Ortoreksja – kiedy życie toczy się wokół jedzenia

Jesz, żeby żyć, czy żyjesz, aby jeść? Ortoreksja wymusza to drugie. Zamiast cieszyć się smakiem, popadasz w żywieniowy fanatyzm i sięgasz tylko po eko żywność. (fot. iStock)

Po czasach niedoborów i późniejszych zachwytów nad pełnymi półkami w supermarketach, wreszcie przypomnieliśmy sobie, co to znaczy dobre, zdrowe i rodzime jedzenie. I chwała nam za to! Jednak czy nie poszliśmy w drugą skrajność? Czy nie popadliśmy w ortoreksję? Zarzucani co chwila informacjami, że gluten szkodzi, a cukier zabija, szukamy dietetyczności, a zapominamy o przyjemności. Czy faktycznie musimy wybierać między zdrowiem a smakiem?

Jedzenie ogląda niemalże pod lupą, w sklepie niczego nie wrzuci do koszyka, zanim nie sprawdzi, z jakiej uprawy pochodzi, jaki ma skład. Wierzy, że odżywiając się właściwie, uniknie większości chorób, jakie nękają ludzkość. Do swoich metod odżywiania próbuje przekonać bliskich, denerwując się za każdym razem, gdy ucinają rozmowę lub zajadają się bezą czy chipsami. Jego życie i myśli krążą praktycznie wokół jedzenia – to opis zachowań typowych dla ortorektyka, czyli osoby cierpiącej na zaburzenia natury psychicznej związane z odżywianiem. Jako pierwszy ortoreksję opisał 10 lat temu amerykański lekarz Steven Bratman w książce „W szponach zdrowej żywności”, po tym gdy sam ją u siebie zdiagnozował. Według psychologów dotyka ona głównie społeczeństw bogatych, a jej ofiarami najczęściej padają kobiety. Kontrola nad pożywieniem rekompensuje im niepowodzenia w innych dziedzinach i daje poczucie, że na coś mają wpływ. Tylko czy takie życie – choć zdrowe – jest szczęśliwe? Z drugiej strony zajadanie stresu czy wsuwanie w biegu kalorycznych fast foodów nie jest definicją życia ani szczęśliwego, ani zdrowego. Choroby autoimmunologiczne, przewlekłe stany zapalne, otyłość, problemy skórne, a nawet bezpłodność i depresja to także skutki niewłaściwej diety. I bądź tu mądry! A jednak, postaramy się…

Uświadomieni czy przewrażliwieni? Kogo dotyczy ortoreksja?

Dietetyczka Hanna Stolińska pracuje w Instytucie Żywności i Żywienia, prowadzi szkolenia żywieniowe dla dzieci i dorosłych: – Patrząc na moich pacjentów oraz to, co dzieje się obecnie w mediach, powiedziałabym, że nie tyle jesteśmy uświadomieni w kwestii jedzenia, co przewrażliwieni na jego punkcie. Oczywiście są osoby, które kompletnie nie zwracają uwagi na to, co jedzą, ale ich odsetek zdecydowanie się zmniejsza – my, dietetycy, obserwujemy raczej zwrot w kierunku dbania o sylwetkę i jakość tego, co mamy na talerzu. Niestety, do przesady. Znam osoby, które odkąd stwierdziły, że nie jedzą cukru, obsesyjnie czytają etykiety i jeśli znajdą śladowe ilości cukru w jakimś produkcie, to od razu wykluczają go z diety. Poza tym usilnie szukają idealnego rozwiązania dla siebie – skaczą po rozmaitych dietach: beztłuszczowej, bezglutenowej, bezwęglowodanowej czy wysokobiałkowej – wszystkich próbują, ale bez powodzenia, co sprawia, że jeszcze bardziej się stresują jedzeniem.

Mamy więc w Polsce dwie skrajności: jedna część społeczeństwa w ogóle nie interesuje się tym, co je, a druga interesuje się nadmiernie. – Odnoszę wrażenie, że zapomnieliśmy nie tylko o zdrowym rozsądku, ale i o smaku. Patrzymy na zdrowe żywienie zerojedynkowo: albo jem superzdrowo, albo macham na to ręką i wracam do starych nawyków – mówi dietetyczka. A przecież jesteśmy tylko ludźmi i spotykają nas różne niespodziewane sytuacje, często też radosne, jak imprezy czy wakacje all inclusive. Zdarza nam się jeść nadmiarowo i niezdrowo, ale najważniejsze są nasze codzienne wybory.

Hanna Stolińska nie jest zwolenniczką ani jedzeniowego perfekcjonizmu, ani eliminowania z diety określonych pokarmów tylko dlatego, że są kaloryczne. – Jeśli ktoś uwielbia słodycze i je ich rzeczywiście za dużo, nie powinien ich całkowicie wykluczać ze swojego menu, jedynie ograniczyć spożycie, np. do 2–3 razy w tygodniu – tłumaczy. – To nieprawda, że jemy niezdrowo, my dokładnie wiemy, co jest dobre a co nie. Największym problemem jest to, że jemy nieodpowiednie ilości określonych produktów. Kostkę czekolady można zjeść codziennie, ze smakiem. Nie musimy wprowadzać żywieniowej rewolucji, wystarczy zmieniać nawyki krok po roku.

Ortoreksja objawia się nie tylko studiowaniem etykiet. Ta obsesja na punkcie zdrowego odżywiania prowadzi do skupiania się tylko na jakości tego, co jemy. (fot. iStock)

Kilka prostych zmian do wprowadzenia od dziś:

  • jedzmy o regularnych porach (5 razy dziennie);
  • przemycajmy do swoich posiłków większą ilość warzyw (nie plaster pomidora do kanapki, tylko pojemniczek jarzyn);
  • pijmy więcej wody (kobiety – 2,7 litra dziennie, mężczyźni – 3,7), bo kiedy chce nam się jeść, to często tak naprawdę chce nam się pić;
  • ograniczmy słodycze.

Żywność ekologiczna a smak prawdziwego pomidora

Agata Michalak, dziennikarka, tropicielka nowych trendów żywieniowych, do niedawna naczelna magazynu kulinarnego „KUKBUK”: – Może i trochę przesadzamy z etykietowaniem, że coś jest zdrowe, a coś niezdrowe, ale dobrze, że szukamy takich informacji – naddatek wiedzy zawsze jest lepszy od niewiedzy. Jako obrończyni wysokiej jakości jedzenia, nie w sensie jego sporej ceny, tylko starannej produkcji, uważam, że to świetnie, że wiemy coraz więcej na temat tego, jak jest wytwarzane to, co trafia na nasze talerze. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że najczęściej ta dbałość o jakość i dostęp do dobrego jedzenia dotyczy mieszkańców dużych miast i osób dobrze sytuowanych. Choć ten trend się rozszerza – dyskonty spożywcze umasowiły światowe tendencje żywieniowe.

Jest taka teza, że jedzenie zastąpiło nam tabu społeczne dotyczące zachowań seksualnych – dziś o wiele bardziej stabuizowane są pewne praktyki czy produkty żywnościowe. – Świat się zmienia w takim tempie, że mamy coraz mniejsze poczucie wpływu na rzeczywistość, a jedzenie jest tym małym wycinkiem świata, na który wpływ mamy na zasadzie „wiem, co jem i co wkładam do swojego garnka“ – tłumaczy Agata Michalak.

Jej zdaniem to, co teraz obserwujemy, czyli zwrot w stronę żywności ekologicznej i organicznej, jest – nomen omen – naturalną koleją rzeczy. Po nieumiarkowanym konsumpcjonizmie lat 90., kiedy dosłownie chłonęliśmy z zachwytem wszystko, co było oblane kolorową polewą, w puszce i najlepiej gazowane, musiał przyjść pewien rodzaj opamiętania. Doceniliśmy to, co regionalne, a nawet wiejskie. Kiedyś było to synonimem obciachu, dziś „wiejskie” znaczy: zdrowe, dobre, sprawdzone, bez chemii i konserwantów. – W tym myśleniu, że na wsi jest zdrowo, tkwi też pewna pułapka – zaznacza dziennikarka. – Czy wieś w Małopolsce, gdzie jest duży alert smogowy, to naprawdę zdrowe miejsce? Czy wiemy, ile jest metali ciężkich w warzywach uprawianych w ogródku przy drodze?

Podczas pracy nad książką „O dobrym jedzeniu” zdziwiło ją, że mimo deklaracji, w Polsce nawet w wielkomiejskich kręgach wydanie kilkudziesięciu złotych na zdrowego indyka to dla większości zbyt duży wydatek. – Mamy mentalną barierę w płaceniu więcej za coś tylko dlatego, że jest to objęte certyfikatem – tłumaczy. – Nie ufamy odgórnym ustaleniom, komisjom i inspektorom, wolimy zaufać babuleńce w chuście czy sąsiadowi, który zapewnia: „panie, a skąd, niepryskane”.

Oczywiście nie chodzi o to, byśmy teraz za mlekiem prosto od wypasanej na zdrowych łąkach krowy jeździli na Mazury, a po chleb do piekarni na drugim końcu miasta, która nie stosuje ulepszaczy. – Po prostu wyławiajmy z masy dostępnych informacji te, które nas najbardziej interesują i testujmy sami, co nam służy, a co nie – radzi Agata Michalak. – Nie da się porównać pomidora zerwanego z krzaka i zjedzonego w sezonie do tego hodowanego w Hiszpanii i sprowadzanego do Polski. Smak powinien być naszym przewodnikiem.

Ortoreksja i dieta restrykcyjna idą ze sobą w parze. Żywność ekologiczna staje się często podstawą tej diety. (fot. iStock)

Czym się kierować kupując eko żywność:

  • zafundujmy sobie raz na jakiś czas wybrane produkty certyfikowane, by wiedzieć, jak powinny smakować, i porównujmy potem z produktami dostępnymi w sklepach;
  • kupujmy u różnych sprzedawców i rolników na tym samym bazarze;
  • korzystajmy z serwisów pośredniczących w sprzedaży produktów prosto od rolników (np. lokalnyrolnik.pl czy ranozebrano.pl).

Ortoreksja czy dieta restrykcyjna? – Mniej myśli o jedzeniu, więcej o sobie!

Lek. med. Elżbieta Dudzińska, absolwentka Studiów Podyplomowych z Medycyny Integralnej dla lekarzy, na Uniwersytecie Arizona w USA, współpracuje z fundacją „Bądź”: – Dziś jesteśmy o wiele bardziej zaabsorbowani i doinformowani w kwestii diet, ale nadal nie doceniamy jedzenia jako elementu, który może być decydującym czynnikiem terapeutycznym. Odpowiednia dieta ma o wiele lepsze wyniki niż leki i suplementy w prewencji cukrzycy czy chorób układu krążenia.

Oczywiście na stan zdrowia wpływa bardzo wiele czynników. – Ma znaczenie, co odziedziczyliśmy w genach, jak wyglądało nasze życie płodowe – czym się żywiła nasza mama, jaki tryb życia prowadziła, ale też jak wyglądał poród. Fakt, czy to było cesarskie cięcie czy poród naturalny, decyduje o florze biologicznej w naszym układzie pokarmowym, która wpływa na przyswajanie składników. Pod tym względem poród naturalny jest korzystniejszy – mówi Elżbieta Dudzińska.

Kolejną, bardzo ważną składową naszego dobrostanu jest psychika. Myśli i emocje to biochemia, która przekłada się na zdrowie. – Spotykam wiele osób, które wyznają fanatyzm żywieniowy, graniczący z ortoreksją. Myślenie o jedzeniu ich stresuje, co dopiero samo jedzenie. Mają też mnóstwo negatywnych emocji związanych z innymi. Takim podejściem można sobie zrobić więcej krzywdy niż fast foodami – tłumaczy ekspertka.

Do tego dochodzą takie elementy, jak styl życia, aktywność fizyczna, środowisko naturalne, mniej lub bardziej zanieczyszczone, czy sen. Plus to, co jemy, jak jemy, ale też jak to jedzenie przyrządzamy. I tu zaczynają się schody. – Myślenie, że jem to, co jest zdrowe, więc będę zdrowy, jest zgubne – wyjaśnia Elżbieta Dudzińska. – Trzeba zwrócić uwagę na wszystkie aspekty wpływające na zdrowie i skupić się na tym, jaki jest stan mojego zdrowia i jakie są moje potrzeby, a nie na tym, co jest akurat. Na przykład rośliny kapustne, surowe i w dużej ilości, nie są wskazane dla osób mających problemy z hormonami tarczycy. Następna sprawa, w czym gotujemy tę kapustę – wiele substancji i pierwiastków z garnków czy patelni przedostaje się do jedzenia. Gdy już mamy zdrowy produkt, dobrany do naszego stanu zdrowia i odpowiednio przygotowany, to powinniśmy pamiętać o tym, żeby zjeść go w spokoju i odpowiednio przeżuć. To, ile składników odżywczych z niego przyswoimy, zależy od mikrobiomu, czyli flory bakteryjnej w naszym przewodzie pokarmowym.

Nie sposób chyba myśleć o tych wszystkich czynnikach podczas przygotowywania codziennych posiłków. – Zgadzam się, co więcej, uważam, że ta wiedza może czasem przeszkadzać – mówi Elżbieta Dudzińska. – Nie chodzi o to, by jeść z ponurą miną sałatę, patrząc ze złością na kogoś, kto obok wcina ciastko. Jedzenie, oprócz tego, że jest nam potrzebne do życia, jest jego piękną celebracją i radością.

Kilka bazowych zasad dobrego odżywiania:

  • kupujmy produkty sezonowe od lokalnych sprzedawców;
  • jedzmy pokarmy o niższym indeksie glikemicznym;
  • spożywajmy jak najwięcej różnokolorowych warzyw;
  • starajmy się sami przyrządzać posiłki, jedzmy jak najmniej przetworzone produkty;
  • ograniczmy spożycie mięsa, cukru i soli, zwiększmy ilość przypraw.

Powiedz mi, co jesz…

… a powiem ci, kim jesteś. Naukowcy z Helsinek są przekonani, że na to, jakie wybieramy potrawy, ma wpływ nasza osobowość. Do badania zaprosili 1500 uczestników, którym dali do wypełnienia kwestionariusz osobowości Wielkiej Piątki, czyli test psychologiczny mierzący 5 aspektów ludzkiej osobowości (neurotyczność, ekstrawersja, otwartość na doświadczenia, ugodowość i sumienność), a następnie zapytali ich o preferencje jedzeniowe. Co się okazało? Neurotycy, czyli ludzie skłonni do zamartwiania się, jedzą mniej ryb i warzyw niż ci bardziej radośni, co rekompensują sobie niezdrowymi przekąskami oraz słodzonymi napojami. W diecie ekstrawertyków dominuje mięso i warzywa, z kolei ludzie otwarci na doświadczenia spożywają więcej warzyw i owoców niż ich nieśmiali koledzy. Osoby ugodowe jedzą mniej mięsa i piją mniej słodzonych napojów niż nieugodowe, natomiast ludzie o dużej sumienności pilnie stosują się do zaleceń dietetyków i żyją bardzo zdrowo.