1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Zdrowe życie śpiocha

Zdrowe życie śpiocha

123RF.com
123RF.com
Spać należy sześć godzin – głosiło rzymskie przysłowie. Leniom pozwalali starożytni na dodatkową godzinkę, ale przykazywali, by nikt nie spał osiem. Współcześni naukowcy z tym poglądem właściwie się zgadzali. Do niedawna.

Naukowcy z Edynburga i Monachium właśnie odkryli gen, który jest odpowiedzialny za długość naszego snu. Nosi nazwę ABCC9. Możemy mieć albo dwie identyczne jego wersje, albo dwie różne. Posiadacze różnych muszą spać dłużej! Trudno, tak chce nauka.

Badania najpierw robiono na muszkach owocówkach – muszki bez tego genu spały aż o trzy godziny więcej niż ich krewniaczki. Ludzie – o pół godziny. Właścicieli „sennego” genu jest sporo – to co piąty z nas. Jeśli regularnie zarywają oni noce, są o wiele bardziej narażeni na rozmaite (poważne!) problemy ze zdrowiem niż reszta.

Wniosek: ci, którzy często czują się niedospani, powinni pozwalać sobie na późniejsze wstawanie (choć lepiej: na wcześniejsze kładzenie się do łóżka). Oczywiście na to, ile snu potrzebujemy, wpływ mają nie tylko geny. Ważny jest między innymi wiek i pora roku. Z drugiej strony, jeśli tak się składa, że przez jakiś czas śpimy krócej, też nie ma powodu do zmartwień. Bo z kolei amerykańscy naukowcy stwierdzili, że idealna ilość snu to od pięciu do sześciu i pół godziny. Wtedy mamy szansę na najdłuższe życie!

I jeszcze jedno: te badania dotyczą tylko dorosłych. Dla dzieci (do 12. roku życia) norma to dziewięć godzin. Jeśli śpią krócej, mają problemy w szkole. Gorzej radzą sobie z matematyką, a także pisownią, gramatyką i rozumieniem tekstów.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kot wie lepiej – manifest bezproduktywności

Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach dominuje przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie gonimy i nie produkujemy. Tymczasem, jak twierdzi dr Joanna Heidtman, bezczynność i odpoczynek są równie istotne jak praca. A nawet istotniejsze!

Współczesna kultura programuje człowieka tak, aby wciąż coś robił, działał, produkował. Jeśli się zatrzymasz, świat cię „wypluje”…
I to dość szybko. To model, który przyszedł do nas ze Stanów Zjednoczonych. Self-made man, ekstremalny kowal własnego losu, czyli wytwór protestanckiego ducha, na którym wyrosła amerykańska kultura – „Kto jest produktywny, ten jest błogosławiony przez Pana” czy „Bezczynne ręce są narzędziem szatana”. Według socjologów tak się narodził kapitalizm, to właśnie protestantyzm leży u jego źródła – ludzie wytwarzali, nie korzystali z tego, co wytworzyli, i znowu inwestowali w ciąg dalszy wytwarzania. Oczywiście dziś jesteśmy już daleko od tych korzeni.

Ale coś nam zostało…
Zostało globalnie rozpowszechnione i „lokalnie”, w większości z nas, zinternalizowane przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie poprawiamy, nie zmieniamy, nie gonimy i nie produkujemy.

Doskonalimy nie tylko „produkt”, ale i samego siebie, bo przecież ciągle słyszymy: „Bądź lepszą wersją siebie”.
No właśnie, te wszystkie trendy rozwojowe, dobre w swojej intencji, zakorzenione z kolei w psychologii humanistycznej, skończyły się tym, że wciąż siebie poganiamy z batem, bo za mało celów jeszcze osiągnęliśmy. Nie można siebie polubić, zaakceptować, po prostu ze sobą być.

Choć z drugiej strony słyszymy też, że mamy siebie akceptować, co prawda raczej warunkowo.
I wychodzi na to, że nawet coś takiego jak akceptacja siebie jest… długofalowym projektem! Aż w końcu działanie staje się naszym uzależnieniem. Ostatnio – zresztą nie robiłam nic szczególnego, a tylko luksusowo czekałam na pociąg – mój wzrok przyciągnął tytuł artykułu z wystawy kiosku: „Zaprojektuj swoje życie, bądź jego architektem”. Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że miałabym podjąć się takiego zadania, od razu poczułam się zmęczona. Model produktywności objął niemal każdą sferę naszego życia.

Wspomniała pani o uzależnieniu od działania. Czy jego symptomem jest na przykład sytuacja, kiedy wieczorem mamy wyrzuty sumienia, bo zdarzył nam się dzień, kiedy nie zrobiliśmy niczego, co dałoby się: wziąć do ręki, policzyć, wymienić po przecinku czy użyć? Czujemy się winni i mówimy, że „dzień przeleciał nam przez palce”.
Powiem tak: nie opisała pani jeszcze scenariusza beznadziejnego! Mam klientów, którzy przyznają, że kiedy tylko przystaną w biegu choćby na moment, w głowie natychmiast mają galop myśli, włącza się wewnętrzny krytyk poganiacz, mobilizujący bez względu na to, jakie są potrzeby. Pojawia się niepokój. Takie osoby nie mają szansy poczuć wyrzutów sumienia, o których pani powiedziała, bo do nich nie dopuszczą. I to jest już uzależnienie.

Rozumiem, że wyrzuty sumienia po dniu nicnierobienia są zapowiedzią nałogu?
Bez wątpienia ich pojawienie się powinno zapalić czerwoną lampkę, uruchomić alarm. Natomiast jeśli przystanek w pędzie wywołuje niepokój, oznacza to, że nasz system nerwowy już uzależnił się od napięcia, od bycia w ciągłej mobilizacji, pozostaje pod stałym wpływem układu przywspółczulnego. Jeżeli człowiek przez dłuższy czas – miesiące czy lata – nie przełącza się z systemu mobilizacji na system regeneracji, organizm się w końcu do tego adaptuje i normą staje się dla niego bycie w napięciu.

A koszty są ogromne!
Organizm w trybie mobilizacji to organizm niedotleniony, niedożywiony rozmaitymi substancjami, które krew powinna rozprowadzać, podtruty hormonami stresu. A w konsekwencji pojawiają się fizyczne dolegliwości: stany zapalne, bóle itd. Tak wygląda mobilizacja bez regeneracji. I wbrew pozorom wcale nie tak trudno jest osiągnąć ten stan. Nie pilnujemy siebie, w pewnym momencie przestajemy słuchać swoich potrzeb, bo bezustannie stymulujemy się a to kofeiną, a to tauryną, generalnie wciąż ma być „więcej, dalej, szybciej, jeszcze”.

Czy to oznacza, że produktywność ma sens tylko wtedy, kiedy idzie w parze z naszymi rzeczywistymi potrzebami?
Powiem więcej – tylko wtedy w ogóle będzie produktywnością! Jest bowiem taka prawidłowość: wyobraźmy sobie, że ktoś próbuje osiągnąć jakiś cel, wydatkuje przy tym dużo energii fizycznej i psychicznej, w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, jednak cel każe mu je ignorować tak długo, aż sięgnie ono zenitu. Wtedy produktywność – co zrozumiałe – spada. A człowiek wciąż nastawiony na cel jeszcze mocniej dokręca śrubę, czyli pobiera jeszcze więcej z już wyczerpanego organizmu. Łatwo się domyślić – idzie mu coraz gorzej.

Błędne koło.
Produktywność albo bardzo spada, albo kończy się zupełnie. Przypomina mi się teraz „metoda kota”, o której mówił Wojtek Eichelberger. Jak działa kot? Prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. To wszystko wydaje się banalne, wiadomo, samochód nie pojedzie bez benzyny. Każdy to wie, tylko to „nietankowanie” jest realnym problemem wielu ludzi. Każdy z nas ma nad sobą szefów, dyrektorów, nauczycieli. Ten, który nie traci czasu na wizyty na stacji benzynowej, przez długi czas jest doskonałym żołnierzem! Idealnym, to prawda. Widzę to w naszym pokoleniu, pokoleniu 40-, 50-latków. Zasada była i wciąż jest taka: żyje się po to, żeby pracować. „Kupiliśmy” ten schemat, uwielbialiśmy być poganiani, chcieliśmy przeć do przodu, osiągać sukcesy. Byliśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło pracować w nowym systemie społecznym, po transformacji.

Uchylono bramę…
A my weszliśmy, a nawet wbiegliśmy radośnie w ten kolorowy świat, gotowi na wszystko, ku uciesze kiełkujących korporacji. Na szczęście w tym młodym pokoleniu dostrzegam coraz częściej hołdowanie odwrotnej zasadzie – oni pracują, żeby żyć. Nie zamierzają być armią, która idzie na stracenie. To jest lekcja, jaką część młodych odebrała, obserwując pokolenie swoich rodziców, którzy się rozwodzą, wpadają w uzależnienia, wypalają się zawodowo…

Tylko się cieszyć.
W naszym pokoleniu wahadło zdecydowanie za mocno wychyliło się w jedną stronę. Teraz wraca. Na szczęście. Bo konsekwencje uwielbienia produktywności są potężne. Wypalenie obejmuje dziś coraz szersze grupy, kiedyś było charakterystyczne dla tak zwanych zawodów pomocowych. Równie źle sytuacja wygląda, jeśli chodzi o statystyki dotyczące depresji, ona oczywiście ma wiele innych źródeł, ale to jest z pewnością jedna z jej znaczących składowych.

Co możemy zrobić, by nie dopadło nas uzależnienie od działania?
Utrzymanie energetycznego balansu wymaga dyscypliny. Jak już wiemy, mamy tendencję do tego, aby nadużywać swojej energii, żeby ignorować potrzebę odpoczynku, więc – nie ma wyjścia – trzeba narzucić sobie reżim relaksu. Mówię zupełnie poważnie. Już wiele lat temu pisano o „korporacyjnym atlecie”. Naukowcy porównali osoby pracujące w korporacjach do wyczynowych sportowców. Otóż, zawodowy sportowiec ma bardzo rygorystyczną dyscyplinę, jeśli chodzi o trening, i dokładnie tak samo rygorystyczną, jeśli chodzi o regenerację. Jeśli więc chcemy być naprawdę produktywni, musimy regularnie zmuszać się do odpoczynku.

A jak to miałoby wyglądać w praktyce?
Na przykład tak, że wpisuje sobie pani odpoczynek w kalendarz – dokładnie tak samo, jak wpisuje pani: spotkania, zebrania, wolne weekendy, urlopy, aktywność fizyczną itd. I tak jak spotkanie jest sprawą świętą – idzie pani na nie, nawet jak „nic się nie składa”, nie spóźnia się pani z szacunku do osoby, z którą jest umówiona, tak samo wychodzi pani na spacer, gdy „nic się nie składa”, o konkretnej porze, z szacunku dla osoby, z którą się pani umówiła, czyli z szacunku dla samej siebie, a także w trosce o swoje cenne zasoby energii oraz o swoją produktywność. To jedna ścieżka ratunku.

Czyli jest jeszcze jakaś?
Mam na myśli pewien rodzaj wglądu w siebie. Bywa tak, że „produkujemy” na potęgę, bo jeśli tego nie robimy, czujemy się bezużyteczni. Czyli czujemy, że nie jesteśmy warci miłości, akceptacji, pochwały, uwagi. Nie możemy po prostu tylko i aż być. Tutaj źródeł trzeba oczywiście szukać w przeszłości, w sposobie wychowania. Jeśli więc złapiemy siebie na takim ciągłym poczuciu winy i konieczności zasłużenia na miłość, szacunek itd. – warto spróbować zadać sobie kilka pytań: „Dlaczego mam poczucie winy?”, „Kto mi mówi, że muszę działać, bo inaczej mnie nie ma?”. Taką autodiagnozę czasem da się wykonać w domowym zaciszu. A czasem trzeba zwrócić się do psychoterapeuty.

Pomyślałam teraz o tym kocie, który „nic nie robi”, zastanawiam się, co ma tu do powiedzenia czysta biologia. Czy człowiek z natury stworzony jest do działania, czy do regeneracji? Nasz przodek, owszem, polował na mamuta, ale tylko po to, żeby przetrwać. Jeśli nie musiał, raczej specjalnie się nie przemęczał...
Na pewno jesteśmy istotami ciekawskimi, więc dążenie do wrażeń, doznań, które przynosi działanie, jest dla nas ważne. Ale z drugiej strony, na przykład z myśleniem, które jest bardzo energochłonne, nie przesadzamy. Kiedy nie musimy – mkniemy przez życie na automatyzmach. Nasza przodkini używała żaren tylko dlatego, żeby zmielić mąkę. I tyle. Potem je odkładała. Z tego wynikałoby, że zaprogramowani jesteśmy jednak bardziej w stronę tego kota. A to dopiero kultura umieściła nas w blokach startowych. Kultura potrafi być silniejsza niż biologia – „Zrób jeszcze jeden obrót tymi żarnami, żeby do ciebie złe myśli nie przychodziły, człowieku”. I wielu z nas dało się jej przekonać, uwieść.

  1. Zdrowie

Kwasy omega-3 i omega-6 – jaką ilość powinniśmy dostarczać w codziennej diecie?

Do podstawowych grup kwasów tłuszczowych zalicza się kwasy omega-3, omega-6 i omega-9. Te ostatnie organizm produkuje sobie sam. Najważniejsze jest dostarczanie, wraz z dietą, dwóch pozostałych. (fot. iStock)
Do podstawowych grup kwasów tłuszczowych zalicza się kwasy omega-3, omega-6 i omega-9. Te ostatnie organizm produkuje sobie sam. Najważniejsze jest dostarczanie, wraz z dietą, dwóch pozostałych. (fot. iStock)
Kwasy tłuszczowe omega poprawiają pracę mózgu, serca, a także wpływają na odporność. Wśród wielu ich właściwości można też wymienić działanie przeciwnowotworowe. Ile powinniśmy ich dostarczać i czy konieczna jest tak naprawdę suplementacja? – wyjaśnia Mikołaj Choroszyński, dietetyk kliniczny.

Czy zimą mamy zwiększone zapotrzebowanie na kwasy omega-3 i omega-6? Jest to interesujące pytanie. Tak naprawdę kwasy tłuszczowe z rodziny omega powinniśmy spożywać przez cały rok. Nie zauważamy, aby zimą zwiększało się zapotrzebowanie na nie. Pamiętajmy jednak, że kwasy tłuszczowe omega-3 i omega-6 są niezbędne dla naszego zdrowia. Nie jesteśmy w stanie wytworzyć ich sami, dlatego muszą być dostarczane wraz z dietą.

Ile tak naprawdę powinniśmy ich dostarczać organizmowi? Jaka dawka wpłynie na lepszy stan zdrowia? Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-6 dostarczamy przeważnie spożywając oleje (słonecznikowy, z pestek winogron, z pestek dyni, z oliwek, z rzepaku). Nie ma więc konieczności suplementowania. Natomiast warto zwrócić uwagę na odpowiednią podaż kwasów tłuszczowych z rodziny omega-3, których w diecie przeważnie występują niedobory. Zalecana ich ilość dla osoby dorosłej to 250 mg dziennie w formie kwasów EPA i DHA. Przy takiej ich ilości zauważamy już bardzo korzystny wpływ na zdrowie: między innymi zmniejszoną częstość występowania chorób serca, a co może ważniejsze – mniejszą śmiertelności u osób z chorobami serca. Śmiertelność spada nawet o 10%. Warto zaznaczyć, że choroba niedokrwienna serca i miażdżyca znajdują się na pierwszym miejscu zgonów w Polsce od wielu lat. Co roku ze względu na choroby sercowo-naczyniowe odnotowuje się ponad 4 miliony zgonów na całym świecie, z przewaga śmierci wśród płci żeńskiej.

Zalewają nas reklamy suplementów i komunikaty, że dietą trudno jest uzupełnić niedobory wielu składników. Wychodzi na to, że powinniśmy zażywać nie wiadomo ile suplementów... Ale czy przy kwasach omega jest to konieczne? Kwasy tłuszczowe omega-9 nie wymagają suplementacji, gdyż organizm potrafi wytworzyć je endogennie, czyli wewnętrznie, wytwarza je sam z innych substratów. Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-6 przeważnie są pokrywane wraz z dietą, więc nie ma konieczności ich dodatkowego suplementowania, mimo tego co piszą producenci. Wystarczy do diety włączyć odpowiednią ilość pestek i orzechów, czy oliwy oraz olejów roślinnych. Natomiast problem pojawia się w przypadku kwasów z rodziny omega-3. Nasza codzienna żywność jest raczej uboga w ten składnik, dlatego zalecane jest jedzenie dwóch porcji ryb w tygodniu. Przynajmniej jedną porcję powinna stanowić tłusta ryba morska. Do tego typu ryb zaliczamy łososia, makrelę, śledzia, szprotki. Warto je spożywać w ilości około 150 g na porcję. Jeżeli nie jesteśmy w stanie pokryć tego zapotrzebowania wraz z dietą, wtedy należy uzupełnić je suplementacją. Tak więc jedynie kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 mogą być uzupełniane przez suplementację.

Jeśli mogę uzupełnić potrzebną dawkę kwasów omega dietą, to jaką ilość poszczególnych składników odżywczych muszę zjeść, żeby pokryć dzienne zapotrzebowanie? Stosując dietę bogatą w tłuszcze roślinne, nie będziemy mieli problemu z pokryciem zapotrzebowania na kwasy tłuszczowe z rodziny omega-6. Jak już wspominałem, znajdziemy je w oleju słonecznikowym, sojowym, z pestek dyni, winogron, ale także w margarynach (na przykład z oleju słonecznikowego). Szczególnie bogate w omega-6 są pestki i orzechy, przede wszystkim orzechy włoskie. Ilość około dwóch łyżek oliwy, oleju lub garstka orzechów dziennie - powinny pokryć zapotrzebowanie. To o wiele skuteczniejsza metoda niż łykanie suplementów, prawda?

Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 znajdziemy również w produktach roślinnych: szczególnie w siemieniu lnianym, oleju lnianym, ale także w nasionach chia, orzechach włoskich, w zielonych warzywach liściastych (jak chociażby jarmużu). Polecam również wypróbować w kuchni siemię konopne. Aktualnie bardzo popularnym źródłem są również algi morskie (np. spirulina, chlorella, wakame). Aby pokryć zapotrzebowanie na długołańcuchowe kwasy z rodziny omega-3, takie jak EPA i DHA to, jak wspomniałem, warto zjeść dwie porcje ryby w tygodniu, inaczej należy uzupełnić je suplementacją.

Co z weganami? Odpadają ryby i inne produkty... Czy weganie obejdą się bez suplementów? Jak u nich wygląda kwestia ilości? – Ile, i jakich, naturalnych produktów muszą spożyć w ciągu dnia? Weganie dostarczają kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 głównie jedząc siemię lniane lub nasiona chia. Zalecam zawsze zjadanie łyżki siemienia lnianego dziennie,  jako dodatek do owsianki, do dressingów, zup, sałatek. Ważne, aby siemię lniane było (świeżo) zmielone – wówczas możemy dostać się do wnętrza nasion bogatych właśnie w kwasy tłuszczowe omega-3. Ponadto niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3  zawierają też algi morskie. Jednak ich ilość nie powinna przekraczać 5 do 15 g dziennie ze względu na dużą zawartość jodu, który w nadmiarze może utrudniać pracę tarczycy. Dlatego aktualnie, w przypadku kobiet w ciąży i podczas diet wegańskich, zaleca się suplementację kwasami tłuszczowymi EPA i DHA pozyskiwanym właśnie z alg morskich. Ich ilość zalecana dla osoby dorosłej to 250 mg dziennie (a w przypadku kobiet w ciąży może wzrosnąć nawet do 400-550 mg)

Co każdy z nas powinien wiedzieć o tych kwasach?

  • Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 znacznie zmniejszają częstość występowania chorób serca, choroby niedokrwiennej serca, udaru i nadciśnienia tętniczego. Na łamach niedawno opublikowanej dużej pracy naukowej sugeruje się, że zmniejszają one zawał mięśnia sercowego o 13%, a śmiertelny zawał mięśnia sercowego o 35%(!), powstanie choroby niedokrwiennej serca o 10% i śmiertelność z jej powodu o 9%.
  • Mają istotny udział w profilaktyce i leczeniu nadwagi i otyłości nie tylko przez hamowanie lipogenezy (czyli tworzenia się cząsteczek tłuszczu w organizmie), lecz także zmniejszenie apetytu i wzrost uczucia sytości. Mają też pozytywny wpływ na mikroflorę jelitową.
  • Kwasy tłuszczowe wydłużają czas trwania ciąży i zmniejszają ryzyko wystąpienia porodu przedwczesnego.
  • Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 poprawiają rozwój ośrodkowego układu nerwowego u płodu oraz funkcji motorycznych, poznawczych i umysłowych u dzieci.
  • Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 zapobiegają depresji poporodowej.
  • Zmniejszają ryzyko cukrzycy pierwszego typu i choroby nadciśnieniowej w wieku dorosłym.
  • Mają działanie antyalergiczne.
  • Zmniejszają ryzyko wystąpienia niskiego ilorazu inteligencji werbalnej, gorszych wyników zachowań prospołecznych i gorszego rozwoju społecznego w zakresie motoryki i komunikacji oraz problemów emocjonalnych u dzieci.
  • Mają udział w leczeniu zespołu nadpobudliwości z deficytem uwagi (ADHD).
  • Zmniejszają predyspozycje do agresji i depresji u dzieci i u osób dorosłych.
  • Kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 przeciwdziałają demencji i chorobie Alzheimera, wpływając pozytywnie na funkcje kognitywne.
Mikołaj Choroszyński jest magistrem żywienia i dietetyki oraz absolwentem studiów podyplomowych na kierunku psychodietetyka (Uniwersytet SWPS), obecnie w trakcie doktoryzacji z nauk medycznych. Jest wykładowcą akademickim w Wyższej Szkolenie Inżynierii i Zdrowia w Warszawie i Warszawskiej Uczelni Medycznej im. Tadeusza Koźluka oraz właścicielem poradni dietetycznej Bdieta. Specjalizuje się w dietetyce klinicznej. Jest także autorem pierwszej na polskim rynku książki o diecie przeciwdziałającej chorobom neurodegeneracyjnym „Dieta MIND. Sposób na długie życie”, a także wydanej dopiero książki „Uzależnienie od słodyczy – skuteczne narzędzia do zmiany nawyków”.

  1. Styl Życia

Niksen - holenderska sztuka nierobienia niczego

Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją. (Fot. iStock)
Holenderskie słowo niksen to określenie na rozkoszne zbijanie bąków, które nie ma nic wspólnego z nieprzyjemną nudą. Natomiast niejedno je łączy z medytacją – mówi Olga Mecking, autorka książki na temat tego zjawiska.

Polecamy: 'Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego', Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka Polecamy: "Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego", Olga Mecking, wyd. Prószyński i S-ka

Czy pani czasem się nudzi?
Nigdy. I nie chodzi mi o to, że cały czas coś robię, ale gdy tylko przestaję wykonywać jakieś obowiązki domowe czy zawodowe, od razu włącza mi się myślenie i pojawia się wiele pomysłów, które normalnie nigdy nie przyszłyby mi do głowy. Dla mnie nuda nie jest niczym przyjemnym.

Dlaczego?
Bo oznacza robienie czegoś, czego nie chcemy. To stan, gdy wolelibyśmy być gdzie indziej i robić coś innego.  Ja na przykład okropnie nudzę się, gdy muszę sprzątać. Myślę, że to uczucie jest tak nieprzyjemne, bo ma nas skłonić do wymyślenia, co naprawdę chcielibyśmy robić. Ale nuda to nie jest to samo co nicnierobienie.

No właśnie, jest pani autorką książki „Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego”. Czym wobec tego jest nicnierobienie?
Można nazwać to także chodzeniem z głową w chmurach, zbijaniem bąków, myśleniem o niebieskich migdałach. To przede wszystkim nicnierobienie bez powodu. „Bo tak” – jak mówią dzieci. Zgodnie z tą definicją na przykład oglądanie wiadomości w telewizji nie jest niksen, ale jeśli telewizor jest włączony, a my myślami jesteśmy gdzie indziej – to już jak najbardziej. Znam osoby, które są bardzo aktywne i tak organizują sobie czas, że zostaje go bardzo mało na nicnierobienie. Wówczas warto nastawić się na to, że jedną z codziennych aktywności robimy tylko dla przyjemności  – czyli biegam nie po to, żeby zrobić maraton, tylko dlatego, że to lubię, bo fajnie się wtedy czuję. To nie jest wprawdzie czyste niksen, ale zupełnie inaczej spędzamy czas, jeśli nie nastawiamy się na cel i na produktywność, tylko na własną przyjemność.

Nastawienie na cel jest tak silne, że trudno nam przychodzi całkowite nicnierobienie. Jednak takie nie do końca czyste niksen może być pierwszym krokiem do zmiany. Co jeszcze poza bieganiem dla przyjemności mogłaby pani polecić?
Chodzi nie tyle o szukanie przyjemności, a o zrozumienie, że nie musimy być ciągle produktywni. Dobrym pomysłem może być także zmiana definicji produktywności na taką, która uwzględni przerwy związane na przykład z chorobą czy potrzebą wypoczynku. Problem w tym, że dziś wiążemy wartość człowieka właśnie z jego efektywnością i dobrze jest postrzegane, gdy mówimy: „musiałam dziś wysłać ze sto maili...”, natomiast wstydzimy się powiedzieć: „dzisiaj nie zrobiłam absolutnie nic”.

Na ile przykłada się do tego kultura, w której żyjemy?
To bardzo istotny czynnik. W Holandii wprawdzie nikt nie mówi otwarcie, że lubi nie robić nic, ale też pracowanie po godzinach nie jest dobrze widziane.

Jednak po pracy wcale nie uwalniamy się od poczucia stresu. Żeby sobie z tym poradzić, coraz częściej uciekamy się do technologii typu aplikacja w telefonie, która przypomina nam o oddychaniu.
Są ludzie, którym to pomaga, bo bez przypomnienia wypełniliby czas przeznaczony na odpoczynek sprzątaniem czy gotowaniem obiadu, a tak apka pilnuje, żeby wykorzystali wolny czas dla siebie. Jestem wielką zwolenniczką robienia tego, co nam ułatwia życie. Jeśli lubimy mieć wszystko poukładane i notować ważne rzeczy w kalendarzyku, to zapiszmy także przerwę  na nicnierobienie. Brak spontaniczności nie zmienia istoty nicnierobienia. Jednak można też niksenować spontanicznie. Kiedy jeżdżę tramwajem czy pociągiem, to zwykle czytam książkę, ale czasem zamiast tego mam ochotę powyglądać sobie przez okno i oglądać ludzi czy zmieniający się krajobraz. I robię to! To właśnie przykład niezaplanowanego niksen, podobnie jak czekanie na kogoś i nicnierobienie w tym czasie.

Czy niksenować można z kimś czy tylko samemu?
Długo byłam przekonana, że jedynie samemu, ale potem dowiedziałam się, że pewna amerykańska psycholożka urządza imprezy, na które przychodzi się po to, by nic nie robić. Można pobawić się piaskiem kinetycznym czy poukładać Lego, ale nie ma reguł. Chodzi o to, by każdy robił, co chce, jednocześnie spędzając czas w grupie.

Czasem gdy czytam książkę i znajdę zdanie, które mi się podoba, odkładam lekturę i rozmyślam chwilę o tym, co przeczytałam, a czasem dzielę się tym z mężem. Ale też bywa tak, że dzieci coś robią, a ja podchodzę do nich, by je pogłaskać czy przytulić. Nie chcę, by przerwały to, co robią, czy zwróciły na mnie uwagę, chodzi tylko o bycie blisko.

Ale czy to jest już niksen czy po prostu sposób na spędzanie czasu wolnego?
Dla mnie granica między tymi pojęciami jest płynna. Ale pewnie dlatego, że staram się mieć dużo wolnego czasu, czyli takiego, w którym nie muszę niczego upychać – mogę wtedy poczytać książke, ale też pospać sobie albo pogapić się przez okno. Nie wszyscy mają taką możliwość, bo ich przerwa ma tylko kilka minut. To za mało na medytację, ale wystarczająco na swobodne myślenie.

Medytacja przyczynia się do obniżenia stresu. Czy niksen też działa w ten sposób?
Z mojej persektywy – matki trojga dzieci – największa różnica (i zarazem zaleta) polega właśnie na tym, że sesja niksen nie trwa tak długo jak medytacja, a też może ułatwić odestresowanie. Na przykład ja po krótkim czasie niksenowania czuję się bardziej kreatywna, przychodzą mi do głowy pomysły na artykuły. Do medytacji ludzie zwykle przygotowują się w jakiś sposób, wprowadzają w pewien stan umysłu, a niksen tego nie wymaga. Choć mam koleżankę, która mówi, że medytuje w kawiarni i opisuje to w sposób, który mnie bardziej pasuje do niksen. Może więc wcale nie ma tak wielkiej różnicy.

Olga Mecking, pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Urodzona w Polsce, mieszka obecnie w Holandii. Pisze m.in. do „Guardiana”, „New York Magazine”.

Niksen dla zainteresowanych

  • Jeśli dojeżdżasz do pracy komunikacją publiczną – zamiast przeglądać Internet, pozwól sobie na nicnierobienie.
  • Po przyjeździe do pracy, zanim włączysz komputer, usiądź spokojnie na chwilę, żeby przejść z trybu domowego na biurowy.
  • Jeśli pracujesz w domu, nie zapominaj o regularnych przerwach i część z nich poświęć na bujanie w obłokach.
  • Przeorganizuj swoją przestrzeń tak, by znalazło się w niej miejsce na praktykę niksen – z czasem samo pomyślenie o kanapie czy spojrzenie na fotel będzie już dla organizmu sygnałem do relaksu.
  • Gdy przyłapiesz się na bezmyślnym przeglądaniu mediów społecznościowych, przerwij to i przez chwilę pogap się przez okno lub na pomieszczenie, w którym jesteś.
  • Przed snem zaparz sobie uspokajającą herbatkę ziołową i pijąc ją, pozwól myślom swobodnie dryfować.

  1. Zdrowie

Technika Bowena - manualna terapia ciała, sposób na napięcia wywołane długotrwałym stresem

Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Technika Bowena skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Metoda skłania organizm do tego, by sam się uzdrawiał, daje mu impuls do autoregulacji. Technika Bowena polega na wykonywaniu charakterystycznych, delikatnych, ale bardzo dokładnych ruchów, zwanych chwytami

.

Pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o technice Bowena, rodzaju manualnej terapii ciała, w Internecie: jedno z warszawskich centrów medycyny naturalnej reklamowało ją słowami: „pomoże praktycznie na wszystko”. Z doświadczenia wiem, że jak coś pomaga na wszystko, to nie pomaga na nic, ale postanowiłam spróbować. Ostatnio źle sypiałam…

Na co pomaga technika Bowena?

Udałam się do Beaty Jańczuk, specjalizującej się w tej metodzie. Z uśmiechem odnosi się do hasła reklamowego. – Pomaga prawie na wszystko – prostuje i zaczyna wyliczać. Technika Bowena jest doskonałym sposobem na napięcia wywołane długotrwałym stresem (często ich już nie czujemy, bo nasze ciało stopniowo się usztywniało, ale są i uniemożliwiają powrót do równowagi), reguluje apetyt i układ hormonalny, likwiduje migreny. Sprawia, że miesiączki przestają się wiązać z cierpieniem. Pomaga na wszelkie dolegliwości związane z przeciążonym siedzącym trybem życia aparatem mięśniowym i układem kostnym. Zespół jelita nadwrażliwego leczy wręcz spektakularnie. Pomaga przy problemach z wypróżnianiem, świetnie reguluje pracę układu pokarmowego. Znosi bezsenność, zmniejsza alergie, wspomaga leczenie niepłodności. „A nadwaga?” – chcę wiedzieć. Jak większość kobiet, wciąż jestem na jakiejś diecie… – Układ nerwowy zarządza metabolizmem. Pracując z nim, powodujemy wyciszenie układu trawiennego – uspokaja mnie terapeutka. Mówi, że można oczywiście wykonać zabieg ogólnie wzmacniający, o którym pierwotnie myślałam, ale lepiej celować w konkretny problem. Wtedy terapia jest skuteczniejsza. Decyduję się więc ostatecznie na walkę z dodatkowymi kilogramami…

Najpierw jednak muszę wypełnić ankietę i odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących mojej kondycji i przebytych chorób. Beata Jańczuk uspokaja mnie, że nawet jeśli pacjent zapomni o jakimś schorzeniu, terapeuta wyciągnie własne wnioski: – Patrzę, jak człowiek stoi, chodzi, siada; czy gdzieś się przekrzywia, w jaki sposób mówi. Wszystko jest dla mnie źródłem informacji. Czasem kilka zdań wystarczy, by się zorientować, że ktoś ma w gardle węzeł, który tłumi jego głos, zmienia ton. To się przekłada na płytkie, szybkie oddechy i niedotlenienie całego organizmu albo na schorzenia tarczycy, którą takie zaciśnięcie w okolicy gardła tłamsi i zadusza. Podkrążone oczy mogą wskazywać na niewydolne nerki. Ale może to też być tylko nieprzespana noc.

Przebieg zabiegu

Zaczynamy zabieg. Pani Beata unosi ręcznik, którym jestem przykryta, odsłania moje nogi. Czuję, że zostałam złapana za okolice kostek, najpierw w jednej, potem drugiej nodze. Chwyt jest przyjemny, ale zdecydowany. Trwa sekundę, półtorej i dłonie oddalają się. Teraz czuję kolejny, tym razem w okolicy kolan – i jeszcze jeden, po zewnętrznej stronie uda. I ręcznik wędruje z powrotem na miejsce. Teraz poczekamy chwilę, damy organizmowi czas na reakcję – mówi terapeutka i tłumaczy: – Zabieg polega na zastosowaniu serii tzw. chwytów, w różnych sekwencjach. Poprzez dotyk dostarczamy ciału impuls terapeutyczny, który wędruje do mózgu. Każdy chwyt musi być wykonany bardzo precyzyjnie w konkretnym miejscu, nawet dłonie muszą być ułożone w odpowiedni sposób.

A jeśli będzie inaczej? Jeśli terapeuta dotknie centymetr dalej niż trzeba? Wtedy chwyt nie da efektu lub spowoduje inny niż pożądany. Precyzja jest warunkiem powodzenia zabiegu. Z tego powodu pracujący techniką Bowena są szczegółowo przygotowywani (sam kurs ma kilka stopni, pomiędzy kolejnymi trzeba odbyć sporą ilość praktyk, a końcowy certyfikat wydaje Instytut Bowena w Australii).

Czyli masażu nie będzie? I zabieg polega tylko na kilku dotknięciach? – Owszem – potwierdza Beata Jańczuk i widząc moje zaskoczenie (a nawet delikatne rozczarowanie), wyjaśnia. – Jestem do takich reakcji przyzwyczajona, większość moich pacjentów jest „wychowana” na masażach. Technika Bowena bardzo się od masażu różni. Tutaj nie chodzi o to, żeby dotknąć pacjenta wszędzie – tylko tam, gdzie trzeba. Pobudzić organizm do samonaprawy, samoregeneracji, powrotu do własnej, naturalnej harmonii. To działa jak efekt domina: każdy chwyt daje impuls, który płynie dalej, uruchamiając po drodze kolejne – i przez ciało wędruje lawina informacji. Ale uwaga – chwytów nie może być za dużo! Bo choć dotyk jest delikatny, to impuls wysyłany do systemu nerwowego potrafi być bardzo silny, a wyodrębniony może „wybrzmieć”, skuteczniej zadziałać.

Z szacunkiem dla kręgosłupa

Terapeutka znów podnosi ręcznik i dotyka mnie w kilku miejscach: wzdłuż kręgosłupa, w okolicy łopatek, niedaleko szyi. Przykrywa mnie i wychodzi z pokoju. Daje mi czas, by wsłuchać się w ciało, w jego reakcje. Prosi też, by opowiedzieć jej o wszystkich odczuciach, nawet najlżejszych, jak mrowienie w kończynach, poczucie ciężkości, jakiś ból, który się gdzieś błąka, a nawet… burczenie w brzuchu! Mój właśnie burczy, a przecież niedawno jadłam. Ale to podobno jest związane z działaniem sympatycznego układu nerwowego. Czuję, jak rozluźniają się moje ramiona. Myślałam, że jestem odprężona, ale dopiero teraz zaczynają naprawdę swobodnie opadać. Gdy terapeutka wraca, pytam, czy jeśli ktoś ma czystą, zdrową pamięć komórkową, to też potrzebuje takich zabiegów. – Jak najbardziej – mówi Beata Jańczuk. – Naszym ciałom brak dziś silnego impulsu samoleczenia. Trochę nie nadążamy za współczesnymi czasami: tempem życia, zmianą sposobu odżywiania, ilością chemii wokół nas. Organizm stara się uporać ze skutkami postępu cywilizacyjnego, a naprawę konkretnych narządów odkłada na później. Trzeba go do tego procesu nakłonić. A kiedy już to zrobimy, ciało samo wybierze, gdzie zacznie naprawę. Z reguły zaczyna tam, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna.

Teraz leżę na brzuchu. Terapeutka prosi o nabranie powietrza i podczas wydechu uciska mnie poniżej żeber. Z prawej, z lewej; z prawej, z lewej. Przenosi dłonie na ramiona, śmiesznie układając palce, i wykonuje nimi skomplikowany gest. Odczekuje parę minut. Teraz lekko unosi moją głowę, uciskając palcami miejsca u nasady czaszki. Bardzo to przyjemne… Ale trwa tylko przez chwilę, bo przychodzi pora na twarz – tutaj czekają mnie dwa kolejne chwyty. Znów chwila przerwy. Potem jeszcze jeden chwyt i… koniec! Ale pani Beata prosi, żebym od razu nie wstawała. Lepiej poleżeć chwilę, dopiero potem powoli, ostrożnie i z miłością unieść ciało. Pokazuje, jak to zrobić prawidłowo, z szacunkiem dla kręgosłupa. O rety, całe życie źle wstawałam!

Czas na przetrwanie impulsów

Kiedy kolejny zabieg? Za tydzień. Trzeba dać organizmowi czas na „przetrawienie” impulsów, które dostał. Ile będzie wizyt? Tego się nie da określić. Zależy, w jakim stanie jest organizm, jak będę reagować. Jeśli ktoś jest ogólnie zdrowy, warto wykonać zabieg raz w miesiącu – w celu dostrojenia organizmu do prawidłowych częstotliwości. Beata Jańczuk zaznacza: – W ciągu tygodnia między zabiegami proszę nie uprawiać intensywnego sportu, wskazane są natomiast spacery. Dobrze też unikać mocnych używek. I dużo pić, małymi łykami – to pomaga w detoksykacji.

Po dwóch zabiegach mogę już śmiało powiedzieć, że widzę efekty. Jednym z nich jest mniejszy apetyt: przestałam się tak żarłocznie rzucać na czekoladę. W ogóle jakoś mniej mi się chce słodyczy. Drugi – to lepszy sen. Zapadam się w poduszkę i zasypiam jak kamień – a wcześniej różnie bywało. Środki przeciwbólowe schowałam głęboko do szuflady – choć przez kilka dni po pierwszym zabiegu pobolewała mnie głowa. Ale to podobno normalne: organizm się przestraja, więc mogą pojawić się tego typu efekty uboczne. Zaczęło mi też być niewygodnie w starej, przekrzywionej pozycji przed komputerem. To dobry znak: ciało samo wymusza zmianę postawy. Zwyczajnie nie pozwala mi siedzieć w szkodliwej pozycji. Cieszę się, że mam z nim kontakt.

  1. Moda i uroda

Rytm dobowy - dla zdrowia i urody

Zdrowa dawka nocnego odpoczynku to najlepszy kosmetyk. (Fot. iStock)
Zdrowa dawka nocnego odpoczynku to najlepszy kosmetyk. (Fot. iStock)
Leonardo da Vinci prawie nie spał – wystarczała mu 15-minutowa drzemka, którą ucinał sobie co cztery godziny. Większość z nas jednak, aby dobrze funkcjonować, potrzebuje siedmiu–ośmiu godzin snu. A żeby dobrze wyglądać, przed snem powinniśmy nałożyć na skórę odpowiedni preparat.

W 1729 roku francuski astronom Jean-Jacques d’Ortous de Mairan przeprowadził doświadczenie, z którego wynikało, że ruchami liści mimozy rządzi dobowy rytm, który nie zmienia się nawet wtedy, gdy roślina zostaje przeniesiona do zaciemnionego pomieszczenia. Mniej więcej 30 lat później szwedzki przyrodnik Karol Linneusz zbudował niezwykły zegar. Na jego tarczy ułożono różne gatunki kwiatów, które otwierały swoje pąki o ściśle określonych godzinach.

Biologiczne rytmy organizmów roślin, zwierząt i ludzi oraz ich związek z ruchem Ziemi wokół Słońca i wokół własnej osi nie przestają fascynować uczonych od czasów starożytnych. Dzisiaj naukowcy wciąż odkrywają i badają geny, substancje i mechanizmy biochemiczne rządzące występowaniem cykli dobowych, miesięcznych i rocznych.

Znajomość rytmów biologicznych wykorzystywana jest w medycynie– wiadomo bowiem, że niektóre leki podawane o określonej porze mogą mieć lepsze działanie i wywoływać mniej skutków ubocznych. Do zasad chronobiologii, czyli nauki badającej cykle biologiczne, odwołują się też twórcy kosmetyków, dzieląc preparaty na dzienne i nocne.

Życie w rytmie

Biologiczne cykle długoterminowe związane z obiegiem Ziemi wokół Słońca określają na przykład czas migracji zwierząt. Dla kosmetologów bardziej interesujące są jednak rytmy dobowe. U ludzi rządzą one między innymi zmianami temperatury ciała i ciśnienia krwi, aktywnością mózgu, procesami odnowy komórkowej, wydzielaniem hormonów oraz rytmem snu i czuwania. Przebiegiem cyklicznych zmian w naszym organizmie steruje rodzaj zegara. Zakodowane w komórkach rytmy modyfikowane są jednak przez warunki otoczenia, takie jak światło słoneczne, pory snu czy przyjmowania posiłków. Obliczono, że doba w zegarze biologicznym jest dla większości ludzi o kilkanaście minut dłuższa od doby astronomicznej.

Z badań nad rytmami dobowymi wynika, że temperatura ludzkiego ciała osiąga maksimum w godzinach popołudniowych, a minimum ok. 5 rano. U zdrowej osoby na godzinę przed zaśnięciem temperatura ciała obniża się, wzrasta natomiast stężenie melatoniny we krwi. Wieczorem najsilniej odczuwamy ból, a o poranku mamy najniższy próg odporności psychicznej. Poziom przepływu krwi jest największy po południu, wczesnym wieczorem i w nocy, a najniższy ok. 8 rano.

Wraz z upływem lat nasz zegar biologiczny rozregulowuje się, a wysyłane przez niego sygnały są coraz mniej czytelne dla organizmu. Dlatego nowoczesne kremy opracowywane są tak, by stymulować cykl procesów naprawczych. Specjalizują się w tym zwłaszcza kosmetyki na noc.

Aktywny odpoczynek

– W ciągu dnia procesy zachodzące w skórze służą przede wszystkim obronie przed szkodliwym wpływem otoczenia – tłumaczy dermatolog, dr nauk med. Magdalena Łuczkowska. – Nocą natomiast skóra naprawia szkody poniesione za dnia i przygotowuje się do kolejnych zadań.

Przed południem wzrasta aktywność gruczołów łojowych i cera zaczyna się błyszczeć. Pomiędzy godziną 13 a 17 spada ciśnienie krwi, przez co skóra jest gorzej ukrwiona i dotleniona. Dlatego po południu wyglądamy na najbardziej zmęczonych. Wczesnym wieczorem rozpoczynają się procesy regeneracji.

 
– Nocna odbudowa skóry polega przede wszystkim na zwiększeniu podziałów komórek i intensywnej naprawie DNA zniszczonego przez promieniowanie UV – mówi dr Magdalena Łuczkowska. Uszkodzone komórki są zastępowane przez nowe. Zwiększa się produkcja substancji budujących skórę, takich jak kolagen, elastyna czy kwas hialuronowy.

Pomiędzy 1 a 2 w nocy toksyny ze skóry usuwane są do naczyń limfatycznych. Około 3 nad ranem podnosi się ciśnienie krwi i rośnie temperatura ciała. Między 4 a 5 rano rosnący poziom hormonu wzrostu przyspiesza regenerację komórek. Około 5 rano organizm zaczyna się przygotowywać do mającego nastąpić mniej więcej za dwie godziny przebudzenia. Komórki dzielą się wolniej, kończą się procesy odnowy, a skóra powoli przechodzi do rytmu dziennego.

Pobudka dla skóry we śnie

– W czasie codziennych czynności warstwa ochronna skóry narażona jest na działanie wielu czynników, takich jak chociażby zanieczyszczenia środowiska i stres – mówi Anna Betlewicz, kosmetolog z warszawskiego Salonu Zdrowia i Urody „Tais”. – Dopiero noc to czas regeneracji nie tylko dla całego organizmu, ale również skóry.

Nocą składniki odżywcze wchłaniają się znacznie lepiej niż w ciągu dnia. – W badaniach naukowych wykazano, że w godzinach nocnych wzrasta tzw. TEWL (transepidermal water loss – przeznaskórkowa utrata wody), co oznacza, że obronna bariera skóry jest słabsza – wyjaśnia dr Magdalena Łuczkowska. – W związku z tym skóra staje się bardziej przepuszczalna dla nakładanych na nią kremów czy leków.

W nocnych kremach nie znajdziemy bezużytecznych nocą składników matujących ani filtrów przeciwsłonecznych. Dodaje się do nich natomiast substancje stymulujące odnowę skóry. Preparaty dla młodej cery hamują aktywność gruczołów łojowych, która najwyższa jest około 4 nad ranem. Z myślą o kobietach po trzydziestce opracowuje się preparaty z przeciwutleniaczami oraz z niezbędnym do procesów odnowy naskórka retinolem. W kosmetykach najnowszej generacji znajdziemy wielofunkcyjne peptydy oraz kwas foliowy pomagający naprawić uszkodzenia powstałe w materiale DNA pod wpływem promieniowania słonecznego. Stężenie tych składników w kremach na noc rośnie zwykle wraz z wiekiem skóry, dla której preparat jest przeznaczony. Z czasem skóra ma bowiem tendencję do „zasypiania” – regeneracyjne procesy wyraźnie spowalniają, spada poziom przemiany materii.

– Do kremów dla kobiet dojrzałych dodaje się czasem znane ze skutecznego działania fitohormony – mówi Anna Betlewicz. – Są to substancje roślinne działające podobnie jak estrogeny, których niedobór powoduje zanikanie włókien kolagenu i elastyny.

Naszej urodzie szkodzi jednak zarówno niedosyt, jak i nadmiar snu. Niedosypiając, odbieramy skórze możliwość odnowy. Natomiast po zbyt długim śnie możemy obudzić się z podkrążonymi lub zapuchniętymi oczami. – Jeśli śpimy w pomieszczeniu o niskim poziomie wilgoci w powietrzu, długi sen zwiększy też przesuszenie skóry – dodaje dr Monika Serafin.

I jak tu nie wierzyć, że zdrowa dawka nocnego odpoczynku to najlepszy kosmetyk? Nawet jeśli nie traktujemy dosłownie tego, co napisał kiedyś Szekspir: „Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny”.