fbpx

Cuda i medycyna

Cuda i medycyna
Medycyna robi gigantyczne postępy, jednak równolegle rośnie też ruch kwestionujący jej osiągnięcia. (Fot. iStock)

Medycyna robi postępy, w ciągu ostatniego półwiecza są to postępy gigantyczne. Jesteśmy na drodze rozwoju, powinniśmy się z tego cieszyć. Tymczasem równolegle z zaufaniem do medycyny rośnie ruch przeciwny. Kwestionujący jej osiągnięcia.

Lekarze potrafią wyprowadzić z zawału serca, opanować skutki udaru, ratują wcześniaki ważące tyle, ile torebka cukru, kobiety nie umierają przy porodzie. Rak przestał być w każdym przypadku chorobą śmiertelną, zyskał status przewlekłej. Zahamowane zostały takie plagi ludzkości, jak epidemie dżumy czy ospy, mamy szczepionki na chorobę Heinego-Medina, nie wspominając o całkiem jeszcze niedawno śmiertelnej gruźlicy czy zapaleniu płuc. A jednak często nie ufamy lekarzom. Wątpimy w skuteczność zalecanych
kuracji. Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejsza jest rozmowa

– Myślę, że brak wiary w medycynę pojawia się często u osób z chorobami przewlekłymi – mówi dr Joanna Pietroń, internistka z Centrum Medycznego Damiana. – Oczywiście skrajny przykład to choroby nowotworowe. Największą tragedią jest, kiedy chory na raka rezygnuje z terapii celowanej. Z leczenia, które daje szansę powodzenia. Moim zdaniem u podłoża tej rezygnacji leży kłopot z komunikacją. A o to łatwo – z powodu stanu naszego systemu ochrony zdrowia. Lekarze są przeciążeni, mają mało czasu dla pacjenta, koncentrują się na ustawieniu leczenia, nie na rozmowie. Tę często odpuszczają. Co otwiera drzwi tym, którzy na rozmowę mają czas.

Tego samego zdania jest Justyna Pronobis-Szczylik, psychoonkolożka pracująca z chorymi na nowotwory: – Lekarz mówi: „Ma pani raka. Standardowa procedura w pani przypadku wygląda następująco. Schemat C, czyli operacja, potem chemia. Potrwa to pół roku czy rok. Szanse na całkowite wyleczenie wynoszą 40 proc. Będzie się pani źle czuła, wyjdą włosy, pojawią się mdłości, osłabienie, skóra będzie jak papier”. A znajomy mówi: „Nie idź na to. Chemia truje, moja sąsiadka miała to samo, lekarze ją wykończyli, żyć jej się nie chciało, a i tak nie podziałało. Ale siostra szwagierki chorowała na to co ty i trafiła na cudownego człowieka. On cię wyleczy”.

Rzeczywistość wygląda tak, jak mówi lekarz. Są potwierdzające to badania. Ale cierpienie bez gwarancji sukcesu kontra sproszkowane zioła i obietnica, że będziemy się czuć codziennie coraz lepiej – co wygra?

– W dodatku – mówi Justyna Pronobis-Szczylik – lekarz ma dla nas przeciętnie siedem minut. W tym czasie patrzy na wyniki, zapisuje coś w komputerze, jest napięty, wie, że za drzwiami czeka 40 osób, każda bardzo chora. Nie ma dla nas czasu, nie ma siły tłumaczyć, wyjaśniać, pocieszać. A specjalista tzw. medycyny alternatywnej? On ma dla nas godzinę. Spojrzy w oczy. Weźmie za rękę. Czujemy, że rozumie nas, nasz strach, nasze wątpliwości. Powie: „Jestem tu dla pani, przejdziemy przez to razem. Mam bardzo dobre efekty, czuję, że u pani też pójdzie znakomicie”. Nareszcie ktoś traktuje nas po ludzku. Daje nadzieję. Wierzymy mu, ma przecież doświadczenie, nasza znajoma zna kogoś, kto powiedział, że jego siostra właśnie tak wygrała z rakiem. Lekarz nie weźmie nas za rękę. Nie ma na to czasu, może też tego zwyczajnie nie umie, nikt go nie uczył. A tego też, jak zresztą wszystkiego, trzeba się nauczyć. U uzdrowiciela pacjent dostaje wszystko, czego pragnie. Dobre traktowanie, obietnicę zdrowia, łagodną kurację. Tylko czy złoczyńcą jest na pewno ten uzdrowiciel? Czy może jest nim system, który nie działa, bo nie został zreformowany od czasów transformacji? Ja nie wierzę w złe intencje lekarzy, w spiski farmacji. Jestem w systemie służby zdrowia wiele lat i nie widzę, żeby ktoś tu zacierał ręce i obmyślał, jak pacjenta wykorzystać, jak spowodować, żeby płacił bez sensu. Widzę raczej niewydolność systemu.

Wiara w nierzeczywistość

Jest coś jeszcze. Często nie chcemy prawdy. Justyna Pronobis-Szczylik: – Tak, wolimy kłamstwa, którymi dajemy się omamić, aby uniknąć cierpienia. Jakie są trzy najbardziej powszechne reakcje na diagnozę „rak”?

– Rozpacz? – zgaduję.

– Nie. Zaprzeczenie. A druga? Zaprzeczenie. Trzecia? Zaprzeczenie. Nie chcę wiedzieć, nie chcę wierzyć, idę do innego lekarza, to musi być pomyłka. Szok. Tak reagujemy na wiadomość o chorobie zagrażającej życiu. Taki szok trwa czasem kilka godzin, czasem kilka dni – dopiero potem przychodzi czas adaptacji. Uznania, że taka jest rzeczywistość i można się z nią mierzyć. I dopiero wtedy można usiąść z lekarzem i ustalić plan działania. Robi się lżej, bo przechodzimy od bezradności do działania. Ale niektórzy chorzy przeżywają i strach, i lęk. Przy czym o ile strach to naturalna adaptacyjna forma reagowania na obiektywne zagrożenie, np.: „Rak może mnie zabić”, o tyle lęk jest odpowiedzią na poczucie odczuwanego zagrożenia. Kiedy przeżywamy lęk przed cierpieniem, nie widzimy rzeczywistości. Nie chcemy prawdy, wolimy kłamstwo. I żeby je usłyszeć, idziemy do szarlatana. To trochę tak, jakbyśmy mu mówili: „Czy mogę płacić za to, żebyś mnie okłamywał?”. Ludzie czasem mają nadzieję na to, że kupując nieprawdę, kupują rzeczywistość. Ale rzeczywistości i prawdy nie można kupić.

Dr Pietroń dodaje: – Ludzie nie chcą zostać sami ze swoją chorobą, z lękiem. Jeśli mają kochającą rodzinę czy przyjacielską grupę wsparcia, jest szansa, że nie pójdą w złą stronę. Ale często jesteśmy samotni. Nieufni. Znamy wiele przykładów nieudanych kuracji, cierpienia, umierania w szpitalach. Chętnie więc skłaniamy ucho ku tym, którzy mówią: „Można inaczej”. Czasem, oczywiście, terapie alternatywne pomagają. Czasem cudotwórca nie żąda od pacjenta, żeby odstawił leczenie konwencjonalne. Czasem działa efekt placebo. Ale częściej mamy tragedie. I ludzi, którzy na koniec trafiają do lekarza, ale wtedy jest już za późno.

– Mam pacjentów, którzy jeżdżą po świecie w poszukiwaniu ratunku – mówi Justyna Pronobis-Szczylik. – Znam już nawet nazwiska tych „specjalistów cudotwórców”. Wiem, ile trzeba zapłacić za pobyt w ich „szpitaliku”. I wiem, do czego to prowadzi. Moim obowiązkiem jest stać po stronie prawdy. Mówić, że takie kuracje to kłamstwo. Przemilczanie to branie w takim procederze udziału. Ale ludzie przecież nie robią tego ze złej woli. Oskarżanie ich nie ma sensu. To nie działa. Powiem coś zbyt dosadnie, ktoś może poczuć się skrytykowany, obwiniony. Czasem kiedy tłumaczę, że to metoda niesprawdzona, słyszę: „Ale on robi właśnie badania, on za tę kurację dostanie Nagrodę Nobla”. Ale zanim Nobel, przekonuję, może jednak trzymać się sprawdzonych przez naukę ścieżek? Pół biedy, jeśli pacjenci – a tak się czasem dzieje – decydują się kontynuować leczenie konwencjonalne i uzupełniać je tylko metodami pozanaukowymi. Ale czasem medycynę całkiem odrzucają.

Nie chcemy wysiłku

Innym przykładem choroby przewlekłej jest choćby otyłość i związane z nią dolegliwości. Mówi dr Pietroń: – Ludzie przyzwyczajeni są do tego, że wszystko musi być szybko, od ręki. Jak mówię, że trzeba schudnąć, dobrze się odżywiać, zacząć ruszać, to pacjent nie chce tego słuchać. Przychodzi do lekarza po tabletkę. Wziąć, zapomnieć, niczego z siebie nie dać. Nie chcemy wysiłku. Chcemy cudownej tabletki. Tylko że takiej nie ma. A jeśli ktoś ją obieca, to gwarantowane, że albo nie zadziała, albo zadziała całkiem inaczej, niż na to liczymy.

W szkole nie uczymy się o zdrowiu. Często nie wiemy nawet, jak wygląda piramida zdrowego żywienia. – Syn mojego kolegi dowiedział się, że coś takiego istnieje, kiedy w klasie maturalnej robił kurs na instruktora narciarstwa – mówi dr Joanna Pietroń. – Ani dom, ani szkoła nie dają nam tej wiedzy. Jesteśmy zdrowotnymi analfabetami.

Rzucamy się więc na przeczytane w Internecie nowości, ciekawostki. I staramy się kolejnymi modami zastąpić to, co przez lata zaniedbywaliśmy. Spirulina, prawoskrętna witamina C, zielony jęczmień… A do tego przypadkowa śmieciowa dieta.

Choć jest i druga strona medalu. Spora grupa pacjentów dr Pietroń to osoby z problemami gastrycznymi. – Oczywiście, część tych problemów jest spowodowana niewłaściwym odżywianiem, ale prawda jest też taka, że my, lekarze, nie wiemy wszystkiego o problemach w obrębie jamy brzusznej. Leczymy objawowo, często to nie działa albo działa na krótką metę, ludzie więc szukają sposobów, jak sobie poradzić inaczej. Stosują drakońskie diety, lewatywy, sami siebie osłabiają, wykańczają swoją mikrobiotę jelitową.

Złe szczepionki

Jest też niemała grupa ludzi, którzy wierzą w spiski. Media temu sprzyjają. Przedstawiana przez nie wizja świata to wizja katastroficzna – bo, wiadomo, złe wiadomości sprzedają się lepiej. A Internet te wizje roznosi błyskawicznie. Informacja nie zna granic. Jest w każdym społeczeństwie spora grupa ludzi, którzy z różnych przyczyn nie mają zaufania do świata. Mogli to wynieść z domu rodzinnego, mogli z rozmaitych innych doświadczeń. Mają przeświadczenie, że światem rządzi pieniądz, że firmy farmaceutyczne myślą jedynie o zysku, że celowo wmawiają nam choroby, żeby sprzedawać leki, albo że nas trują, żebyśmy te leki kupowali. Dzięki takiemu myśleniu rosną w siłę ruchy antyszczepionkowe. – Problem pojawił się razem z pierwszą szczepionką, czyli 200 lat temu – mówi dr Pietroń. – Już wtedy powstał „ruch antyszczepionkowy”, już wtedy ludzie zaczęli krzyczeć, że to ogranicza ich wolność. Tak jak dziś.

Sprzyja temu Internet. Z jednej strony genialne narzędzie ułatwiające nam życie i pracę, z drugiej – dzięki niemu każda informacja w chwilę dociera z jednego końca świata na
drugi. A informacje są różne. Teorie spiskowe na równi z badaniami naukowymi. Przy czym na ogół badania naukowe podane są językiem nieprzyjaznym, hermetycznym, a te sensacyjne – opatrzone wykrzyknikami – wchodzą łatwo. Pacjenci rzadko zaglądają na strony Ministerstwa Zdrowia czy WHO, za to często na fora, na których podsycane są lęki i obsesje.

Choćby to, że szczepionki powodują autyzm. I choć same ruchy antyszczepionkowe sponsorowały badania mające to potwierdzić, nie udało się niczego wykazać. Badania dotyczące bezpieczeństwa szczepień płyną od naukowców z różnych stron świata, z USA, Japonii, Anglii, Danii, to samo potwierdzają w różnych laboratoriach różni naukowcy. Co wcale nie spowodowało, że przestano w tezę o autyzmie wierzyć.

Widzenie wszędzie spisków to, według dr Pietroń, efekt postawy lękowej. – Takich ludzi nie da się przekonać. Oni nie chcą rozmawiać, nie chcą słuchać niczego, co nie zgadza się z ich wizją. Przychodzą się zbadać, jeśli na przykład firma ich zmusi, ale leku nie wezmą.

Tylko natura

Choć są i tacy, którzy leki biorą w nadmiarze. Jesteśmy zarzucani reklamami. I ulegamy im, zupełnie jakbyśmy byli najbardziej chorym społeczeństwem w Europie. Jemy suplementy diety garściami. – Nie jestem przeciwniczką suplementów – mówi dr Pietroń. – Absolutnie nie. Chodzi o to, żeby brać te, które są wartościowe. Dla mnie sukcesem jest, jak pacjent się przyzna i powie, co łyka. Czasem ludzie sprowadzają przedziwne preparaty z Chin, bo im ktoś polecił, łykają i nawet nie wiedzą, co to takiego, opis w alfabecie i języku nie do rozszyfrowania, a pacjenci biorą. Były opisywane przypadki, że zioła na wątrobę powodowały… raka wątroby. Były „suplementy” z USA zawierające pestycydy. Lek czy suplement diety kupiony w aptece ma na ulotce skład, działania niepożądane, można sprawdzić, zareagować, zgłosić. A tu nie ma nic. I ludzie wydają na to pieniądze, biorą i się trują.

Skąd taka postawa? Dr Pietroń: – Ciężko pracujemy, jesteśmy przemęczeni, chcemy się wspomóc. Szukamy drogi na skróty, bo na inną nie mamy czasu. Koło się zamyka.

Kolejną przyczyną odwrotu od medycyny może być… zwrot w kierunku natury. Wysokoprzetworzone jedzenie, skażone powietrze, zanieczyszczona woda, wszechobecny plastik, GMO – tego się boimy. I w reakcji kwestionujemy rozmaite zdobycze cywilizacji. Chcemy tylko tego, co naturalne. Czyli jeśli zachorujemy – to żadnej chemii w tabletce. Wolimy napar z ziół. Choć wiele leków albo powstaje na bazie ziół, albo zawierają identyczną substancję, tylko zsyntetyzowaną w laboratorium. A chemia – choćby w postaci chemioterapii – może ratować życie.

?>