1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Mieć i być

Mieć i być

Ilustracja: Arobal
Ilustracja: Arobal
Ci, którzy usilnie dążą do sukcesu materialnego, łudzą się, że to da im szczęście. Bogaci już tych złudzeń nie mają. 

George Saunders, jeden z największych współczesnych amerykańskich pisarzy, autor „Lincolna w Bardo” (za tę książkę otrzymał brytyjską Nagrodę Bookera), mówi w wywiadzie, że w odkryciu prawdy, iż jesteśmy tu na chwilę, tkwi piękna groza. Co z nią zrobimy? Saunders jako dziecko żarliwie się modlił, przeżył nawet w kościele mistyczne doświadczenie. Potem próbował zastąpić wiarę rock and rollem, sztuką. Po latach – jak to określa – arogancji, nihilizmu, kiedy osiągnął sukces, na świat przyszły córki. I wtedy przekonał się, że materializm mu nie wystarcza. Szukał więc różnych duchowych dróg, aż trafił na buddyzm.

Kierunek od sukcesu i wielkich pieniędzy do duchowości jest udziałem coraz większej liczby ludzi. Przy czym duchowość nie musi oznaczać wiary, religijności. Francuski filozof André Comte-Sponville w książce „Duchowość ateistyczna. Wprowadzenie do duchowości bez Boga” pisze, że ta sfera życia jest zbyt ważna, żeby oddać ją różnego rodzaju fundamentalistom. Podobnie jak laickość jest zbyt cenna, by zawładnąć nią mieli najbardziej szaleni przeciwnicy religii. Dlatego uważa, że ludziom spoza wszelkich kościołów powinno się pomóc odnaleźć duchowość bez Boga, bez dogmatów. Czyli taką, która chroniłaby ich zarówno przed fanatyzmem, jak i nihilizmem. Twierdzi, że XXI wiek będzie duchowy i laicki albo go nie będzie.

To śmiała teza, dla wierzących nie do zaakceptowania. Pokazuje jednak, że duchowość to kierunek poszukiwań łączący nas wszystkich, i wierzących, i niewierzących. I – co może wydawać się zaskakujące – dojmująco ważny dla ludzi, którzy w sferze materialnej zdobyli wszystko. Bo ci, którzy usilnie dążą do sukcesu materialnego, łudzą się, że to da im szczęście. Bogaci już tych złudzeń nie mają.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Coaching zdrowia - na czym polega?

Zdrowie to stan, kiedy dobrze się czuję ze swoim ciałem, swoimi myślami i emocjami - w osiągnięciu tego pomaga właśnie coaching zdrowia. (Fot. iStock)
Zdrowie to stan, kiedy dobrze się czuję ze swoim ciałem, swoimi myślami i emocjami - w osiągnięciu tego pomaga właśnie coaching zdrowia. (Fot. iStock)
Wśród wielu sposobów na zadbanie o siebie jest też coaching zdrowia. Na czym polega? Głównie na obserwacji. Swoich myśli, uczuć i sygnałów ciała. Coach Katarzyna Rybczyńska wyjaśnia, jakie mogą być tego efekty.

Jak można coachingować zdrowie?
Coaching to sposób na złapanie kontaktu ze sobą, wejście w relację. W największym uproszczeniu coaching to „życzliwe bycie z drugim człowiekiem”. Tę życzliwość możemy otrzymać w każdej relacji opartej na zdrowej więzi – z przyjacielem czy zaufanym spowiednikiem. Taka postawa w biznesie nazywa się coachingiem biznesowym, a wobec zdrowia – coachingiem zdrowia.

Po prostu siadam z osobą, która chce zająć się własnym zdrowiem, i towarzyszę jej w odkrywaniu siebie. W poznawaniu jej definicji zdrowia, bo każdy ma inną.

A jaka jest pani definicja?
Dla mnie ważne jest bycie świadomym tego, o czym w danym momencie myślę, jakie to we mnie generuje emocje i jak to się przekłada na ciało i ducha. Zdrowie to stan, kiedy dobrze się czuję ze swoim ciałem, swoimi myślami i emocjami.

Z jakimi problemami zdrowotnymi przychodzą do pani ludzie?
Najczęściej praca nad zdrowiem rozpoczyna się w trakcie pracy nad tematem, który wcale nie jest z nim związany. Jeżeli mnie coś męczy, nie umiem podjąć decyzji, mam silne i nieprzyjemne uczucia związane z jakimś tematem – odzwierciedla się to w moim ciele, najczęściej w postaci napięcia w barkach i w szczękach. Pracowałam kiedyś z klientem, który nie potrafił delegować obowiązków, co doprowadziło nas do jego relacji z przełożonym i problemu kumulacji napięcia w ciele.

Czy stres jest główną przyczyną dolegliwości zdrowotnych?
Wiele rzeczy, zjawisk czy sytuacji, które łączą się ze stresem, przekłada się bezpośrednio na zdrowie. Coraz więcej mówi się o emocjach, kładzie się nacisk na to, jakie informacje one ze sobą niosą. Do niedawna emocje uznawane były za niedobre i trzeba było je tłumić. Teraz uczymy się je rozumieć i nimi zarządzać. To kluczowy aspekt zdrowia. Pojawia się emocja, robię skan w ciele, odnajduję napięcie, jakie ona wywołuje, a w umyśle wspomnienie, które uruchomiło daną reakcję, i zastanawiam się, co z tym mogę zrobić.

No właśnie, jak można sobie pomóc?
Przejść się, odetchnąć, porozmawiać o tym. Zazwyczaj silne emocje pojawiają się w relacjach dla nas istotnych – z bliskimi, z szefem. Jeżeli bardzo się staram i chcę zrobić na kimś wrażenie, warto zastanowić się, dlaczego jest to dla mnie takie ważne, albo jakie wartości chcę obronić.

Wiemy już, co myślimy i czujemy. A jak możemy zdefiniować stan duszy?
Stan duszy to życie w zgodzie z własnym powołaniem. Wierzę, że każdy jest do czegoś przeznaczony, a nasze zdrowie i ciało to detektory, które wskazują, czy podążamy swoją drogą. Jeżeli robimy coś wbrew przeznaczeniu, zaprzeczając istotnym wartościom, to zaczynamy odczuwać niewygodę, z czasem pojawiają się napięcia i różne dolegliwości. Coaching może pomóc nam stworzyć mapę osobistych doświadczeń i przełożyć je na ciało. Poprzez zadawanie pytań pozwala połączyć mapę swoich emocji i myśli ze stanem zdrowia.

Czym się objawia dobry stan ducha?
Spokojem w emocjach, lekkością w uczuciach, jasnością myśli i obecnością. Na przykład teraz rozmawiamy i tworzymy więź, inni ludzie są w tle, słyszę głosy w oddali, czuję zapach kawy, ale to wszystko zajmuje swoje miejsce. Widzę to w postaci kręgów ważności. Moje ciało jest rozluźnione.

Co możemy zrobić dla ciała w celu poprawy naszego zdrowia?
Możemy zacząć obserwować jego reakcje – o jakiej porze jestem bardziej efektywna, w jakich godzinach sen służy mi najlepiej, które partie mięśni mam napięte podczas pracy. A że nie napinamy mięśni od razu mocno, tylko długo i stopniowo pogłębiamy napięcie, więc można to obserwować i świadomie rozluźniać. Dobrze jest też poobserwować, jakie jedzenie mi służy – jeżeli po posiłku zamiast czuć przypływ energii, jestem ospała – to znak, że potrawa nie była właściwie dla mnie skomponowana. Dla każdego dobre będzie co innego – dla jednego kiełki, dla drugiego biały ser, a dla trzeciego kawałek krwistego steku. Nikt ci nie powie, co powinnaś jeść, możesz to tylko zbadać na podstawie obserwacji.

A co możemy zrobić dla higieny emocjonalnej?
Na początek dobrze jest sporządzić listę znajomych i przy imionach tych, przy których czujesz się dobrze, postawić „+”, a przy których nie „–”. Potem można wybrać jedną osobę i zbadać, o co chodzi. O czym informują mnie emocje, jakie pojawiają się w kontakcie z nią. A każda emocja niesie informację. Wstyd mówi na przykład o przekroczeniu granic – weszłam na czyjś obszar za daleko albo kogoś za blisko dopuściłam.

Dobrym ćwiczeniem jest też stworzenie listy swoich emocji, żeby mieć paletę różnej intensywności doświadczeń i umieć nazywać je w konkretnych sytuacjach.

Została nam jeszcze higiena intelektualna…
Czyli kontrola własnych myśli. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, jaką taśmę puszczam sobie w głowie. I jeśli źle na mnie działa, zmienić ją na nową. Ja na przykład mówię do siebie: „Kaśka, dasz radę” albo: „Rybczyńska, uspokój się”, co mnie rozśmiesza i rozluźnia. Polecam także ćwiczenie polegające na wyszukiwaniu życzliwych myśli na temat innych osób, na przykład współpasażerów w metrze, ale można to również ćwiczyć przed lustrem. I przyłapywać się na czymś dobrym. Można założyć zeszyt i zapisywać pozytywne myśli na swój temat.

Zdrowie to nie tylko stan ciała...
Oczywiście. Warto zacząć od pytania: czy chcę być zdrowa? A jeżeli tak, to co mogę zrobić? Może pójść na coaching albo terapię? Dobrze przypomnieć sobie, kiedy czułam się zdrowa, i często wracać do tego myślami.

Nie spotkałam osoby, która nie chciałaby być zdrowa. Ale to, co twierdzimy na poziomie umysłu, nie musi być zgodne z tym, co mówi nasze ciało. Dlatego zacznijmy od niego. Bo ciało wie lepiej. Gdy wykryję, o czym informuje mnie ciało, to będę mogła zapobiec wielu cięższym schorzeniom.

Katarzyna Rybczyńska coach zdrowia, razem z Moniką Zubrzycką-Nowak napisała książkę „Coaching zdrowia”.

  1. Psychologia

Znaczenie snów - dopowiadają to, czego nie zauważamy

„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
„Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago.(Fot. iStock)
- Nasze sny nie mają nic wspólnego z intelektem. I w przeciwieństwie do niego nigdy nas nie okłamują – twierdził Carl Gustav Jung. Dopowiadają to, czego nie zauważamy albo co jest dla nas niewygodne, choć prawdziwe. To nocny zmysł, równie cenny jak pięć pozostałych, których używamy za dnia.

Rosyjskiemu naukowcowi Dmitrijowi Mendelejewowi okresowy układ pierwiastków chemicznych ukazał się we śnie. Mendelejew badał wówczas właściwości metali i niemetali, biedząc się nad odkryciem logicznych powiązań między nimi. Po godzinach bezowocnego ślęczenia poszedł spać. W nocy miał sen, w którym zobaczył pierwiastki sklasyfikowane w grupy według masy atomowej. Wizja senna była tak szokująca, że Mendelejew z wrażenia się obudził i zapisał ją na papierze. Niezwykłe było to, że jego sen przewidział także istnienie ośmiu innych nieznanych pierwiastków, z których trzy odkryto jeszcze za jego życia.

Wiele wynalazków i odkryć zostało zainspirowanych snami, a czasem wręcz dokonało się we śnie. Niels Bohr opracował model atomu na podstawie snu, w którym widział słońce i krążące wokół niego planety, a Elias Howe w nocy wynalazł maszynę do szycia.

Sny bywają także „twórcami” słynnych dzieł. Robert Louis Stevenson często „pisał” we śnie, a po obudzeniu szybko notował na papierze literackie wizje. Salvador Dali większość swoich obrazów wyśnił, a Wagner „Pierścień Nibelungów” „usłyszał” po raz pierwszy w nocy. Do wyśnionych utworów należą też podobno „Ulisses” Joyce’a, „Boska komedia” Dantego, „Kandyd” Woltera. Proroctwo, intuicja pozaintelektualna czy też przetworzenie posiadanej wiedzy i informacji, które sen wyłowił z chaosu i nadał im ostateczną formę?

Marzenia senne

Afrykańskie plemiona wierzą, że istnieją dwa rodzaje marzeń sennych: ota (z języka suahili), czyli wielkie wizje mające znaczenie nie tylko dla śniącego, ale też dla całej społeczności, a nawet dla ludzkości, oraz ndoto, czyli powszednie „małe” sny, w których śnimy o naszych problemach. Ota zdarzają się bardzo rzadko i tylko naprawdę wielcy ludzie, tacy jak wodzowie, szamani i inne osobowości charyzmatyczne, mogą je mieć – mówił na swoich seminariach Carl Gustav Jung, twórca psychologii głębi. Jung zakładał istnienie nieświadomości zbiorowej całej ludzkości i wierzył, że wiedza z niej pochodząca bywa dostępna ludziom za pośrednictwem potężnych snów.

Wielki sen wodza albo szamana zawsze miał kluczowe znaczenie dla całego plemienia. Jedna z eskimoskich legend opowiada o starym szamanie, który pod wpływem wizji sennej o dalekiej krainie obfitości poprowadził głodujące plemię z Grenlandii przez Zatokę Baffina do Ameryki Północnej. W połowie podróży niektórych opanowały wątpliwości, czy wizja jest prawdziwa. Część plemienia zawróciła i zginęła, podczas gdy pozostali dotarli do wybrzeża północnoamerykańskiego, gdzie wody obfitowały w foki, wieloryby i morsy.

Wśród północnoamerykańskich Indian panuje przekonanie, że sny ważne dla całej społeczności, decydujące np. o tym, czy plemię będzie miało wystarczający zapas jedzenia, by przetrwać zimę, mogą mieć tylko ludzie o czystym sercu, gdyż tylko oni nawiązują we śnie duchową łączność z przyrodą. O wyprawie na polowanie zawsze decydował sen szamana, któremu potrafiło się przyśnić, w jakim miejscu i dokładnie o jakiej porze przejdzie stado zwierząt.

Norbu Rinpocze i Lopon Tenzin Namdak w książce „Tybetańska joga snu i praktyka naturalnego światła” piszą, że takie zdolności senne mają osoby dojrzałe, o wysoko rozwiniętej świadomości. Pracując nad sobą, zaczynają doświadczać tzw. siddhi, czyli zdolności parapsychologicznych. Do klasycznych siddhi należą właśnie prorocze sny (a także czytanie myśli, leczenie przez dotyk, przebywanie w dwóch miejscach w tym samym czasie i widzenie przyszłości).

Choć „małe” sny są dużo mniej fascynujące niż te wizjonerskie, trudniej nam je zrozumieć, gdyż często bywają dla nas niejasne. Mają jednak ogromną wartość. Próbują nam pomóc w rozwiązaniu problemów i – jeśli traktujemy je poważnie – stanowią małe kroczki do wzbogacania własnej osobowości i coraz lepszego funkcjonowania w świecie. Fritz Perls, założyciel szkoły psychologicznej Gestalt, nazwał sny królewską drogą do integracji i rozwoju osobowości.

Śpiący umysł

Neurolodzy starają się wyjaśnić funkcję marzeń sennych, badając pracę mózgu podczas snu. Okazuje się, że kiedy śpimy, wyłączają się najwyżej zorganizowane i racjonalne struktury umysłu, a do głosu dochodzi układ limbiczny, bardziej pierwotna część mózgu, którą można nazwać umysłem emocjonalnym. Doktor Rosalind Cartwright z Rush University w Chicago sądzi, że sen jest symbolicznym odbiciem naszego stanu psychicznego, a mózg pracuje wtedy nad rozwiązaniem trudnych problemów emocjonalnych.

Podczas pierwszej fazy REM (Rapid Eyes Movement) zanurzamy się w najgłębszych emocjach, następnie odreagowujemy je w postaci marzeń sennych podczas kolejnych REM, które powtarzają się czterech do pięciu razy w nocy. Dlatego pierwszy sen zwykle ma bardzo niepokojącą treść. Ten zły sen to jednak dopiero początek całej akcji nocnej! Podczas kolejnych faz REM śpiący umysł przenika wszystkie zasoby pamięci i sięga do naszych podobnych doświadczeń, aby znaleźć sposoby na poradzenie sobie z dziennymi emocjami, i przedstawia je nam w postaci kolejnych snów. W związku z tym mimo złego wieczornego nastroju rano możemy zbudzić się już w o wiele lepszym humorze.

 
Marzenia senne zapewniają nam więc zdrowie psychiczne! „Dzięki temu, że we śnie bywamy wariatami, w dzień możemy zachowywać się normalnie” – uważa dr Cartwright. Gdy jednak nasze problemy są zbyt trudne i śpiący umysł nie umie sobie z nimi poradzić, sen zaczyna powtarzać się w postaci koszmaru, nie wychodząc poza pierwszą fazę REM. Taki nawracający koszmar (który może dręczyć nas nawet latami) to znak, że nie dajemy sobie rady z jakimś urazem i potrzebna jest już pomoc psychoterapeuty.

Istnieje wiele dowodów na to, że sny mogą nas poinformować o rozwijającej się chorobie, zanim pojawią się jej pierwsze symptomy. Podczas fazy REM umysł wychwytuje zmiany zachodzące w ciele, zanim dostrzeże je świadomość – tłumaczy prof. Robert van de Castle z Health Sciences Center Virginia University. Taki sen przeżył w dramatycznych okolicznościach Jeffrey Lim, dziennikarz brytyjskiego tygodnika „The Observer”. W programie „Tajemnice snu” Discovery Science opowiadał, że w wyniku powikłań, do jakich doszło, gdy był operowany w szpitalu, nie obudził się po narkozie i zapadł na kilka tygodni w śpiączkę. Nieprzytomny i podłączony do sztucznego płucoserca śnił. We śnie czuł, że jest sparaliżowany i nie może mówić, a żona i lekarz zapewniają go, że wróci do zdrowia. Lim obudził się po czterech tygodniach. Sen się sprawdził: nie miał władzy ani w rękach, ani w nogach, z powodu wykonanej tracheotomii nie mówił. Był jednak całkowicie spokojny. Sen przygotował go na stan, w jakim się znalazł po przebudzeniu. Wiedział też, że dojdzie do siebie. Z czasem Lim odzyskał pełną sprawność fizyczną i umysłową, obecnie czuje się dobrze i pracuje.

Znaczenie snów. Czego chcą od nas sny?

Choć sen może nas poinformować o stanie psychicznym i fizycznym czy pomóc odreagować stresy, to wskazówki, jakie niesie, warto sobie uświadomić – pisał psycholog Eugene Gendlin w swojej książce „Let Your Body Interpret Your Dreams”. Dlatego lepiej przypominać sobie sny. Co zrobić, żeby sen nie uległ zapomnieniu? Przede wszystkim od razu po obudzeniu można powtórzyć go sobie w myśli. Niektórzy terapeuci, idąc za radą Junga, zalecają swoim pacjentom zapisywanie snów, a także skojarzeń i uczuć, jakie wywołują, w dzienniku. Bo sny odsłaniają te uczucia, których nie dopuściliśmy do świadomości za dnia. Dzięki zapiskom możemy dokładnie poznać pełne własne nastawienie do jakiegoś problemu czy osoby. Praca ze snem pozwala lepiej rozumieć własne opory i pragnienia, a radzenie sobie z nimi napotyka wtedy na mniejsze przeszkody, uważał Jung. Możemy też śledzić, jak zmieniają się nasze sny w miarę upływu czasu i pracy nad sobą.

Dobrym sposobem na odkrycie sennego przekazu jest wchodzenie w role postaci ze snu i odgrywanie ich jak w teatrze. Wiele nurtów psychologicznych zakłada bowiem, że każdy element snu (wszystkie jego osoby, nawet fragmenty otoczenia i przedmioty) reprezentuje jakąś część nas samych. W „Gestalt Theraphy Verbatim” Perls pisał: „Nie interpretujemy snów. Robimy z nimi coś bardziej interesującego. Zamiast analizować i jeszcze bardziej dzielić sen, chcemy go ponownie ożywić”. Pacjent opowiada więc swój sen, używając czasu teraźniejszego zgodnie z gestaltowską zasadą „tu i teraz”, następnie – jeśli sen jest długi i skomplikowany – wybiera fragment, który wydaje mu się najważniejszy. Odtwarzając gesty i ruchy ciała postaci ze snu, doświadcza uczuć, których sobie wcześniej nie uświadamiał.

Amerykańskiego psychologa Lane’a Aryego przez wiele lat dręczył sen, w którym uciekał przed dwoma potężnymi mężczyznami. Gdy rozpoczął pracę nad lękiem, który czuł we śnie, jego treść diametralnie się zmieniła. Podczas kolejnej nocy, zamiast uciekać, zatrzymał się i zapytał mężczyzn, czego od niego właściwie chcą. „Jesteśmy tutaj po to, aby nauczyć cię prawdziwej męskości”, odpowiedzieli. I przez dalszą część snu wyjaśniali mu, na czym polega bycie mężczyzną. Gdy Arye pozwolił mężczyznom ze snu przemówić, koszmar już się nie powtórzył. W ten sposób postacie ze snów konsekwentnie dążą do wzbogacania naszej osobowości w nowe postawy życiowe. W jednym ze swoich dzieł „Archetypy i symbole” Jung napisał, że najgorszy wróg z naszego snu może okazać się w efekcie najlepszym sprzymierzeńcem i przyjacielem.

Przypadek Almaszara

Wspominając swoje sny, warto pamiętać, że tak jak mity i baśnie przemawiają do nas nie dosłownym, lecz symbolicznym językiem i symbolicznymi obrazami. Choć stworzono wiele senników tłumaczących znaczenie poszczególnych symboli, to dla każdego z nas mogą one mieć zupełnie inny, indywidualny sens, związany z osobistymi doświadczeniami, wyobrażeniami i uczuciami. Przed dosłownym odczytywaniem „małych” snów przestrzega opowiadanie balwierza o piątym bracie w „Baśniach z tysiąca i jednej nocy”. Almaszar zainwestował wszystkie pieniądze w kosz wyrobów szklanych, ponieważ śnił, że się na nich wzbogaci. Niestety, któregoś dnia przypadkowym kopnięciem stłukł całe szkło. Gdyby uznał senne bogactwo za symbol jakiejś części własnej osobowości, być może baśń skończyłaby się happy endem...

  1. Styl Życia

Wszyscy jesteśmy twórcami z natury. Obudź w sobie kreatywność

Bycie artystą w swoim życiu to głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.(Fot. iStock)
Bycie artystą w swoim życiu to głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.(Fot. iStock)
Kreatywności nie trzeba się uczyć, wystarczy ją odblokować, obudzić, by móc w pełni realizować swój potencjał. To możliwe w każdym wieku – twierdzi Julia Cameron, autorka bestsellerowego poradnika „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" – jedyne, co trzeba zrobić, to otworzyć się na siebie.

Jest pani pisarką i autorką scenariuszy filmowych, jednak największą sławę przyniósł pani… poradnik. To sukces, czy na jakimś poziomie czuje się pani niespełniona?
Teraz już mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że to sukces. Czuję się spełniona. „Drogę artysty...” kupiły miliony osób na całym świecie. Byłabym niewdzięczna, nie szanując tego. Ale z początku zupełnie tego nie rozumiałam, nie brałam pod uwagę, że to może być moja główna ścieżka kariery. Czasem trzeba po prostu nie opierać się, tylko płynąć z tym, co się pojawia. Ta sytuacja nauczyła mnie pokory.

Czym tłumaczy pani popularność tej książki?
Udało mi się najwyraźniej dotknąć czegoś ważnego i ponadczasowego. Dziś kreatywność to modne słowo, są setki książek i warsztatów na ten temat. I nic dziwnego – zaczynamy rozumieć, że tworzenie jest naszym największym życiowym powołaniem i wyzwaniem jednocześnie. Wtedy, pod koniec lat 80., borykałam się z poważnym kryzysem twórczym, ale nie było żadnych poradników na ten temat, gotowych recept. A ja czułam się wypalona, nie miałam pojęcia, co mam dalej robić ze swoim życiem. Przestałam mieścić się w systemie, nie godziłam się na to, że prawa rynku sztuki zmuszają artystów do chałtur, robienia rzeczy pod publiczkę. Moja kreatywność gasła dławiona oczekiwaniami z zewnątrz. Próbowałam różnych ścieżek, by odnaleźć siebie, szukałam po omacku, eksperymentowałam na sobie. I powoli coś zaczęło się otwierać, choć niekoniecznie w dziedzinie sztuki. Zaczęłam się dzielić moimi przemyśleniami i ćwiczeniami z grupką znajomych, którzy podobnie jak ja cierpieli na kryzys twórczy. Zareagowali niesamowicie: wszyscy poczuli dopływ sił i zaczęli na nowo tworzyć. Zaczęłam robić takie kursy i miałam coraz więcej chętnych. Po kilku latach wydałam książkę… Zanim się obejrzałam, uczenie innych, jak odzyskać twórczą moc, stało się moim głównym zajęciem.

Podobno nauczyć możemy kogoś tylko tego, co sami przeszliśmy.
Jestem tego pewna. Co ciekawe, niejako przy okazji szukania kreatywności znalazłam się na ścieżce duchowej. Odkryłam, że duchowość i tworzenie są ze sobą nierozerwalnie związane. Otwierając się na duchowość, stajemy się twórcami, a przez tworzenie dotykamy w sobie boskości w jej najgłębszym wymiarze. A jest nią tworzenie właśnie. Przez lata moje rozumienie twórczości ewoluowało. Dziś już nie myślę o artyście jako o kimś, kto tworzy dzieło konkretną techniką. Widzę, że kreatywnym projektem może być rodzina, dom, własny biznes – albo po prostu życie. A sensem życia jest znalezienie swojego środka wyrazu, który pozwoli nam zaangażować siebie w pełni, użyć do tego swoich unikalnych talentów. W tym sensie dążenie do tworzenia jest najgłębszym pragnieniem człowieka. Wołaniem serca, duszy. Wszyscy szukamy twórczego spełnienia, czyli połączenia ze swoją boskością. Choć brzmi to górnolotnie, w gruncie rzeczy jest proste. Myślę, że to właśnie przyciąga ludzi do mojej książki. Proponuję kilka konkretnych kroków, które pomagają to odkryć.

Jakie to kroki?
Najważniejsze są trzy praktyki: dziennik poranny, artystyczna randka i spacerowanie.

To nie brzmi specjalnie twórczo…
Wiele osób tak reaguje. Jak takie zwyczajne rzeczy, w dodatku wcale nieangażujące twórczego potencjału, mają im pomóc rozwinąć kreatywność? A jednak pomagają. Mam na to setki dowodów. To nie polega na jakichś zaawansowanych technikach. Technik i naukowych dowodów domaga się jedynie nasz logiczny umysł. Cały sekret polega na tym, że kreatywność KAŻDY ma w sobie, wystarczy się na siebie otworzyć i jej nie blokować. Ćwiczenia, które proponuję, polegają głównie na tym. Dziennik poranny to nic innego jak codzienne zapisywanie strumienia świadomości. Coś w rodzaju opróżniania głowy z myśli i uświadamiania sobie swojego stanu ducha.

Pani to robi?
Codziennie. Budzę się, idę do kuchni, nalewam sobie duży kubek zimnej kawy, siadam w fotelu i piszę. Uwielbiam te chwile. Duże znaczenie mają dla mnie detale. Kolor atramentu, notatnik, w którym piszę. Dawno zrozumiałam, że musi być odpowiednio duży, żebym mogła się rozwinąć w tym pisaniu. Problem z małymi notatnikami jest taki, że podświadomie ograniczamy rozmach myśli, by się zmieścić na stronie. Lubię, żeby papier był odpowiednio gruby, mięsisty, by długopis nie prześwitywał, lubię fizyczne odczucia, jakie daje mi pisanie w nim. Nie ma w tym nic przypadkowego, nie ma pośpiechu.

Nie używa pani laptopa?
Tylko do pracy. A to coś zupełnie innego – rodzaj medytacji, spotkania ze sobą. Ważne jest pisanie odręczne. To bardziej intymne. Poza tym na komputerze piszemy zwykle wolniej albo szybciej, niż myślimy, co powoduje, że wkrada się do tego procesu analizowanie i ocenianie. A chodzi o to, by w miarę możliwości puścić kontrolę myślenia i spisywać to, co w danej chwili mamy w głowie. Bez cenzury i bez poprawiania. Pisanie dla samego pisania nie ma nic wspólnego ze sztuką. Ale ma wiele wspólnego z miłością. W tym procesie chodzi o bycie akceptującym świadkiem siebie samego. Kiedy zapisuje pani te trzy strony rano – bo to mają być trzy strony dziennie, nie mniej – to jest trochę tak, jakby z miotełką w ręku zaglądała pani do różnych zakamarków siebie i wymiatała stamtąd różne rzeczy. I jednocześnie dawała znać wszechświatowi: to lubię, to mi się podoba, a tamto nie. Tym jestem, a taka nie jestem. Tego chcę, a to mi się nie podoba. W ten sposób wysyłamy telegram do naszych muz, które przynoszą natchnienie. Takie wylewanie siebie na papier przełamuje różne blokady, nie tylko pisarskie. Udrożnia myślenie, otwiera nas na samych siebie, oswaja z tym, co w nas siedzi.

Czyta pani potem te wpisy? Zagląda do nich?
Nie. I nie o to chodzi.

Ale słyszałam, że je pani trzyma. Po co?
Są intymnymi świadkami mnie, zapiskami chwili, a nie wydarzeń, raczej emocji i przemyśleń, potrzeb, stanów ducha. Ale szczerze mówiąc, nie wiem. Mam już kilkadziesiąt takich dzienników. Są pięknie oprawione, jestem do nich przywiązana. Kiedyś myślałam, że przydadzą mi się, kiedy będę pisała pamiętnik czy biografię. Ale już napisałam, a pisząc, nawet do nich nie zajrzałam. Córka ma je spalić po mojej śmierci.

Więc to taka sztuka dla sztuki?
W sumie tak. Po mniej więcej dwóch tygodniach takiego pisania dołączamy kolejne ćwiczenie – artystyczną randkę. Polega na tym, że raz w tygodniu wybiera się pani gdzieś w pojedynkę. To może być muzeum czy galeria, ale też dowolne miejsce zupełnie niezwiązane ze sztuką. Można obejrzeć film, popatrzeć na rzekę z mostu czy poleżeć w parku na trawie i pogapić się w niebo. Jedyny warunek jest taki, by ten czas sprawiał pani radość, przyjemność, żeby doświadczyła pani czegoś nowego. Muszę powiedzieć, że na początku miałam trudności z wymyślaniem tych rzeczy, ale z czasem nauczyłam się uwielbiać moje randki, czekam na nie cały tydzień. Ostatnio byłam na wystawie fotografii, ale jeszcze przed oficjalnym otwarciem, bo autorka jest moją przyjaciółką.

Dlaczego w pojedynkę?
Jeśli idziemy na randkę z kimś, zwykle tej osobie poświęcamy większą część uwagi. A tu chodzi o to, by nawiązać relację ze sobą, zakochać się w sobie, a nie w kimś innym. Chcemy poznać swoje uczucia, reakcje, dowiedzieć się, co lubimy, co jest dla nas ważne, doświadczyć siebie w kontakcie ze światem. I nauczyć się to lubić. Z początku to może nie być łatwe, bo uczono nas, że inni są ważniejsi, więc zwykle skupiamy się na innych. Na ich potrzebach czy samopoczuciu. I nie umiemy być sami ze sobą. Podczas randki uczymy się zadawać sobie te pytania, które zwykle zadajemy komuś: „Jak się bawisz? Co ci się w tym podoba?”. I słuchać własnych odpowiedzi.

Zawsze lubiłam sama chodzić do kina. Moja przyjaciółka powiedziała mi jednak kiedyś: „Nie czujesz, że wszyscy myślą, że nie masz z kim iść?”. Dzięki niej zrozumiałem, że takie chodzenie w pojedynkę może być dla kogoś przekroczeniem wielu wewnętrznych ograniczeń.
Które ograniczają też naszą kreatywność. Trzymają ją pod kontrolą. Warto to sobie uświadomić. Nie ma nic złego w tym, że zjemy obiad w samotności. To może być bardzo przyjemne doświadczenie, pełne smakowania tego, co na talerzu, delektowania się widokami, zapachami. Można obserwować innych ludzi, myśleć o czymś interesującym. Kiedy idzie pani na randkę ze sobą, zaczynają się pojawiać myśli, inspiracje, skojarzenia, przeczucia. Można usłyszeć swój własny głos. Dla niektórych osób to olśnienie. Bo nigdy wcześniej tego głosu nie słyszeli. To droga do zakochania się w sobie, bo jak tu kochać siebie, jeśli nawet nie wiemy, kim jesteśmy? Praktykując dziennik poranny i randki, uczymy się żyć bardziej świadomie. Przełączamy się na inny kanał percepcji. Obok racjonalnego, logicznego głosu zaczynamy słyszeć głos intuicji, wolnych skojarzeń, znaków, przyjemności.

A spacerowanie?
To zwyczajny półgodzinny spacer. Najlepiej codziennie, a minimum dwa razy w tygodniu, by dać sobie czas na integrację tego wszystkiego, co się pojawiło. Spacer jest rytmiczny, angażuje ciało, dotlenia mózg. Można po porostu sobie pochodzić albo iść na spacer z konkretnym tematem. Ja zawsze kiedy mam problem czy trudności z decyzją, idę się z tym przejść. Kiedy wracam – mam gotowe rozwiązanie. Angażując ciało, zaczynam mieć dostęp do pokładów wiedzy inaczej niedostępnych. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale też nie czuję takiej potrzeby. Jest takie angielskie wyrażenie body of knowledge (dosł. ciało wiedzy, czyli całość wiedzy). Mało kto zdaje sobie sprawę, że można to rozumieć dosłownie. W ciele jest ukryta wiedza, świadomość, do której nie mamy dostępu innym kanałem niż poprzez ciało. Zdecydowanie nie jest ona dostępna logicznemu umysłowi. Spacer jest najprostszym sposobem zaangażowania ciała i tej wiedzy w nasze życie. Za pomocą omówionych trzech praktyk można obudzić w sobie artystę. Nie tylko żyć bardziej twórczo i świadomie, ale też realnie odnaleźć w sobie nowe powołanie czy talent. Mnie się to zdarzyło. Kiedy miałam 45 lat, zaczęłam tworzyć piosenki.

Wcześniej pani nie próbowała?
Nie. Nie lubiłam śpiewać, nie znałam zapisu nutowego. Dlatego, kiedy pewnego ranka napisałam w dzienniku zdanie: „Będziesz pisać piosenki”, bardzo się zdziwiłam i dopisałam: „Ha, ha, czyżby?”. Wydawało mi się to oczywiste, że gdybym miała talent muzyczny, wiedziałabym o tym, bo jakoś by się wcześniej przejawił. Okazało się, że nie mam racji. Jakiś czas później pojechałam do przyjaciółki, która mieszka w Górach Skalistych. Siedziałyśmy razem nad potokiem i napawałyśmy się widokami, kiedy usłyszałam, jakby w głowie coś mi śpiewało. To była pierwsza linijka piosenki. A potem pojawiła się reszta. Pomyślałam: „O rety, to cała piosenka!”. Powiedziałam przyjaciółce: „Pomyślisz, że zwariowałam, ale słyszę w głowie piosenkę”. I zaśpiewałam jej. A ona miała ze sobą dyktafon i nagrała to. Sama nie wierzyłam, że to się wydarza. Od tamtej pory piszę piosenki. Są proste, ale dają mi dużo radości. To tworzenie w czystej postaci. Do tej pory nie upubliczniłam ich, nie mam takiej potrzeby. Może umieszczę je kiedyś na stronie. Życie jest niezwykłym doświadczeniem, jeśli się na nie otworzymy. Na moje warsztaty przychodzą ludzie nawet po osiemdziesiątce. Naprawdę nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć twórczo i bardziej wyrażać siebie.

Podoba mi się, że tak otwarcie dzieli się pani swoją metodą. Zachęca pani ludzi, by robili takie warsztaty sami.
Napisałam tę książkę właśnie po to, by się tym dzielić. Czułam się artystką, na tym chciałam się skupić, a nie na uczeniu innych. Miałam nadzieję, że kiedy to wszystko spiszę i opublikuję, to się ode mnie odczepią i będę mogła zająć się sobą. Los ma jednak poczucie humoru. Dziś sensem mojego życia jest uczenie. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie się budzą. Dla mnie budzenie w sobie artysty to przebudzenie do bardziej spełnionego, soczystego życia. Do radości. Ludzie tego nie rozumieją. Kiedy mówię na warsztacie, że mają do zrobienia jakąś pracę, nie kwestionują tego, tylko robią. Ale kiedy mówię, że chcę, by raz w tygodniu się pobawili, np. wybrali się na artystyczną randkę, pojawia się opór: jaki to ma sens, po co to. Wiele osób odmawia. To dla niech zbyt frywolne, głupie, strata czasu. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że cokolwiek osiągnąć można jedynie ciężką pracą. I trzeba za to zapłacić. Skoro więc zapłacili za kurs, poświęcają swój czas, chcą pracować nad swoją kreatywnością, a nie tracić czas na zabawy. Paradoks polega na tym, że właśnie takie myślenie, zamykanie się na spontaniczność, radość i zabawę najbardziej blokuje naszą kreatywność. Bycie artystą to przecież głównie zmiana sposobu myślenia, wyjście poza schemat. Czysta przyjemność i zabawa.

Julia Cameron – pisarka, poetka, autorka scenariuszy filmowych, żona Martina Scorsese. Pracowała z nim przy trzech filmach. Autorka wielu poradników, między innymi: "Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę" i "Nigdy nie jest za późno na nowy początek". Jeździ po świecie z warsztatami i wykładami pomagającymi ludziom odzyskać kreatywność.

  1. Psychologia

Cisza... Dlaczego się jej boimy i co może nam dać?

fot. iStock
fot. iStock
Upragniona, ale jakże często przerażająca. Przestrzeń, w której  spotykasz się z prawdziwą sobą, ale też z drugim człowiekiem, gdzie możesz oswoić swoje lęki. Ten tekst powstał w ciszy. I do ciszy zachęca. Z Kasią Bem, nauczycielką jogi i medytacji, rozmawia Jolanta Maria Berent.

W jednym z wierszy Wisława Szymborska pisze, że gdy wymawiamy słowo „cisza”, niszczymy ją...
Może puste strony zostawić? Byłoby to wymowne. Z prośbą o ciszę.

Coraz trudniej o nią prosić: niemal każda przestrzeń publiczna zdominowana jest przez głośne rozmowy, komórki, telewizory, radia. To takie męczące!
Dwa lata temu byłam z przyjaciółmi w Amsterdamie. W miejscowej kolejce ktoś poprosił, żebyśmy zamilkli, a nie rozmawialiśmy szczególnie głośno. Pokazano nam tabliczkę – to był przedział, w którym się nie mówiło. Przedział ciszy. Byłam bardzo poruszona tą ideą, pomyślałam, że fantastycznie byłoby wprowadzić to do Polski. Zresztą niedawno jechałam Pendolino i dowiedziałam się, że wagony numer 7 mają być takimi wagonami ciszy. W Amsterdamie miałam możliwość sprawdzić, jak to działa. Odcinając się od stymulacji, jaką jest komunikacja z innymi, mogłam wrócić do siebie, wyciszyć się, skupić. Zaczęłam zauważać urocze krajobrazy, architekturę, zieleń. Ta krótka przejażdżka stała się nagle taką podróżą odkrywcy. Znalazłam się w innym świecie, inne zmysły zostały uruchomione. Cisza stała się tłem do obserwacji, pozwoliła dostrzec wiele ciekawych szczegółów.

Czym jest dla ciebie cisza?
Bardzo ważnym elementem życia, absolutnie niezbędnym do tego, żeby nawiązać naprawdę głęboki kontakt ze sobą. Cisza towarzyszy mi na co dzień, nie tylko podczas odosobnień medytacyjnych. Również w mojej przestrzeni życiowej jest cicho – nie ma telewizora, rzadko pojawia się radio. To pozwala mi doświadczać samej siebie, sprawdzać na bieżąco, co we mnie siedzi. Ten świat wewnętrzny jest bardzo zajmujący, to tam rodzą się różne działania, które ze mnie wychodzą. Cisza jest naszym naturalnym stanem, tyle że – stymulowani wciąż wszelkiego rodzaju zgiełkiem – zatracamy umiejętność funkcjonowania w niej. Kiedy jesteśmy z nią konfrontowani, pierwszą naszą reakcją jest lęk, niepokój, dyskomfort, bo oto nagle zabrano nam coś, na czym opieramy nasze bycie w świecie czy nawet myślenie o sobie. Cisza zmusza do wejrzenia w siebie, do zastanowienia się, co odczuwamy w danym momencie, w związku z daną sytuacją, z człowiekiem, z tym, co robimy. To, co się wyłania, nie zawsze nam się podoba, czasem bywa wręcz bardzo niewygodne.

Cisza jako sojuszniczka prawdy...
Absolutnie tak! Cisza jest niezbędna do tego, żeby odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania, które od zawsze brzmią tak samo: Kim jestem? Czego pragnę? Co jest dla mnie ważne? Szkoda, że tak trudno nam odnaleźć się w tej przestrzeni...

Myślę, że mamy ambiwalentny stosunek do ciszy. Jesteśmy jej spragnieni, ale też budzi w nas lęk. Jakby coś demaskowała. Kiedyś w kawiarni poprosiłam kelnerkę, żeby ściszyła, a najlepiej wyłączyła telewizor. Odpowiedziała zakłopotana: „Mogę to zrobić, ale mamy zepsutą wieżę. Jak wyłączę telewizor, nie będzie nic”. To „nic” bywa przerażające.
Chociaż tak naprawdę dużo w sobie kryje. Okazuje się, że nie ma tam pustki, tylko mnóstwo emocji, myśli, wspomnień, pragnień. Wchodząc w ciszę, jesteśmy dosłownie zalewani tym, co jest w środku – w teorii medytacji nazywa się to wodospadem myśli. Tam jest jak na środku ruchliwego skrzyżowania! Nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, na początku trudno nam wytrzymać ze sobą w tym wewnętrznym hałasie.

Może, przeczuwając to, wolimy hałas zewnętrzny? Kompozytor John Cage stworzył muzykę, w której pojawiają się długie pauzy. Okazało się, że widownia nie potrafi poradzić sobie z ciszą. Zaczyna się pokasływanie, szeptanie, szuranie.
.. Pamiętam, jak podczas Dni Medytacji organizowanych przez SGH jechałam metrem, by poprowadzić tam wykład. Uderzyła mnie nieprawdopodobna stymulacja, tylko w jednym niewielkim wagonie: liczba reklam, ruchomych paneli, ludzi bawiących się komórkami, iPadami. Wszyscy zajęci jakimś działaniem. Do tego jeden z ekraników wyświetlił hasło telefonii komórkowej: „Masz telefon z Internetem, możesz wszystko!”. Wywołało to we mnie przerażenie: jaki to straszny komunikat! Z mojego punktu widzenia – osoby, która uczy medytacji – hasło, jakie należałoby zaproponować światu, to: „Masz spokojny umysł, możesz wszystko!”.

Właśnie, ten wiecznie opowiadający umysł…
Umysł opowiada niezwykle zajmujące historie i wyczynia z nami, co chce. Tak jakby rydwanem kierowały rozszalałe konie, a nie ten, kto nim powozi. W ciszy mamy okazję zobaczyć, jak te wytwory umysłu zmieniają się z sekundy na sekundę. To, co dzieje się w naszej głowie, to istna galopada różnych stanów. Myślimy o obiedzie, żeby za chwilę dokonać analizy przedwczorajszej randki, wybiec do rozmowy, która ma się dopiero odbyć, a za moment wrócić do czytanego artykułu. Wciąż jesteśmy miotani tymi wiatrami umysłu. Dzięki praktykom dyscyplinującym go, takim jak medytacja czy trening uważności, zyskujemy wgląd w to, jak ten umysł działa, co produkuje. Przestajemy przywiązywać się do jego wytworów.

Bo wyłączyć go, uciszyć i tak się nie da...
Równie dobrze moglibyśmy chcieć, aby znieruchomiał ocean. Natomiast możemy poddawać go stałej obserwacji i treningowi, żeby nie powiedzieć tresurze. Po jakimś czasie umiemy się nim posługiwać, wykorzystywać go do swoich potrzeb. Ujeżdżając umysł, sprowadzamy go do roli narzędzia, którym sprawnie się posługujemy. Temu służy na dłuższą metę medytacja. Osoba o takim „wymedytowanym” umyśle nie pozwoli sobą manipulować – zna siebie na tyle dobrze, że trudno jej coś narzucić. Mieszka w niej spokój. Nawet jeśli umysł znów zacznie wierzgać, rozpoznajemy jego wyskoki, wiemy, co się uruchomiło – jakie zachowanie, wzór. Oczywiście, różne lęki, niepokoje, myślowe czy emocjonalne demony – nadal mogą nas nawiedzać. Ale wtedy witamy je z łagodnym uśmiechem: „Cześć, stary, to ty, znowu wpadłeś... Chcesz pogadać?”. Przebywanie w ciszy czy medytowanie można porównać do wzbijania się samolotu do lotu. Podczas startu musi przebić się przez warstwę chmur, żeby znaleźć się w bezgranicznej przestrzeni, którą jest nasz wewnętrzny spokój. Ciemne chmury to metafora myśli, emocji – tego, co nami miota. Kiedy medytujemy, wznosimy się ponad to wszystko, patrzymy z innego pułapu – oglądamy nasze myśli niczym pasażer Boeinga ogląda chmury, nad którymi jest wielka, nieskończona przestrzeń. Każdy ma to w sobie, tylko że gdy patrzymy z dołu, te chmury przerażają nas: może lunąć deszcz, rozpętać się burza z piorunami. Ale jeśli uda nam się przedrzeć przez tę warstwę – która zresztą jest bardzo cienka – przekonujemy się, że nie ma się czego bać.

Podczas takiego startu, przebijania się, trzeba wprowadzić silnik na wysokie obroty. To wymaga dużych nakładów energii.
Mało tego – nierzadko pojawiają się turbulencje, co na warsztatach medytacyjnych objawia się na przykład wybuchami płaczu. Tłumione przez wiele lat sprawy zaczynają wynurzać się na powierzchnię. Mogą to być jakieś traumatyczne doświadczenia, kompletnie wyparte, które w tej cichej przestrzeni ujawniają się z całą siłą. Ale finalnie wszystko doprowadza nas do spokojnego lotu i bezpiecznego lądowania.

To znaczy?
Efektem dłuższej praktyki medytacyjnej jest umiejętność bycia ze wszystkim, co nas otacza. Jeżeli jesteśmy spokojni, prawie nic na zewnątrz nie może tego spokoju zburzyć. Stąd historie, że podczas relaksu, po sesji medytacyjnej, coś spada z hukiem na podłogę sali i nikt nawet nie drgnie. Sama przeżyłam w Kalifornii trzęsienie ziemi, leżąc w relaksacji. Ziemia się poruszyła, a my nie. Praktykujemy po to, żeby była w nas zgoda na wszystko, co jest wokół: na dźwięki, na drugiego człowieka, na różne sytuacje życiowe. Rozpuszczamy w sobie rozdrażnienie, napięcia, lęki – to wszystko odpuszcza. Ta praca przypomina powolne przecieranie zakurzonego lustra. Zaczynamy widzieć wyraźniej, więcej. I nawet jeśli to czyste lustro pokaże nam bardzo szpetne obrazki, zmusi do pracy nad sobą, zachęcam do tego wysiłku, bo świat oglądany czystym okiem jest fascynujący. Ale przyznaję: cisza jest dla odważnych.

Dla tych, którzy nie boją się samotności...
W końcowym rozrachunku zawsze zostajemy sami i lepiej, żebyśmy mieli to oswojone zawczasu, bo takie ostateczne oparcie można znaleźć tylko w sobie. Dzięki treningowi, jakiemu poddaliśmy umysł, wiemy już, że to, co się nam przydarza w życiu, podlega nieustającej zmianie. Każdy stan mija: ten, który interpretujemy jako przyjemny, i ten trudniejszy. Nie warto przywiązywać się ani do jednego, ani do drugiego.

Właśnie tego przemijania się boimy!
Tak, to podstawowy lęk każdego człowieka. Oswojenie tego lęku sprawia, że stajemy się wolnymi, nieustraszonymi ludźmi, korzystającymi z tego, co przynosi życie, bez kurczowego trzymania się tego, co jest nam dane. Umiejętność przyjęcia tego, co nieuchronne, ze spokojem, godnością, sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi.

Czyli cisza jako nauczycielka oswajania śmierci?
Też, chociaż to stan niezwykle żywotny – nie tylko ze względu na wspomniany wcześniej wodospad myśli. Cisza bywa bardzo głośna. W miejscach uważanych powszechnie za ciche – w lesie, w górach, nad jeziorem – odkrywamy często prawdziwą kakofonię dźwięków. To istny koncert – od świergotu ptaków, przez kumkanie żab, po szum wiatru. Oczywiście, te dźwięki działają na nas inaczej niż wycie alarmu samochodowego czy odgłosy kłótni. Ja w każdym razie kojarzę ciszę z życiem.

Jest twórcza...
W ciszy zaczynamy dotykać tego, co istotne. Cisza stwarza przestrzeń do tego, żeby zobaczyć najpierw siebie, a potem też drugiego człowieka i cały świat. Bez przekłamania, bez zniekształceń.W dużo ostrzejszych kolorach.

Cisza to też bliskość, intymny kontakt z drugą osobą. Mówimy czasem, że lubimy z kimś pomilczeć. Cisza może być elementem weryfikującym relacje.
W ciszy spadają wszystkie maski, jesteśmy całkowicie odkryci, nadzy. Stajemy przed sobą tacy, jacy jesteśmy, i to jest rzeczywiście największa próba dla bliskiej relacji – na ile czujemy się z kimś komfortowo w ciszy. Ta komunikacja odbywa się w zupełnie inny sposób. Wyraźnie widać to podczas odosobnień, kiedy rezygnujemy nawet z tak zwanego mówienia funkcjonalnego: nie prosimy na przykład o podanie czegoś, bo wychodzimy z założenia, że taką potrzebę można zauważyć. Język komunikacji niewerbalnej jest bardzo bogaty. Wymaga to, oczywiście, uważności – bez niej trudno wyłowić szczegóły. Ale, jeśli jesteśmy uważni, jeśli wsłuchamy się trochę w drugiego człowieka, wszystko staje się jasne: jego gest, mrugnięcie powieką, jego wyciągnięcie dłoni sprawia, że chwytamy za solniczkę, bo jest dla nas oczywiste, że chce po nią sięgnąć.

Czy osoba żyjąca w zgiełku i pragnąca zaprzyjaźnić się z ciszą powinna zachować jakieś środki ostrożności?
Pamiętam znajomą, która uczestniczyła wraz ze mną w odosobnieniu medytacyjnym. Aktywna bizneswoman pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Opowiadała mi potem, że to było doświadczenie na granicy wytrzymałości. Została na dwa dni, ale kompletnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Bezruch, cisza okazały się wielkim wyzwaniem. Co nie przeszkodziło jej wrócić w następnym roku na 7-dniowe warsztaty. Ciszy nie da się przedawkować, każdy jest w stanie ją wytrzymać, choć dla niektórych to trudne. Dobrze jest zacząć od 5-minutowych medytacji porannych czy wieczornych albo zadawania sobie co jakiś czas pytań: O czym teraz myślę? Co czuję? Co się teraz ze mną dzieje? To takie znaki stopu, które pomagają skierować uwagę na siebie, zorientować się, w jakim miejscu jesteśmy. Można, oczywiście, planować sobie całe godziny czy dni ciszy, całe weekendy... Albo przynajmniej wyłączyć telefon. Zarządzić dzień bez telewizora.

Katarzyna Bem - nauczycielka jogi i medytacji, autorka książki „Happy detoks”, prowadzi spotkania i warsztaty, na których uczy ludzi przestawiać się na zdrowszy tryb życia.

  1. Psychologia

Egoizm pożądany - jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb?

Na terapii uczymy się, jak stawiać na siebie. Szkoły rozwoju duchowego każą nam z kolei ego przekraczać. (Fot. iStock)
Na terapii uczymy się, jak stawiać na siebie. Szkoły rozwoju duchowego każą nam z kolei ego przekraczać. (Fot. iStock)
Na terapii uczymy się, jak o siebie zadbać, realizować własne cele – krótko mówiąc, stawiać na siebie. Z kolei szkoły rozwoju duchowego każą nam ego przekroczyć. Jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

W domu masa prania i prasowania, a ja marzę, by iść do kina. Czy jeśli tak zrobię, to będzie egoizm? A może jest coś takiego, jak zdrowy egoizm, i to jego potrzebujemy, by o siebie zadbać?
Spróbuję wymyślić na poczekaniu definicję takiego zdrowego egoizmu, choć dopiero przyjęcie perspektywy duchowej, przekroczenie „ego” pozwalają nam wybrnąć z takich sytuacji. Ale o tym opowiem później. Certyfikat zdrowego egoizmu mają takie zachowania, które bronią fizycznych i psychicznych granic, sprzyjają zdrowiu, poczuciu godności, wolności i samorealizacji w sposób, który nie narusza poczucia godności i wolności innych.

Jeśli więc idę na studia, choć mój partner i dzieci tego nie chcą, to nie jestem egoistką?
Ale czy to ci się uda? Czy unikniesz wyrzutów sumienia? Na szczęście zdrowy egoizm jest możliwy tylko wtedy, gdy przestaniemy wierzyć w autodestrukcyjne skrypty, czyli takie przekonania, które nam, naszemu zdrowiu, relacjom z innymi wyraźnie szkodzą. Kulturowy przekaz o obowiązku poświęcania się wpajany kobietom należy do tej kategorii. Zazwyczaj ma postać nieświadomego przekonania, które można wyrazić w zdaniu: „Żeby inni chcieli się ze mną wiązać, akceptowali mnie i kochali, muszę zrezygnować z siebie, ze swojego ciała, potrzeb, pragnień i aspiracji. Muszę zaspokajać potrzeby innych”. Oczywiście, stoi za tym głębsze i równie nieprawdziwe przekonanie: „Mam wadę, która sprawia, że nie nadaję się do pokochania”. To przekonanie przekazywane jest z matki na córki od pokoleń.

Jak pozbyć się tak głęboko zakorzenionego skryptu, by na przykład odmówić pieniędzy ojcu, który był tyranem, a teraz oczekuje wsparcia?
Można próbować przełamywać go siłą lub ignorować, wówczas gdy już zdamy sobie sprawę, że jest tylko szkodliwym przekonaniem, a nie obiektywną zasadą życia. Jednak jeśli to zrobimy, trzeba się liczyć z tym, że towarzyszyć nam będą wyrzuty sumienia i lęk przed odrzuceniem przez bliskich i przed społecznym wykluczeniem. To może sprawić, że zrezygnujemy z walki i wrócimy do zachowań zgodnych ze zwalczanym skryptem. Dlatego lepszą metodą jest przepracowywanie szkodliwych przekonań i zamiana ich na urealnione i adekwatne myśli, np.: „Jestem warta miłości i troski, nawet gdy nie poświęcam się dla innych”. Najlepszą metodą zmiany przekonań, jaką znam, jest  terapia RTZ (racjonalna terapia zachowania).

Nie wszyscy znajdą ochotę, czas i pieniądze na terapię. Co można zrobić od razu, gdy czuję, że praca mnie zabija, ale jeśli się zwolnię, ucierpi moja rodzina? Gdybym się zwolniła, to byłby dobry czy zły egoizm?
Obiektywnie byłby to dobry egoizm, bo chroniłby twoje zdrowie i zwiększałby szanse na satysfakcję z życia poprzez rozwijanie talentów i możliwości, których nie jesteś w stanie rozwinąć w dotychczasowej pracy. Ale zewnętrzna, obiektywna ocena zapewne ci nie wystarczy do podjęcia tej decyzji. Ważniejsze jest bowiem twoje subiektywne samopoczucie. A z twojego punktu widzenia będzie to dobry egoizm tylko wtedy, gdy podejmiesz decyzję z przekonaniem i poczujesz się z tym dobrze. Jest to możliwe, tylko jeśli odpowiesz sobie na pytanie, czy dla twoich najbliższych ważna jesteś ty, twoje zdrowie, potrzeby, aspiracje i  szczęście, czy liczą się tylko twoje poświęcenie i pieniądze, które przynosisz do domu.

Fundamentalne pytanie dla kobiety, która pragnie zdrowego egoizmu, brzmi: Czy mogę być kochana, czy tylko potrzebna?
No właśnie. Prawdziwa i najskuteczniejsza droga wyzwolenia prowadzi jednak poprzez rozwój duchowy. Zobaczenie z duchowej perspektywy, czym jest „ego”, jakie są nasza prawdziwa tożsamość i prawdziwe potrzeby. Żeby wyjaśnić, na czym polega w tym wypadku przyjęcie perspektywy duchowej, zacznijmy od „ego”, bo przecież mówimy o egoizmie. „Ego” to fałszywa tożsamość.

„Ego” to nie ja?
Nie. To jedynie zapis mojej biografii, ważnych zdarzeń, związków, przeżyć, wyuczonych sposobów reagowania na różne sytuacje, nabytych motywacji, potrzeb i emocji. To także wszystko, co usłyszałem, przeczytałem, nauczyłem się, zapamiętałem. Zassałem z języka, z kultury i obyczaju. Z tej perspektywy porównać je można do oprogramowania komputera. Komputerem jest nasz mózg, a nasze „ego” to oprogramowanie dokonane przez biograficzne uwarunkowania. Prędzej czy później „ego” zaczyna doświadczać egzystencjalnego niepokoju i zastanawiać się nad sobą, np. dostrzega swoje wady i ograniczenia, nie może poradzić sobie z samotnością, z lękiem, agresją i cierpieniem, z przemijaniem i ze śmiercią, z tym, że chwilami podejrzewa, że samo kreuje nieszczęśliwy świat, w którym żyje. I wtedy szuka pomocy w psychoterapii i/lub duchowości, bo opowieść o grzechu pierworodnym to też opowieść o powstaniu „ego”.

„Ego” powstało w raju? To znaczy, że Ewa jest winna?!
Obciążanie żeńskiej połowy ludzkości odpowiedzialnością za wypędzenie z raju wygląda na patriarchalną manipulację. Rajski mit opowiada o tym, jak człowiek oddzielił się od Boga, czyli od rajskiego połączenia ze wszystkim, co istnieje, i w ten sposób sam siebie wypędził z raju. Najprawdopodobniej ludzki mózg tak ewoluował, że człowiek poczuł się kimś nadzwyczajnym, a tym samym odseparował się od całej reszty istnienia. Jeden z nauczycieli buddyjskich porównał narodziny ludzkiego złudzenia oddzielności, czyli złudzenia „ego”, do sytuacji ziarnka piasku na wielkiej pustyni, które dostało takiej energii, że zaczęło podskakiwać, więc uznało siebie za coś wyjątkowego i innego niż wszystkie pozostałe ziarnka piasku. W każdym razie od tej pory czujemy się oddzieleni od świata i ludzi. Bojaźliwie wyglądamy przez okienka zmysłów, cierpiąc z samotności oraz lęku przed światem i śmiercią. Dlatego wszystkie poważne tradycje i ścieżki duchowe namawiają nas, byśmy porzucili fałszywą egoistyczną tożsamość.

Mówiłeś o zdrowym egoizmie, a czym jest ten niezdrowy?
Niezdrowy polega na kompulsywnym dokarmianiu, eksponowaniu i wzmacnianiu iluzorycznego „ego”. Świat i inni są nieustannym zagrożeniem. Wszystko odnosimy do tego, czy to jest dla naszego „ego” korzystne, czy nie. Życie zamienia się w nieustanną kalkulację i buchalterię. Coraz bardziej zajmuje nas to, jak wyglądamy w oczach innych. Najważniejsze są dla nas bezpieczeństwo, kontrola, reputacja, a często także władza i wpływ. Trudno zaryzykować bliskość, zaufanie, więź, lojalność, nie mówiąc o miłosnym zauroczeniu.

Nie na tym z pewnością polega szczęśliwe życie!
Zgadza się. Bo żyjemy w skrajnej opozycji do prawdy o naszej tożsamości. W głębi duszy przeczuwamy, że popełniamy zasadniczy błąd i szukamy inspiracji filozoficznych, religijnych, artystycznych, psychologicznych, by wzmocnić przeczucie, że to niemożliwe, żeby w życiu tylko o to chodziło. Oddani wyznawcy „ego” są samotni, drążeni przez niepokój, nadpobudliwi, zagonieni albo – jak stracą siły i nadzieję – apatyczni i depresyjni.

Być sobą a mieć „ego” to nie to samo?
Nie to samo. „Ego” jest albo poranione na skutek traumatycznych zdarzeń biograficznych, albo niedojrzałe, albo niespójne i destrukcyjne. Psychoterapia polega w dużej mierze na zaktywizowaniu w nas obserwatora, który zrozumie, jakie doświadczenia złożyły się na takie, a nie inne sformatowanie naszego „ego”. Tego samego, które teraz zniekształca nam obraz siebie i świata w stopniu utrudniającym życie i relacje z innymi. Zaczynamy być sobą, gdy uświadomione „ego” traci stopniowo władzę nad naszym zachowaniem, gdy przestaje się obsesyjnie bronić i walczyć o swoje bezpieczeństwo, kierować naszym życiem na zasadzie pozornego wyboru między „chcę” i „nie chcę”. Wtedy dopiero pojawia się przestrzeń do przekraczania egoistycznego oprogramowania i poznania tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Co bywa takim chceniem „ego”?
Potrzeba bycia sławnym, bogatym, posiadania władzy, powodzenia, przyjemności, bezpieczeństwa, kontroli, nieśmiertelności. Dlatego duchowi mistrzowie życia przypominają bez przerwy: „»Ego« to nie jesteś ty. Ono się tylko tobie przydarzyło tak samo jak ciało”. Stąd wniosek, że bólu i lęku „ego” nie da się uleczyć, idąc za jego potrzebami. To nie leczenie przyczynowe. Prędzej czy później kończy się uzależnieniem, grą pozorów, maskaradą lub depresją. Depresja to w istocie prawda „ego” obnażająca całą jego pozorność i bezradność. Dlatego też jest ona dla wielu pierwszym i koniecznym krokiem ku przebudzeniu, biblijną cienistą doliną, którą musimy przejść, by na końcu ujrzeć słońce i bezchmurne niebo.

Kobiety chyba częściej niż mężczyźni rezygnują z siebie?
To nie kobieca dusza, lecz kobiece „ego” jest bardziej skłonne do poświęcania się. To wyuczony, egocentryczny, zapewniający przetrwanie w męskim świecie program. Od pięciu tysięcy lat żyjemy w patriarchacie, dziewczynki były i są – choć ostatnio w mniejszym stopniu – wychowywane w duchu uległości i służby. Oczywiście, w poświęcaniu się nie ma nic złego, pod warunkiem że jest to potrzeba i wybór duszy, a nie program „ego” lub działanie pod przymusem czy presją strachu.

Mam pracować nad duchowością, jeśli znajdę na to czas w lawinie obowiązków, po to, żeby potem i tak robić to samo, czyli stawiać innych ludzi przed sobą?
Decydują motywacja i oczekiwania. Takie samo działanie czasem może być działaniem z poziomu „ego” albo z poziomu duchowego. W naszym zajmowaniu się ludźmi może tkwić przecież masa egoizmu: tak zdobędę uznanie i miłość albo władzę, nie będę sama. Na duchowym poziomie pomaganie innym niesie wewnętrzne poczucie wspólnoty, spokoju i sensu. Z pewnością nie służy zaspokajaniu egocentrycznych potrzeb. Wtedy jest formą przejawiania się samego życia tak naturalną jak oddech. Oczywiste staje się, że każda żywa istota jest tak samo ważna, tak samo warta uwagi i miłości jak my sami.

Możemy świadomie zmieniać egoistyczne oprogramowanie?
Możemy wybrać te wartości i normy, które nam odpowiadają. Pokonać traumy i mechanizmy obronne każące nam dystansować się wobec ludzi. Odkryć wolną wolę, wyjść z uzależnienia i asymilować tylko te treści, które uznamy za przydatne dla naszego rozwoju. Proces asymilacji wartości i norm powinien być w pełni świadomy i odpowiedzialny. Ale na ogół nie bywa. Często dopiero po latach widzimy, że żyliśmy wbrew sobie, w imię zasad, których nie uznajemy za własne i które nas ograniczały. Wtedy – czasami – zmieniamy środowisko, pracę, zawód, otoczenie. Takie decyzje dają bezcenny przedsmak wolności. Odkrywamy, że wszelki przymus, brak świadomości i związany z tym brak wyboru są zgubne, bo szkodliwe dla naszego ducha.

Istnieją ludzie bez „ego”?
Nie, ale są tacy, którzy z „ego” się nie utożsamiają, odzyskali duchową perspektywę i nie patrzą na świat przez pryzmat własnej korzyści czy straty. Pomagają innym, troszczą się o świat nie dlatego, że im kazano, że tak trzeba albo żeby zyskać uznanie, lecz dlatego, że jest to ich naturalna potrzeba.