1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dlaczego kobiety powinny jeść cebulę?

Dlaczego kobiety powinny jeść cebulę?

123rf.com
123rf.com
Cebula ma wiele właściwości leczniczych i prozdrowotnych. Przeciwzapalne, antybakteryjne i naturalnie rozcieńcza krew. Jest bogata w chrom, witaminę C i błonnik pokarmowy. Ponadto cebula to dobre źródło manganu, witaminy B6, kwasu foliowego i potasu.

To niepozorne warzywo pomaga w zwalczaniu raka, zapalenia stawów, osteoporozy, zakażeń, przeziębień, gorączki i astmy. Zapobiega także zaparciom, zwiększa cyrkulację krwi, poprawia działanie układu pokarmowego, wpływa dobrze na serce, obniżając ciśnienie.

Cebula jest zdrowa, tu nie ma wątpliwości. Szczególnie zalecana jest kobietom, ponieważ to one cztery razy częściej zapadają na osteoporozę. Cebula zapobiega utracie masy kostnej, niszcząc komórki, które są odpowiedzialne za rozpad kości. W efekcie działa jak bisfosfoniany, rodzaj leku, który jest powszechnie stosowany w leczeniu lub zapobieganiu chorób kości. Ale w przeciwieństwie do tych silnych leków, cebula nie daje skutków ubocznych. I podobnie jak brokuły, jest silnym orężem w walce z rakiem. Wysokie spożycie cebuli jest związane aż z 25-procentowym zmniejszeniem ryzyka raka piersi i 73-procentowym zmniejszeniem ryzyka raka jajnika.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Życiodajny szpik

Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. (Ilustracja: Getty Images)
Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. (Ilustracja: Getty Images)
Czasem jedyny ratunek dla chorych na nowotwory krwi to przeszczep szpiku. Najczęściej dawcą może być ktoś z najbliższej rodziny. A co, jeśli nie? Trzeba szukać dawcy niespokrewnionego. A tych jest ciągle za mało. Możesz pomóc. Możesz zostać jednym z nich. 13 października to Ogólnopolski Dzień Dawcy Szpiku.

Czy masz bliźniaka? Na to pytanie zdecydowana większość z nas odpowiada przecząco. Czy słusznie? Nie do końca. Bo możesz mieć bliźniaka genetycznego. Mieszkającego w tym samym mieście albo na drugim końcu świata. To osoba, której antygeny zgodności tkankowej są takie same, jak twoje. Tak, to rzadkie. Nawet bardzo. Prawdopodobieństwo, że ktoś taki gdzieś jest, to 1:20000. Czasem to nawet 1 do kilku milionów.

Oczywiście na co dzień nie ma dla nas znaczenia, czy taka osoba istnieje. Ale jeśli ty – albo ona – zachorujecie na nowotwór krwi, taka wiedza może być kluczowa. Bo przeszczep szpiku bywa jedyną metodą ratującą życie. A choroby krwi to wcale nie jest rzadkość. W Polsce co 40 minut, na świecie co 27 sekund ktoś dowiaduje się, że cierpi na białaczkę lub inny nowotwór krwi…

Dlatego tak ważne jest, żeby zarejestrować się w bazie potencjalnych dawców szpiku. Może się zdarzyć (i raczej tak właśnie będzie), że telefon nigdy nie zadzwoni, że nigdy nie dostaniesz wiadomości: twój szpik jest potrzebny. Jeśli jednak okaże się, że tak, masz szansę na uratowanie czyjegoś życia. Czy może być coś ważniejszego? Piękniejszego?

W dodatku cała sprawa nie wiąże się z ryzykiem. Wokół pobierania szpiku narosły rozmaite mity, warto więc się im przyjrzeć.

Największą obawą jest – według statystyk – to, że szpik „pobiera się z kręgosłupa”. Brzmi groźnie. Nie ma jednak nic wspólnego z prawdą. W większości przypadków krwiotwórcze komórki macierzyste pobiera się z krwi obwodowej za pomocą aferezy. Wygląda to tak, jakbyście po prostu oddawali krew, tyle że trwa to dłużej. W 15 procentach przypadków szpik pobiera się z talerza kości biodrowej w znieczuleniu ogólnym.

Dalej – boimy się bólu. Tyle że oddanie krwi przecież nie boli. Odczuwamy mały dyskomfort przy zakładaniu wenflonu i to wszystko.

Kolejny lęk: to zaszkodzi naszemu zdrowiu. Specjaliści odpowiadają zdecydowanie: nie zaszkodzi. Przed pobraniem Dawca przechodzi szczegółowe badania, sprawdzające, czy jest gotowy na tę procedurę – to jedno. Drugie – organizm człowieka ma ogromne zdolności regeneracyjne, krwiotwórcze komórki macierzyste mnożą się przez całe nasze życie, na pewno więc nam ich nie zabraknie. Jeśli pobranie odbywa się z talerza kości biodrowej, organizm regeneruje się całkowicie w ciągu 2–3 tygodni. A czym jest kilka tygodni w porównaniu z całym życiem naszego „bliźniaka”, życiem, które mamy szansę ocalić?

Potencjalnym Dawcą szpiku może zostać każdy między 18. a 55. rokiem życia. Jeśli chcesz pomóc, jesteś ogólnie zdrowy, a twój wskaźnik BMI nie przekracza 40, zgłoś się do Fundacji DKMS (to największy Ośrodek Dawców szpiku w Polsce). Rejestracja ze względu na pandemię odbywa się online.

Zamawiasz bezpłatny pakiet rejestracyjny, przyjdzie on do ciebie pocztą w ciągu tygodnia. Znajdziesz tam formularz i pałeczki do samodzielnego pobrania wymazu z wewnętrznej strony policzka. Odsyłasz – i to koniec całej procedury. Warto to zrobić.

  1. Zdrowie

Uszczypnięci. Jak żyć z rakiem?

Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
Trauma, którą jest rak, daje odbicie do działania i zmiany. (Fot. Getty Images)
„Szkoda, że do raka nie jest dołączona instrukcja obsługi” – mówią pacjentki psychoonkolożki Adrianny Sobol. Rzeczywiście instrukcji nie ma, ale jeśli nauczymy się prosić o wsparcie i je przyjmować – będzie nam lżej. A czasem nawet uda się zbudować nową siebie.

Diagnoza: rak – to zawsze szok. Nie wierzę, żeby dało się przyjąć ją spokojnie. Czy są jakieś typy reakcji na: mam raka, czy to jednak indywidualne?
Nie ma osoby, która jest na to przygotowana. Ta choroba zaskakuje. Z miejsca rzuca na głęboką wodę. Reakcja zawsze jest indywidualna, bo przecież każdy jest inny, to jasne. Kiedy rozmawiam po raz pierwszy z pacjentem po diagnozie, pytam o trudne sytuacje w jego życiu. I o to, jak sobie z nimi radził. To skłania do refleksji: co mi pomogło, kto był moim wsparciem, jak to wsparcie się sprawdziło. Jeśli tamta sytuacja pokazała, że umiem sobie poradzić, to daje siłę i wiedzę, jak działać. I jednocześnie możliwość, żeby zweryfikować, coś poprawić, zastanowić się, jaki mechanizm reakcji był dobry. Ale to jedno. Bo jest także pewien schemat. Amerykańska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross wyróżniła pięć etapów reakcji na diagnozę: rak. Najpierw jest etap szoku i niedowierzania, a potem złości. I tu pojawia się problem – bo my, zwłaszcza kobiety, nie pozwalamy sobie na to, żeby tę złość wyrazić.

Jesteśmy tego uczone – mamy być opanowane i spokojne. „Grzeczne”.
Tak, mamy być grzeczne, nie krzyczeć i nie płakać, bo nie wypada. I to, niestety, widać w chorobie. Kobieta stara się nie obciążać swoimi emocjami bliskich. Partnera, dzieci, rodziny. Dusi te emocje, blokuje w sobie możliwość ich wyrzucenia, pokazania tego, co naprawdę czuje. A czuje często złość. Dookoła słyszy komunikaty: „bądź dzielna”, „dasz radę”, „kto, jak nie ty!”. Mówią to, w dobrej wierze, bliscy, rodzina. A kiedy pacjentka trafia do bezpiecznej teoretycznie przestrzeni, szpitala, gdzie są ludzie, którzy powinni ją rozumieć – bo albo, jak lekarze, świetnie znają chorobę, albo, jak inni pacjenci, właśnie ją przechodzą – często pękają bariery, kobieta pozwala sobie na ujście emocji. I nagle alarm! Panika! Personel medyczny w trosce o nią woła psychologa – a przecież dobrze jest się wypłakać, wykrzyczeć, wyzłościć. Wywalić z siebie to wszystko. Kolejny etap to targowanie się z losem. Szukamy kogoś, kto powie: „Będzie dobrze. Na pewno wyzdrowiejesz. Znam metodę, która cię wyleczy”. Tymczasem żaden odpowiedzialny lekarz nie da pacjentce stu procent gwarancji. Powie: „Rokowania są dobre, ale czeka cię leczenie”. A ono bywa trudne, wszyscy to wiemy. I pacjentka jest wtedy podatna na działania rozmaitych szarlatanów, którzy dadzą jej „pewność” powodzenia.

Lekarz nie da pewności, ale powinien dać nadzieję.
Oczywiście. Nie wszyscy to potrafią, nie wszyscy mają odpowiednio dużo empatii, nie wszyscy mają odpowiednio dużo czasu, żeby porozmawiać, dotrzeć do chorego. Tymczasem dziś diagnoza daje duże szanse na wyleczenie. Pełne. Towarzyszę od lat kobietom na oddziałach onkologicznych, widzę pacjentki, które były w lęku, panice, łzach – a teraz są 10 czy 20 lat po chorobie i wspierają inne. Raka się leczy, zawsze jest szansa, ale nie wolno ulegać komuś, kto powie: „Na sto procent będziesz zdrowa”. W życiu, nie tylko w chorobie przecież, nic nie jest pewne na sto procent.

Kolejny etap to…
Etap depresji. To taki moment, który nazywam żałobą po sobie zdrowym. Wtedy kobieta wie już na pewno, że jest chora, że rak to kolejny etap w życiu i że nigdy nie pomyśli o sobie samej tak jak przed chorobą. Ta żałoba wymaga poukładania emocji, tego, żeby ją przeżyć, żeby tych emocji nie zagłuszać, tylko nazwać. Mówić o tym głośno. Ale, co jest ważne, żałoba po sobie zdrowej nie oznacza, że już zdrowa nie będę. Będę, ale o sobie i o swoim zdrowiu będę myśleć inaczej. Nie gorzej. Wielokrotnie dostrzegam, że pacjentki przewartościowują swoje życie, robią rodzaj analizy, czasem bardzo fajnej, bo uczą się, że teraz ja jestem ważna, moje pragnienia, marzenia, moje życie. Depresja, a może nie depresja, tylko smutek, lęk, obniżenie nastroju – to towarzysze diagnozy. I nie ma się czemu dziwić– choroba zagrażająca życiu to zawsze trauma. Często także leczenie – intensywne, toksyczne – jest traumą. Ale kobiety – te siłaczki – nie chcą się do depresji przyznać, nie chcą pokazać „słabości”, w dodatku słyszą, że trzeba myśleć pozytywnie, bo to pomaga pokonać raka. I często nikt nie widzi, co się dzieje. Personel medyczny nie zauważa, a rodzina nie dopuszcza myśli, że trzeba poprosić o pomoc psychologa czy psychoonkologa. Niektórzy wciąż jeszcze uważają, że to niepotrzebne, że to znak słabości albo choroby psychicznej, a przecież ja mam raka, ale nie jestem wariatką. Ludzie boją się, że jeśli trzeba będzie walczyć nie tylko z rakiem, lecz także z depresją – to już na pewno nie dadzą sobie rady. Ale przy znakach obniżenia nastroju, braku apetytu, kłopotach ze snem zwróćmy się do specjalisty.

Ale etap depresji nie jest chyba ostatnim?
Na końcu jest etap akceptacji. Choć ja nie lubię słowa „akceptacja”, bo nie ma przecież osoby, która gdzieś głęboko akceptuje chorobę. Chodzi o to, by potrafić przyjąć rolę pacjenta i być gotowym do rozpoczęcia pracy – tak, bo leczenie onkologiczne to konkretna, ustrukturalizowana praca, którą trzeba na siebie wziąć. I mieć gotowość, żeby prosić o pomoc i ją przyjmować. A moje pacjentki to często zosie samosie, które są dzielne i to one przecież dają, pomagają, zajmują się. Proszenia o pomoc i jej przyjmowania trzeba się nauczyć. To ważna lekcja konieczna do odrobienia.

Jeśli leczenie raka zaczyna się zaraz, jeśli wszystko dzieje się szybko, operacja już jutro, potem chemia i nie ma czasu na przejście kolejnych etapów – co się wtedy dzieje?
Rzadko zdarza się, żeby wszystko działo się błyskawicznie. Najpierw jest etap podejrzenia choroby, diagnostyki, oczekiwania – to czekanie jest bardzo destrukcyjne i obciążające. Kiedy zaczyna się leczenie, przychodzi rodzaj ulgi. Bo leczenie to działanie, a kiedy działamy, czujemy się bezpieczniej. Czas trwania każdego z tych etapów u każdego jest inny. Choć spotykam osoby, które na cały okres leczenia uzbrajają się w postawę zadaniowca. Myślą tylko o kolejnych punktach na liście: operacja, chemia, kontrole, badania – idą od punktu do punktu i skupiają się tylko na tym. Ale po zakończeniu leczenia na ogół następuje odmrożenie emocji. Pojawiają się te wszystkie etapy, którym nie daliśmy szansy na zaistnienie. I atakują ze zdwojoną siłą. A to przecież taki moment, kiedy miało być dobrze, kiedy mieliśmy odetchnąć, bo leczenie się skończyło – a właśnie nic z tego, przerabiamy je po kolei…

Trudno przechodzić przez taką chorobę jak rak samotnie czy samodzielnie. Pewnie zna pani pacjentki, które nie chcą o pomoc prosić, bo albo nie potrafią, albo nie chcą „obciążać innych”, ale chyba jednak coraz częściej umiemy o pomoc prosić?
Tak, to się na szczęście zmienia. Bardzo poprawiło sytuację pojawienie się organizacji pacjenckich. Działają, nagłaśniają historie, przypadki, oferują wsparcie. Nawet w pandemii się nie rozsypały, działały online. Cieszę się z tego, bo ciągle widzę samotność w chorobie. No i zawsze jestem szczęśliwa, kiedy przychodzą do mnie pacjenci z rodzinami.

Zachęca pani do tego?
Bardzo, bo choroba dotyka całą rodzinę. Innego wsparcia potrzebuje pacjentka, innego jej partner czy dzieci, czasem rodzina jest kompletnie zagubiona, nie wie, co to znaczy być dobrym wsparciem, co robić, co mówić, a czego nie.

W pewnym sensie choremu jest łatwiej, bo on ma konkretną pracę do wykonania – leczenie. A rodzina tej pracy nie ma i nie bardzo wie, co dalej.
Nie wie, jest bezradna. Samo słowo „rak” paraliżuje. Choroba jest testem dla związku, dla rodziny. Albo ją scala, albo uwypukla te trudności, które już gdzieś tam się rysowały. Pamiętajmy, że obie strony się boją. Ten lęk jest jeszcze podbity brakiem wiedzy – bo co wiemy o raku, dopóki nas nie dotknie? Wyobraźnia więc pewne rzeczy wyolbrzymia, straszy nas, karmimy się opowieściami innych, nie zawsze pozytywnymi, przypominamy sobie filmy, nie zawsze te z happy endem… Na przykład rak piersi to choroba podwójnie trudna, bo nie dość, że zagraża życiu, to dotyka kobiecości. Choć muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o to ostatnie – widzę zmiany na plus. Coraz częściej kobiety gdzie indziej lokują swoje poczucie kobiecości, samoakceptacji, seksualności, własnej wartości, szukają głębiej, tak więc groźba utraty piersi już tak nie straszy. Zresztą coraz więcej mamy operacji rekonstrukcyjnych, więc można to odwrócić. Ale związek jest, jak to mówię, uszczypnięty rakiem. I kobieta, i mężczyzna stają przed gigantycznym zadaniem, żeby się w tym odnaleźć. Choroba uwypukla to, co już wcześniej nie grało. I nagle okazuje się, że zmagamy się nie tylko z rakiem, lecz także z całą masą innych problemów. Czasem problemy ciągną się przez lata, ale „jakoś jest”, a kiedy przychodzi rak, okazuje się, że już jakoś nie jest, że jest źle. Mam pacjentki, które wtedy mówią: „Trudno, trzeba to skończyć”. Czasem partner nie wytrzymuje napięcia, poczucia odpowiedzialności i ucieka. Choroba uwypukla lęk przed śmiercią. A żyjemy w czasach, kiedy wszyscy są młodzi, piękni i bogaci, bo tak wyglądają na Instagramie czy Facebooku. Choroba nas nie dotyczy. A tu nagle okazuje się, że dotyczy. I choroba, i śmierć. Niektórzy uciekają, żeby takiej sfery nie dotykać, bo się jej panicznie boją. Ale jeśli przed chorobą związek był dobry, to w chorobie tylko się umacnia.

Jak dawać sobie nawzajem wsparcie?
Za dużo zastanawiamy się, jacy powinniśmy być. Szukamy recept. Regułki, która zawsze się sprawdzi. Tyle że takiej regułki nie ma. Najważniejsze to być. Razem, obok. A to może się udać tylko wtedy, kiedy obie strony będą mówić o uczuciach. Nie można zostawiać przestrzeni na niemówienie, niedopowiedzenie, na myślenie: „A on to powinien wiedzieć, powinien się domyślić, jeśli mnie kocha”. A skąd on ma to wiedzieć?

Czyli mówić i o lęku, i o potrzebach?
Tak, rozmawiać ze sobą. Na tematy trudne też. Często kobiety przychodzą do mnie i mówią: „Wie pani, ja się boję, że umrę. I pomogłoby mi, gdybyśmy mogli pogadać o tym, jaki bym chciała mieć pogrzeb”. Ale jak zaczynam, słyszę: „Nie, o tym nie będziemy rozmawiali!”. Czyli nie dajemy przestrzeni lękowi. Ale on przez to nie znika, wręcz przeciwnie, rośnie. Czasem największym wsparciem jest siedzieć obok w milczeniu. Czasem ocierać łzy. Nie bać się łez! Płakać można i trzeba, to wcale nie jest wyraz poddania się czy słabości.

Tu pewnie działa ten mechanizm: nie chcę cię obciążać…
Tak, ale każde ma ten lęk na plecach, każde ucieka z nim w swoją stronę, chowa się. Nie zauważają, jak wyrasta między nimi mur. Gigantyczny, taki, którego nie sposób przebić. Lęk należy rozbroić, zbliżając się do niego, im bardziej czujesz, że męczy i dusi, tym mocniej musisz to wykrzyczeć, tym wyraźniej nazwać. A kiedy mur urośnie, to chora idzie w jedną stronę, jej partner w drugą. Ale od razu chcę powiedzieć, że ważne jest też, by nie zawiesić się na sobie wzajemnie. Zarówno jedna, jak i druga strona musi mieć swoją przestrzeń, swój świat. Nie można też żyć tylko chorobą. Musi być miejsce na luz, na odpoczynek, na radość, na pasję. Musi się pojawić normalność. Są takie myśli i emocje, którymi chcemy się podzielić, ale niekoniecznie z partnerem, i nic w tym złego.

Razem z chorobą zmienia się myślenie o sobie, o życiu. Czasem słychać głosy: „Choroba była doświadczeniem ekstremalnie trudnym, ale dała mi coś dobrego”. Brzmi dziwnie?
Każdy z nas wpada w życiu w pewien rytm. Różne rzeczy ciągniemy, działamy, jesteśmy zmęczeni, wiemy o tym, ale myślimy: „Sobą zajmę się później, najpierw dziecko, mąż, kredyt, praca”. I nagle bach, rak. Wszystko wywrócone do góry nogami. I kiedy ta rozpędzona maszyna naszego życia się zatrzymuje, można skupić się na sobie. Na leczeniu, na drodze do zdrowia. I pojawia się pytanie: skoro mam na drodze ten znak STOP, to co ja z tego mogę wyciągnąć, co zrozumieć? I czasem dochodzimy do ważnych wniosków. Że na przykład wykonuję pracę, która mnie w jakiś sposób niszczy. Że mój związek nie jest dobry. Że ja sama nie byłam dla siebie dobra, czuła, troskliwa. Że odsuwałam nieprzyjemne myśli, zamiast się z nimi skonfrontować. I zaczynamy myśleć o życiu. W obliczu tego, że możemy je utracić, widzimy je inaczej. Doceniamy. Chcemy się nim cieszyć. I nie zawsze chodzi o plany na „po raku”. Zaczynamy żyć pełniej właśnie w chorobie. Te zmiany to także bardziej świadome podejście do zdrowia, do diety, do odpoczynku, do aktywności fizycznej. Uważności na sygnały, które wysyła nam ciało. Dokonywanie lepszych wyborów. Widzę to codziennie u pacjentów. Wiem, że to może zabrzmieć jak absurd, ale niektóre pacjentki po leczeniu mówią, że czują się wolne. Uświadomiły sobie, że dały radę, nabierają odwagi, są silniejsze. I robią rewolucję. Zmieniają zawód, męża, jadą w podróż, budują nową tożsamość. Nie boją się mówić o swoich potrzebach, uczą się zdrowego egoizmu. To oczywiście nie dzieje się ot tak, w pięć minut. To proces, czasem długi, bo i leczenie bywa długie. Ale zdarza mi się słyszeć: „Dziękuję za raka, on mnie obudził”. W psychologii nazywamy to wzrostem posttraumatycznym. Trauma, którą jest choroba, daje odbicie do działania i zmiany.

Kryzys naszą szansą?
Tak, choć jestem przeciwniczką twierdzenia, że kryzys zawsze coś daje. Daje wtedy, kiedy wykona się ciężką pracę. Czasem jest to wejście w proces terapeutyczny, czasem w grupy wsparcia, czasem w duchowość. Są różne drogi. Każda dobra.

Adrianna Sobol psychoonkolog, wykładowca Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Członek zarządu Fundacji „OnkoCafe – Razem Lepiej”, współautorka książki „Oswoić raka. Inspirujące historie i przewodnik po emocjach”.

  1. Zdrowie

Choroby tarczycy najczęściej występują u kobiet. Jak można im zapobiegać?

Szacuje się, że co piąty Polak ma jakieś problemy z tarczycą, z czego większość przypadków stanowią kobiety. (Fot. Getty Images)
Szacuje się, że co piąty Polak ma jakieś problemy z tarczycą, z czego większość przypadków stanowią kobiety. (Fot. Getty Images)
Według badań opublikowanych przez National Institutes of Health Autoimmune Diseases Coordinating Committee (Komitet Koordynacyjny Chorób Autoimmunologicznych Narodowego Instytutu Zdrowia) choroby autoimmunologiczne dotykają blisko 5% populacji krajów zachodnich,  z czego prawie 80% pacjentów stanowią kobiety. Do najbardziej rozpowszechnionych schorzeń tego typu zalicza się choroby tarczycy.

Częstość pojawiania się u kobiet autoimmunizacyjnego zapalenia tarczycy z niedoczynnością wynosi 350 przypadków na 100 tys. osób rocznie, natomiast u mężczyzn – 80 przypadków na 100 tys. osób rocznie; z kolei zapalenie tarczycy z nadczynnością stanowi u kobiet 80 przypadków na 100 tys. osób rocznie, a u mężczyzn 8 przypadków na 100 tys. osób rocznie.

Podobna dysproporcja dotyczy też Polski. Kobiety w Polsce zapadają na choroby tarczycy dziewięć razy częściej niż mężczyźni. Dlaczego tak się dzieje? - Tak do końca nie wiadomo. Kobiety podlegają znacznie większym wpływom hormonalnym niż mężczyźni, i pewnie ma to jakieś znaczenie. Bardzo istotna jest nie tylko płeć, ale i wiek, ekspozycja na tło promieniowania jonizującego, które w ostatnich latach znacząco się zwiększyło. Coraz więcej interwencji medycznych wiąże się z promieniowaniem jonizującym. Rozpowszechnienie tomografii komputerowej, katastrofa w Czarnobylu czy też niedobór jodu niewątpliwie oddziałują na polską populację. Trzeba przy tym zaznaczyć, że jedno badanie tomograficzne rocznie jest dla pacjenta całkowicie bezpieczne. – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Marcin Barczyński, z-ca kierownika Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej z Onkologią w Szpitalu Miejskim Specjalistycznym im. G. Narutowicza w Krakowie, Prezes Polskiego Klubu Chirurgii Endokrynologicznej.

Wpływ hormonów płciowych na funkcjonowanie układu immunologicznego podaje się jako jedną z głównych przyczyn częstej zachorowalności u kobiet. Gdy układ immunologiczny błędnie rozpoznaje komórki tarczycowe jako obce, zaczyna je atakować za pomocą autoprzeciwciał. W efekcie dochodzi do nadczynności tarczycy (choroba Gravesa-Basedowa) lub niedoczynności (choroba Hashimoto, która atakuje najczęściej kobiety w wieku 30 – 50 lat).

Jednak nie tylko Hashimoto jest problemem, z którym boryka się wiele Polek. W Polsce coraz częściej diagnozuje się nowotwory tarczycy.

- Rak tarczycy jest obecnie na szóstym miejscu, jeśli chodzi o częstość występowania u kobiet i stanowi już 4% wszystkich nowotworów złośliwych rozpoznawanych w Polsce w ciągu roku u kobiet (u mężczyzn jest poza pierwszą dziesiątką)… – podaje prof. Barczyński. Zaznacza również, że kwestia świadomości związanej z chorobami tarczycy pozostawia wiele do życzenia. Wiele osób dba o siebie i promuje zdrowy styl życia, jednak duża liczba chorych doprowadza do dużych guzowatych rozrostów w tarczycy, co uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Tarczyca, gdy choruje nie boli i długo nie daje o sobie znać. Jednak jej praca ma znaczący wpływ na cały organizm. Hormony tarczycy regulują m.in. metabolizm i termostatykę organizmu. Dlatego warto być czujnym i w porę się przebadać. Jakie objawy powinny nas zaniepokoić? – Są dwie grupy takich objawów: wynikające ze zmienionej czynności tarczycy oraz ze zmian ogniskowych. Niedoczynności tarczycy towarzyszy spowolnienie, ospałość, brak napędu do pracy, niechęć. Pewnie wszyscy doświadczamy tego w sezonie jesienno-zimowym. Na drugim biegunie są objawy nadczynności tarczycy: nadmiar energii, pobudzenie, tachykardia, zaburzenia rytmu serca, zwłaszcza u osób starszych. – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Marcin Barczyński – Jeśli chodzi o diagnostykę zmian ogniskowych, to podstawą jest badanie ultrasonograficzne, które pozwala ocenić cechy fenotypowe guza. Zmiana, która budzi niepokój jest hypoechogeniczna, ma nieregularne granice, posiada mikrozwapnienia. Zmiany, które niosą większe ryzyko nowotworu złośliwego ocenia się metodą biopsji aspiracyjnej cienkoigłowej. Ocena cytologiczna materiału w wielu wypadkach pozwala ustalić rozpoznanie, co z kolei pomaga w zakwalifikowaniu pacjenta do ewentualnego zabiegu operacyjnego.

Warto też mieć na uwadze, że w przypadku chorób tarczycy istnieją schorzenia towarzyszące (co może być wynikiem sąsiadujących ze sobą genów) – takim częstym zestawieniem jest Hashimoto i insulinooporność . Otyłość (z którą związany jest problem insulinooporności) podaje się zresztą jako jeden z głównych powodów wzrostowej tendencji zachorowań na raka tarczycy. – Trzeba pamiętać, że tkanka tłuszczowa stanowi rezerwuar dla toksyn, rozpuszczalnych w tłuszczach, które mają potencjał uszkadzania DNA komórek. – podkreśla prof. Barczyński.

Innymi czynnikami, oprócz otyłości, zwiększającymi ryzyko rozwoju chorób tarczycy są:

  • stres, który osłabia znacznie układ immunologiczny
  • większa ekspozycja na promieniowanie jonizujące (częstsze badania RTG)
  • używki
  • toksyny środowiskowe (w tym smog)
  • niedobór lub nadmiar jodu
Zdaniem profesora należy jeszcze wskazać składniki odżywcze, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania tarczycy. Oprócz jodu eksperci wymieniają: żelazo, cynk, selen, witaminy z grupy B, a także witaminy C i D. Dlatego powinniśmy zadbać o ich odpowiednią ilość w codziennej diecie.

Źródła:

  1. Wywiad z prof. dr hab. n. med. Marcinem Barczyńskim „Operacja tarczycy bez blizn? To już możliwe” w ramach przeprowadzenia pierwszej w Polsce (i drugiej na świecie)operacji usunięcia tarczycy z wykorzystaniem najnowszego neuromonitorgu Nim Vital, pozwalającego na monitorowanie nerwów krtani i strun głosowych podczas zabiegu usuwania
  2. Autoprzeciwciała.info

  1. Psychologia

Wystartował bezpłatny cykl warsztatów online wspierający odporność psychiczną

Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Przy takich chorobach jak nowotwór psychika również potrzebuje profesjonalnego wsparcia. (fot. iStock)
Chorzy na raka mierzą się nie tylko z długo trwającą i często bolesną terapią, muszą też stawić czoła lękom, rozpaczy, wątpliwościom, czy uda im się wyzdrowieć. Chorobę interpretują jako wyrok. Dla ich bliskich jest to również bardzo trudny emocjonalnie czas.

Diagnoza jest dla większości pacjentów tak dużym stresem, że często utrudnia im normalne funkcjonowanie. Niektórzy zaczynają wątpić w sens życia i tracą wiarę, że terapia przyniesie pozytywne skutki. Strach przenosi się na całą rodzinę. Dlatego właśnie, w tych ciężkich chwilach, warto korzystać z pomocy psychologa i wsparcia innych specjalistów – wsparcia, które pomoże wyrwać się z natłoku czarnych myśli, wyciszyć emocje i obniżyć stres utrudniający leczenie.

„Zdrowiej” to cykl warsztatów online wspierających radzenie sobie ze stresem dla osób w trakcie leczenia onkologicznego i ich bliskich.

Celem cotygodniowych spotkań jest pomoc w złagodzeniu psychicznych i fizycznych objawów związanych z przebiegiem choroby nowotworowej. Jak podkreśla Elżbieta Kozik, prezes Ruchu Społecznego Polskie Amazonki: „Prowadzone przez nas spotkania online są źródłem inspiracji i wsparciem dla pacjentów i ich bliskich w całej Polsce, którzy czują silny stres i chcą lepiej sobie z tym stresem radzić. Obecna sytuacja może być szczególnie wymagająca dla osób w trakcie leczenia onkologicznego, które już wcześniej doświadczały przecież dużo stresu. Przekazujemy konkretną wiedzę i ćwiczenia, które praktycznie pokazują jak wzmacniać się na co dzień. Co tydzień zajmujemy się innym tematem, zapraszamy serdecznie”.

Specjaliści, którzy prowadzą warsztaty, opierają się na takich metodach jak mindfullness, czy coaching kryzysowy, który jest pomocny przy bardzo silnych emocjach, gdy chory przestaje radzić sobie z kryzysem.

- Mindfulness czyli metoda rozwijania uważności poprzez medytację od wielu lat praktykowana jest jako uzupełnienie leczenia szpitalnego i w wielu krajach jest refundowana przez system ochrony zdrowia. Badania naukowe pokazują, że praktyka uważności prowadzi do łagodzenia objawów, zarówno psychicznych i fizycznych związanych z leczeniem chorób onkologicznych, takich jak ból, stres, zmęczenie. Poprawia jakość życia, optymalizuje układ odpornościowy oraz poprawia nastrój” – mówi Magdalena Knefel, członek zarządu PARS Polskie Amazonki Ruch Społeczny oraz współprowadząca warsztaty.

Cykl warsztatów rozpoczął się 29 września. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Aby w nich uczestniczyć należy wypełnić formularz.

Program kolejnych spotkań:

  • 6.10. - jak radzić sobie z emocjami i oswajać te, które są nieprzyjemne?
  • 13.10. – jak radzić sobie z myślami, kształtować wspierające przekonania oraz znaleźć sposób na zamartwianie?
  • 20.10. - jak pomagać sobie kiedy dopada kryzys?
  • 27.10.- jak radzić sobie ze stresem?
  • 3.11. – jak skutecznie komunikować się z bliskimi?
  • 10.11.- jak wspierać i uzyskać wsparcie, którego potrzebujesz?
  • 17.11. – jak zaprosić do życia więcej wdzięczności i przyjemności?

Więcej informacji na stronie www.ruchspoleczny.org.pl

Polskie Amazonki Ruch Społeczny to organizacja pożytku publicznego, której celem jest wywarcie pozytywnego wpływu na standard diagnostyki, leczenia i rehabilitacji wszystkich rodzajów nowotworów. Stowarzyszenie inicjuje i wspiera akcje profilaktyczne i edukacyjne związane z rakiem piersi, tarczycy, płuc, skóry, jajnika, wątroby oraz nerek.

  1. Zdrowie

Rak piersi: mamy skuteczne terapie. Rozmowa z onkologiem klinicznym dr. Tomaszem Sarosiekiem

Pacjentki mają teraz dużo większe szanse na całkowite wyleczenie, także przy zaawansowanych postaciach raka. (Fot. Getty Images)
Pacjentki mają teraz dużo większe szanse na całkowite wyleczenie, także przy zaawansowanych postaciach raka. (Fot. Getty Images)
Październik jest miesiącem profilaktyki raka piersi. To choroba, którą można leczyć. Jest tylko jeden warunek: jak najwcześniejsze jej wykrycie. – Jeśli dostajemy zaproszenie na badania przesiewowe, nie wyrzucajmy go do kosza. Także i dziś, podczas pandemii. Większym zagrożeniem jest zbyt późne wykrycie choroby niż ryzyko związane z pójściem do przychodni czy szpitala na mammografię – mówi onkolog kliniczny dr Tomasz Sarosiek.

Czy od marca, od lockdownu związanego z pandemią, zmniejszyła się w widoczny sposób liczba kobiet, które robią sobie badania profilaktyczne? Nie mam danych statystycznych, ale mogę opowiedzieć o moich obserwacjach. Widzę, że zwiększył się stopień zaawansowania tych raków piersi, które do mnie docierają. I wydłużył się czas od podejrzenia choroby do wizyty u onkologa. Kiedyś przychodziło więcej pacjentek w pierwszych stadiach, dziś widzę duże guzy z przerzutami do węzłów chłonnych.

Czyli przez te parę miesięcy kobiety nie szły na badania? To pewnie jedno. Drugie – że diagnostyka trwa dłużej, dłużej czeka się na wizyty, na badania. Pacjentki mówią, że często miały przekładane i badania, i wizyty. Najgorzej z zapisami do lekarza rodzinnego, a często panie z nim najpierw chcą się skonsultować, czekają, a potem okazuje się, że to tylko telekonsultacja.

A ta w przypadku raka piersi nie zdaje egzaminu. Nie, lekarz musi dotknąć. Była poprawa w czerwcu, lipcu, dziś znowu widzę, że jest gorzej. Teraz, we wrześniu, przychodzą pacjentki, które pierwsze objawy miały w maju.

I to już jest problem? Tak, najczęściej wtedy guz ma już powyżej dwóch centymetrów, zajęte są węzły chłonne. Przed pandemią było u mnie dużo pacjentek z wczesnym rakiem piersi odkrytym w ramach badań screeningowych. Czyli kobieta robiła mammografię, wychodziło coś nieprawidłowego, kierowano ją na dalszą diagnostykę, wykrywano raka, który miał półtora, jeden centymetr, czasem mniej. Teraz takich pacjentek przychodzi do mnie zdecydowanie mniej, bo, jak myślę, spadła liczba pań wykonujących badania profilaktyczne. Natomiast zwiększyła się – ale to oczywiście tylko moja obserwacja, nie wiem, czy ma odzwierciedlenie w danych – liczba pacjentek, które same sobie odkryły guzek. Wydaje mi się więc, że spadła liczba pań robiących mammografię profilaktyczną. A te przypadki, kiedy pacjentka sama sobie wykrywa guzek przez badanie palpacyjne to na ogół sytuacje, kiedy nowotwór jest już bardziej zaawansowany.

Ale zaproszenia na mammografie screeningowe są wysyłane, niedawno sama takie dostałam. Tak, tylko pytanie, ile osób na to zaproszenie odpowiada. Może kobiety uważają, że teraz, kiedy jest pandemia, takie badanie nie jest najważniejsze, że to może poczekać. Nie stanowi dla nich priorytetu.

A pan jako onkolog mówi: badać się, nie czekać? Zdecydowanie tak. Rozumiem, że są osoby, które boją się koronawirusa. Ale te same osoby na ogół wychodzą do sklepu, na pocztę, do kościoła. Tam są co najmniej tak samo narażone – a pewnie nawet bardziej, bo w przychodni czy szpitalu wszyscy są w maseczkach, w sklepie – nie zawsze.

Czy w ostatnich latach zaszły zmiany w leczeniu raka piersi? Tak, i są to zmiany korzystne. Od 2015 roku ruszyło dopisywanie nowych leków do programów lekowych. Wcześniej przez wiele lat mieliśmy zastój. Były tylko dwa leki celowane przy leczeniu raka piersi, trastuzumab i lapatynib, program się nie zmieniał. Potem został dopisany pertuzumab, potem trastuzumab emtansine, pojawiły się dwa  inhibitory kinaz zależnych od cyklin (CDK) 4 i 6, tzw. cykliby – rybocyklib i palbocyklib, teraz we wrześniu doszedł abemacyklib, dodatkowo zwiększyła się dostępność tych leków, bo doszły nowe wskazania, w których są one refundowane. To duży krok naprzód.

Czyli nie musimy mieć kompleksów względem Zachodu, jeśli chodzi o najlepsze metody leczenia? Nie, teraz wszystkie leki celowane stosowane w leczeniu raka piersi są w Polsce dostępne – no, może poza olaparibem stosowanym przy nowotworach z wadliwą mutacją genu BRCA1 i BRCA2 oraz atezolizumabem w leczeniu zaawansowanego raka tzw. potrójnie ujemnego. Można powiedzieć, że w 90 procentach to, co najlepsze na świecie, mają i polskie pacjentki.

Jak to zmienia skuteczność leczenia? Pacjentki mają teraz dużo większe szanse na całkowite wyleczenie, także przy zaawansowanych postaciach raka. Jeśli chodzi o leczenie raka z przerzutami, są dłuższe mediany tzw. przeżycia bez progresji choroby (ponad dwa lata) u chorych, które mogą otrzymywać hormonoterapię i cykliby – w porównaniu do dawnej sytuacji, kiedy mieliśmy dla nich tylko hormonoterapię (leczenie działało ok. 14 miesięcy). Więc nowa terapia działa średnio 10 miesięcy dłużej niż dotychczasowa, a przecież po jej zakończeniu są jeszcze dostępne kolejne linie leczenia. Warto było o to walczyć. Jeśli pacjentka ma odpowiedni typ raka z receptorem estrogenowym, to nawet przy chorobie zaawansowanej można mówić o szansach na przeżycie kilkuletnie.

Mówi pan o odpowiednim typie raka. A jakie są właściwie te typy? Mamy trzy główne typy. HER2 dodatni, potrójnie ujemny i rak luminalny A i B. Rak luminalny to taki, który ma dodatni  receptor estrogenowy, najczęściej też receptor progesteronowy, czyli jest wrażliwy na leki hormonalne i ma z reguły mniej agresywny przebieg.

Typ HER2 dodatni – z nadekspresją białka powierzchniowego HER2, to białko z rodziny receptorów naskórkowego czynnika wzrostu, jeśli jest go za dużo, komórki są silnie stymulowane do podziałów, dzielą się szybciej, rak jest bardziej agresywny.

Trzeci typ ma ujemne wszystkie receptory: estrogenowy, progesteronowy i HER2 – to potrójnie ujemny rak piersi. Jest najtrudniejszy w leczeniu i najbardziej agresywny, częściej występuje u młodych kobiet i u nosicielek mutacji w genach BRCA1 i BRCA2. Z reguły najpierw podaje się chemię, operacja jest później.

Na każdy typ choroby jest skuteczne leczenie. Oczywiście pod warunkiem, że trafimy do dobrego ośrodka onkologicznego, który ma dostęp do tych programów lekowych. Bo nie jest niestety tak, że każdy ośrodek onkologiczny w Polsce ma podpisaną umowę i leczy tymi lekami. Pacjentki powinny więc, o ile to możliwe, wybierać większe ośrodki.

Czyli te w dużych miastach? Tak. Nawet jeśli te ośrodki są oblężone, jeśli trudno się tam dostać, to warto o to powalczyć. Pamiętajmy też, że jest w Polsce coś takiego jak wykluczenie komunikacyjne. Wiele małych wiosek nie ma połączenia z dużymi miastami. Jeśli nawet ktoś mieszka stosunkowo niedaleko, powiedzmy 100 km od Warszawy, ale w małej miejscowości – a sporo pacjentek z rakiem piersi jest w wieku 60, 70 lat, nie ma prawa jazdy i samochodu – to jest kłopot z przyjeżdżaniem na leczenie. Widzę to na co dzień. Wiele pacjentek mówi: doktorze, błagam o wypis, za pół godziny mam ostatni autobus, jeśli nie zdążę, nie będę mieć jak dostać się do domu. Takich pacjentek na chemii dziennej mam naprawdę sporo. Często tego nie widzimy, ale to realny problem.

Jeśli pacjentka ma kłopot z dojeżdżaniem na leczenie, to pewnie ma też kłopot i wcześniej – z dotarciem na badania: mammografię czy USG. Tak, i w rezultacie trafia do nas późno. Czasem za późno. Najczęściej wtedy, kiedy sama wykryje sobie guzek, a wtedy on jest już spory – ponad dwucentymetrowy.

A to dużo? Na dzisiejsze czasy i standardy to dużo. A jeśli jeszcze jest to rak z ryzykownym typem biologicznym, jak HER2 dodatni czy potrójnie ujemny, to kilkucentymetrowy guz z reguły oznacza przerzuty do węzłów chłonnych, u części pacjentek mogą już występować przerzuty odległe. Mniejszy problem jest wtedy, gdy mamy do czynienia z rakiem luminalnym typu A. Trzeba pamiętać, jak ważna jest wczesna diagnostyka. To często naprawdę kluczowe. Rozsiane, zaawansowane nowotwory często widzimy u pań ze wsi czy małych miejscowości, powtarzamy więc do znudzenia: trzeba się badać.

Ale  rak wcześnie wykryty dobrze rokuje? Tak, medycyna sobie z tym radzi w 90 procentach. Najlepsze rokowanie jest, kiedy rak wykryty zostanie podczas badań przesiewowych. Jeszcze jedna ważna sprawa: jeśli po badaniu pacjentka dostaje skierowanie na pogłębioną diagnostykę, nie potrzebuje już żadnego skierowania. Może od razu zapisać się do ośrodka diagnostycznego, tam zostanie przyjęta i odpowiednio pokierowana. Często kobiety, które nie dostają precyzyjnej informacji, jak mają postępować dalej, zapisują się do onkologa, czekają na wizytę dwa miesiące i tracą cenny zawsze w przypadku raka czas.

W tej chwili główną barierą zaczyna być brak lekarzy, a nie finansowanie drogich terapii. Lekarze są przepracowani, bo coraz nas mniej. Na wiosnę w województwie mazowieckim były przyznane 23 miejsca specjalizacyjne na onkologii klinicznej. Zgłosiła się… jedna osoba. Lekarze nie chcą być onkologami, to trudne, obciążające, ryzykowne. Wybierają inne specjalizacje. Nasze środowisko się starzeje. I społeczeństwo się starzeje. Im bardziej, tym więcej będzie chorych na nowotwory. Jeśli nie zacznie się napływ świeżych kadr, będziemy mieli problem. Ja mam już prawie 50 lat i jestem uważany za młodego onkologa…

Jak wygląda dziś proces leczenia? Czy chorą zajmuje się jeden lekarz? Nie, działa cały zespół. Najpierw pacjentka trafia do onkologa lub chirurga, ma zakładaną zieloną kartę DILO albo już z nią przychodzi. Po diagnostyce jest konsylium, zawsze z udziałem onkologa, chirurga i radioterapeuty. Ustalamy wtedy tryb leczenia. Czy najpierw leczenie systemowe, jak chemioterapia przedoperacyjna, czy najpierw operacja, a leczenie systemowe jako uzupełniające. Czy potem potrzebna będzie radioterapia, czy nie. Kiedy pacjentka trafia na oddział, pracuje z nią też psycholog, a często i dietetyk. Po operacji włączają się rehabilitanci, bo po zabiegach na węzłach chłonnych, a nawet tylko po biopsji węzła wartowniczego ważne jest, żeby rękę rozćwiczyć, żeby nie było obrzęków, przykurczów i ograniczonej ruchomości kończyny.

Czy pacjentki boją się, że stracą pierś? Na pewno tak, często wymagają opieki psychologa przed i po operacji. Ale trzeba powiedzieć, że dziś większość operacji to operacje oszczędzające. Z drugiej strony jest grupa kobiet z rakiem kwalifikującym do operacji oszczędzającej, które nie chcą piersi zachować. Niektóre proszą wręcz o usunięcie obu piersi. Tłumaczymy, że nie ma konieczności, że najpierw warto zrobić badania genetyczne sprawdzające, czy mamy do czynienia z patogenną mutacją genu BRCA, ale nie słuchają. Miałem pacjentki bez obciążeń genetycznych, proponowałem operację oszczędzającą, a one szły się zoperować w innym ośrodku i wracały po obustronnej mastektomii. Tak silny był w nich strach.

Ale tak naprawdę wskazaniem do mastektomii – poza znacznym stopniem zaawansowania raka – jest wadliwa mutacja genów BRCA1 i BRCA2? Tak, i to w zasadzie jedyne wskazanie do profilaktycznego usunięcia obu piersi. Ale teraz można zrobić to tak, że jest to mastektomia podskórna – zostawia się skórę i brodawkę sutka, usuwa sam gruczoł i od razu wszczepia implanty.

Można to zrobić podczas jednej operacji? Nawet jeśli nie jest to mastektomia profilaktyczna, a wycięcie guza? Tak, i są ośrodki, które tak robią. Choć lepiej, by w przypadku raka było to poprzedzone leczeniem wstępnym, np. wstępną chemioterapią, żeby uzyskać czystość onkologiczną. Przy takiej podskórnej mastektomii trzeba też skonsultować się ze specjalistą radioterapii, bo pozostawiona część piersi może wciąż zawierać komórki nowotworowe, dobrze więc ją napromienić, żeby nie było potem wznowy w obrębie skory.

Czy patogenne mutacje genów BRCA1 i BRCA2 są w Polsce rzadkie? Tak, to ok. 0,5–1 procent wszystkich kobiet w Polsce i nawet 15 procent pacjentek z rozpoznanym rakiem piersi.  Takie na razie mamy dane. Ale moim zdaniem te liczby mogą wzrosnąć, bo coraz więcej wykonuje się badań genetycznych. To trochę tak jak z koronawirusem – im więcej robimy testów, tym więcej odkrywamy przypadków. Jest program badań genetycznych Warsaw Genomics – badamygeny.pl. Każdy może się zarejestrować, opłacić (to koszt od ok. 700-1000 zł) – i dostanie do domu zestaw do samodzielnego pobrania materiału (wymaz z policzka). Odsyłamy i w ciągu dwóch miesięcy przychodzi wynik. Bada się tam 70 różnych genów pod kątem nowotworów dziedzicznych. Moim zdaniem warto te badania zrobić. Jeśli mamy wiedzę, możemy skuteczniej zapobiegać chorobom i z nimi walczyć.

Dr n. med. Tomasz Sarosiek jest onkologiem klinicznym, Zastępcą Dyrektora Medycznego ds. Nauki i Szkoleń w spółce Magodent.