuki tygodniowo dla dorosłego człowieka. Wszystko przez to, że jaja oskarżono o powodowanie osadzania się cholesterolu na ściankach naszych naczyń krwionośnych, co może skutkować nawet zawałem serca.

Skąd wziął się ten negatywny wizerunek jaj? Bo właśnie w latach 60. przemysł farmaceutyczny na dużą skalę zaczął produkcję leków antycholesterolowych. Rozpętano wówczas prawdziwą fobię antycholesterolową, gwałtownie poszukując w naszym menu winnych wzrostu poziomu cholesterolu w organizmie człowieka.

Jajka padły ofiarą tej nagonki.

Dziś naukowcy zdają sobie sprawę, że obwinianie jaj było niesłuszne, oficjalnie badacze amerykańscy wycofali się z tych oskarżeń. Jednak ta wiedza nie przedostała się do powszechnej świadomości ludzi. Nadal obawiamy się nadmiernego spożywania jaj, zastanawiając się, ile jajek dziennie możemy jeść bez uszczerbku na zdrowiu, a lekarze nadal ostrzegają przed jedzeniem więcej niż dwóch jaj tygodniowo.

Tymczasem, według prof. Trziszki, człowiek powinien jeść tyle jaj, na ile ma ochotę. Co więcej, im więcej jaj jemy, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo miażdżycy, gdyż w naczyniach krwionośnych odkłada się tylko cholesterol produkowany przez naszą wątrobę, nie ten zjadany z jajami, a im więcej dostarczamy naszemu organizmowi cholesterolu z pokarmem, tym mniej produkuje go nasza wątroba.

I wcale na starość nie należy jaj unikać. Wręcz przeciwnie. Z wiekiem zmniejsza się przyswajalność tego dobra, jakie jest w jaju, organizm więc musi dostać więcej jaj niż w młodości, by otrzymać właściwą dawkę fosfolipidów czy witamin.

Jedzmy więc jaja, zwłaszcza że przeciętny Polak spożywa ich dwa razy mniej niż Japończyk, Chińczyk czy mieszkaniec Izraela.

Najlepsze są jaja, w których białko jest lekko ścięte, bo w takiej postaci mniej uczula. Czyli na miękko albo sadzone. (fot. iStock) Najlepsze są jaja, w których białko jest lekko ścięte, bo w takiej postaci mniej uczula. Czyli na miękko albo sadzone. (fot. iStock)

Prof. Tadeusz Trziszka prawdopodobnie jest jedynym Polakiem, który zrobił doktorat i habilitację z jaj. Kieruje katedrą technologii Surowców Zwierzęcych na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Wymyślił i prowadzi projekt „Innowacyjne technologie produkcji biopreparatów na bazie nowej generacji jaj” (Ovocura), w którym prawie setka naukowców tworzy z jaj bioaktywne preparaty dla celów leczniczych i suplementy diety.

Co dobrego jest w jajach? Prof. Tadeusz Trziszka: Wszystko. W jaju nie ma rzeczy złych, szkodliwych. Jeśli weźmiemy zapłodnione jajo i położymy je pod kwokę lub do inkubatora, czyli dodamy mu tylko i wyłącznie energię cieplną, to po 21 dniach pojawi się nowe życie. Powstanie organizm, który będzie miał mózg, serce, układ krwionośny, nerwowy, organizm zdolny do poruszania się, rozmnażania, z systemem immunologicznym. To znaczy, że w jaju są wszystkie substancje potrzebne do utworzenia życia, coś boskiego. Nikt tym nie manipulował, a jest życie!

Z ziarna też wyrasta nowe zboże. Tego nie da się porównać. Owszem, rzucamy ziarno do ziemi i wyrasta np. zboże. Ale, by wyrosło, konieczna jest woda, mikroelementy, a przy jaju niczego nie potrzeba dodawać. Powstaje organizm z całym mechanizmem genetycznym, systemem immunologicznym, z całą sferą budowania tkanek organicznych. Nie ma drugiego takiego naturalnego produktu na świecie, wszystko jest skumulowane w jednym jaju.

A jednak przez lata ostrzegano przed nadmiernym spożyciem jaj, określając, ile jajek tygodniowo nie zaszkodzi naszemu zdrowiu, więc może wcale nie są samym dobrem jak pan twierdzi. To się zaczęło w latach 60. i rozwijało do lat 90. Za ten negatywny wizerunek jaj odpowiada przemysł farmaceutyczny, a także przemysł tłuszczów roślinnych, który obarczył m.in. jaja odpowiedzialnością za odkładanie się w naszych naczyniach krwionośnych cholesterolu. Rozpętano na świecie prawdziwą fobię przeciwko cholesterolowi, żeby sprzedawać jak największe ilości leków antycholesterolowych i margaryny.

Tymczasem cholesterol jest podstawowym czynnikiem życia, występuje we wszystkich tkankach naszego organizmu, bez niego nie ma życia.

Jajka budzą kontrowersje. Przez lata straszono nas szkodliwym cholesterolem i kazano ograniczać liczbę spożywanych jaj do dwóch tygodniowo. Tymczasem najnowsze badania obalają ten mit. (fot. iStock) Jajka budzą kontrowersje. Przez lata straszono nas szkodliwym cholesterolem i kazano ograniczać liczbę spożywanych jaj do dwóch tygodniowo. Tymczasem najnowsze badania obalają ten mit. (fot. iStock)

To po kolei. Czy jest nieprawdą, że nadmiar cholesterolu nam szkodzi, czy też może szkodzi, ale jaja nie mają z tym nic wspólnego? Cholesterol to kluczowa substancja niezbędna do życia. Gdyby wątroba zaprzestała jego codziennej produkcji, to nie moglibyśmy żyć. Każda komórka zawiera cholesterol, a mamy tych komórek miliardy. Jest konieczny do tworzenia hormonów płciowych, witaminy D, kwasów żółciowych. Natomiast w powszechnej świadomości ludzi utarło się, że cholesterol to coś złego, trzeba z nim walczyć, unikać wszystkiego, co może podnieść jego poziom w naszym organizmie.

Problem polega na czym innym – jego produkcja i dystrybucja musi być przez organizm kontrolowana. Kiedy następuje jakiś defekt organizmu, zaczynają się problemy. Cholesterol odkłada się w naczyniach krwionośnych i zaczyna zamykać ich światło, pojawiają się wywołane tym zawały.

A co z rolą jaj w tym procesie? Ich spożywanie powoduje to odkładanie się cholesterolu w naczyniach? Jest dokładnie odwrotnie. U człowieka, który je dużo jaj, na skutek tej konsumpcji mniej cholesterolu będzie się odkładało w naczyniach. Bo cholesterol, jaki dostarczamy organizmowi z żywnością, nigdy nam się nie odkłada w naczyniach, dzieje się tak wyłącznie z naszym własnym, tym produkowanym w wątrobie. I to wówczas, kiedy nasz organizm ma jakiś defekt metaboliczny.

Cholesterol jest czynnikiem ryzyka w rozwoju miażdżycy i choroby wieńcowej serca głównie u osób obciążonych genetycznie hipercholesterolemią. Organizm takich ludzi nie radzi sobie z nadprodukcją cholesterolu i odkłada go w naczyniach.

Czyli sekwencja zdarzeń wygląda tak: jeśli nasz organizm szwankuje z jakiegoś powodu, to w naczyniach odkłada się cholesterol, ale nie dlatego że jemy jaja. Tak? Dokładnie tak.

Zdrowy organizm nie dopuszcza do odkładania się cholesterolu w naczyniach, niezależnie od tego, ile go zjemy w produktach. Każdy z nas codziennie wytwarza ok. trzech gramów cholesterolu. Tyle to jest w piętnastu jajach. Więc na zdrowy rozum: jakie ma znaczenie, że zje pani codziennie jedno czy dwa jaja? Problem tkwi nie w konsumpcji żywności, tylko w naszym wewnętrznym metabolizmie, w tym, czy jesteśmy zdolni zagospodarować ten cholesterol czy nie.

Rozumiem, że jaja oskarżono o podnoszenie nam poziomu cholesterolu we krwi, bo trzeba było znaleźć winnego. Ale dlaczego świat medyczny nie mówi tego, co pan teraz? Mówi, tylko... No cóż, świat medyczny partycypuje w produkcji leków, więc nie jest zainteresowany mówieniem, że nie należy bać się cholesterolu. Ale leki są oczywiście potrzebne, bo wielu ludzi, którzy mają wysoki poziom cholesterolu, powinno go zażywać. Tyle tylko że niesłusznie oskarżono jaja. Na skutek tej antyjajowej kampanii w wielu krajach cywilizowanych w latach 70. i 80. bardzo spadło spożycie jaj.

Pamiętam, kiedy nagle zaczęto ostrzegać, by nie jeść więcej niż dwa jaja tygodniowo. Wielu moich znajomych skreśliło je wówczas z codziennego jadłospisu. Tak, podobnie było z masłem, które też oskarżono o przyczynianie się do podnoszenia poziomu cholesterolu. Ludzie dali się na te hasła nabrać, rezygnowali z jaj, a zamiast masła jedli margarynę. W latach 80. pracowałem na uniwersytecie w Niemczech i pamiętam, jak przekonujące były wówczas reklamy margaryny. Większość moich kolegów z uczelni zrezygnowała wtedy z masła. Wykorzystano powszechne przekonanie, że skoro w produktach zwierzęcych jest cholesterol, to trzeba jeść produkty roślinne, które go nie zawierają.

Gdy kupujemy jaja z wolnego wybiegu, a boimy się salmonelli, wystarczy jaja zanurzyć we wrzątku na 3 sekundy. (fot. iStock) Gdy kupujemy jaja z wolnego wybiegu, a boimy się salmonelli, wystarczy jaja zanurzyć we wrzątku na 3 sekundy. (fot. iStock)

Na jakiej podstawie mówi pan, że jaja nie szkodzą? Jeszcze niedawno usłyszałam w radiu wypowiedź jakiegoś dietetyka, że można jeść nawet do pięciu jaj tygodniowo. Nie można zalecać diety globalnej, gdyż każdy z nas jest inny. Być może ten dietetyk miał na myśli jakąś szczególną grupę alergików. W przeciwnym wypadku nie powinno się stosować nadzwyczajnych ograniczeń co do spożywania jaj.

A co mówi pana wiedza? Ile jajek tygodniowo, a ile jajek można jeść dziennie?

Nie ma ograniczenia, ile się chce, tyle można jeść – 30, 20 sztuk tygodniowo. Jest wiele badań światowych, które o tym mówią, tylko dziwnym trafem nie przedostają się do powszechnej świadomości. Wyniki tych badań publikowane są w czasopismach naukowych i pozostają na uniwersytetach.

Kiedy zje pani jajo, to w pierwszych 2-3 godzinach po konsumpcji mamy efekt lekkiego wzrostu poziomu cholesterolu we krwi. Potem, po 5-7 godzinach, spada i się wyrównuje. Nie ma znaczenia, czy zje pani jedno czy dziesięć jaj. Tak samo organizm reaguje na inne substancje, jakie mu dostarczamy, np. na alkohol – po spożyciu mamy go we krwi, a potem organizm go trawi i poziom alkoholu spada.

Jeśli ktoś ma tendencję do odkładania się cholesterolu, to on będzie się odkładał. Ale jedzenie jaj może tu tylko pomóc. U mojego kolegi poziom sięgał ok. 280 mg/dl, czyli był za wysoki. Zaproponowałem mu, by przez miesiąc jadł po 2-3 jaja dziennie. Z trudem to robił, ale dał radę. I w efekcie cholesterol już po miesiącu spadł mu do 200 – 210 mg/dl.

Cud? Nie, ponieważ organizm zaczął dostawać cholesterol z pokarmem, to zmniejszył jego produkcję w wątrobie. A tylko ten z wątroby może być szkodliwy, bo się odkłada w naczyniach. To jest znana prawidłowość – im więcej dostarczamy w pokarmie, w maśle, jajach, tym mniej wytwarza nasza wątroba. Zwłaszcza cholesterol z jaj jest związany z HDL, czyli jest to tzw. dobry cholesterol.

Jaki mechanizm sprawił, że pana koledze po zjedzeniu dużej liczby jaj zaczął spadać cholesterol? On dostarczał cholesterol z jajami, więc jego wątroba dostała sygnał, że ma produkować mniej własnego. A ponieważ ten z jaj się nie odkłada w naszym organizmie, to taki był wynik.

Ja niczego tu nie wymyśliłem, setki prac naukowych na ten temat napisano, ja mu tylko o tym powiedziałem.

Co to jest zły i dobry cholesterol? Cholesterol jest dostarczany do każdej komórki, ale sam nie może przepływać przez organizm. Mówiąc potocznie, potrzebuje do tego nośnika. Są takie dwa nośniki – HDL i LDL, zaczęto je rozróżniać dopiero w latach 80. Otóż tzw. zły cholesterol jest transportowany LDL-em i może się odkładać w komórkach. Natomiast HDL, czyli dobry, zbiera ze wszystkich komórek nadmiar cholesterolu i odwozi go do utylizacji w wątrobie. Jest nazywany dobrym, bo im więcej się go zbierze, tym mniej się odłoży w naczyniach i nie będzie nam ich zwężać.

Im więcej człowiek ma HDL, tym lepiej, bo rośnie szansa, że cholesterol nie będzie się odkładał w naczyniach. Dobrze, jeśli około jedną trzecią naszego cholesterolu stanowi ten dobry.

Chcecie leczyć jajami? Tak, chcemy wykorzystać jaja jako surowiec biomedyczny, do wytwarzania nowej generacji suplementów diety. Jesteśmy w stanie wyizolować z jaj te substancje, które mogą tworzyć życie, by je przenieść do żywności i wspomagać organizm człowieka.

Chcemy skoncentrować w pigułce cenne substancje, które zawiera jajo. Bo kto jest w stanie zjeść kilkanaście jaj dziennie? A pigułkę, która będzie zawierała taką dawkę z kilkunastu jaj, bez trudu połkniemy. Ten nasz projekt ma acronim „Ovocura”: ovo to jajo, a cura – kuracja. Pracujemy nad tym we Wrocławiu, zaangażowanych w projekt jest prawie stu naukowców, duża część z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Próbujemy wyizolować z jaj związki pomocne w zapobieganiu chorobom cywilizacyjnym np. mózgu, serca, nowotworom.

Leki z jaj to nowość? Tak. Do tej pory produkowano suplementy diety z produktów roślinnych. Jakoś nikt nie pomyślał, że można je wytwarzać z produktów pochodzenia zwierzęcego, np. jaj. Lansujemy to od kilku lat, mniej więcej dziesięciu. Z jaja można wytworzyć wspaniałe leki, wiele ośrodków naukowych na świecie ma ogromne osiągnięcia w tym zakresie. Mówiąc kolokwialnie, kurę można nauczyć produkowania konkretnych substancji niszczących drobnoustroje wywołujące np. wrzody dwunastnicy. Te wrzody powoduje bakteria, którą bardzo trudno zwalczyć. Jeśli poda się preparat tych bakterii kurze, to ona wyprodukuje przeciwciała i one przechodzą do żółtek jaj, które ta kura znosi. Z nich, w warunkach nowoczesnych technologii, wytwarzamy leki. Ja to mówię oczywiście w uproszczeniu, ale tak to działa.

Wszystko, co dała nam natura, ma nam służyć, jest dobre. Jajo to taki naturalny dar.

To co jest w jajku? Białko i żółtko to zupełnie różne sfery. Natura stworzyła jajo w ten sposób, że białko ma za zadanie chronić zarodek – dla przypomnienia, to taka plamka na żółtku. Dlatego białko jest bardzo agresywne wobec wszystkich obcych drobnoustrojów, musi za wszelką cenę chronić ten malutki zarodek, aby mógł się rozwijać w warunkach naturalnych.

Co jest w białku? Aż 88 procent to woda. A te pozostałe 12 procent stanowią niezbędne do budowy organizmu, do odbudowy wszystkich komórek i tkanek. Białko jaja jako produkt żywnościowy dostarcza do naszego organizmu niezbędne aminokwasy, a tym samym wpływa na odbudowę naszych komórek.

Upraszczając, kiedy zjemy treść jaja, trafi a ona do żołądka, a tam pepsyna, jeden z podstawowych enzymów trawiennych, rozkłada białka, tworzą się peptydy, które w dalszym trawieniu w jelitach rozkładają się do aminokwasów, organizm je pobiera i wbudowuje we własne tkanki. Oczywiście inne produkty żywnościowe pochodzenia roślinnego i zwierzęcego też są bogate w białka i w niezbędne aminokwasy, jednak najlepsze zbilansowanie wszystkich aminokwasów jest w jaju. Białko jaja zostało uznane przez Światową Organizację Zdrowia za międzynarodowy wzorzec składu aminokwasowego.

Białko zawiera substancje, które mogą być alergenne, dlatego lepiej nie spożywać jaj na surowo, wystarczy, by białko się ścięło. W procesie trawienia białka jaj mogą tworzyć się peptydy o właściwościach leczniczych, np. wpływające na regulację ciśnienia krwi czy o działaniu antyutleniającym. W samym białku jaja znajduje się wiele bioaktywnych substancji, które można wyizolować i wykorzystać jako suplementy diety lub leki. Do takich należy cystatyna, która ma właściwości antynowotworowe.

Podobno macie też coś na alzheimera? W ostatnim czasie pod kierunkiem prof. Polanowskiego została wyizolowana z żółtka substancja, którą nazwaliśmy Yolkiną. Prowadzimy nad nią intensywne badania. Być może substancja ta okaże się nowym lekiem na choroby otępienne mózgu, w tym na chorobę Alzheimera.

Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock) Ile jajek dziennie to dopuszczalna norma? Ostatnie badania wskazują, że nie ma takiej normy. Mało tego, negatywne skutki dla zdrowia może przynieść ograniczanie liczby zjadanych jajek. (fot. iStock)

A co z żółtkiem? To jest fenomen natury. W żółtku jest aż 50 procent suchej substancji, reszta to woda. Z tych 50 procent 32 to tłuszcze, 16 to białka, a 2 procent stanowią witaminy i związki mineralne.

W tych 32 procentach tłuszczów istotną część stanowią fosfolipidy, które są kluczowymi związkami niezbędnymi do życia, a główny fosfolipid to lecytyna. Jest ona potrzebna do sprawnego funkcjonowania mózgu i układu nerwowego.

Fosfolipidy są w każdej komórce, tak jak cholesterol. Mogą służyć do poprawy jakości życia i regeneracji tkanek. Są w nich zawarte kwasy omega-3. Jest ich relatywnie dużo, bo od 10 do 20 procent. Poza tym zmniejszają ryzyko odkładania się cholesterolu w naczyniach krwionośnych.

Straszy się ludzi cholesterolem w jajach, a nikt nie mówi, że w żółtku jest tylko 0,3 procent cholesterolu, za to aż 10 do 20 procent fosfolipidów, które zmniejszają odkładanie się cholesterolu.

Częścią lecytyny zawartej w jaju jest cholina, potrzebujemy jej do regeneracji wątroby. W aptekach możemy kupić różne produkty z choliną, które mają chronić naszą wątrobę, a dwa jaja dziennie pokrywają nasze całkowite zapotrzebowanie na tę substancję.

Czego nie ma w jaju? Jedynie witaminy C. Okazuje się, że nie jest potrzebna do stworzenia życia.

Ale są wszystkie witaminy z grupy B, zwłaszcza B12, której brak może się przyczyniać do wielu schorzeń neurodegeneracyjnych. Dzieci z rodzin wegańskich czy wegetariańskich, którym w okresie rozwoju zabrania się jedzenia jaj, mogą cierpieć np. na schizofrenię.

To ile jajek dziennie może, a może czy raczej powinno jeść dziecko, np. pięcioletnie? Tyle ile chce, bez ograniczeń. Znam takie, które zjadały po dziesięć jaj dziennie. Nie ma żadnych przeciwwskazań, chyba że dziecko jest podatne na alergię.

A czy można jeść jajka codziennie? Ile pan ich zjada?

Jem zawsze trzy jaja na śniadanie, a potem w ciągu dnia jeszcze w różnych potrawach. W sumie jem około trzydziestu jaj tygodniowo.

Jaki ma pan poziom cholesterolu? Pochodzę z rodziny o skłonnościach genetycznych do podwyższonego cholesterolu, u mnie utrzymuje się na poziomie około 200 mg/dl.

To nie jest wcale podwyższony poziom. Ale gdybym nie jadł tyle jaj, to bym miał prawie trzysta.

To pan tak uważa? Nie uważam, tylko wiem. Kiedyś przez dwa miesiące nie jadłem jaj i natychmiast cholesterol wzrósł do poziomu 280 mg/dl.

A skorupka jaja coś nam daje? Modne są teraz preparaty na bazie skorupek, sięgają po nie kobiety w okresie menopauzy. Mają chronić przed osteoporozą. Skorupa jest nieoceniona w profilaktyce osteoporozy. Problem tylko w tym, że trzeba ją najpierw w czymś rozpuścić, zmiękczyć np. kwasem cytrynowym i dobrze zmielić, bo trudno ją spożywać. Wtedy staje się lepiej przyswajalna. Skorupa jaja powstaje z kości długich kury, która wciągu nocy oddaje wapń z własnych kości długich i przekazuje go do skorupy.

Struktura wapniowa skorupy jest podobna do struktury wapniowej w kościach człowieka – dlatego taki wapń przyswaja się znacznie lepiej niż np. ten z kredy, której można zjeść bardzo dużo, a przyswoi się kilka procent. A ze skorupy przyswoi się co najmniej 75 procent wapnia.

Skorupki jaj to źródło najlepiej przyswajalnego wapnia. (fot. iStock) Skorupki jaj to źródło najlepiej przyswajalnego wapnia. (fot. iStock)

Możemy same w domu przygotować jakąś miksturę ze skorupek? Jest taki stary przepis naszych babć. Bierze się po jednej czwartej części jaj, cytryny, miodu i spirytusu. Umyte jaja zalewamy w całości musem cytrynowym wyciśniętym z cytryn – tak, by zostały zakryte. Zostawiamy je na 3-4 dni, aż skorupa zmięknie. Potem całość miksujemy, dodajemy miód, na końcu spirytus lub 70-procentowy alkohol. Mamy tu wapń w formie cytrynianów, a więc przyswajalny, a poza tym to taka bomba zdrowotna, idealna na jesień, kiedy przychodzi pora przeziębień. Pijemy kieliszek dziennie, chyba że ktoś ma większe zapotrzebowanie.

Te surowe jaja się tu nie psują? Spirytus i miód je konserwują. Ale samą skorupkę też można rozpuszczać cytryną i miksować.

Kolor skorupki ma wpływ na wartość odżywczą jaja? Nie, to jest związane z rasą kury. Kwestia genetyczna.

Czy jajo w jakiejś postaci, np. na miękko, jest zdrowsze dla człowieka niż na twardo? Ja preferuję jaja na miękko, bo są bardziej lekkostrawne i lubię takie. Najlepsze są jaja, w których białko zostało lekko ścięte, bo w takiej postaci nie jest zbyt alergenne. To może być na miękko, czy sadzone. Im bardziej ścięte białko, tym trudniejszą pracę muszą wykonać enzymy w naszym żołądku.

Natomiast żółtko nie powinno być ścięte, bo w nim są aktywne fosfolipidy i peptydy – im bardziej ścięte żółtko, tym więcej ich ulega denaturacji.

Ale trzeba się bać Salmonelli. Ptaki są rzeczywiście potencjalnym źródłem zakażenia pałeczkami Salmonella i Campylobacter, które żyją w ich przewodzie pokarmowym. Te mikroorganizmy kurom nie przeszkadzają. A człowiek może się przed nimi zabezpieczyć. Wystarczy, np. przed włożeniem do lodówki, zanurzyć jaja we wrzątku na około trzy sekundy. Wymienione bakterie giną już w 60 stopniach Celsjusza. Jeśli kupujemy jaja z chowu fermowego, to one są dość bezpieczne, zarażenie Salmonellą jest mało prawdopodobne. W systemie chowu fermowego jajo po zniesieniu przez kurę jest transportowane i przenoszone do segregacji w zautomatyzowanym systemie i trafia prosto do pojemników. Bakterie Salmonelli może przenosić człowiek, który dotyka jaj. Mogą one występować w środowisku naturalnym, dlatego jaja z wolnego wybiegu stanowią potencjalne ryzyko, ale ja bym tej sprawy nie demonizował.

Dziś możemy kupić w sklepie jaja z numerami od 0 do 3, czyli od pełnego ekologicznego chowu, kiedy kura chodzi swobodnie po dworze, po chów w klatkach. Które są najlepsze?

Przyznaję, że te z wolnego wybiegu są smaczniejsze. Ale zerówki przynoszą ryzyko Salmonelli. Jeśli je kupujemy, to, jak już wspomniałem, zaraz po przyniesieniu do domu warto zanurzać je na około trzy sekundy we wrzątku.

A jaja przepiórcze? Są godne uwagi, mają większy udział żółtka w jaju niż kurze, a więc dają nam więcej fosfolipidów. Problem w tym, że są bardzo małe i trudno się je obiera po ugotowaniu, z tego powodu nie mają dużego znaczenia na naszym rynku, jaja kurze je zdominowały.

Przepiórcze jaja to doskonały wybór dla alergików, którzy są uczuleni na jaja kurze. (fot. iStock) Przepiórcze jaja to doskonały wybór dla alergików, którzy są uczuleni na jaja kurze. (fot. iStock)

Jak długo jaja zachowują świeżość? Przy niskiej wilgotności powietrza jajo nigdy się nie zepsuje, ono wyschnie. Ale jeśli jest 80 procent wilgotności w powietrzu, to na skorupce osiądzie pleśń, i bakterie dostaną się do środka, białko zacznie się rozkładać i może nastąpić zepsucie.

Generalnie przyjmujemy, że jajo zaczyna się starzeć po trzech tygodniach od zniesienia go przez kurę. Przez 21 dni jest jajem świeżym.

Ale kiedy jajo staje się niebezpieczne? Kiedy zaatakują je drobnoustroje. W Chinach jaja marynuje się przez kilka tygodni w zalewie z soli, wapna i naparu czarnej herbaty. Albo zakopuje w ziemi na tydzień czy dłużej, gdzie są zakażane przez mikroorganizmy, które przedostają się do środka i jaja fermentują. I Chińczycy je jedzą z apetytem.

Jadł pan takie jaja? Próbowałem, ale nie szło mi dobrze. Już sam wygląd zniechęca, treść jest brunatna o konsystencji płynno-mazistej. Do tego fetor sfermentowanych jaj. Oni to jedzą na surowo, choć można i ugotować.

Kto je najwięcej jaj na świecie? Japończycy – 400 sztuk rocznie, czyli dwa razy tyle co my. Podobnie Izraelczycy i Chińczycy.

Mądre narody jedzą dużo. Dobrze pani powiedziała. Europa stała się ofiarą tej cholesterofobii, tu się je znacznie mniej jaj. Holendrzy spożywają nawet mniej od nas. Amerykanie, do których głównie należy przemysł farmaceutyczny i którzy przodowali w straszeniu cholesterolem z jaj, już się z tego wycofali. W 1998 r. na konferencji w Atlancie poświęconej jajom oficjalnie ogłosili, że można jeść dwie sztuki dziennie. To był nieprawdopodobny skok, bo wcześniej za dopuszczalne uważali spożycie dwóch jaj na tydzień.

Niedawno lekarz zakazał mojej znajomej jeść więcej niż dwa jaja tygodniowo, bo to źródło cholesterolu. Spotyka się pan z atakami ze strony środowisk lekarskich za swoje poglądy? Absolutnie nie. Doskonale współpracuje mi się z lekarzami, zwłaszcza z kadrą naukową. Dostaję dużo listów z kraju i z całego świata z pytaniami, podziękowaniami za przekazywanie wiedzy.

Nie dostałem ani jednego listu z krytyką. Nie ma zresztą do tego żadnych powodów. Ja tylko mówię prawdę opartą o wiedzę naukową. Jeśli ktoś ma inną wiedzę, to niech ją ogłosi. Myślę, że nikt dziś się nie odważy publicznie powiedzieć, że jaja szkodzą.

A ile jajek tygodniowo powinno się spożywać w późniejszych latach życia? Czy stary człowiek może jeść tyle jaj co młody? A dlaczego nie?! Nawet więcej. W miarę jak się starzejemy, coraz gorzej przyswajamy fosfolipidy, witaminy, więc trzeba więcej ich dostarczyć w pokarmie, by organizm dostał tyle, ile potrzebuje.

Więcej rzetelnych informacji o tym, co należy jeść znajdziecie w książce:

Jeść czy nie jeść? Krystyna Naszkowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dieta Pięciu Przemian

Kuchnia według Pięciu Przemian wymaga pasji i czasu, ale nie dajmy się zwariować – to, co pomaga zachować zdrową sylwetkę i dobre zdrowie, daje się sprowadzić do kilku zasad. (fot. iStock)
Kuchnia według Pięciu Przemian wymaga pasji i czasu, ale nie dajmy się zwariować – to, co pomaga zachować zdrową sylwetkę i dobre zdrowie, daje się sprowadzić do kilku zasad. (fot. iStock)
Lato to Przemiana Ognia i gorzki smak – jak w lekko przypalonych potrawach. Odżywiając się zgodnie z filozofią Pięciu Przemian, odczujesz harmonię ze sobą i ze światem. Będziesz mieć więcej energii, staniesz się bardziej pogodna i uzyskasz optymalną wagę i masę ciała.

Chińczycy od wieków dostrzegali związek człowieka z przyrodą. Żyjemy zgodnie z jej rytmami, zasadami. Podlegamy zmianom, podobnie jak sama natura – od narodzin aż do kresu przemijania. Zasada Pięciu Przemian obowiązuje na każdym poziomie – galaktyk i bakterii, w ciele i w psychice, w najbliższym parku, w Paryżu i w Koluszkach. Gdy zastosujemy także dietę Pięciu Przemian – zyska na tym nasze samopoczucie i zdrowie.

Nie jest to krótkotrwała dieta, a sposób żywienia, sprawdzony przez tysiąclecia, który pozwala na zachowanie zdrowia i równowagi psychofizycznej przez długie lata. Z początku reguły Pięciu Przemian mogą wydać się zbyt skomplikowane, bo trzeba wniknąć w zasady funkcjonowania natury. I szanując jej prawa, korzystać z dobrodziejstw. Też poprzez obserwację siebie, bo przecież i my reprezentujemy naturę i jej prawa – w naszych organizmach nieustannie odbywają się przemiany zgodne z zegarem i rytmem biologicznym, strukturą i funkcjonowaniem narządów, wrodzonymi lub nabytymi skłonnościami, wpływem otoczenia i warunkami, w jakich żyjemy… Wiedza ta pozwala, by poprzez odpowiednio dobrane składniki diety zapobiegać chorobom, a w razie zachorowań leczyć konkretne schorzenie jedzeniem.

Filozofia Pięciu Przemian

Obraz świata według filozofii chińskiej i ajurwerdyjskiej przedstawia się w pięciu elementach i ich nieustających przemianach. Odwieczny cykl zmian w naturze symbolizuje uniwersalne prawa przyrody, w każdym zakątku świata i w każdym zakątku naszego ducha i ciała. Rządzi porami roku, wpływa na jakość naszego pokarmu.

Jest pięć elementów stanowiących podstawę świata materialnego: Drzewo, Ogień, Ziemia, Metal i Woda. Każdemu z nich przypisane są analogicznie: jedna spośród pięciu pór roku (wiosna, lato, przełom pór, jesień i zima), jeden spośród pięciu kierunków świata (wschód, południe, środek, zachód i północ), jeden spośród pięciu smaków (kwaśny, gorzki, słodki, ostry i słony), zapach, klimat, faza rozwoju, narząd zmysłu, dźwięk, kolor itd. Niedobór lub nadmiar któregoś z żywiołów oddziałuje na ludzki organizm – zdrowie i samopoczucie. Należy dążyć do tego, by wszystkie elementy były ze sobą w równowadze i żebyśmy umieli rozpoznać, co nam służy i czego nam najbardziej potrzeba, uwzględniając własną konstrukcję psychofizyczną, budowę ciała, pory roku czy etap życia, na którym się znajdujemy. Przy tym należy pamiętać, że świat podlega nieustającym przemianom i my sami też wciąż się zmieniamy.

Prawo Pięciu Elementów rozpisano w odpowiedniej kolejności na okręgu koła: Drzewo, Ogień, Ziemia, Metal i Woda. – Ta kolejność nie jest przypadkowa – twierdzi Wanda Karpińska, farmaceutka i naturoterapeutka – Oznacza uporządkowane zależności między poszczególnymi elementami. Energia krąży w organizmie od momentu urodzenia aż do śmierci, przechodząc w ruchu kołowym, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, przez wszystkie pięć elementów. To tzw. obieg karmiący, obieg odżywczy, ponieważ narząd poprzedzający karmi narząd następujący po nim, zasila go energią.

Co to oznacza? To, że gdy mamy np. kłopoty z sercem, to trzeba wzmocnić też wątrobę i nerki (Drewno zasila Ogień), a astmę lub zapalenie płuc leczymy, pobudzając do pracy śledzionę. Jak je wzmacniać? Poprzez odpowiednią dietę Pięciu Przemian, dobierając przyprawy i zioła zgodnie z zasadami.

Zgodnie z cyklem

Ale czymże są owe przemiany? Odwiecznym cyklem życia i umierania. Wiosna to Przemiana Drzewa (narodziny i wzrost – smak kwaśny, jak smak młodych pędów roślin). Lato – Przemiana Ognia (szczyt rozwoju – smak gorzki, jak w lekko przypalonych potrawach). Późne Lato – Przemiana Ziemi (dojrzałość – smak słodki, jak dojrzałych owoców). Jesień – Przemiana Metalu (suszenie, więdnięcie – smak ostry, jak suszonych ziół). Zima – Przemiana Wody (odpoczynek i zbieranie sił do powtórnych narodzin i przemian, by odtworzyć kolejny cykl – smak słony, jak wodorosty i owoce morza).

Zabierając się do gotowania, trzeba przestrzegać powyższego porządku i dobierać składniki z nim zgodne, czyli po kolei: smak kwaśny – smak gorzki – smak słodki – smak ostry – smak słony – znowu smak kwaśny itd. Jeśli pomylimy kolejność, musimy dodawać tak, by powtórzyć cykl i dojść do pożądanego porządku.

Spróbujmy to uprościć i zastosować w swojej kuchni na przykładzie konkretnego dania. Co powiesz na ryż z jabłkami? Najpierw rozgrzej garnek i już jesteś w Przemianie Ognia. Dodaj sok jabłkowy, pokrojone jabłka oraz cynamon (Przemiana Ziemi). Teraz kardamon i utarty imbir (Przemiana Metalu). Następnie odrobinę soli (Przemiana Wody), utartą skórkę cytryny (Przemiana Drzewa), trochę kakao (Ogień), syrop klonowy (Ziemia), dołóż ugotowany ryż (Metal) i nieco masła (Ziemia). Całość podgrzej i posyp orzechami włoskimi (przepis pochodzi z książki „Gotowanie według Pięciu Przemian. 184 przepisy dla wzmocnienia duszy i ciała”, Barbary Temelie i Beatrice Trebuth).

Równowaga w diecie Pięciu Przemian

Gdy przygotowujesz potrawy zgodnie z powyższymi zasadami, naśladujesz odwieczny rytm natury Pięciu Przemian w przyrodzie. Jesteś z nią w harmonii i zgodzie. Odbiegając od praw natury, lekceważąc je lub ingerując w nie (np. poprzez spożywanie żywności modyfikowanej genetycznie czy konserwowanej chemicznie), doprowadzasz swój organizm do rozstroju i chorób. Wykorzystując starożytną, sprawdzoną przez wieki wiedzę (pomocna będzie tabela Pięciu Przemian), możesz za pomocą jedzenia (właściwości i koloru produktu oraz pory roku, w której wzrasta) wpływać na organizm – np. biała rzodkiew wzmacnia płuca (Metal), pomarańczowa marchew leczy śledzionę, a czarna fasola – nerki.

W odżywianiu się zgodnie z cyklem Pięciu Przemian ważne jest także to, czy jesteśmy bardziej Yin, czy bardziej Yang. Oba te elementy powinny być w równowadze, zatem osoby, u których przeważa Yin (blade, z niskim poziomem energii, szybko marznące, ospałe), powinny jeść potrawy rozgrzewające, energetyczne, np. czosnek, cebulę, czarną fasolę, i używać przypraw, które rozgrzewają – pieprzu, cynamonu, majeranku itd. Z kolei osoby Yang (stale jest im gorąco, mają zaróżowioną cerę, są głośne, wybuchowe) dla równowagi powinny spożywać produkty ochładzające – owoce, warzywa, soki, zieloną herbatę, miętę itd.

W naszym klimacie, w którym przeważają dni chłodne i pochmurne (poza okresem letnim), powinniśmy zjadać więcej potraw rozgrzewających. Oczywiście, uwzględniając przy tym także naszą różnorodność – typ konstytucji (zimna, gorąca, wilgotna, sucha), posiadaną grupę krwi, nietolerancje pokarmowe, alergie czy inne dolegliwości ze strony układu pokarmowego.

Jedną z takich potraw jest np. dobrze nam znany rosół – kto by pomyślał, że jest jak najbardziej zgodny z filozofią Pięciu Przemian!

Zasady diety Pięciu Przemian

Kuchnia według Pięciu Przemian wymaga pasji i czasu, ale nie dajmy się zwariować – to, co pomaga zachować zdrową sylwetkę i dobre zdrowie, daje się sprowadzić do kilku zasad:

  1. Żywność powinna być jak najmniej przetworzona – unikaj produktów mrożonych, zawierających konserwanty, odgrzewanych w mikrofalówce, modyfikowanych genetyczne – sprawdzaj pochodzenie składników, szukaj tych z certyfikatami ekologicznymi.
  2. Sięgaj po to, co bliskie natury.
  3. Używaj przypraw w określonej kolejności i w odstępach czasowych – Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedyjskiego stylu życia, radzi: najpierw zawsze przyprawy twarde, np. gorczyca, potem sól, następnie ziarna (np. kminu), potem przyprawy zmielone (np. kurkuma), dalej suche (np. bazylia), a na końcu świeże. Każdą z tych przypraw zagrzej tak długo w oleju, aby uwolniła aromat (ok. 30–60 sekund), a potem dodawaj następną, czekaj, aż poczujesz aromat, i następną....
  4. Sprawdzaj, co ci służy, a co nie, i jedz to, po czym dobrze się czujesz.

Odżywiając się zgodnie z filozofią Pięciu Przemian, odczujesz harmonię ze sobą i ze światem. Będziesz mieć więcej energii, staniesz się bardziej pogodna i uzyskasz optymalną wagę i masę ciała.

  1. Zdrowie

Borelioza – co warto wiedzieć?

W trakcie wędrówek po lesie lub łące stosuj środki odstraszające. Wtedy twój zapach przestanie być dla kleszcza zapachem posiłku. Zakładaj też odzież z długimi rękawami i nogawkami. (Fot. iStock)
W trakcie wędrówek po lesie lub łące stosuj środki odstraszające. Wtedy twój zapach przestanie być dla kleszcza zapachem posiłku. Zakładaj też odzież z długimi rękawami i nogawkami. (Fot. iStock)
Nie dość, że złapać ją łatwo, to jeszcze potrafi dawać mylące objawy. Bywa, że podszywa się pod zapalenie stawów, splotu barkowego albo korzonków. Jak przeciwdziałać tej podstępnej chorobie?

FAKT 1: Kleszcza trzeba wyjąć jak najszybciej

Ryzyko przeniesienia infekcji jest istotne dopiero wtedy, kiedy kleszcz przebywa w skórze dłużej niż 24 godziny. Jeśli więc jesteśmy daleko od cywilizacji, wyjmijmy go sami, nawet jeżeli zostawimy w skórze kawałek aparatu gębowego kleszcza – ta resztka jest mniej groźna niż ewentualna infekcja, a organizm sam się jej pozbędzie.

FAKT 2: Boreliozę można złapać prawie przez cały rok

Kiedyś przynajmniej zimą mieliśmy spokój: kleszcze nie żerują, kiedy panuje mróz. Ale ocieplenie klimatu (gdy nawet zimą utrzymują się temperatury na plusie) pozbawiło nas okresu ochronnego. Wystarczy, że na termometrze słupek rtęci pokaże 3–4 stopnie Celsjusza przez 3–4 dni, a kleszczowi zacznie burczeć w brzuchu. Poza tym jeszcze 10 lat temu kleszcze miały swoje „rewiry”: głównie tereny Warmii i Mazur oraz województwo podlaskie. Dziś zamieszkują całą Polskę południową, południowo-wschodnią i wschodnią – od Wrocławia, przez Rzeszów, po Olsztyn. Nawet nad morzem można już złapać tego pasażera na gapę. Bo kleszcze wędrują. Niekoniecznie na własnych nogach, raczej na myszach, sarnach, ptakach, psach i kotach. – Liczba zachorowań z roku na rok rośnie – mówi epidemiolog Agnieszka Motyl. – Wzrasta też populacja zakażonych kleszczy. Kiedyś było ich kilka procent, dziś ok. 20 proc.

FAKT 3: Borrelia nie ostrzega

Najbardziej charakterystycznym objawem zakażenia krętkiem Borrelia jest tzw. rumień wędrujący, pojawiający się w miejscu ukąszenia. Ma przynajmniej 5 cm średnicy i centralne przejaśnienie. Jego kształt, wielkość i miejsce występowania mogą się zmieniać. – Taki rumień nie wymaga już żadnych dodatkowych badań – jest niezbitym dowodem, że mamy boreliozę – mówi Agnieszka Motyl. Tyle tylko, że rumień nie pojawia się u prawie jednej trzeciej chorych, u których infekcja zaczyna się rozwijać. Co gorsza, pierwsze ogólne objawy boreliozy łatwo pomylić z letnią grypą: mamy dreszcze, łamie nas w kościach, boli głowa i mięśnie, czujemy się zmęczeni, możemy mieć gorączkę. Objawy zwykle mijają same, a my utwierdzamy się w przekonaniu, że to zwykła wirusówka. To jednak złudne bezpieczeństwo. – Infekcja boreliozowa może wprawdzie ulec eliminacji przez układ odpornościowy i w ponad połowie przypadków tak właśnie się dzieje – wyjaśnia Agnieszka Motyl. – Ale może też po jakimś czasie rozwinąć się do postaci kostno-stawowej, kardiologicznej czy neurologicznej i spowodować naprawdę poważne problemy.

FAKT 4: Borelioza oszukuje układ odpornościowy

Bakterie Borrelia burgdorferi wypracowały unikalne mechanizmy interakcji z organizmem, w wyniku których mogą być dla układu odpornościowego niewidzialne. – Żywe bakterie potrafią też przebywać w takich zakątkach organizmu, w których są dla odporności nieosiągalne, np. w stawach czy w ośrodkowym układzie nerwowym – wyjaśnia Agnieszka Motyl. To ma dwa skutki: po pierwsze organizm nie walczy skutecznie z infekcją, po drugie może wytwarzać przeciwciała w miejscach trudno dostępnych do diagnostyki, np. w płynie mózgowo-rdzeniowym. To nas prowadzi do kolejnego punktu:

FAKT 5: Diagnoza bywa trudna

Jest wprawdzie wiele testów, które mogą wykrywać boreliozę, ale mają wady: jedne dają dużo wyników fałszywie dodatnich, inne z kolei wyniki fałszywie ujemne. Dodatni wynik badania też nie daje pewności, bo możemy mieć przeciwciała po poprzednich infekcjach, które organizm pokonał. Jak medycyna stara się z tego wybrnąć? Chorym wykonuje się serię testów, z których jedne mają wysoką czułość, inne wysoką swoistość – a potem wyniki się koreluje oraz nakłada na objawy, których inne tło trzeba najpierw wykluczyć. Wciąż jednak zdiagnozowanie boreliozy jest rodzajem karkołomnej sztuki, ponieważ żaden z dostępnych testów nie może być traktowany jako odrębne badanie. Dopiero połączone wysiłki kilku można interpretować i tylko razem z objawami.

FAKT 6: Borelioza wymaga długiego leczenia

Nietypowe początki i samowygasające objawy to strzał w stopę, bo im prędzej nabierzemy podejrzeń i im prędzej zaczniemy się leczyć, tym większe są nasze szanse. – Jeśli leczenie zostanie podjęte w ciągu czterech tygodni od wystąpienia objawów, szanse na zwycięstwo z chorobą wynoszą co najmniej 90 proc. – wyjaśnia Agnieszka Motyl. – Im dalej, tym gorzej. Pierwsze objawy boreliozy można leczyć ambulatoryjnie (chory zostaje w domu, przychodzi tylko na kontrole); wystarczy też 14–28-dniowa terapia antybiotykami. Postać neurologiczną i późniejsze etapy choroby leczy się już w szpitalu, ponieważ wymaga to podawania antybiotyków dożylnie.

FAKT 7: Wyleczona dalej dokucza

Jeśli wywołany boreliozą proces zapalny długo się toczył, mógł spowodować trwałe uszkodzenia, np. w układzie stawowym czy nerwowym. W takiej sytuacji, choć bakteria została wyeliminowana, dolegliwości nie mijają. Dlaczego? Ponieważ choroba np. zdążyła już zniszczyć tkankę zaatakowanego stawu. Ale nawet jeśli stawy nie zostały zniszczone, objawy ustępują powoli: stopniowo słabną przez trzy miesiące po terapii. – U części chorych występuje tzw. zespół poboreliozowy, czyli zestaw objawów, takich jak bóle głowy, mięśni, przewlekłe zmęczenie, zaburzenia snu i koncentracji, uwagi i pamięci – tłumaczy Agnieszka Motyl. – I choć borelioza jest obiektywnie wyleczona, chorzy zmagają się z tym zespołem jeszcze przez wiele miesięcy, a nawet lat.

Nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje. Wiele osób w takiej sytuacji domaga się przedłużenia terapii lub wielokrotnego powtarzania leczenia. Trudno się dziwić: walczą o zdrowie. Tyle tylko, że takie postępowanie nie przynosi poprawy, a antybiotykoterapia sama w sobie nie jest pozbawiona efektów ubocznych. Dlatego najlepiej jest po prostu kleszcza nie złapać.

Ekspert: Agnieszka Motyl, lek. med., specjalista epidemiolog, Medicover.

Unikniesz ukąszenia, jeśli:

  • W trakcie wędrówek po lesie lub łące zastosujesz repelenty (środki odstraszające). Wtedy twój zapach przestanie być dla kleszcza zapachem posiłku.
  • Będziesz zakładać bluzkę z długimi rękawami (najlepiej z zapinanymi mankietami) i spodnie z długimi nogawkami, (które w dodatku najlepiej jest włożyć w skarpety).
  • Po powrocie do domu weźmiesz prysznic. Kleszcz, zanim się wpije, przez jakiś czas wędruje, szukając najlepszego miejsca. Strumień wody łatwo go spłucze. Przy okazji dokładnie obejrzyj ciało.
  • Jeśli kleszcz jednak się wpije, usuń go jak najszybciej, specjalną pęsetą czy plastikową kartą. Ważne, by chwycić go tuż przy aparacie gębowym, bez naciskania odwłoka. Rankę zdezynfekuj i obserwuj miejsce ukąszenia.
  • Małe, miejscowe zaczerwienienie to zwykły stan zapalny po ugryzieniu, nie jest niepokojące. Dopiero duże (powyżej 5 cm) jest. Może się pojawić od 6 do 60 dni po usunięciu kleszcza!

  1. Zdrowie

Ile wody potrzebuje twój organizm? Ciekawostki na temat nawadniania latem

Wystarczy, że stracimy około 2 proc. wody, której organizm potrzebuje do funkcjonowania, by uruchomić pierwszy dzwonek alarmowy: uczucie pragnienia. Jeśli nie wstaniemy po szklankę płynu, ciało zacznie powoli wprowadzać „stan specjalny”. (Fot. iStock)
Wystarczy, że stracimy około 2 proc. wody, której organizm potrzebuje do funkcjonowania, by uruchomić pierwszy dzwonek alarmowy: uczucie pragnienia. Jeśli nie wstaniemy po szklankę płynu, ciało zacznie powoli wprowadzać „stan specjalny”. (Fot. iStock)
Upalne dni coraz bardziej cię męczą i pozbawiają energii? Suchość w gardle, pot na skórze, uczucie rozbicia? Dowiedz się, jak zapewnić sobie zdrowe orzeźwienie i prawidłowo uzupełniać braki płynów.

Łagodne odwodnienie to stan, którego przynajmniej raz w życiu doświadczył każdy z nas. Okazuje się bowiem, że aby się odwodnić, wcale nie trzeba mieć przez kilka dni biegunki i wymiotów (każda z tych dolegliwości szybko odwadnia, a w połączeniu odwadniają wprost błyskawicznie) lub infekcji z wysoką gorączką. – Wodę tracimy cały czas – wyjaśnia Magdalena Rybner, specjalista medycyny rodzinnej. – Nerki przerabiają ją na mocz, wykorzystując codziennie ok. 1,4 litra. Wydychamy 0,4 litra wody na dobę, skóra wypija 0,2 litra dziennie. Z potem tracimy około 0,5 litra.

Ale ta ostatnia wartość obowiązuje w tzw. normalnych warunkach. W czasie upałów lub w trakcie intensywnego wysiłku ilość produkowanego i wydalanego potu może wynosić nawet 4 litry! Okazuje się, że nawet pływając w – wydawałoby się – chłodnej wodzie, także się pocimy... Ale wcale nie trzeba większego wysiłku – zwykle siedzenie przez wiele godzin przy biurku może prowadzić do lekkiego odwodnienia, jeśli przez cały ten czas niczego nie pijemy ani nie zjemy pokarmu bogatego w wodę. Magdalena Rybner twierdzi, że wystarczy jak stracimy około 2 proc. wody, której organizm potrzebuje do funkcjonowania, by uruchomić pierwszy dzwonek alarmowy: uczucie pragnienia. Jeśli nie wstaniemy po szklankę płynu, ciało zacznie powoli wprowadzać „stan specjalny” – będzie wchłaniać wodę z jelit. Odebrana jelitom i nerkom woda jest przekierowywana do osocza.

Jeśli woda wciąż nie trafi do organizmu, już nie tylko mocz się zagęści, ale także osocze, wzrośnie też w nim ilość sodu – to na tym etapie poczujesz, że jesteś osłabiona, masz kompletnie suche usta, a język wprost klei się do podniebienia. Kolejny etap to wzrastające zatrucie organizmu: w końcu nerki przestają pracować, nie są więc usuwane produkty przemiany materii. Wystarczy, by organizm utracił zaledwie jedną piątą swojej wody, by nie przeżyć takiej „posuchy”.

Doceń wodę

Kobiece magazyny i lekarze powtarzają jak mantrę zalecenie: pij każdego dnia półtora litra płynów – najlepiej wody. Minimalna ilość chroniąca cię przed odwodnieniem to około pięciu szklanek na dobę – natomiast ilość zalecana to 8–10 szklanek. Niektórym łatwiej jest liczyć wodę właśnie na szklanki. Inni wolą kupić po prostu zgrzewkę mineralnej z półtoralitrowymi butelkami i codziennie wypić jedną. Ale mało kto pije, bo wie, że powinien – większość z nas wędruje po wodę do kuchni, kiedy poczuje pragnienie. – Tymczasem nie zawsze jest to dobry wskaźnik nawodnienia organizmu! – ostrzega Magdalena Rybner. – Byłoby super, gdybyśmy reagowali odpowiednio szybko. Tymczasem wiele osób nie zauważa lekkiego „przesuszenia”, sięgając po napoje dopiero, gdy czuje wyraźne pragnienie. To błąd, bo takie odczucie oznacza, że organizm już zaczął się odwadniać.

Zdaniem Magdaleny Rybner, dobrym wskaźnikiem właściwego nawodnienia organizmu jest kolor naszego moczu. Kiedy jest jasnożółty bądź słomkowy – wszystko w porządku. Ale kiedy zaczyna ciemnieć – zaniedbaliśmy podaż płynów! Trzeba więc szybko sięgnąć po wodę i wypić przynajmniej szklankę – ale małymi, wolnymi łyczkami. – Jeśli jesteś odwodniona do tego stopnia, że czujesz zawroty głowy i osłabienie, woda może nie wystarczyć – ostrzega Magdalena Rybner. – Wtedy lepiej się nawodnisz płynem z elektrolitami – kupisz je w każdej aptece bez recepty. Podczas upałów dobrze mieć w domu zapas i codziennie je uzupełniać, bo łatwo „uciekają” z potem.

Ciekawostki na temat nawadniania organizmu latem

Ostrożnie z kawą i herbatą. Ich picie nie liczy się w bilansie płynów, a raczej liczy się „odwrotnie”: tyle kawy, ile wypiłaś, powinnaś od ogólnej ilości płynów odjąć. Pamiętaj, że napoje, które podnoszą ciśnienie krwi (należą do nich nie tylko kawa, ale też cola i inne „specyfiki” z kofeiną czy guaraną), sprawiają, że organizm – by ciśnienie obniżyć – wydala więcej płynów!

Nie tylko napoje. Do całkowitego bilansu płynów w ciągu dnia zalicza się nie tylko woda. Wiele pokarmów zawiera jej całkiem sporo, więc także pomagają uzupełniać płyny. Nawet tak „suchy” prowiant jak kanapka zawiera ok. 40 proc. wody, a mięso ma jej 50–75 proc. Zupa to prawie 90 proc. wody. Nie tylko z tego powodu, że warzywa w niej „pływają” – ale też dlatego, że podobnie jak owoce, są niezwykle bogate w wodę. I tak, dla przykładu, melon to 92 proc. wody, truskawki – 90, pomarańcze, jabłka i gruszki ok. 85 proc. Ogórki biją nawet w tej kategorii melony: zwierają aż 96 proc. wody. Cukinia składa się z niej w 93 proc., marchew w 89, a ziemniaki w 77 proc. Osoba, która je dużo warzyw i owoców, może przyjąć, że z samym jadłospisem dostarcza sobie około litra wody. Resztę trzeba „dopić”.

Letni niezbędniczek

  • Ile? O tej porze roku trzeba się nawadniać często, a im goręcej, tym więcej powinniśmy pić. W czasie dużych upałów wskazane jest nawet do 3 litrów dziennie.
  • Co? Sama woda wbrew pozorom wcale nie wchłania się szybko. Najlepiej wzbogacić ją o sól – czyli sód. Pragnienie więc najszybciej ugasisz wodą mineralną o wysokiej zawartości minerałów – w tym sodu.
  • Jak? Trzeba pić małymi łyczkami i powoli, w ten sposób wypełni się łożysko naczyniowe, czyli woda zostanie w organizmie. Picie wody duszkiem sprawi tylko, że przez nas przeleci.
  • Gdy termometr wskazuje powyżej 30°? W okresie intensywnego pocenia się bardziej od wody wskazane są napoje izotoniczne lub rozpuszczane w wodzie elektrolity, które można kupić w aptece – każdy powinien wypić jeden taki napój dziennie. Z bąbelkami czy bez? Nie ma to większego znaczenia, podobnie jak temperatura napoju – pamiętaj jednak, że przy rozgrzanym ciele napój prosto z lodówki może spowodować zbytnie wychłodzenie i przeziębienie.

  1. Zdrowie

Aktywności fizycznej potrzebuje nie tylko ciało, ale i mózg

Regularne uprawianie sportu obniża cynizm i neurotyczność, wzmacnia poczucie więzi z innymi, ponadto wzmacnia siły twórcze. (Fot. iStock)
Regularne uprawianie sportu obniża cynizm i neurotyczność, wzmacnia poczucie więzi z innymi, ponadto wzmacnia siły twórcze. (Fot. iStock)
Aktywności fizycznej potrzebuje nie tylko nasze ciało, ale i mózg, któremu dziś o wiele częściej brak gimnastyki niż analiz i zagadek logicznych. Zatem im bardziej czujesz się zapracowany, zestresowany i zmęczony – tym więcej się ruszaj.

Lęki, troski, zmartwienia nie zależą wcale od tego, co nam się przytrafia, a od tego, jak zareaguje na to nasz mózg, który jest głównym regulatorem dobrego samopoczucia fizycznego i psychicznego. A mózg potrzebuje nie tylko treningu umysłowego, ale i ćwiczeń fizycznych.

„Pomimo wszystkich korzyści materialnych, jakie dał nam osiadły tryb życia, tkwi w nas pewien niepokój, poczucie niespełnienia” – brzmi motto książki „W zdrowym ciele zdrowy mózg” napisanej przez szwedzkiego psychiatrę Andersa Hansena. Owo poczucie niespełnienia, wewnętrzne rozedrganie dotyka coraz młodszych ludzi. Lekarze, psychiatrzy i terapeuci od lat szukają przyczyn pogarszającej się kondycji fizycznej i psychicznej swoich pacjentów. Powstają nowe jednostki chorobowe, takie jak tężyczka, fibromialgia, Hashimoto, których objawy są w zasadzie bardzo podobne: chroniczne zmęczenie, brak sił witalnych, problemy z pamięcią i koncentracją, okresowe spadki energii, mgła umysłowa, niska odporność na stres albo ataki paniki. Pogarszające się samopoczucie, brak diagnozy i bezradność prędzej czy później doprowadzają zdesperowanego człowieka do gabinetu psychiatry albo psychoterapeuty. Dobrze dobrany antydepresant czy lek przeciwlękowy mogą poprawić komfort życia, ale poczucie oddzielenia: „głowa swoje, a ciało swoje” – pozostaje. Nadmierne obciążenie układu nerwowego przy jednoczesnym zmniejszeniu aktywności układu ruchowego to największa bolączka naszych czasów. Siedzący tryb życia i przeżywanie go – w dużym stopniu – w myślach, zamiast realizowania w działaniu, prowadzą do tego, że mózg staje się coraz bardziej niespokojny i szybciej się starzeje.

W ruchu

Pierwsze komórki mózgowe powstały 600 milionów lat temu. Prawdopodobnie miały koordynować ruchy prymitywnych zwierząt, co oznacza, że podstawowa funkcja pierwotnych neuronów była związana z poruszaniem się. Być może najważniejszym zadaniem mózgu jest skłonić nas do ruchu, a nie do myślenia. Bezruch sprawia, że nasz mózg powoli umiera.

Autor wspomnianej książki przytacza badania 60-latków, z których jedna grupa kilka razy w tygodniu chodziła na spacery, a druga wykonywała spokojne ćwiczenia, w czasie których ich puls nie przyspieszał. Okazało się, że spacerowicze mieli nie tylko lepszą kondycję, ale ich mózgi pracowały bardziej efektywnie (co potwierdzono w trakcie rozwiązywania testów psychologicznych). Zaobserwowano, że wzmocniły się połączenia pomiędzy różnymi płatami mózgu, a to poprawia jego efektywność. Hipokamp – część mózgowia odpowiedzialna przede wszystkim za pamięć i odczuwanie emocji, wręcz się zwiększa. Hansen pisze, że codzienny spacer zmniejsza ryzyko demencji o 40 proc. Jest o wiele istotniejszy niż krzyżówka, nie tylko jako ochrona przed otępieniem, lecz także jako czynnik poprawiający nasze zdolności poznawcze. No cóż, już Hipokrates powiedział, że najlepszym lekarstwem dla człowieka jest chodzenie.

Jak plastelina

Mózg rozwija się przez całe życie. To efekt neuroplastyczności, czyli zdolności tkanki nerwowej do tworzenia nowych połączeń, mających na celu ich reorganizację, adaptację, zmienność i samonaprawę oraz procesy uczenia się i pamięć. Badania nad neuroplastycznością mózgu pokazały, że niewiele rzeczy stymuluje ją równie skutecznie jak aktywność fizyczna – już 20–30 min ruchu dziennie poprawia podatność mózgu na zmiany. Jednym z mechanizmów odpowiedzialnych za ten proces jest GABA – aminokwas, który działa w mózgu jak hamulec spowalniający jego nadaktywność. Mniej aktywny mózg staje się bardziej elastyczny i podatny na reorganizację.

Regularna aktywność fizyczna uczy także nasz organizm „wyważonej” reakcji na stres. To dlatego, że podczas regularnych treningów, które dla organizmu są również w pewien sposób źródłem niepokoju, kortyzol (hormon stresu) wytwarza się stopniowo, w coraz mniejszej ilości przy każdym kolejnym treningu, a po jego zakończeniu spada do poziomu niższego niż przed ćwiczeniami, co powoduje normalizację wydzielania kortyzolu także w innych sytuacjach stresowych.

Aktywność ruchowa dobrze działa również na na płat czołowy, a bardziej aktywny płat czołowy sprawia, że w nagłej sytuacji reagujemy mniej emocjonalnie i mniej irracjonalnie. Lepsza integracja płata czołowego z ciałem migdałowatym (odpowiadającym za emocje) prowadzi do lepszego zarządzania emocjami w obliczu trudnych wyzwań.

Odporność na stres zwiększa także masa mięśniowa, ponieważ mięśnie pełnią funkcję oczyszczalni, która uwalnia organizm od szkodliwych substancji trafiających do krwiobiegu w sytuacji walki lub ucieczki, tzw. chemii stresu. Jedną z nich jest kinurenina – niebezpieczny dla mózgu metabolit. Zatem im bardziej czujesz się zapracowany, zestresowany, zmęczony psychicznie i fizycznie – tym więcej i częściej się ruszaj.

Bieg o przetrwanie

Owo wspomniane wcześniej wewnętrzne rozedrganie, napięcie czy poczucie niespełnienia to… efekt niespokojnego mózgu. Ponieważ do jego podstawowych zadań należy zapewnienie nam przetrwania, wszystkie zmysły nastawione są na wytropienie potencjalnego niebezpieczeństwa. Mózg wzbudza się, gdy tylko „zwietrzy” zagrożenie, i uspokaja pod wpływem ruchu, bo ruch zwiększał szanse człowieka na przeżycie. Tak to wymyśliła natura i pomimo rozwoju cywilizacji, niewiele się w tej sprawie zmieniło. Nie musimy już uciekać przed groźnym dinozaurem ani polować, żeby zdobyć pożywienie, jednak nadal kiedy biegamy (nawet po bieżni w siłowni), mózg interpretuje aktywność właśnie w taki sposób: robisz coś, by zwiększyć szanse na przetrwanie – zatem twój niepokój i stres się zmniejszają.

Zaburzenia lękowe są efektem zbyt dużej aktywności układu stresowego w mózgu i dostrzeganiu przez ciało migdałowate nieistniejącego zagrożenia. Intensywne ćwiczenia fizyczne wzmacniają mechanizmy hamujące niepokój, które wyciszają ciało migdałowate, obniżając poziom lęku. Odwrażliwiają nasz organizm na podwyższone tętno, które występuje zarówno w trakcie reakcji lękowych, jak i ćwiczeń fizycznych. Uczymy się, że przyspieszona akcja serca i oddech nie muszą być niczym niebezpiecznym. Po intensywnym ruchu odczuwamy spokój i dostajemy nagrodę w postaci endorfin i dopaminy, czyli hormonów zadowolenia i szczęścia. Jeśli cierpisz na ataki paniki, koniecznie zacznij ćwiczyć, ale najpierw powoli i spokojnie, stopniowo podnosząc poprzeczkę tak, by przyzwyczaić swój organizm do wysiłku i odczuć zmiany w ciele z nim związane.

Z badań przytoczonych w książce „W zdrowym ciele zdrowy mózg” wynika, że w depresji aktywność fizyczna może przynosić takie same efekty jak antydepresanty – podnosi poziom serotoniny, noradrenaliny i dopaminy. Poza tym regularna aktywność ruchowa zmniejsza ryzyko nawrotu. Najskuteczniejszą formą ruchu okazuje się bieganie: minimum 30 minut, najlepiej trzy razy w tygodniu. Można zacząć od spaceru, stopniowo zwiększając jego czas i intensywność. Jest tylko jedno „ale”… samo podniesienie poziomu neuroprzekaźników (za pomocą antydepresantów czy ruchu) to za mało. Cudownym „lekarstwem” na depresję, młodość i poprawę funkcji poznawczych jest tak naprawdę BDNF – substancja wytwarzana przez mózg, m.in. w korze mózgowej i hipokampie. Chroni neurony, zapobiega niszczeniu komórek, uczestniczy też w powstawaniu nowych. Wzmacnia połączenia między neuronami, wpływa na zdolność uczenia się i pamięć. Oczywiście poziom BDNF podwyższa aktywność ruchowa, szczególnie wtedy, gdy nasze tętno znacząco przyspiesza.

Wrażliwy, bo solidny

Ale to nie wszystko. Regularne uprawianie jakiejś aktywności sportowej zmienia podstawowe cechy osobowości, np. obniża cynizm i neurotyczność, zwiększa poczucie więzi z innymi. Wzmacnia także siły twórcze; japoński pisarz Haruki Murakami podobno wstaje o czwartej rano, pracuje do dziesiątej, potem je lunch, przebiega 10 km i pływa, popołudnie przeznacza na czytanie i słuchanie muzyki. Twierdzi, że siła fizyczna czerpana z treningu jest równie ważna jak wrażliwość artystyczna. I kreatywność, na którą większy wpływ od zmiany otoczenia ma właśnie spacer i bieg. Podczas intensywnego ruchu zwiększa się przepływ krwi w naszym mózgu, a to potęguje zdolności poznawcze. Jeśli jednak ruch jest zbyt intensywny, krew zostaje przekierowana z mózgu do mięśni.

Wszyscy zgadzamy się z tym, że ruch to nie tylko aktywność fizyczna. Jeśli trzy razy w tygodniu przebiegasz 10 km, a pozostały czas spędzasz przed monitorem komputera albo w fotelu, efekty zdrowotne treningów znacznie się obniżają. Mózg zbyt długo zajęty myśleniem, ale też „bezmyśleniem” (np. przed telewizorem), do tego pozostający w bezruchu, zaczyna się niepokoić. Ruch to także na przykład cogodzinne przerwy od pracy i krzątanie się po domu. Podobnie jak praca na przemian w fotelu i na stojąco, np. przy biurku, przy którym można stać. Regularne „wychodzenie z głowy” i wracanie do ciała; obserwacja oddechu, skanowanie ciała czy choćby rozprostowywanie nóg.

Każdy najmniejszy ruch jako przeciwwaga do aktywności umysłowej przywołuje nas do ciała, ożywia je, przenosi uwagę z myślenia na czucie, uwalnia emocje i pozwala zrealizować podstawową potrzebę człowieka – potrzebę przyjemności.

To działa!

Ruch jest najprostszym, najskuteczniejszym i najłatwiej dostępnym lekarstwem na bolączki ciała, umysłu i duszy we współczesnym świecie. Pamiętaj, że:

  • trening kondycyjny jest bardziej skuteczny niż trening siłowy, czyli: szybki marsz, bieganie, jazda na rowerze, skakanka czy wspinaczka - ważne, by tętno było szybsze niż normalnie;
  • najlepiej zacząć od 20-minutowego treningu, stopniowo zwiększając czas i intensywność ćwiczeń;
  • warto raz w tygodniu dać sobie porządnie w kość, np. wybierając trening interwałowy - tj. krótkotrwałe intensywne ćwiczenia na przemian z lżejszymi;
  • najlepiej ćwiczyć regularnie, min. dwa, trzy raz w tygodniu;
  • jeśli z jakiegoś powodu nie możesz intensywnie trenować, to przynajmniej codziennie spaceruj.

Polecamy: „W zdrowym ciele zdrowy mózg”, Anders Hansen, wyd. Znak

  1. Zdrowie

Woda - źródło życia

fot. istock
fot. istock
Zespół chronicznego zmęczenia, syndrom wypalenia, zespół nieszczelnych jelit – są badacze, którzy twierdzą, że to skutek intensywnej pracy w nowoczesnych biurowcach w obecności smogu elektromagnetycznego. Jak z tym walczyć? Napijmy się strukturalnej wody.

– Kiedyś mieliśmy Dziadka Mroza, który malował na szybach kwiaty. Można je było podziwiać jeszcze w latach 60. i 70. – mówi dr Grażyna Pająk, hydrobiolog, endoekolog. – Dziś, gdy jadę tą samą ulicą, choć część okien ma nadal stare drewniane, skrzynkowe ramy, a mieszkania są ogrzewane piecami, na szybach nie ma już malunków.

Mówi się, że to za sprawą szczelniejszych okien, innego typu ogrzewania itp. Prawdziwym powodem jest zmiana częstotliwości pól elektromagnetycznych w środowisku, które wywołują urządzenia emitujące sztuczne fale elektro­magnetyczne, na przykład: maszty komunikacyjne, przekaźniki telewizyjne, stacje radiolokacyjne, stacje transformatorowe, linie wysokiego napięcia, nadajniki GPRS, słupy wysokiego napięcia, a także wykorzystywane przez nas wszystkich każdego dnia urządzenia zasilane energią elektryczną emitujące sztuczne pola elektromagnetyczne (EM). Te pola, nakładając się na siebie, tworzą właśnie smog elektromagnetyczny (SM), który wpływa na strukturę wody w ten sposób, że przestaje ona być krystaliczna. I z okien, szyb samochodów nie zdrapiemy już śnieżynek. Chyba że w czasie mrozu zaparkujemy w puszczy, tam karoseria zaskrzy się jak posypana gwiazdami. W mieście auto będzie wyglądało jak opakowane w lodowe pleksi.

Dobre słowa

Woda w naturze buduje kryształy. Gdy jest zanieczyszczona smogiem elektromagnetycznym, jej atomy układają się chaotycznie. Japoński badacz, doktor medycyny alternatywnej Masaru Emoto, autor m.in. „Wody. Obrazu energii życia”, eksperymentował z wodą, a potem ją zamrażał i fotografował stworzone przez nią struktury. Wodę pochodzącą z tego samego źródła poddawał wpływowi różnych, wydawać by się mogło, nieistotnych czynników, na przykład stawiał obok głośników, z których płynęła muzyka Beethovena, Mozarta albo heavy metal. Wyjątkowo symetryczne i piękne kryształy, przypominające śnieżynki, tworzyła woda, która słuchała muzyki klasycznej. W przypadku heavy metalu było inaczej – nie miała harmonijnych struktur. Masaru Emoto naklejał także na pojemniki z wodą napisy o różnym zabarwieniu emocjonalnym: „wdzięczność”, „wrogość” itp. Po zamrożeniu okazywało się, że obrazy wody były inne. Jeśli damy mu wiarę, to dajmy ją i mądrości ludowej, która głosi, że woda ma pamięć. Ale nawet jeśli w to nie uwierzymy, urzeknie nas niezwykłością kształtów struktura wody, którą poddano energii słów „miłość” i „wdzięczność”.

– W „Trylogii” Sienkiewicza pewna kobieta mówi do mężczyzn: „Przestańcie się kłócić, bo mi się woda w wiadrze zepsuje” – wspomina dr Grażyna Pająk. – Nie mogłam tego zdania zrozumieć przez lata, tym bardziej że gdy pracowałam w zakładzie naukowym, obowiązywał paradygmat molekularny, na którym oparta jest uniwersytecka nauka. I dopiero kiedy zrozumiałam, że świat można wyjaśnić dzięki fizyce, która uznaje, że wszystko jest energią, jaśniejsze stało się dla mnie, jak funkcjonuje natura, nasze organizmy i co dzieje się z Dziadkiem Mrozem. Teraz mogę metaforycznie powiedzieć, że woda ma pamięć, że jest z nią podobnie jak z nami. Dobre słowa nas prostują, radują, sprawiają, że rośnie nasza energia i nabieramy blasku. Słowa pełne agresji niszczą, pod ich wpływem kurczymy się, źle się czujemy, chorujemy.

Czemu się tak dzieje? Otóż dzięki właściwej informacji poprawia się struktura wody w naszym ciele. A przecież w ok. 70 proc. jesteśmy zbudowani z wody.

– Z  japońskich i koreańskich badań wynika, że agresja i krytyka nasilają procesy utleniania i gnicia. Natomiast radość, miłość i szczęście sprzyjają procesom redukcji i fermentacji, ułatwiającym regenerację i oczyszczanie. Przecież coraz częściej mówi się o tym, że nasze mózgi mają udział nie tylko w percepcji otaczającego nas świata, lecz także w tworzeniu nowej rzeczywistości – mówi dr Pająk.

Holistyczna jedność świata

– W pierwszej połowie XX wieku prof. Aleksander Gurwicz, rosyjski biolog, odkrył doświadczalnie, że woda w naczyniach ze szkła kwarcowego może się komunikować. Udowodnił, że jeżeli do naczynia z wodą destylowaną włożymy naczynie z wodą źródlaną o wysokich wibracjach, to woda destylowana przejmie drgania źródlanej – mówi dr Pająk.

Nauka oparta na paradygmacie chemicznym nie wyjaśni, jak to się dzieje, bo skoro do wody nie dolewamy lub nie dosypujemy niczego, to nie powinna się zmieniać. Ale zgodnie z fizyką kwantową, według której wszystko jest energią i informacją, taka zmiana jest możliwa. Badania w Austrii pokazały, jak bardzo dotyczy to także relacji między człowiekiem a wodą. I oto pijąc 100 ml wody strukturalnej o wyższych wibracjach, możemy przenieść jej drgania i wzmacniać obieg energii w ciele. Działa tu ta sama zasada przenoszenia wibracji.

Ponad 20 lat temu, robiąc badania w jednej z placówek naukowych, przekonałam się, że woda w naturalny sposób sama się oczyszcza. Badając próbki wody pobrane ze zbiornika zaporowego bezpośrednio po burzy, w trakcie której woda intensywnie falowała, widziałam, że samoczynnie się oczyszczała, odzyskiwała właściwą strukturę. Nikt z nas nie wiedział, dlaczego po kilku godzinach znikały z niej komórki glonów wraz z pancerzykami okrzemek, a w zamian pojawiały się miliony bardzo drobnych, nieoznaczalnych wówczas struktur. Dopiero po latach zrozumiałam ten proces, gdy rosyjscy i austriaccy naukowcy potwierdzili, że w wodzie o właściwych wibracjach pojawia się pikoplankton – bardzo drobne bakterie, które samoczynnie ją oczyszczają. Po takiej burzy pikoplankton namnażał się w naturalny sposób, a wówczas zbiornik sam się oczyszczał – opowiada dr Pająk.

Zjawisko samoczynnego oczyszczania zachodzi też, kiedy woda w rzece płynie, pokonując przeszkody, wędrując od brzegu do brzegu. Jeśli brzegi są wybetonowane, proces ten jest ograniczony. Wodzie potrzebna jest swoboda, przepływ przez naturalne koryto, wpadanie w ruch wirowy, napowietrzenie. Niegdyś wodę czerpano wprost ze źródła lub studni. W starożytnym Rzymie płynęła rynnami, które gwarantowały jej swobodny przepływ, co pozwalało zachować życiodajną energię. Współcześnie w rurach, pod wpływem ciśnienia, struktury informacyjne wody ulegają zniszczeniu, a zawartość tlenu jest mniejsza niż w naturalnym środowisku.

Człowiek zagraża śnieżynce

Tempo rozwoju współczesnej cywilizacji jest ogromne, wielokrotnie przerasta szybkość ewolucji. Nasze organizmy nie mają aż takich zdolności adaptacyjnych, by za tymi zmianami w środowisku nadążyć. Już pod koniec XX wieku prof. Ulrich Warnke w książce „Ryzyko utraty zdrowia” pisał, że wchodzimy w wiek wysokiej techniki, mając strukturę człowieka pierwotnego. Jednak większość ludzi nie widzi zależności między środowiskiem a zdrowiem – mówi dr Pająk. Tymczasem żyjemy w skrajnie nienaturalnym środowisku. Wykorzystujemy wiele urządzeń zasilanych energią elektryczną, które emitują sztuczne pola elektromagnetyczne. Źródłem promieniowania elektro­magnetycznego są kuchenki elektryczne, komputery, telefony komórkowe, telewizory, radia itp. Życie spędzamy dziś w smogu elektromagnetycznym, który rozsiewają sieć elektryczna i wszystkie urządzenia wytwarzające fale elektromagnetyczne o wysokiej częstotliwości, o działaniu ciągłym i impulsowym. Skutki nie są do końca poznane przez naukę konwencjonalną. Mimo to w niektórych krajach podczas docieplania budynków zakłada się specjalną siatkę z włókien metalowych tworzących ekran, który ma redukować m.in. promieniowanie wysokiej częstotliwości, w budynkach umieszcza się harmonizatory przestrzeni neutralizujące szkodliwe promieniowanie.

Jak nam dokucza smog

Zespół chronicznego zmęczenia, syndrom wypalenia, zespół nieszczelnych jelit, zespół cieśni nadgarstka – to kilka przykładów dolegliwości przypisywanych intensywnej pracy w biurowcach w obecności smogu elektromagnetycznego i klimatyzacji. Białe kołnierzyki spędzają w nich wiele godzin dziennie. Na lunch wychodzą bladzi, opuchnięci, zmęczeni. Ten charakterystyczny wygląd bierze się stąd, że pracują w zamkniętych pomieszczeniach, nie mają kontaktu ze słońcem, które odpowiada za produkcję witaminy D3. Za to narażeni są na infekcje górnych dróg oddechowych, bo oddycha za nich klimatyzacja. A do tego smog, który rodzi się nad kilometrami kabli, zmienia jonizację powietrza na niekorzystną. Gdy wracają do domu, nie jest lepiej: telewizor, ukochany laptop na kolana, komórka przy uchu i znów... Smog elektromagnetyczny szczerzy kły. Dajmy mu się napić strukturalnej wody, może pęknie? Każdy z nas, gdyby znalazł się w miejscu, gdzie częstotliwości pól elektromagnetycznych byłyby takie jak 140 lat temu na łące, czyli nim włączyliśmy pierwszą żarówkę i zaburzyliśmy środowisko, poczułby ulgę w całym ciele. Ale skąd wziąć takie miejsce? Możemy zrelaksować się w basenie z ożywioną, strukturalną wodą. Kąpiel w niej resetuje szkodliwe częstotliwości i przywraca równowagę w organizmie. Są w Polsce baseny z taką wodą. Są też urządzenia neutralizujące smog i przywracające prawidłową strukturę wody – zbudowane m.in. z krzemu – dzięki którym woda strukturalna może popłynąć nawet z kranu.

– Przez wieki żyliśmy w naturalnym środowisku. Nie mieliśmy sztucznych pól elektromagnetycznych, martwej wody, przetworzonej żywności. Słońce, Księżyc, a także cała przyroda promieniowały właściwą energią, harmonizując otoczenie – mówi dr Pająk. – Chorowaliśmy, ale nie tak jak dziś, kiedy trudno pokonać choroby cywilizacyjne, może właśnie dlatego, że ich przyczyny są poza zasięgiem uniwersyteckiej medycyny.

Ziarno prawdy

Woda żywa znana jest z bajek. Choćby z tej napisanej przez braci Grimm, w której najmłodszy z synów króla zdobywa ją, by go uzdrowić. W baśniach wodę żywą udaje się posiąść tylko temu, kto okazuje szacunek wszelkim żywym istotom. Co więcej, trzeba po nią wędrować w góry. Tymczasem woda z lodowców ma taką samą strukturę jak ta w komórkach naszego ciała. Dlatego łatwo do nich wnika i umożliwia oczyszczenie oraz wzmocnienie. Dowodem są Jakuci, mieszkańcy Syberii, pijący wyłącznie wodę z lodowca i cieszący się dobrym zdrowiem i długowiecznością. Woda ze świętych źródeł to w tym ujęciu ta, która ma harmonijną strukturę, i dlatego po zetknięciu z nią woda w naszym ciele przejdzie w stan właściwej struktury i naprawi oraz oczyści komórki ciała.