1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Migrena – trzeba ją leczyć. Są na to sposoby

Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Mało. A co, jeśli ten ktoś jest aktorem i musi wyjść na scenę? Migrenę trzeba leczyć. (Fot. iStock)
Tak wygląda mózg migrenika. Jedna sucha gałązka może wywołać wybuch płomieni. Trzeba dojść, co dla ciebie jest tą gałązką – mówi dr Anna Błażucka, neurolog zajmująca się leczeniem migren.

Czym właściwie jest migrena?
Migrena to cierpienie. Ciężka choroba. Jeden z częstszych i najsilniejszych bólów głowy, słabszy tylko od bólów klasterowych. Nasila się podczas zwykłych codziennych czynności. Chory w trakcie napadu myśli tylko o tym, by położyć się w cichym, ciemnym pomieszczeniu i żeby wszyscy dali mu spokój. Nie sposób otworzyć oczu, bo ból się nasila. Towarzyszą mu nudności, czasami wymioty, światłowstręt, nadwrażliwość na dźwięki i zapachy. Ból ma charakter pulsujący, rozdzierający, jakby ktoś walił nas po głowie 50-kilogramowym młotem. Najczęściej obejmuje połowę głowy, choć wraz z rozwojem napadu może się rozszerzać na całą. Napad może trwać kilka dni, nawet jeśli ból po lekach ustępuje; migrena ma cztery fazy, ból to tylko jedna z nich. Problemem jest to, że migrena nie jest postrzegana jako ciężka choroba przez osoby, które same nie chorują albo nie mają chorych w otoczeniu. Dużo złego zrobiły tu naleciałości kulturowe.

Choroba „histeryczek”...
Pamiętamy z „Nad Niemnem” Emilię Korczyńską z jej „globusem”. Każdego normalnego człowieka boli głowa, a migreny mają arystokraci – taka jest utrwalona kulturowo opinia. Migrena bywa traktowana jako ucieczka przed pracą, przed życiem. Każdego kiedyś bolała głowa i jeśli był to ból typu napięciowego, czyli o niewielkim natężeniu, na cudzy ból patrzymy przez pryzmat swojego. Myślimy: „Przesada, to się przecież da wytrzymać”.

A w rzeczywistości to choroba, która wyłącza z życia. Nie można nic zaplanować, urlop kończy się tym, że wszyscy chodzą na palcach, bo mama leży z migreną. Nie zawsze da się pojechać tam, gdzie chcemy, bo na przykład w górach osoby z migreną gorzej się czują. Zmiana stref czasowych to także ryzyko napadu. No i praca. Nie każdy pracodawca zrozumie, chory często bierze urlopy, bo trudno przy każdym napadzie migreny iść do lekarza. A nawet jeśli do pracy przyjdziemy, a czasem po prostu inaczej nie można, niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Osoby chore częściej też zapadają na depresję. W dodatku rujnują sobie zdrowie, bo bez przerwy biorą leki przeciwbólowe. Błędne koło.

I życie w stresie…
Tak, w oczekiwaniu na kolejny napad.

Czy każdą migrenę poprzedza tak zwana aura?
Migrena przebiega w czterech fazach, ból głowy to trzecia z nich. Faza druga, poprzedzająca ból głowy, to aura, występuje u 30 proc. pacjentów. Najczęściej jest aura wzrokowa – migoczące mroczki, zniekształcenia obrazu, zmniejszenie albo powiększenie otaczających przedmiotów. Może być aura czuciowa – drętwienie zaczynające się od palców, obejmujące całą kończynę, twarz i język. Zdarzają się też niedowłady, zaburzenia mowy, co jest dla pacjentów przerażające – boją się, czy to nie udar. Aura trwa od pół godziny do godziny, potem zaczyna się ból. Czasami aura i ból dobę czy dwie wcześniej poprzedzone są objawami zwiastującymi. To pierwsza faza migreny: niepokój, rozdrażnienie, coś, co przypomina zespół napięcia przedmiesiączkowego. Natomiast po bólu głowy jest faza ponapadowa – pacjenci często wiążą ją z lekami i może tak być, ale to czwarta faza migreny: uczucie zmęczenia, słabości, senności.

Znamy przyczyny migreny?
Bóle głowy dzielimy na pierwotne i wtórne. Pierwotne to takie, których przyczyny nie znamy. Wtórne powstają w przebiegu innych chorób, internistycznych czy neurologicznych. Migrena i napięciowe bóle głowy zaliczamy do pierwotnych. Przyczyna oczywiście jest, ale my dostępnymi narzędziami nie potrafimy jej zbadać. Na dziś wiemy, że migrena to wielogenowa choroba genetyczna.

Przyczyn migreny nie znamy. Ale wiemy, co może ją wywołać?
Tak, są czynniki prowokujące. U osoby chorej na migrenę wywołają napad, u zdrowej nie spowodują żadnych zmian samopoczucia. Tych czynników znamy wiele i od razu podkreślę: chory nie jest podatny na wszystkie. Są czynniki niezależne od nas – takie jak pogoda. Migrena jest chorobą sezonową, nasila się wiosną i jesienią. Mówi się, że wywołuje ją halny w górach – ale tu nie o wiatr chodzi, lecz o gwałtowne zmiany ciśnienia. Są też czynniki, które zależą od nas, w tym od tego, co jemy. Do sztandarowych pokarmów wysokiego ryzyka należą: żółte sery, czerwone mięso, glutaminian sodu, orzechy, czekolada, alkohole – najczęściej czerwone wino. Ale u każdego może być co innego, także cokolwiek spoza tej grupy. A bywa i tak, że żaden pokarm napadu nie wywołuje. Są osoby chore na migrenę, które mogą pić czerwone wino, są i takie, które powąchają alkohol i mają napad. Problemem może być odwodnienie. Głodzenie – migrena go nie lubi. Stres, ale i odpoczynek po stresie. Zmiany rytmu dobowego, stref czasowych, zbyt krótki albo zbyt długi sen. Jest tak zwana migrena weekendowa związana ze zbyt długim spaniem właśnie. Nieodpowiedni, zbyt intensywny wysiłek fizyczny albo odpoczynek po wysiłku. U kobiet może też być cykl hormonalny, okres okołoowulacyjny albo okołomiesiączkowy.

Migrena to choroba nieuleczalna. Jednak możemy sobie pomóc. Jak?
Migreny nie zlikwidujemy, ale możemy skutecznie ją kontrolować. Leczenie ma na celu doprowadzić do tego, że napady ustąpią albo będzie ich mniej, albo będą słabsze, albo będą dobrze reagowały na leki przerywające ból.

Od czego pani zaczyna, kiedy przychodzi pacjent i mówi, że ma napady migreny?
Przede wszystkim muszę się dowiedzieć, czy to rzeczywiście migrena. Czyli: charakterystyka samego bólu głowy, jego lokalizacja i charakter, objawy towarzyszące. Czy migrena występuje coraz częściej, czy jest stabilna. Czyli czy napad jest jeden, czy dwa w ciągu miesiąca i od kilku lat tak samo, czy, powiedzmy, od pół roku więcej. A może zaczęła się gorsza reakcja na leki? Może napady coraz dłużej trwają?

Migreny dzielimy na epizodyczne i przewlekłe. Ważne, ile jest napadów w ciągu miesiąca, jak długo trwają, ile dni z bólem w ciągu miesiąca, czy występuje tylko jeden rodzaj bólów głowy. W jaki sposób napady bólu głowy są leczone, w jakich dawkach, czy leki przerywają napad, czy tylko zmniejszają natężenie bólu na kilka godzin. Jakie było leczenie w przeszłości. Często pacjent mówi: „Ja już byłem leczony wszystkim”. Ale kiedy się dopytuję, to okazuje się, że nie były to leki właściwe dla leczenia migreny. Albo stosowane w zbyt małych dawkach, takich, które nie mają prawa pomóc. W zależności od tych wszystkich danych zaczynamy rozmawiać o leczeniu.

Czy zaleca pani na przykład tomografię, żeby wyeliminować inne ewentualne przyczyny bólu, jak torbiele czy guzy?
W zaleceniach nie ma konieczności wykonywania tomografii ani rezonansu, migrena jest pierwotnym bólem głowy, więc my nic w tej głowie nie znajdziemy. Czasami w rezonansie opisane są drobne zmiany naczyniowe – ale u osób zdrowych też się takie zdarzają. Przyznam się jednak, że ja, jeśli pacjent badań obrazowych nie miał, na ogół je zlecam. Bo jeśli kogoś często i mocno boli głowa, to po prostu boi się, czy nie ma guza. I wynik badania go uspokoi.

Wywiad – i co dalej?
Wyjaśniam, jakie są możliwości i zasady leczenia. To ważne, bo inaczej leczymy, kiedy są jeden, dwa czy trzy napady w ciągu miesiąca, inaczej, jeśli jest ich więcej, a w dodatku takich, które nie ustępują pod wpływem leków. Dysponujemy leczeniem przerywającym napad migreny i leczeniem profilaktycznym. Przy małej liczbie napadów możemy zastosować tylko leczenie przerywające napad bólu – poszukać leków, pod których wpływem ból ustępuje w ciągu godziny, a najdalej trzech. Ważne też, by przyjąć leki od razu, kiedy tylko pojawia się ból. I w odpowiedniej dawce. Zazwyczaj w dolegliwościach bólowych zalecane jest dawkowanie dwa czy trzy razy dziennie po tabletce. W migrenie jest inaczej – na samym początku dwie, trzy tabletki, w zależności od preparatu. No i kwestia, jaki to powinien być lek. Ludzie często biorą leki z kodeiną. A ona nie jest wskazana – choć w danej chwili zadziała, prowokuje następne bóle głowy. Ułatwia też przejście migreny w przewlekłą oraz w powstanie polekowych bólów głowy.

Trudność zwiększa to, że pacjent poza migreną może mieć „zwykłe” bóle głowy, takie, które, jak mówi, „same przechodzą”. I wtedy na początku bólu nie wie, czy to migrena, czy nie. A czekanie, w jaki sposób ból się rozwinie, to już opóźnienie leczenia. To jedna pułapka. A druga – nadużywanie leków przeciwbólowych, które powoduje powstanie polekowych bólów głowy oraz transformację migreny w przewlekłą, czyli występującą przez co najmniej 15 dni w miesiącu, z czego osiem to migrena. Uważa się, że przy bólach głowy można przyjmować osiem do dziesięciu tabletek miesięcznie. Jeśli bierzemy leki z powodu bólu kolana, to nie wyindukujemy sobie polekowych bólów kolana. A u osób z migreną leki przeciwbólowe wywołują polekowe bóle głowy. Po jakimś czasie przychodzi pacjent i mówi, że głowa boli go codziennie i codziennie bierze kilka tabletek, a i tak jest coraz gorzej. Bierze, bo musi, inaczej nie jest w stanie funkcjonować. I koło się zamyka.

Chorzy na forach migrenowych piszą, że biorą dziennie opakowanie leków...
Kiedy człowiek jest młody, nie myśli, że w dłuższej perspektywie jest to niebezpieczne dla wątroby, nerek, serca, układu krwiotwórczego. Oczywiście organizm ma zdolności do regeneracji. Jednak gdy bierzemy leki miesiącami czy latami, to prędzej czy później doprowadzimy do jego uszkodzenia.

Leczenie migreny epizodycznej polega, jak pani powiedziała, na przerywaniu napadu. Ale jest i leczenie mające na celu niedopuszczanie do napadów. Co to takiego?
To leczenie profilaktyczne, które polega na codziennym przyjmowaniu leków. Pacjenci często się tego boją, bo to między innymi leki przeciwpadaczkowe i przeciwdepresyjne. W powszechnej opinii „ogłupiają, otępiają, uzależniają”. Oczywiście, każdy lek może wywołać objawy uboczne, ale to nie chemioterapia choroby nowotworowej, szukamy więc odpowiednich leków dla konkretnego pacjenta, skutecznych i dobrze tolerowanych. Mamy w czym wybierać, jeśli odpowiednio je dobierzemy, będą pozwalały normalnie żyć.

Trudność polega na tym, że efektów nie widać od razu. Trzeba dojść do odpowiedniej dawki, co trwa kilka tygodni, następnie odczekać co najmniej miesiąc, by ocenić, czy leczenie działa, czy trzeba szukać innych środków.
Leczenie profilaktyczne jest obowiązkowe w przypadku dużej liczby napadów i w migrenie przewlekłej. Najlepiej zaczynać je wcześnie, gdy w ciągu miesiąca występują trzy, cztery, pięć napadów migreny. Później – to kiepska wiadomość – będzie ono mniej skuteczne, bo już mamy migrenę rozwiniętą, oporną na leczenie.

Czasem decyzja o leczeniu profilaktycznym to indywidualna kwestia. Powiedzmy, że ktoś ma jeden napad migreny w miesiącu. Można z tym żyć. Ale ten ktoś jest, dajmy na to, sędzią albo aktorem teatralnym. I musi przyjść na rozprawę albo wyjść na scenę, czy boli, czy nie. To, moim zdaniem, może być wskazaniem do włączenia terapii.

A jeśli działa, to jak długo trwa kuracja?
Co najmniej rok. Później możemy próbować odstawiać albo zmniejszać dawkę. To leczenie jest bezpieczne. Z kolei lekami, które z definicji przeznaczone są do stosowania przewlekłego, jak padaczka czy depresja – tu często terapia trwa do końca życia. Nie zawsze jest tak, że napady ustaną, ale będą zdecydowanie rzadsze albo krótsze, albo leki przeciwbólowe będą skuteczniejsze. Bo jedno drugiego nie wyklucza – jeśli w trakcie leczenia profilaktycznego mamy napad, możemy stosować leki przeciwbólowe.

Ale poza tabletkami mamy też inne możliwości?
Tak. Leczenie botoksem. Toksyna botulinowa jest skuteczna nawet u 50 proc. osób po pierwszym podaniu. Pierwsze efekty obserwujemy po dwóch tygodniach do miesiąca. Szybciej niż przy farmakoterapii. Pierwsze trzy dawki podajemy co 12 tygodni, potem w zależności od potrzeb raz na rok, pół roku lub co trzy miesiące.

Toksyna jest stosowana w medycynie estetycznej. Jaki jest jej mechanizm działania w leczeniu migreny?
Nie ma to nic wspólnego ze zmniejszaniem napięcia mięśniowego, co wykorzystuje się w medycynie estetycznej i w neurologii, w leczeniu dystonii. Tam rozłącza się nerw od mięśnia, tu wykorzystuje się przeciwbólowe działanie toksyny. Znamy kaskadę zdarzeń napadu migreny: z ośrodka bólu w głębi mózgu propagacja na obwód, na opony mózgowe i naczynia. Rozszerzenie naczyń i tak zwane neurogenne zapalenie naczyń powoduje ból. Tak jakby w środku mózgu rozpalało się nam powoli ognisko. Napad migreny wynika z pobudzenia nerwu trójdzielnego unerwiającego całą głowę, to główny nerw czuciowy, jego zakończenia wychodzą na skórę. Toksynę podajemy w okolice zakończeń nerwu trójdzielnego, żeby transportem wstecznym wzdłuż nerwu wyłączyć „generatorek bólu” w środku mózgu.

Dla kogo jest taka kuracja?
Toksyna jest zarejestrowana do leczenia migreny przewlekłej, uważa się też, że może być skuteczna w migrenie epizodycznej z dużą częstotliwością napadów. Leczenie botoksem jest bezpieczne, ma mało ograniczeń. Substancja działa miejscowo, nie wchłania się, a po 12 godzinach od podania jest rozkładana. Problem to niewłaściwe leczenie toksyną stosowane w wielu gabinetach. Na rynku istnieją co najmniej trzy toksyny i to są trzy różne leki. Tylko jedna – toksyna botulinowa typu A – zarejestrowana jest w leczeniu migreny. Podawać ją trzeba w określony sposób. To schemat PREEMP, od 155 do 195 jednostek – od 1,5 do 2 ampułek. Niestety, lekarze robią to według uznania, na przykład podają według schematu stosowanego w medycynie estetycznej, w złej, czyli zbyt małej, dawce. Albo stosują inny preparat. To rzadko bywa skuteczne, ale chory nie jest w stanie tego zweryfikować. Efekt: nie pomogło. I w świat idzie informacja, że botoks nie działa. Warto pytać lekarza o rodzaj preparatu i dawkę oraz o certyfikat umiejętności podawania toksyny, każdy z nas taki otrzymał.

Są jeszcze jakieś metody leczenia?
Przeciwciała monoklonalne. I jest to na dziś najskuteczniejsze. U osób z migreną stwierdzono w mózgu wysokie stężenie białka CGRP, a w momencie napadu migreny następuje jeszcze wyrzut tego białka. Przeciwciała monoklonalne blokują ten nadmiar. Zastrzyk podaje się raz w miesiącu. Pierwsze efekty są po dwóch tygodniach do miesiąca. Problemem jest cena.

Leczenie nie jest refundowane?
Żadne leczenie migreny nie jest refundowane. Ministerstwo Zdrowia odrzuciło właśnie wnioski. Argument: nie wiemy, ilu jest chorych, bo nie ma spójnych badań epidemiologicznych, migrena to choroba, „której nie da się zmierzyć”, trudno też ocenić skuteczność leczenia. A koszty są wysokie. Toksyna to 2–2,5 tysiąca złotych co 12 tygodni, przeciwciała – 2–3,5 tysiąca złotych co miesiąc. To za dużo dla przeciętnego pacjenta. Tymczasem w migrenie przewlekłej, „uzłośliwionej”, tak naprawdę nie ma innej terapii, bo leki są mało skuteczne.

Jak możemy sobie pomóc trybem życia?
Mózg migrenika to mózg uporządkowany. Lubi regularny sen, pobudki o jednej porze, regularne posiłki, unikanie pokarmów prowokujących napady, pilnowanie nawadniania organizmu. To pomaga, ale nie gwarantuje, że napadów unikniemy. Na początku leczenia wskazane jest prowadzenie dzienniczka. Zapisywanie, co się zjadło, co się wypiło, czy bolała głowa, ile czasu, jakie braliśmy leki, co się wydarzyło poprzedniego dnia. Są specjalne aplikacje, nie musimy notować w zeszycie. Możemy w ten sposób znaleźć prawidłowość, z której nie zdawaliśmy sobie sprawy.

Mózg migrenika możemy porównać do żarzącego się ogniska. Napad migreny to wybuch płomieni. W leczeniu chodzi o to, żeby jak najsłabiej się żarzyło. Bo jeśli żar jest duży, to nawet jedna gałązka może sprawić, że płomienie skaczą do góry. Każdy musi sam dojść do tego, co u niego jest tą gałązką.

Czy każdy lek przeciwbólowy jest w migrenie skuteczny?
Na jednych działa paracetamol, na innych ketoprofen, kwas acetylosalicylowy, ibuprofen czy naproksen. U niektórych skuteczny będzie paracetamol z kofeiną, u innych kofeina nasili ból. Kodeina przerywa napad, ale na dłuższą metę nie jest wskazana. No i są tryptany – mamy ich pięć. I nie jest tak, że jeśli dla kogoś jeden lek z tej grupy będzie nieskuteczny, to żaden nie zadziała. Trzeba wypróbować wszystkie.

Migreników przybywa?
Na pewno zaczyna się coraz więcej mówić o migrenie, więc nie wiadomo, czy przybywa chorych, czy precyzyjniej ich diagnozujemy. Nowe sposoby leczenia znane są od niedawna. I ciągle jeszcze funkcjonuje przekonanie: „Taka już pani/pana uroda”. To błędne myślenie. Migrenę trzeba leczyć.

Dr n. med. Anna Błażucka, specjalista neurolog, kierownik Instytutu Diagnostyki i Leczenia Bólu w Warszawie, zajmuje się między innymi leczeniem bólów głowy, polineuropatii, fibromialgii, bólów kręgosłupa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Psychologia

Praca z procesem - metoda terapeutyczna, dzięki której zajrzysz za kulisy samego siebie

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. (Fot. iStock)
Praca z procesem jest przekraczaniem progu, masz więc prawo odczuwać lęk i czuć się zagubiony. Trzeba będzie podjąć wysiłek zaprzyjaźnienia się z tym, czego w sobie nie akceptujesz. Uchylić drzwi, zanim zostaną wyważone...

Człowiek żyje z pewnym wyobrażeniem o tym, kim jest, jakie są jego słabe i mocne strony, jak zachowuje się w określonych sytuacjach. Właśnie – wyobrażeniem... Za nim skrywają się zlekceważone pragnienia, nieuświadomione potrzeby, wewnętrzne konflikty. Jeśli nie dopuścimy do głosu odrzuconych, wypartych części swojej osobowości, możemy w nieskończoność zastanawiać się, czego nam brakuje, co sprawia, że czujemy się poirytowani, smutni, niespełnieni...  Metoda terapeutyczna nazywana pracą z procesem (w skrócie POP) polega właśnie na zaglądaniu za kulisy.

Podpowie ci sen

Twórcą metody jest Amerykanin Arnold Mindell – fizyk, który pod koniec lat 60. przyjechał do Europy, do Zurychu, by na tamtejszej uczelni zrobić doktorat. Miasto liczyło wówczas 800 tysięcy mieszkańców, z czego 20 tysięcy było psychologami i psychoterapeutami. Ten klimat zaczął mocno oddziaływać na Mindella: niezwykłe poruszenie, dzikie sny... Kiedy wreszcie trafił na Marie-Louise von Franz, uczennicę Carla Gustava Junga, uznał, że jego drogą jest psychoterapia. Zrobił doktorat, i owszem, tyle że z psychologii. Podążając śladami Junga, zgłębiał zagadnienia nieświadomości zbiorowej i synchroniczności, mity i archetypy, łącząc to wszystko z wiedzą z zakresu fizyki kwantowej. Przez wiele lat badał też zjawiska snu, rolę symptomów fizycznych i ich wzajemne powiązania. Z przekonaniem, że nie tylko sny, ale i dolegliwości mają nam wiele do powiedzenia... Pracując z chorymi czasami wręcz prosił ich, żeby lepiej poczuli ból, tym samym własne ciało.

Podczas jednej z takich sesji mężczyzna chory na raka żołądka przyznał, że czuje, jakby coś w jego brzuchu chciało wybuchnąć. Dodał, że zawsze miał trudności z wyrażaniem siebie, ale nigdy nie pozwoliłby sobie na wybuch... W tym  momencie przypomniał sobie sen o tym, że jest nieuleczalnie chory i że lekarstwem na jego chorobę ma być właśnie coś na kształt bomby. Dla Mindella stało się jasne: ten człowiek stłumił swoje emocje, a jego ciało i sen wyrażały potrzebę eksplozji. Ze względu na wyraźne zależności między snami a symptomami cielesnymi, Mindell nazwał swoją metodę „pracą ze śniącym ciałem”. Właściwie nie była to jeszcze odrębna metoda – wciąż odnosił swoje badania do psychologii analitycznej. Z czasem jednak zauważył, że działanie w obrębie szkoły jungowskiej staje się ograniczeniem. Chciał eksplorować nowe obszary, szukać własnych rozwiązań. Tak powstała praca z procesem.

„Ja” spotyka „nie ja”

Praca z procesem zakłada, że dopóki poszczególne elementy naszego życia (zdrowie, sny, emocje, relacje) są w równowadze, jesteśmy zadowoleni – wszystko się układa. Brak równowagi oznacza gorsze samopoczucie, dyskomfort, ale daje też szansę na rozwój, na stanie się pełniejszym. – Człowiek ma tendencję do utożsamiania się tylko z częścią doświadczeń, myśli, aspektów, inne wyrzuca poza margines. Tak tworzy się sfera „ja” i „nie ja” – tłumaczy Tomasz Teodorczyk, psychoterapeuta z Akademii Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. – Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi dwiema sferami, tym większa nierównowaga. Odrzucone, zaniedbane aspekty, pozostające poza sferą „ja”, zaczynają się do niej dobijać, czasem bardzo gwałtownie. Chcą zostać zauważone, uwzględnione – po to, by człowiek objął całość swoich doświadczeń.

Wydarzenia, które oceniamy jako negatywne – choroby, wypadki, zdrady – zwykle zmuszają nas do zmiany i pomagają w ustaleniu nowej równowagi. Podobną rolę spełniają sny, zwłaszcza te naładowane silną energią. Te, z których budzimy się przerażeni, spoceni, poruszeni. Często pojawia się w nich jakaś postać albo zwierzę, jesteśmy gonieni, atakowani. To jakiś zmarginalizowany aspekt psychiki upomina się o przyznanie mu należnego miejsca... W języku Mindella mówi się, że mamy na pewne zachowania próg. Załóżmy, że oznajmiamy (z dumą): „Nie jestem zachłanny”. Niby wszystko w porządku, ale być może oznacza to tak naprawdę, że odmawiamy sobie jakichś dóbr, przyjemności, jesteśmy zamknięci na przyjmowanie? Nie chodzi przecież o to, żeby zacząć się rozpychać łokciami, czasem wystarczy lekkie przesunięcie na skali, większa otwartość. Postawienie sobie pytania: „co jest takiego w krytykowanej przeze mnie postawie, co mógłbym wykorzystać w swoim życiu, włączyć do swojego repertuaru zachowań?”.

Tomasz Teodorczyk lubi porównywać człowieka do wielopokojowego domu: do niektórych pomieszczeń nie wchodzimy, może nawet nie wiemy o ich istnieniu. Rozwój polega na tym, że zaglądamy do kolejnych pokoi, oswajamy je, uczymy się korzystać z nich w odpowiedni dla siebie sposób. Praca z procesem ma doprowadzić do objęcia całego domu. Bo każdy przekroczony próg to dodatkowa przestrzeń, nowe możliwości. – Większość progów jest wynikiem wychowania – mówi Teodorczyk. – Jeśli chłopcu koduje się od najmłodszych lat, że mężczyzna musi być silny, twardy, zaradny, to jego miękkie aspekty – wrażliwość, czułość – nie będą wspierane, akceptowane i możemy się spodziewać napięcia z powodu konfliktu pomiędzy dwiema rozszczepionymi częściami.

 

Próba siły

W „nie ja” zawarty jest ogromny potencjał. To energia, z której nie korzystamy, która często sprawia nam problemy, a która – włączona w obszar „ja” – może okazać się niezwykle pożyteczna, stać się naszą siłą.

Zdaniem Agnieszki Wróblewskiej, trenerki pracy z procesem, każdy z nas może uzyskać dostęp do tej siły, do osobistej mocy. – Szkopuł w tym, że ona często budzi w nas lęk, kojarzy się ze zranieniem, krzywdą – mówi Agnieszka Wróblewska. – Boimy się ludzi, którzy posługując się siłą, tracą nad nią kontrolę. A jeśli zdarzy się, że sami posłużymy się własną, mamy wyrzuty sumienia...

Jakie to mogą być sytuacje? Załóżmy, że ktoś na nas krzyknie – czujemy lęk, drżenie, opór, oskarżamy drugą osobę, że nadużywa siły. A za jakiś czas być może popełniamy podobne „nadużycie” wobec innej osoby, odgrywając się za niedawną krzywdę. Takie zdarzenia, a także nasze negatywne doświadczenia z przeszłości, sprawiają, że zaczynamy unikać siły, boimy się jej zarówno w innych, jak i w nas samych.

– Tymczasem jest też inny jej rodzaj – mówi Agnieszka Wróblewska. – Moc osobista, która nie ma nic wspólnego z tego typu przepychankami. Prawdziwa siła dodaje nam skrzydeł. Coś nas niesie, wszystko się układa. W tym sensie nie jest ona tak do końca osobista... Można to porównać z żeglarzem, który swoje pomysły na to, dokąd płynąć dopasowuje do kierunku wiatru. Może wtedy rozwinąć dużą prędkość, bez żadnego wysiłku, bez korzystania z silnika – tłumaczy trenerka. I przywołuje podstawową zasadę taoizmu wu wei (po chińsku „niedziałanie”), która mówi, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z ich naturą, a zdarzeniom przydarzać się – podążając za ich znaczeniem. W praktyce oznacza to, że dopóki płyniemy z nurtem naszej rzeki, sprawy przyjmują pomyślny obrót, czujemy własną moc. Kiedy wypadamy z tego nurtu, zaczynają się kłopoty.

Co właściwie sprawia, że komplikujemy sobie życie, zaczynamy żłobić dodatkowe koryto? – Często bierze się to z błędnych przekonań, z presji społecznej – mówi Agnieszka Wróblewska. – Na przykład dziewczyna jest urodzoną wojowniczką, indywidualistką, ale w dzieciństwie wciąż widziała w reklamach obrazki rodzinnej sielanki, w której kobieta odgrywa rolę rozpromienionej pani domu. I zaczęła wierzyć, że tylko w takiej wersji może jako kobieta osiągnąć spełnienie. Ważne, żeby to odkryć, zdemaskować zewnętrzne źródło takich pragnień, wyjść ze stereotypu narzuconego przez innych: rodzinę, grupę towarzyską czy zawodową, społeczeństwo.

Stań się nim

Żeby spotkać się ze swoją siłą i przyjąć ją, Agnieszka Wróblewska proponuje ćwiczenie w parach. Wieloetapowe. Szukamy takiej sfery naszego życia, w której szczególnie czujemy się pozbawieni mocy, kontroli, sprawczości, i opowiadamy o niej partnerowi. Potem mamy przywołać postać tej samej płci (historyczną, baśniową itp.), obdarzoną mocą i władzą. Taką, która nas fascynuje. Opisujemy jej cechy, zachowanie, koncentrując się na sprawowanej przez nią władzy. Próbujemy wyrazić tę władczość – gestem, ruchem, dźwiękiem, wreszcie całym ciałem... To samo robimy z postacią odmiennej płci: sprawdzamy, jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy bohaterami. I wreszcie kluczowy moment: mamy stać się drugą z badanych postaci (tą przeciwnej płci), zachowywać się, mówić, poruszać, jak ona... Czy pojawia się opór? Co powstrzymuje nas przed przyjęciem fascynującej nas energii, siły i władzy? Jak moglibyśmy ją wykorzystać? Teraz już możemy wrócić do punktu wyjścia i zadecydować, jak wprowadzić energię, z którą nawiązaliśmy kontakt, do własnego życia.

Rezultaty są zaskakujące: ktoś stał się Silvio Berlusconim po to, żeby przekonać się, jakie poczucie siły daje... poczucie humoru. Niekoniecznie wyrafinowane, grunt, że gotowe do zastosowania nawet w najtrudniejszej sytuacji. Ktoś inny miał okazję przekonać się, jak to jest być Królową Śniegu – odkrył, że taka chłodna, niewzruszona siła to znakomita przeciwwaga dla jego nadwrażliwości.

Agnieszka Wróblewska tłumaczy, dlaczego w ćwiczeniu kładzie się większy nacisk na osobę przeciwnej płci. Bo prawdopodobnie w takiej konfrontacji trafimy na większy próg – osobników innej płci trudniej jest naśladować. Także trudniej pewnie będzie nam zaakceptować, że moglibyśmy być tacy, jak oni. Tym samym mają nam więcej do zaoferowania, dają szansę na wyrażenie się w zupełnie nowy sposób.

Nie walcz, zaakceptuj

  1. Kiedy czegoś nie lubimy, zwykle chcielibyśmy to natychmiast i bezpowrotnie wyeliminować z naszego życia. Tymczasem praca z procesem mówi: zamiast z tym walczyć, spróbuj odkryć znaczenie tego zdarzenia dla swojego rozwoju, po czym zaakceptuj i zintegruj ten aspekt siebie, który domaga się twojej uwagi. Przyjrzyj się osobie, której nie znosisz – sugeruje Arnold Mindell. Po czym zadaj sobie pytanie: co mnie w niej najbardziej denerwuje? Spójrz na świat z jej perspektywy: w jakich sytuacjach ta drażniąca jakość mogłaby być przydatna w moim codziennym życiu?
  2. Możesz też zbadać swój stosunek do ziemi: sprawdź, z jakimi uczuciami patrzysz na rzeczy piękne, a jakie emocje budzą w tobie pozostałe widoki. Czy potrafisz je zaakceptować, dostrzec w nich ukryte piękno, potencjał?
  3. Ćwiczenie z książki Mindella: wyjdź na dwór i rozejrzyj się, bez pośpiechu, za dwoma przedmiotami wielkości dłoni – jednym, który ci się podoba, i drugim, do którego czujesz niechęć. Następnie rozpocznij medytację, trzymając w ręku najpierw jeden, potem drugi przedmiot. Zapisz spostrzeżenia. Obiekt, który ci się podoba, zwykle przypomina w jakiś sposób kochaną czy podziwianą osobę. Według Mindella jest on wyobrażeniem całkowitej i pełnej osobowości, do której zmierzasz w swoim procesie. Nielubiany przedmiot symbolizuje odrzucaną część ciebie – to, czego nie znosisz, a co potrzebujesz lepiej poznać.
 

  1. Zdrowie

Jak poradzić sobie z anemią?

Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Anemia – niczym dementorzy z książek o Harrym Potterze – wysysa z nas siły i radość życia. Na szczęście zwykle stosunkowo łatwo jej zapobiec, a jeśli się pojawi – skutecznie wyleczyć.

Pod warunkiem że nie zlekceważymy ani nie pomylimy objawów anemii ze zwykłym zmęczeniem.

Pierwsze tygodnie wiosny to prawdziwe wyzwanie dla organizmu. Zmysły pracują ze zdwojoną mocą, by nadążyć za zmieniającym się i piękniejącym z dnia na dzień światem. Nasze siły witalne są jeszcze nieco spowolnione po zimie – narzekamy na zmęczenie i niewyspanie. Źle tolerujemy wysiłek, a czasem mamy też zawroty i bóle głowy. Bladość oraz problemy z włosami i paznokciami tłumaczymy brakiem czasu na odpoczynek, ale mimo to nie zwalniamy. Zwłaszcza jeśli funkcjonujemy w środowisku, w którym gloryfikuje się bycie zajętym i zapracowanym.

– Bycie „zagonioną” to dla wielu Polek powód do dumy. Czerpią satysfakcję z tego, że potrafią wykorzystać każdą chwilę na realizację kolejnych zadań i zaspokajanie cudzych potrzeb. Niektóre kobiety zdają się opierać poczucie własnej wartości na tym, jak bardzo są zajęte – mówi coach wellness i zdrowia Ewa Stelmasiak.

Kiedy jednak do tego wszystkiego dołącza podenerwowanie, drażliwość lub obniżony nastrój – powinno zapalić się nam światełko alarmowe. Przyczyną wszystkich wymienionych objawów może być anemia, a pierwszym krokiem do diagnozy powinno być badanie krwi i wizyta u lekarza.

Kobiety podchodzą niefrasobliwie do anemii

– Obrywamy za to, że wcześniej nie ćwiczyliśmy! – tak jeden z uczestników trekkingu w Alpach próbował pocieszyć 35-letnią Julię, która dotarła do schroniska godzinę później niż reszta grupy. – Tyle że ja ćwiczyłam regularnie – odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. Była zlana potem, serce jej waliło jak szalone i miała zawroty głowy. Podczas każdego podejścia czuła się jakby miała zaraz umrzeć. – No to ja na twoim miejscu gruntownie bym się  przebadał – usłyszała.

Tamta rozmowa sprawiła, że Julia zaczęła bać się o swoje zdrowie. Po powrocie do domu zrobiła badania, począwszy od EKG, przez echo serca, na spirometrii skończywszy. Nie wykryto nic poza anemią. Internistka stwierdziła, że to niedokrwistość musiała być przyczyną jej problemów w górach.

– Miałam tę chorobę od lat i podchodziłam do niej dość lekko – wspomina Julia. – Można powiedzieć, że się do niej przyzwyczaiłam. Nawet jeśli zaczynałam brać leki, wkrótce o nich zapominałam. Do głowy mi nie przyszło, że to wszystko, co się ze mną dzieje, może być spowodowane „banalną anemią”, którą przecież ma tak wiele kobiet.

Anemia rzeczywiście nie jest wśród kobiet rzadkością. – Niedokrwistość, zwłaszcza z niedoboru żelaza, jest dość częsta u młodych dziewczyn i spowodowana głównie obfitymi krwawieniami miesięcznymi – mówi hematolog prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. W ciąży, ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na ten pierwiastek, anemia jest tak powszechna, że określa się ją jako „fizjologiczną”.

Dla dietetyczki klinicznej Ewy Kurowskiej niefrasobliwy stosunek kobiet do niedokrwistości nie jest zaskoczeniem. – Kiedy w trakcie wywiadu pytam o badania krwi, słyszę często: „a tak… rzeczywiście, kiedyś miałam złe wyniki, ale nic z tym nie zrobiłam”. Albo dowiaduję się, że kobieta podjęła leczenie, ale już nie sprawdziła, czy przyniosło skutek – mówi. – Niektóre osoby pamiętają z dzieciństwa, że kiedy ktoś z rówieśników miał anemię, jadł przez pewien czas wątróbkę i szybko wracał do zdrowia. Niesłusznie więc wyciągają z tego wniosek, że niedokrwistość to nie jest poważna choroba.

Wpływ diety na anemię

Poza obfitymi miesiączkami, częstą przyczyną niedoborów żelaza jest niewystarczająca jego ilość w diecie, co paradoksalnie może wynikać z chęci dbania o siebie. Jak mówi Ewa Kurowska, krzywdę mogą nam zrobić m.in. niezbilansowana dieta wegetariańska, wegańska, bezglutenowa, monodiety i źle pojmowane oczyszczanie.

– Nie jestem przeciwniczką diet bezmięsnych, ale najlepszym źródłem żelaza hemowego, czyli lepiej przyswajalnego, jest czerwone mięso i jeśli wyłączymy je z diety, musimy dostarczyć więcej żelaza niehemowego, czyli pochodzenia roślinnego, oraz zadbać o jego dobre wchłaniane, np. włączając produkty bogate w witaminę C – tłumaczy Ewa Kurowska.

Układając dietę wegetariańską i wegańską, warto też pomyśleć o przyjmowaniu witaminy B12, bo ona występuje głównie w produktach odzwierzęcych. Zwłaszcza że, jak mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak: – Oprócz niedoboru żelaza, niedokrwistość najczęściej powodują niedobory witaminy B12 i kwasu foliowego. O ile niedokrwistość z niedoboru żelaza charakteryzuje się występowaniem krwinek mniejszych niż normalnie, czyli mikrocytów, to niedokrwistości z niedoboru witaminy B12 czy kwasu foliowego odwrotnie – charakteryzują się występowaniem krwinek większych niż normalnie, czyli makrocytów.

Ostrożność warto zachować, nie tylko wyłączając produkty odzwierzęce, ale jakiekolwiek duże grupy artykułów, np. zboża. Kojarzymy je głównie z węglowodanami i często odstawiamy jako pierwsze, gdy zaczynamy się odchudzać, a przecież w zbożach jest też wiele innych cennych składników odżywczych, m.in. właśnie żelazo i witaminy z grupy B. Nie można więc nagle zrezygnować ze zbóż, niczym ich nie zastępując.

– Ryzykowne mogą okazać się też wszelkie głodówki i tzw. oczyszczanie organizmu, polegające na przyjmowaniu przez kilka dni wyłącznie soków i wody. Jeśli opieramy dietę na płynach, nie pracują jelita i wątroba, a bez tego organizm się nie oczyści, tylko raczej zakwasi i zacznie wykorzystywać zapasy składników odżywczych, co może prowadzić do niedoborów – przestrzega Ewa Kurowska i porównuje: – Organizm jest jak gra Tetris – lepiej nie lekceważyć żadnego elementu, bo wszystkie mają swoje znaczenie.

Konsekwencje anemii

U kobiet anemię stwierdza się, gdy poziom hemoglobiny krwi, czyli białka odpowiedzialnego za transport tlenu, spada poniżej 12 g/dl. Jeśli jest jej za mało, cały organizm jest gorzej dotleniony. Pół biedy, jeżeli taki stan nie trwa długo, a wyniki za bardzo nie odbiegają od normy albo są na jej granicy. Czasem wystarczy zadbać o dietę, by sytuacja się poprawiła. Gorzej, jeśli taki stan się przedłuża. Jako pierwsze buntują się zazwyczaj serce i mózg – bez tlenu nie będą dobrze pracować, w ich ślady idą inne organy.

– Przewlekła niedokrwistość powoduje dysfunkcję niemal wszystkich narządów – mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. – Musi być traktowana jako sygnał do poszukiwania poważnej przyczyny takiego stanu. Kobieta, która ma hemoglobinę niższą niż 9 g/dl, powinna być skierowana do hematologa.

Niewłaściwa dieta i obfite miesiączki to najczęstsze, ale nie jedyne przyczyny anemii u młodych kobiet. Zdarza się, że w organizmie jest jakieś źródło krwawienia albo są problemy z wchłanianiem żelaza spowodowane pasożytami przewodu pokarmowego lub celiakią. Zresztą i te zbyt silne comiesięczne krwawienia też powinny być skonsultowane przez ginekologa – trzeba ustalić, co je powoduje. Warto więc zadawać pytania – sobie i lekarzom, ale przede wszystkim uważnie słuchać tego, co mówi nasz organizm i nie przeprowadzać na nim eksperymentów ani żywieniowych, ani wytrzymałościowych. – To pierwszy i najważniejszy krok ku zdrowemu i pełnemu radości życiu – mówi Ewa Stelmasiak.

Dostępne źródła żelaza

Najpopularniejszym źródłem żelaza są produkty pochodzenia zwierzęcego, przede wszystkim podroby, wołowina. Dużą zawartością tego pierwiastka charakteryzują się również mięczaki. Jest to dobrze przyswajalne żelazo hemowe. W produktach pochodzenia roślinnego znajdziemy natomiast żelazo niehemowe, trudniej wchłanialne, ale w towarzystwie witaminy C ten parametr znacznie się poprawia. Właśnie ze względu na zawartość witaminy C doskonałym źródłem żelaza roślinnego są brokuły, brukselka, zielona natka pietruszki czy sok z pokrzywy. Znaczne ilości żelaza zawierają też rośliny strączkowe, kasza gryczana, jaglana, quinoa czy jęczmienna, a także pestki dyni, kakao, sezam, jarmuż. Kwestia przyswajalności żelaza, tzw. biodostępność, jest bardzo istotna, ponieważ dopiero po przeniknięciu do krwiobiegu jest ono pożyteczne dla organizmu, a z kolei jeśli pozostanie w nadmiarze w jelitach, może zaburzyć mikroflorę jelitową i wywołać zaparcia, biegunki oraz obniżenie odporności. Jeśli decydujemy się na suplementację, warto więc wybrać formę żelaza o wysokiej biodostępności, na przykład tzw. elementarne.

Jak nie wypaść blado?

  • Przynajmniej raz w roku rób morfologię krwi. Dowiesz się m.in., jaki masz poziom hemoglobiny.
  • Przeanalizuj swoją dietę i zastanów się, czy przyjmujesz wystarczającą ilość żelaza, a jeżeli jesteś weganką – koniecznie suplementuj witaminę B12.
  • Jeśli masz obfite miesiączki, trwające dłużej niż tydzień, wymagające zmiany podpasek częściej niż 8 razy na dobę, także w nocy, i we krwi zauważasz dużo skrzepów, koniecznie porozmawiaj o tym z ginekologiem. Trzeba szukać przyczyny takiego stanu.
  • Jeśli chcesz uzupełnić żelazo w diecie i jadasz mięso, wybieraj chudą wołowinę lub wieprzowinę. Raz na jakiś czas możesz sięgnąć po wątróbkę i nie zapominaj o jajkach. Żelazo, które jest w żółtku, świetnie się przyswaja. Jeśli jesteś wegetarianką lub weganką, pamiętaj o roślinach strączkowych, zielonych warzywach (brokułach, szpinaku, jarmużu), burakach, pestkach dyni i pełnoziarnistych produktach zbożowych.
Leczysz anemię? Nie przerywaj terapii – ani kiedy poczujesz się lepiej, ani gdy okaże się, że źle tolerujesz jakiś preparat. Szukaj innych rozwiązań.