1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Menopauza – zwierciadło naszego życia

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia?
Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany?
Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa.
Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja?
Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc?
Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)?
Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”.
Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze?
Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka?
Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją?
Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek?
Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy…
To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Przekonania o „brudnej” fizjologii blokują nasze ciało i seksualność

Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Wszystko, co wiąże się z fizjologią, często nas zawstydza i zamyka na seksualne doznania (fot. iStock)
Doświadczmy uwalniającej siły „brudnej zabawy”. Aby poczuć w seksie przypływ radości i swobody, musimy na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów – zachęca Olga Haller, psychoterapeutka.

Składamy się nie tylko z czystej duszy, ale też z wydzielin i zapachów nie zawsze miłych, dlatego na wszelki wypadek wszystko maskujemy. I okropnie się boimy, że coś się ujawni i nas skompromituje. Łatwo o to przy seksie, kiedy obnażamy się i tracimy kontrolę. No tak, seks to nieuchronnie też fizjologia: rumieńce, poty, wydzieliny z genitaliów i charakterystyczne zapachy, odgłosy. Jak tu się cieszyć ciałem swoim i partnera, gdy te zwykłe przejawy cielesności budzą w nas wielki wstyd? Swoją drogą ciekawe, czy nawet jeśli odczuwamy podniecenie, smakując i wąchając, to na ile pozostajemy wolni od poczucia niestosowności czy grzechu. Na dodatek w naszej kulturze wszyscy potrzebujemy być bez względu na sytuację czyści i pachnący – coraz bardziej i bardziej! Wymóg ten dotyczy zwłaszcza kobiet. Czasami kiedy oglądam skierowane do kobiet reklamy środków czystości, zbiera mi się na wymioty. Czyste białe ubranka, różowe ciałka, zero naturalnych zapachów – trzeba je zlikwidować, zastąpić aromatem kwiatu albo lasu. Albo obraz miesiączki – w „zawsze bezpieczną i suchą” podpaskę wsiąka neutralny błękitny płyn… Nie wydalać, nie wydzielać – to jakiś terror sterylności. Unikać brudu, wyprać się ze wszystkiego, co żywe i ludzkie.

Pamiętam z lat szkolnych, kiedy na lekcji religii katechetka omawiała listę grzechów przeciwko czystości, powiedziała, że możemy grzeszyć wszystkimi zmysłami, także węchem. Gdy spytałam jak, usłyszałam, że dowiem się, jak będę starsza. To zafrapowało mnie, ale też poczułam niepokój, że wkraczam na jakiś grząski grunt, a mój zwykły, niewinny – jak mi się zdawało – nos może być grzesznym, paskudnym narzędziem.

Gdy coś, co jest bliskie i naturalne, zostaje objęte zakazami, zaczynają nami targać sprzeczne siły. I zakazany owoc kusi... To zawsze wstęp do kłopotów, jeśli jakaś bliska sfera pełna jest niedomówień, zakazów, nakazów i zaczyna nią rządzić lęk albo ignorancja. Wiele  razy doświadczyłam uwalniającej siły pozwolenia sobie na „brudną zabawę”. Grać w piłkę w deszczu, brodzić w błocie, taplać się w glinie, malować palcami, zakopać się w piasek po szyję, jeść makaron rękami, skoczyć w ciuchach do wody, iść spać bez mycia… W palcach czuć miękkie błotko, ciepły makaron, mieć sos na brodzie, zaschniętą farbę na skórze, mokre ciuchy, wodę w butach, śliskie od potu ciało. Kiedy angażujemy się w taką zabawę, przeszkadza myśl, że musimy być czyści. Nie odpędzimy myśli i nie pójdziemy na całość – nie poczujemy radości i swobody. I tak jest w dzieciństwie. Białe rajstopki mają być białe, sukienka cała, a ręce umyte, musimy się ciągle powstrzymywać. Czyli zdusić pęd do eksperymentowania, do zapomnienia się w zabawie. A dzieci to kochają.

Ile kobiet zna potem to uczucie ze swojej sypialni? Coś jest nie tak – pragniemy orgazmu, wypróbowujemy pilnie instrukcje poradników, bez powodzenia. To usztywnienie i zablokowanie ma źródła w zakazach dzieciństwa i staje się automatyczną reakcją ciała. Napięcia mięśni, kiedyś niezbędne, by powstrzymać „złe” impulsy i zyskać aprobatę rodziców, dziś stają się więzieniem dla energii seksualnej. Musimy więc na nowo porozumieć się ze swoim ciałem i zwolnić je z nadmiaru zakazów.

Szczególnie ważne jest dla kobiet odkrycie mięśni dna miednicy odpowiedzialnych za funkcje genitalne i wydalnicze. Trzy otwory ciała otoczone mięśniami tak blisko siebie: odbyt, cewka moczowa i pochwa, to części ciała tzw. wstydliwe, no i „brudne”. Czasami wolałybyśmy ich nie mieć, to dla wielu z nas symbol „kobiecego losu”: udręki miesiączki, bólu porodu, lęku przed ciążą. No i ten mocz i stolec, jakaś boska pomyłka. Znasz anegdotę o Petrarce, który zastał ukochaną Laurę w „przybytku” cierpiącą z powodu biegunki? Niepomiernie zdumiony zawołał: „To Laura też sra”?!

 
Znam wielki niepokój św. Augustyna, że poczynamy się między przewodem moczowym a odbytem. I jest jakaś przepaść między kreacją kobiet, przebraniami, perfumami a naszą fizjologią. Można nawet mówić o podwójności i zakłamaniu... Ta podwójność wyostrza się w okresie dojrzewania i tworzy dramat, który musi być jakoś zapisany w ciele. Zapisuje się w postaci zablokowania kontaktu psychofizycznego z tym podejrzanym obszarem, który ulega wykluczeniu. I tak jak w wykluczeniu społecznym traci swoje prawa, jest niesłuchany, ignorowany, a nawet prześladowany. Gromadzą się napięcia, mięśnie tracą elastyczność, narządy są gorzej ukrwione. Cała miednica, to centrum kobiecego ciała, czeka w każdej z nas na docenienie, rozluźnienie. Możemy w ten sposób zapobiec dolegliwościom, które trapią wiele kobiet i wydają się normą: zaparcia, wzdęcia, bolesne miesiączki, nietrzymanie moczu itp. I znowu farmaceuci obiecują nam superśrodki, które to zlikwidują. A przecież to wołanie naszych ciał! Wołanie o zmianę w traktowaniu naszej cielesności. Stan mięśni dna miednicy wpływa również na stawy biodrowe i kręgosłup – stamtąd też mogą pochodzić częste u kobiet chroniczne bóle głowy. Zauważ, kobieta wymawiająca się od seksu bólem głowy to odwieczny motyw dowcipów i domorosłego psychologizowania, w domyśle: winna jest ta oziębła żona, „one po prostu takie są”. A tymczasem w ten sposób działa także terror czystości – one takie są, skoro od wieków próbują sprostać sprzecznym oczekiwaniom.

Różnice między kobietami a mężczyznami w sferze przyzwolenia na fizjologię wydalania są widoczne gołym okiem, nawet przy drogach. Chłopaki mają swoje „świńskie zabawy” – zawody w sikaniu do celu, głośnym puszczaniu gazów czy bekaniu. Uważamy to za wulgarne, uczymy opanowania i słusznie, ale rozwojowo to ważny etap oswajania fizjologii naszych ciał i to w szerszym społecznym kontekście. Bo chłopcy z tym wszystkim są w gronie kumpli, a czyściutkie dziewczynki – same. Mężczyznom raczej nie zdarza się marzyć, by oddawanie moczu w toalecie odbywało się bezgłośnie, prawda? Mogę cię zapewnić, że kobietom, owszem; nie mówiąc już o innych odgłosach. A przy drogach?… Zwyczaj nieskrępowanego zatrzymywania się za potrzebą przy drodze powszechny wśród mężczyzn, choć może się nie podobać, jest dla wszystkich oczywisty. Wściekła kiedyś na tę nierówność, sama zmuszona do wytrzymania w podróży autem, zamarzyłam o przydrożnej manifie równościowej, w której co pół kilometra po obu stronach drogi kucałyby siusiające kobiety. Ciekawe, kiedy zjawiłaby się policja?

Nie chcę kucających kobiet przy drogach, jednak nie. Ale to niesprawiedliwe, że słynny posążek Siusiającego Chłopca w Brukseli musiał poczekać prawie pół wieku na siostrę – Siusiającą Dziewczynkę. Z ulgą przywitałam ten przejaw zmiany obyczajów. Chcę zachęcić kobiety do refleksji. Jak traktujesz swój brzuch, miednicę i wszystko, co tam się dzieje? Czy bardzo się wstydzisz potrzeb fizjologicznych? Jak zwykłaś o tym myśleć, mówić? Czy powstrzymujesz się w jakiś sposób, który przysparza ci cierpienia lub niewygody? Czy potrafisz odczuć, rozluźnić i napiąć mięśnie wokół zwieracza cewki moczowej, odbytu i pochwy, każdy oddzielnie? Czy lubisz swoje ciało razem z układem wydalniczym? Czy pozwalasz sobie na przyjemność poddania się procesowi wydalania, na odczucie ulgi? Czy znasz zapachy swojego ciała? Jak je traktujesz?

Pozwólmy sobie zobaczyć u siebie przejawy fizyczności i cieszyć się nią. Wyobraźmy sobie, że każda Laura – dziewczynka i kobieta – ma prawo puszczać bąki, robić kupę i siusiać, i co więcej, może to być słychać, widać i czuć. Coś mi się zdaje, że brzmi to jak herezja, i to w tekście do eleganckiego kobiecego czasopisma, a jednak jestem pewna, że to ważne, by naruszyć to tabu.

Pewnie już naruszyliśmy... Kultura to jednak też granice, przesunęły się bardzo ostatnio, ale muszą gdzieś być i warto o nie walczyć. Miłosna fascynacja to jakby wchodzenie sobie pod skórę. Niektórzy wchodzą tu i tam, choćby seks analny, który już nie jest uważany za perwersję, jeśli odbywa się za zgodą obu stron. A co z miesiączką? Niektórym facetom ona nie przeszkadza, innych przeraża i paraliżuje... Granice tego, co dopuszczalne w seksie, są coraz szersze i do nas należy decyzja, jak daleko pójdziemy. Nikt nikomu nie może tego dyktować ani oceniać, właściwe to czy nie. Jak wiadomo, od strony medycznej miesiączka nie jest przeciwwskazaniem do współżycia – wszystko zależy od chęci partnerów. A zakres możliwości jest szeroki – od całkowitej abstynencji erotycznej w tym czasie do szalonego seksu, gdzie krew miesięczna jest afrodyzjakiem. W prozie Eriki Jong odnajdziemy cudownie obrazoburcze opisy seksualnych doświadczeń wyzwolonej Isadory. Niejedną z nas może zawstydzić czy zniesmaczyć ich bezpośredniość. Nie szkodzi. Jeśli chcemy wyjść poza własne ograniczenia, to musimy spotkać się z tym, co jest. A potem podważmy zasadność tego wstydu, zbadajmy skąd ten niesmak, kiedy i jak nauczyłyśmy się brzydzić naszej cielesności.

Olga Haller: psycholożka, trenerka, terapeutka Gestalt, superwizorka. Zajmuje się wsparciem kobiet w rozwijaniu kontaktu z własnym ciałem i seksualnością.

  1. Styl Życia

Rządzą nami żywioły. Poczuj w sobie ich zgodną współpracę

Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. (Fot. iStock)
Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. (Fot. iStock)
Są esencją świata. Mają moc tworzenia i destrukcji. Cztery żywioły - trzeba je okiełznać i oswoić, a staną się sprzymierzeńcem człowieka.

Już w starożytności ludzie wyróżniali cztery żywioły tworzące esencję świata: ziemię, powietrze, ogień i wodę. Niektórzy dodają piąty - ducha, który jednoczy i równoważy wymienioną czwórcę. Wszystkie uzupełniają się, pozostają we wzajemnej zależności: ziemia bez wody nie wyda plonów, ogień bez powietrza zgaśnie. Żywioły to nic innego jak energie obecne we wszechświecie. Każda z nich jest inna, każda niezbędna do życia. Ziemię reprezentuje ciało - jest rodzajem bazy, fundamentem pod trwałe osiągnięcia. Powietrze to intelekt, wyobraźnia - inspiruje, umożliwia rozprzestrzenianie się wiedzy. Ogień to energia witalności - pobudza do działania. Woda to uczucia, emocje, sny, podświadomość.

Ponieważ wszystko we wszechświecie jest ze sobą połączone, żywioły też trudno spotkać w „czystej” postaci. Niekoniecznie musi to być postać fizyczna: na przykład z żywiołem ziemi możemy się skontaktować, biorąc do ręki garść piasku, ale też wizualizując, że zapuszczamy w niej korzenie. Wiążą się z nimi również określone stany emocjonalne, cechy charakteru... Są potężną siłą - pierwotną, wszechobecną. Trudno je kontrolować, ale można się z nimi zaprzyjaźnić. Świadomie korzystać z ich mocy.

Przyciąganie i pożegnanie

Od wieków wierzono, że magiczne światy żywiołów są zamieszkiwane przez związane z nimi mityczne istoty. W przypadku ziemi są to gnomy, elfy, skrzaty, w przypadku ognia dżinny i geniusze. W powietrzu unoszą się duchy, anioły, sylfy, w głębinach wód żyją nimfy, harpie i syreny. Dawniej wykorzystywano żywioły do przepowiadania przyszłości z chmur, dymu, kamieni, płomieni ognia (czy choćby świecy), misy z wodą... Dziś też możemy sięgać po te praktyki, szukać kształtu, który nas zainspiruje, wskazówek, podpowiedzi.

Ziemia karmi, powietrze oczyszcza, ogień chroni, a woda leczy, ale tak naprawdę - odwołując się do magii żywiołów - możemy wspierać wszystkie dziedziny życia: miłość, finanse, naukę, prestiż, zdrowie... Przyciągać to, czego potrzebujemy i żegnać, co nam nie służy. Wystarczy spalić to w ogniu, zakopać w ziemi, odesłać z prądem wody czy rozrzucić na wietrze...

Każdemu żywiołowi są przyporządkowane określone kolory i zmysły, zwierzęta i rośliny, miejsca i instrumenty muzyczne. Również strony świata i fazy księżyca, pory dnia i roku. Niektórzy twierdzą, że każdy z żywiołów ma w sobie zarówno aspekty pozytywne, jak i negatywne.

Tworzy i niszczy. Można też na to spojrzeć w inny sposób: że szkodzi to, co narusza równowagę, co występuje w nadmiarze. Żywioł ziemi zapewnia nam poczucie realizmu, praktyczne myślenie, ale jeśli jest go za dużo, może tłumić spontaniczność, ograniczać horyzonty myślowe, prowadzić do materializmu, konserwatyzmu, przesadnego planowania i niewolniczego trzymania się zasad, do despotyzmu, a nawet fanatyzmu. Powietrze to elastyczność i intelekt, ale przy nadwyżkach powoduje niezdecydowanie i zmienność, przeintelektualizowanie i gadulstwo. Nie bez powodu powstało określenie „rzucać słowa na wiatr” - kto odznacza się nadmiarem żywiołu powietrza, często nie dotrzymuje obietnic. Ogień obdarza pasją, siłą twórczą, ale gdy się zanadto rozbucha staje się przyczyną ataków gniewu, agresji, egoizmu, nadmiernego folgowania żądzom. Jeśli nie zapanujemy nad naszym wewnętrznym ogniem, będziemy żyć w ciągłym stresie. I wreszcie woda - daje wrażliwość, intuicję, wyobraźnię. W dużych ilościach wywołuje zagubienie i odrealnienie, bierność i melancholię.

 
Niektóre żywioły są nam bliższe, inne jakby mniej oswojone. Pewną wskazówką może być astrologia. Jak wiadomo Baran, Lew i Strzelec należą do trygonu ognia, Byk, Panna i Koziorożec - ziemi, Bliźnięta, Waga i Wodnik - powietrza, a Rak, Skorpion i Ryby - wody. Oczywiście, sam znak zodiaku to za mało - ważne są również inne aspekty planet, wpływające na udział energii poszczególnych żywiołów w naszej osobowości. Ucząc się tych energii, rozpoznając je, możemy uświadomić sobie lepiej nasze nawyki, emocje, ocenić, którego z żywiołów nam brakuje, który dominuje... A potem, krok po kroku, harmonizować je - łączyć ziemię z powietrzem, godzić ogień z wodą.

Ziemia - schronienie i stabilizacja

Uważa się, że ziemia jest najbliższym nam żywiołem, podstawą dla wszystkich pozostałych. Domem. Mamy z nią w zasadzie stały kontakt - kiedy chodzimy, siadamy, jemy, pracujemy. Bez niej nie byłoby życia. To typowa żeńska energia, jest jak matka: płodna, opiekuńcza, zaspokaja nasze podstawowe potrzeby, daje nam oparcie, poczucie bezpieczeństwa, pokarm, schronienie. Ziemia jest najbardziej fizycznym z żywiołów, związanym ze zdrowiem, siłą, ale też ze strukturą, solidnością, stabilnością, wytrwałością. Aby nadać realny kształt naszym planom, projektom, marzeniom, potrzebujemy żywiołu ziemi, bo ma moc urzeczywistniania. Zapewnia dostatek, powodzenie, odpowiada za udane plony. O osobach obdarzonych tym pierwiastkiem mówi się, że są ugruntowane, twardo stąpają po ziemi. Brak tego elementu oznacza głowę w chmurach, uczucie zagubienia, rozchwiania, lekkomyślność, nieprzystosowanie do rzeczywistości. Przyporządkowane ziemi części ciała to kości i narządy płciowe, zmysł - dotyk, pora dnia - noc, miejsca - pola, łąki, lasy, a instrumenty - bębny.

Jak wzmocnić połączenie z ziemią? Sposoby są bardzo proste: praca w ogrodzie, na działce, chodzenie boso po trawie, siadanie na piasku, spacery po lesie, obejmowanie drzew. Inne, niewymagające wychodzenia z domu, to chociażby porządki. Albo zabawa ze zwierzętami. Energię ziemi można też zaczerpnąć podczas ćwiczenia oddechowego. Wystarczy usiąść na krześle ze stopami na podłodze i oddychając powoli, rytmicznie przez nos, wyobrazić sobie, że stopy wrastają w ziemię. Dobrze jest wizualizować energię ziemi jako czerwony kolor, który wdychamy przez podeszwy. Tak długo, aż poczujemy się nią wypełnieni.

Powietrze - wolność i intelekt

Powietrze ma najlżejszą energię ze wszystkich żywiołów. Jest niewidzialne, niezależne, wciąż się zmienia. To źródło wolności, swobody, inspiracji. Dzięki niemu możemy wznosić się nad ziemią, marzyć. Jako że jest niewidoczne, reprezentuje to, co w nas niewidzialne: sny, wizje, myśli. To od nich zaczyna się każdy akt kreacji. Powietrze przynosi nowe pomysły, rozwiązania, inne spojrzenie na świat, komunikatywność. Wiąże się je też z intelektem, wiedzą, obdarza zdolnością analizy i abstrakcyjnego, niezależnego myślenia. W odróżnieniu od ziemi, powietrze to żywioł męski: ruchliwy, ekspansywny, popychający do działania, nadający kierunek. Brak tego elementu powoduje uzależnienia, przywiązanie, sprawia, że tkwimy w schematach, ograniczeniach, pozbawieni wizji.

Powietrze związane jest z klatką piersiową, płucami, gardłem,. Zmysły, które się mu przypisuje, to węch i słuch. Pora dnia- wschód, a instrumenty - wszystkie dęte. Do miejsc przyporządkowanych temu żywiołowi należą wieże, lotniska, biura podróży, szkoły, biblioteki i poradnie psychologiczne. Aby wzmocnić w sobie element powietrza, warto znaleźć czas na jakiś mniej praktyczny, abstrakcyjny cel, coś w rodzaju ăsztuka dla sztuki”. Taki, który będzie służyć samej przyjemności. Można też wdychać zapachy, wąchać kwiaty. Także wizualizacja i pozytywne myślenie są zaliczane do „powietrznych” praktyk.

Ogień - pasja i moc

Inny męski żywioł to ogień - związany z władzą, wolą, inicjatywą. Jego siła jest ogromna. Działa bardzo szybko, niszczy, co niepotrzebne, transformuje. Nie bez powodu kominek uważa się za magiczny portal domu. To potężny obrońca - używa się go do ochrony i wzmacniania, kojarzy ze słońcem, gwiazdami, płomieniem, także tym płonącym w naszym sercu, ciele... To królestwo namiętności i erotyki, iskra boskości, jaką w sobie nosimy. Oznacza żywotność ludzkich pragnień, entuzjazm, miłość, żarliwość, daje radość życia i energię do działania, odwagę i wiarę w siebie. Osoby pozbawione ognia są zimne, pasywne, powolne, apatyczne. Jego niedobór może być powodem wewnętrznej pustki, poczucia niższości.

Ogień rządzi zmysłem wzroku i głową, dlatego o ludziach wybuchowych mówi się czasem „gorąca głowa”. Pora roku, jaką przypisuje się temu żywiołowi, to lato, pora dnia - południe, instrumenty - strunowe, a miejsca - pustynie, gorące źródła, wulkany, piece i kominki. Również sypialnie.

Aby uzdrowić związek ogniem, możemy na przykład dotykać nagrzanej skały, wczuć się w ciepło podanej nam ręki, wąchać dym z ogniska... Ale najprostszy sposób to wpatrywanie się w płomienie. Niektórzy uważają, że regularne stosowanie tej praktyki umacnia więzi z przeszłością, z przodkami.

 
Pozwala także wejrzeć w przyszłość. Z elementem ognia łączymy się, kiedy wystawiamy twarz i ciało na ciepłe promienie słońca, które ożywia, oczyszcza, dodaje energii. Jego moc warto wykorzystać, kiedy rozpoczynamy nowe przedsięwzięcia albo gdy zależy nam na klarowności, przejrzystości, wyciągnięciu pewnych spraw na światło dzienne.

Woda - emocje i intuicja

Woda jest symbolem nieskończoności, odrodzenia, nowego życia. Kojarzy się z morzami, rzekami, jeziorami, z deszczem i śniegiem, również ze łzami, z krwią, limfą. Jest płynna, a zatem również zmienna, nieprzewidywalna. Raz opada, innym razem wzbiera, raz jest łagodna, jakby uśpiona, kiedy indziej wzburzona, groźna. Zupełnie jak nasze emocje. To za nie właśnie odpowiada, ale też za podświadomość. Ma właściwości oczyszczające, lecznicze. Kontroluje sny.

Woda to energia żeńska. Jest, jak wiadomo, ściśle związana z księżycem, który ma wpływ i na kobiece cykle, i na przypływy morza. Woda obdarza uczuciowością, czułością, wrażliwością, intuicją - dzięki temu żywiołowi jesteśmy zdolni do przebaczenia, współczucia, empatii. Daje też spokój, ukojenie, głębię, akceptację, harmonię, zaufanie, płynność, umiejętność płynięcia z nurtem życia, przystosowania się do tego, co nam przynosi. Kiedy brakuje nam żywiołu wody, trudno się zrelaksować, wyciszyć, czujemy ciągłe napięcie. Albo pustkę emocjonalną, zaborczość. Brak wody to również nadmierny dystans, chłód emocjonalny, tzw. suche obejście. Na poziomie fizycznym odwodnienie prowadzi do znacznego osłabienia organizmu.

Woda rządzi popołudniem. Jej zmysł to smak, część ciała - brzuch, a instrumenty - gongi, dzwony i cymbały. Aby połączyć się z tym żywiołem, wystarczy zwolnić tempo, pójść nad morze, jezioro, rzekę, zanurzyć rękę w wodzie, pochodzić po rosie, wybrać się na spacer w deszczu albo we mgle, wziąć kąpiel albo prysznic, wizualizując oczyszczenie z tego, co nam nie służy.

Wszystkie razem

W naszym ciele są nieustannie obecne wszystkie żywioły. Przy każdym wdechu powietrze wpływa do płuc, żeby zasilić tlenem komórki. Ogień uczestniczy w procesach przemiany materii, w impulsach nerwowych. Osiemdziesiąt procent naszego ciała stanowi woda - wypełnia tkanki, płynie we krwi. Całe nasze ciało fizyczne, reprezentuje ziemię. Przyjmuje się też, że ten pierwiastek jest budulcem kości, zębów, włosów.

Dobrze jest skupić się od czasu do czasu na swoim ciele, poczuć wszystkie żywioły i ich zgodną współpracę. Możemy też medytować nad przypisanymi im cechami charakteru, żeby zbadać, które elementy są w nas najbardziej aktywne. Dobrym sposobem na równoważenie żywiołów jest medytacja nad każdym z nich, z twarzą zwróconą kolejno w cztery strony świata (ziemia - północ, powietrze - wschód, ogień - południe, woda - zachód). Można przy tym wizualizować różne obiekty czy zjawiska, które reprezentują dany żywioł. A jeśli ktoś woli bardziej zmysłowe doznania, z pewnością chętnie odwoła się do rytualnej kąpieli, łączącej w sobie wszystkie żywioły. Składniki tej przyjemności to oczywiście woda, ciepło - odpowiednia temperatura plus świeca (ogień), miły zapach to na przykład kadzidło (powietrze), wreszcie zioła albo sól kąpielowa (ziemia). Można dodać do tego muzykę relaksacyjną, najlepiej z odgłosami natury.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem. Zdrowy duch w zdrowym ciele

Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała.(Fot. iStock)
Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała.(Fot. iStock)
„Ludzie mądrzy wyczytają twoje przeszłe losy z twojego wyglądu, kroku, zachowania. (…) Nawet najdrobniejszy szczegół ciała coś wyjawia. Człowiek jest jak wspaniały zegar. Jego twarz jak przeźroczysta tarcza to, co dzieje się w środku, wyraża” . To fragment utworu Ralpha Waldo Emersona, który otwiera książkę „Duchowość ciała” Aleksandra Lowena, twórcy terapii bioenergetycznej.

„Mądrzy ludzie” intuicyjnie czują, że zdrowie psychiczne, spokój, równowaga i wolność mają odzwierciedlenie w ruchach, postawie, wyglądzie ciała. Zdrowie zobaczymy w energicznym, spontanicznym, żywotnym ciele, pełnym gracji i swobody. Dostrzeżemy je w bystrym spojrzeniu; poznamy po kolorze i temperaturze ciała. Zdrowy duch mieszka w zdrowym ciele i na odwrót.

Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Nimi patrzymy, ale i przez nie jesteśmy widziani. W oczach, a raczej w sposobie patrzenia, możemy wiele wyczytać. Jak pisze Aleksander Lowen: „W przypadkach, gdy duch jest nieobecny, jak w schizofrenii, oczy są puste. W stanach depresji oczy są smutne, a często maluje się w nich głęboka rozpacz”.

Często nie jesteśmy świadomi tego, co mówi nasz wzrok. Znałam osobę, która dziwiła się, dlaczego wszyscy tak się o nią troszczą, wyręczają ją, traktują jak dziecko. Czuła się niemal ubezwłasnowolniona w swoim dorosłym życiu. Nie wiedziała, że jej wzrok wysyłał komunikat: „Jestem małą dziewczynką, która tęskni za miłością i troską. Zaopiekuj się mną, proszę”. Oczy patrzą tak jak na nie patrzono w dzieciństwie. Jeśli matka patrzyła na dziecko z bezinteresowną miłością i tkliwością, to zostało to zapisane w naszych twarzach. Wzrok matki mógł być jednak nieobecny, zniechęcony, a nawet nienawistny. W wielu oczach maluje się strach, żal, tęsknota.

Nasze ciała są ukształtowane przez nasze doświadczenia. Ciepłe, miękkie, zaróżowione, stale pulsujące ciało zaprasza do kontaktu. Lubimy go dotykać, przytulać je, głaskać. Takie ciało jest reaktywne i dobrze doenergetyzowane. Prawdopodobnie w dzieciństwie było traktowane z miłością, czułością, ciepłem i delikatnością. Zimne, sztywne, niemal blado sine ciała wyglądają jak zastygłe, zamrożone, bez energii i życia. Można podejrzewać, że były pozbawione bliskiego kontaktu w przeszłości.

Kolejną diagnostyczną, łatwą do zaobserwowania czynnością, jest sposób oddychania. Obserwuję, że znaczna większość osób oddycha płytko, szybko lub „prawie wcale”. To znaczy, nieświadomie wstrzymuje oddech na bardzo, bardzo długo lub nie wydycha powietrza do końca, jakby zostawiając „na później”. A przecież oddychanie to pierwsza czynność w życiu, której nie musimy się uczyć. Jak to się stało, że utraciliśmy tę naturalną umiejętność i nawet nie zauważamy tego braku?

Tak często w życiu codziennym dopuszczamy się zdrady. Nie czujemy, kiedy nasze ciało chce odpocząć, a nie pracować do późna czy ćwiczyć na siłowni, kiedy chce zasnąć, a nie iść na wieczorne spotkanie, przestać jeść nadmiarowo albo właśnie zjeść, a nie wypić kolejną kawę dla zagłuszenia głodu. Zapomnieliśmy o spokojnych spacerach, spontanicznym tańcu, beztroskim pływaniu czy swobodnym unoszeniu się na wodzie. Nie w jakimś celu, tylko po prostu z radością. Przestaliśmy ufać ciałom, czyniąc z mózgu wszechwiedzącego sędziego. Owszem, wkładamy wiele zachodu i pieniędzy w estetyczny czy modny wygląd, ale jesteśmy nieświadomi potrzeb ciała i tego, co nam komunikuje. Parafrazując Lowena, umysł i ciało łączy taka relacja jak jeźdźca z koniem: kiedy obaj są do siebie dostrojeni, galopują w harmonii, słuchając siebie nawzajem, to poruszają się z gracją. Gdy natomiast jeździec (umysł) smaga zwierzę (ciało) batem, to tylko wymusza swoja wolę. Warto posłuchać ciała, zaufać mu.

By odzyskać naturalny wdzięk i żywotność ciała, warto wiedzieć, jak i kiedy się je utraciło. Odpowiedź na te pytania można zyskać dzięki poznawaniu siebie, np. w procesie psychoterapii.

Marta Wołowska Ciaś certyfikowana psychoterapeutka Gestalt. W swojej pracy kieruje się holistycznym podejściem do człowieka.