1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. W poszukiwaniu samoświadomości

W poszukiwaniu samoświadomości

Kim jesteśmy? Co składa się na nasze „ja”? Czy „ja” to pamięć? A może wiedza o tym, jak wyglądamy my sami i jak działa świat wokół nas? Jak ma się do tego wolna wola, działanie? Naukowcy próbują to zrozumieć, zagłębiając się w umysły osób, których osobowość rozpadła się na kawałki. 

Przyjrzyj się sobie. Co widzisz? Twarz – wciąż trudno ukryć ślady zawalonej nocy. Oczy – zastanawiałaś się kiedyś nad tym, jaki właściwie mają kolor? Jesteś za gruba czy za chuda (bo nie uwierzę, że podchodzisz do swego ciała bez zastrzeżeń)? Lubisz siebie?

No właśnie, ale kim właściwie jesteś? Co składa się na to „ja”, które lubisz bardziej lub mniej? Bo chyba nie włosy, dłonie, oczy, usta? Gdzie naprawdę szukać siebie? Naukowcy nie ustają w poszukiwaniach odpowiedzi.

Jedna z najdawniejszych należy do francuskiego filozofa René Descartesa. Owocem jego wieloletnich dociekań było sformułowanie: „Myślę, więc jestem”. I choć dawało klucz do sprawdzenia, czy w ogóle istnieję, pozostawało jednak pytanie: kim jestem i gdzie się znajduję?

Filozof także w tej kwestii znalazł rozwiązanie.  Za siedlisko naszego „ja” obrał szyszynkę – niewielką strukturę położoną w głębi mózgu. Dziś nauka nie jest już tak pewna swoich prawd jak jeszcze kilkaset lat temu. Szyszynka została zdegradowana do roli gruczołu wydzielającego hormon zwany melatoniną. I choć o mózgu dziś wiemy nieporównanie więcej – w poszukiwaniach naszego  „ja”, świadomości, duszy nie jesteśmy dużo bliżej.

Wolna wola w neuronach

 

Zdarza się, że na skutek urazu mózgu możemy utracić pamięć siebie, przejść zmianę osobowości lub stracić to, co określamy wolną wolą

 

 

Bardzo wiele na temat umysłu mówią nam przypadki osób, które na skutek urazu lub choroby przeżyły swoistą dezintegrację własnej osoby. Jednym z najbardziej znanych przypadków jest opisany przez neuropsychologa Aleksandra Romanowicza Łurię niejaki Lowa Zasiecki.

Zawsze zapominam, gdzie jest moje przedramię – bliżej szyi czy może dłoni? – wyznał pewnego razu lekarzowi. Nie było to jednak najdziwniejsze przeżycie, jakiego doświadczał po tym, jak podczas II wojny światowej postrzelono go w głowę. Ten wypadek sprawił, że jego życie w dosłownym rozumieniu tego słowa – rozpadło się na drobne kawałeczki. Kula, która przeszła przez część jego mózgu poczyniła dramatyczne spustoszenia w umyśle.

Zasiecki przed wojną studiował inżynierię – umiał dokonywać skomplikowanych obliczeń, był świetnym analitykiem. Po wypadku zaczął mieć problemy z wykonaniem zwykłych czynności, z odpowiedziami na proste pytania. Nic nie pamiętał, nikogo nie poznawał, a świat znajdujący się po prawej stronie jego ciała praktycznie przestał dla niego istnieć. – Zdarzyło mi się spojrzeć na podłogę i na swoje nogi, i to mną wstrząsnęło – mówił lekarzowi. – Nie widziałem prawej połowy swego ciała, moje ręce i prawa noga zniknęły. Otaczające go obiekty widział we fragmentach, pływające i migoczące przed oczami. Podczas czytania w najlepszym wypadku spostrzegał naraz trzy litery.

Gdy mówił, długo szukał w pamięci odpowiednich wyrazów. Rozumienie tego, co mówili inni też wymagało od niego wielkiego wysiłku. Stracił poczucie przestrzeni i kierunku. Gubił się, miał problemy z określeniem własnych części ciała. „Zasiecki nie mógł się doszukać związku pomiędzy rzeczami i odbierał świat, jak gdyby został strzaskany na tysiące odrębnych kawałków. Przestrzeń nie wzbudzała w nim żadnego wyobrażenia, lękał się jej, ponieważ oznaczała utratę równowagi” – pisał Łuria. Co stało się w mózgu tego człowieka?

 

Doszło do uszkodzenia kory mózgowej – i choć kula oszczędziła obszary, które odbierają bodźce z narządów zmysłów i rozpoznają w nich pewne prawidłowości, uszkodziła korę płata ciemieniowego, która odpowiada za bardziej skomplikowane formy poznania. Obszar ten zbiera informacje z innych części mózgu i układa w całość. Dzięki niemu rozumiemy sytuację, kojarzymy słowa z koncepcjami, mamy zdolność oceny relacji przestrzennych, jawimy się sami sobie jako byty spójne. Czy to, kim jesteśmy, stanowi jedynie chwiejną projekcję naszego umysłu, którą naruszyć może byle wypadek?

 

Jeśli poziom stresu zagraża naszemu zdrowiu, wówczas w mózgu włącza się rodzaj bezpiecznika i nagle zapominamy o części własnego „ja”. Możemy nawet przyjąć nową tożsamość

 

 

Znany amerykański naukowiec Francis Crick w swej bestsellerowej książce pt. „Zadziwiająca hipoteza” twierdzi, że nasze myśli, uczucia i wrażenia, ambicje, radości i smutki, a także poczucie indywidualności oraz wolna wola – słowem, cała sfera zjawisk świadomości – to rezultat aktywności olbrzymiej liczby neuronów, czyli komórek nerwowych mózgu.

Istnieją dowody na to, że wskutek urazu mózgu możemy utracić pamięć siebie, przejść zmianę osobowości lub stracić to, co można określić mianem wolnej woli. Znany jest fenomen tzw. obcej ręki: pacjent ma wrażenie, że jego jedna ręka wykonuje ruchy, których on nie może świadomie kontrolować. Zdarza się, że musi sobie pomagać drugą ręką, by zwolnić uchwyt.

Mapa ciała

Przykłady takie, jak również historia Lowy Zasieckiego pokazują, że jednym z istotniejszych elementów składających się na naszą samoświadomość jest poczucie własnego ciała. A o tym, jak je postrzegamy, decyduje jego mentalny schemat, który każdy z nas posiada w swoim mózgu. Nie jest nam on dany od urodzenia – wykształca się powoli wskutek wrażeń zmysłowych, które pochodzą z wnętrza naszego organizmu, a także odbierane są z zewnątrz, np. przez mięśnie i skórę.

O tym, jakie kłopoty sprawiają nieprawidłowości działania mapy ciała w mózgu, mogą przekonać się ludzie cierpiący na przypadłość zwaną dysmorfobią.

Ludzie z tym zaburzeniem budują nieprawidłowy obraz własnego ciała, może im się wydawać na przykład, że są okropnie grubi, choć w rzeczywistości są bardzo chudzi. Mogą też uważać, że jakaś część ich ciała nie należy do nich i żądać chirurgicznego jej usunięcia. Niektórzy psychologowie uważają, że zaburzenia w obrazie własnego ciała są także powodem przesadnego pokrywania się tatuażami czy poddawania się kolejnym operacjom plastycznym.

Szczegół tkwi w pamięci

Trudno poszukiwać istoty swej świadomości nie odwołując się także do pamięci. To w niej tkwią wszystkie nasze przeżycia, które sprawiły, że zostaliśmy ukształtowani w taki a nie inny sposób. Dlatego wiele osób, które z jakiegoś powodu doświadczają utraty pamięci, przeżywa wielki dramat.

Wstrząsającą historię życia człowieka, który na skutek wirusowego zapalenia mózgu stracił wszystkie wspomnienia, opowiada wydana niedawno (niestety nie w Polsce) książka „Forever today”. Każde spotkanie Clive’a Wearinga z jego żoną, Deborą, jest pierwszym od niepamiętnych czasów. – Kochanie! – wykrzykuje radośnie i biegnie do kobiety. Porywa ją w ramiona. – Jak się cieszę, że jesteś! Nie widzieliśmy się tak długo! Ja spałem, obudziłem się dopiero przed chwilą. Gdzie byłaś przez ten czas? – W łazience – odpowiada Debora, która wróciła do pokoju po zaledwie kilkuminutowej nieobecności.

Choć taka sytuacja może powtarzać się dziesiątki razy w ciągu dnia, za każdym razem uczucia Clive’a Wearinga są prawdziwe. Z chwilą, gdy jego żona ginie mu z pola widzenia, zapomina, że w ogóle tu była. Gdy po chwili widzi ją z powrotem, nie wie, czy nie było jej 20 lat czy tylko dwie minuty.

 

Clive Wearing nie potrafi niczego zapamiętać. Świat istnieje dla niego tylko tu i teraz, w ciągu chwili, której właśnie doświadcza. Lekarze, pod których opieką mężczyzna znajduje się już od niemal dwóch dekad, są zgodni: to najgorszy przypadek utraty pamięci, z jakim kiedykolwiek się zetknęli.

 

Jedna z koncepcji osobowości głosi, że nasza tożsamość składa się z wielu „ja” w pewnym stopniu niezależnych od siebie, posiadających własne przekonania, emocje i doświadczenia

 

 

Stan Wearinga to wynik choroby. Czasem zdarza się także, że zapominamy siebie, bo... nie chcemy pamiętać. Takie zjawisko nazywa się fugą amnestyczną. Jeśli z jakiegoś powodu poziom stresu zagraża naszemu zdrowiu, w mózgu włącza się rodzaj bezpiecznika i nagle zapominamy o dużej części własnego „ja” – to, kim jesteśmy, jak się nazywamy, co lubimy, czego nie. Możemy przyjąć zupełnie nową tożsamość, czasem także całkiem inny sposób zachowania.

Tego, że pamięć stanowi w dużym stopniu o naszym jestestwie, dowodzi również zjawisko zwane amnezją wczesnodziecięcą. Nie pamiętamy zdarzeń, z okresu niemowlęctwa. Badacze uważają, że w umyśle dziecka brak jest jeszcze systemu „ja”, który kształtuje się dopiero około drugiego roku życia.

Paczka przyjaciół

„Nie ma nic bliższego człowiekowi niż umysł – uważa słynny amerykański neurobiolog Antonio Damasio. – Poszukujących jego źródeł i mechanizmów czeka jednak wyprawa w dziwne i egzotyczne krainy”.
Jedną z nich jest próba zrozumienia ludzi posiadających tak zwaną osobowość wieloraką. To przedziwne zaburzenie polega na tym, że jeden człowiek posiadać może kilka różnych „ja”. Jego poszczególne charaktery podają odmienne dane personalne, wykazują inne zdolności, umiejętności, poziomy hormonów i niektóre własności fizjologiczne.

Podobny przypadek opisał niedawno brytyjski tygodnik „New Scientist”. Bohaterami artykułu było pięć postaci: John, Jay, Decca, Mac i Sanji. John, który mówi w imieniu ich wszystkich, wyznaje, że czasem się sprzeczają, ale to chyba normalne między ludźmi, którzy tak długo mieszkają razem. Generalnie wszyscy się lubią, wspierają, nie tracąc przy tym poczucia wolności i niezależności. Wbrew pozorom John i reszta paczki nie dzielą jednego mieszkania, łączy ich znacznie bardziej intymny związek. Jedno ciało. Każda z tych osób stanowi bowiem jedną z osobowości mężczyzny znanego publicznie jako John. Gdyby wszyscy razem wybrali się do psychiatry, ten niechybnie postawiłby diagnozę: zaburzenie tożsamości, osobowość wieloraka.

Ogromna większość z nas odbiera samych siebie jako spójną, pojedynczą osobowość. Dlaczego tak bardzo różni się to u ludzi dotkniętych zaburzeniami tożsamości? U nich elementy „ja” zamiast współistnieć splecione w gruby sznur osobowości, zostały nieopatrznie rozplecione na małe niteczki. Rozpadły się.

Często zdarza się – inaczej niż w przypadku Johna i jego towarzyszy – że niektóre z części osobowości nie wiedzą nic o istnieniu pozostałych; zdarzają im się dziury w pamięci dotyczące wydarzeń, gdy dominację objęło inne „ja”. Sue – kobieta z rozszczepem osobowości, która udzieliła wywiadu brytyjskiej stacji BBC – opowiadała o tym doświadczeniu: „Wiem, że inna ja żyła przez pewien czas zamiast mnie. Kiedy wsiadam do mojego samochodu, radio ustawione jest na inną stację, w innej pozycji znajdują się fotel i lusterka”.

Jest nas wielu

Jedna z koncepcji osobowości głosi, że nasza tożsamość składa się z wielu „ja” w pewnym stopniu niezależnych od siebie, posiadających własne przekonania, emocje i doświadczenia. One współpracują ze sobą, uzupełniają się, toczą ze sobą wewnętrzny dialog. Są jednak – inaczej niż u Johna czy Sue – zintegrowane. Każda z części osobowości powstaje dla naszego dobra i wybiera najlepszy znany sobie sposób, by zrealizować swoje specyficzne zadanie – motywowanie nas do działania, ochrona przed zagrożeniami lub cierpieniem. Zagadnienie wielości części tworzących „ja” zdaje się ciągle wzbudzać kontrowersje, choć przecież nie jest to pomysł nowy. Już Freud mówił o trzech częściach tworzących osobowość: id, ego i superego.

Czy dokładne poznanie składowych naszej osobowości pozwoli nam rozwiązać zagadkę umysłu? Czy doprowadzi do stworzenia definicji duszy? Z pewnością przed nami jeszcze długa droga, ale optymizmem napawa fakt, że w ocenie naukowców jest to możliwe. 

Autorka tekstu jest dziennikarką  „Przekroju”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak żyć, to z ogniem! 12 kroków do fascynacji życiem

Ostatni raz uległeś prawdziwej fascynacji, gdy... - spróbuj dokończyć to zdanie, jeśli opis przystaje do twojej osoby. A potem wciel w życie te 12 kroków. (Fot. iStock)
Ostatni raz uległeś prawdziwej fascynacji, gdy... - spróbuj dokończyć to zdanie, jeśli opis przystaje do twojej osoby. A potem wciel w życie te 12 kroków. (Fot. iStock)
Fascynacja dana jest każdemu z nas. Jest przyprawą życia. Jeżeli umknęła ci gdzieś na chwilę, rozbudź ją na nowo. Trzeba tylko zrobić pierwszy krok. A potem jeszcze jedenaście!

Jesteś zmęczony i od długiego czasu nie byłeś niczym ani nikim zafascynowany? Praca pełna stresu, szef się czepia, ostatni urlop tak dawno, że już nie pamiętasz gdzie, a relacje z najbliższymi pełne napięcia. Więc niby co miałoby cię zauroczyć lub oczarować? Ostatni raz uległeś prawdziwej fascynacji, gdy... - spróbuj dokończyć to zdanie, jeśli opis przystaje do twojej osoby. A potem:

12 kroków do fascynacji życiem

1. Praca

Pozbądź się ze swojego słownika słów „muszę” i „powinienem”. Musisz iść do pracy? Spróbuj znaleźć co najmniej pięć sensownych powodów, dla których decydujesz się to zrobić. Na ogół trudno docenić coś, co już mamy.

2. Ludzie

Szukaj towarzystwa ludzi, którzy myślą pozytywnie. Po prostu: złym nastrojem łatwiej się zarazić niż dobrym, a słuchanie maruderów na pewno nie wzmacnia fascynacji. Niczym.

3. Trujące gadki

Jeśli jadąc do pracy słuchasz radia, w którym już od poniedziałku prezenter odlicza dni do weekendu i nieustannie współczuje wszystkim, którzy muszą siedzieć w biurze, zmień stację.

4. Muzyka

Słuchaj takiej, którą lubisz i która poprawia ci nastrój.

5. Przyroda

Utrzymuj stały kontakt z naturą. Może w pobliżu twojego biura znajduje się park? Spróbuj w przerwie na lunch zaczerpnąć świeżego powietrza. Niezależnie od pogody, taka chwila działa pobudzająco. Podczas spaceru zwracaj uwagę na to, czego nie dostrzegasz zwykle na co dzień - barwy drzew i ich fantazyjne korony, zmieniające się kolory liści, śnieg mieniący się w słońcu, kształty chmur sunących po niebie - czyli na to, co fascynujące, tuż obok i za darmo.

6. Czas

Żyjemy podporządkowani dyktaturze zegarka i kalendarza. Harmonogramy i plan zadań do wykonania są niezbędnymi elementami pracy. Ba, zdążyły zawładnąć naszym czasem wolnym. Przyjmij zasadę, że na część weekendu (np. całą sobotę lub niedzielne przedpołudnie) niczego nie planujesz. Wtedy znajdzie się przestrzeń na to, co niezaplanowane. Dostrzeż, jakie to fantastyczne, ile rzeczy ma wreszcie szansę się zdarzyć!

7. Rzeczywistość

Wiele frustracji rodzi się z tego, że rzeczywistość okazała się inna, niż zakładaliśmy. Autobus się spóźnił, mąż zapomniał o zakupach, słońce nie wychodzi zza chmur od tygodnia... Rozdźwięk między naszym wyobrażeniem, jaka rzeczywistość być powinna, a jaka jest, buduje w nas silne napięcia. Zrób krok w stronę zaakceptowania rzeczywistości w jej postaci. Gdy następnym razem zauważysz, że jesteś zły, bo coś nie dzieje się zgodnie z twoim wyobrażeniem, uśmiechnij się. Z jakiego powodu? Na myśl, że wyłapałeś właśnie prawdziwe źródło stresu.

8. Cisza

Fascynacji, zachwytowi sprzyjają milczenie i cisza. Jednak współczesny świat nie jest miejscem ciszy. Pozwól sobie na chwilę spędzoną sam na sam. Wyłącz radio, telewizor i telefon. Trudno ci wyłączyć telefon nawet na kwadrans? To najlepiej świadczy o tym, w jakim pędzie żyjesz. To jest to, co cię fascynuje?!

9. To, co ważne

Zastanów się, co jest dla ciebie w życiu ważne i na tym się skoncentruj. Spójrz „za siebie”, przemyśl ostatni rok i zastanów się, które z zapamiętanych zdarzeń sprawiło ci najwięcej radości. Wycieczki za miasto? A może spotkania z przyjaciółmi? Czy gdybyś mógł przeżyć zeszły rok raz jeszcze, wybrałbyś to samo? Ustal, czego brakuje w twoim życiu i zrób pierwszy krok w pożądanym kierunku.

10. Bliskość

Postaraj się patrzeć na bliskie ci osoby tak, jakbyś widział je po raz pierwszy. Odnajdź w nich to, co cię zachwyca. Poczuj wdzięczność za to, że je spotkałeś. Może spróbujesz też powiedzieć im, co w związku z tym czujesz?

11. Medytacja

Naucz się medytować. Ubierz się wygodnie. Znajdź miejsce, gdzie nic nie będzie cię rozpraszać przez 20-30 minut. Przyjmij wygodną pozycję - możesz siedzieć po turecku lub na krześle albo klęczeć - ważne, by twój kręgosłup był wyprostowany. Zamknij oczy, a następnie obserwuj swoje wdechy i wydechy. Skoncentruj się na tym. Staraj się, by wydech był jak najdłuższy. Możesz liczyć oddechy lub powtarzać jakieś słowo. Pozwól, by myśli i uczucia przepływały i znikały. I nie broń się przed nimi, ale pozwalaj im szybko odpłynąć i powróć spokojnie do medytacji, skupiając się na oddechu.

12. Świat

Pielęgnuj w sobie naturalną ciekawość wszystkiego, co jest dookoła.

  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Materiał partnera

Gałkowo Masters – wyjątkowe zawody konne i luksusowa pielęgnacja

Gałkowo Masters to jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. (Fot. materiały partnera)
Gałkowo Masters to jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. (Fot. materiały partnera)
W miniony weekend w stadninie koni w Gałkowie odbyły się wyjątkowe zawody jeździeckie Gałkowo Masters. To nie tylko wielkie święto tego pięknego sportu, ale również seria imprez towarzyszących z udziałem gwiazd, wyścigi samochodowo-konne, koncerty czy słynny konkurs kapeluszy.

Gałkowo Masters to prestiżowe zawody konne w skokach odbywające się w Stadninie Ferensteinów. To jedyne takie wydarzenie w tej części Europy, gdzie rywalizacja na najwyższym sportowym poziomie łączy się z niesamowitym show zmieniającym jeździectwo w dzieło sztuki. Historia wydarzenia sięga ponad 15 lat. Ekscytujące zawody konne, luksusowa pielęgnacja i... zapierający dech w piersiach lot balonem. To wszystko wydarzyło się podczas tegorocznej edycji konkursu, którego sponsorem była między innymi marka Biotaniqe. Nagrodę dla zwyciężczyni, Heleny Chełchowskiej, w konkursie Rundy Srebrnej o puchar Biotaniqe, wręczyła osobiście twórczyni marki - Małgorzata Ostrowska.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Podczas wydarzenia Marka Biotaniqe zaprezentowała najnowszą linię kosmetyków z czarnym kawiorem CAVIAR Luxury Anty-Aging. To linia kosmetyków stworzona z myślą o wszystkich dojrzałych kobietach, które cenią jakość i luksusową pielęgnację. Goście wydarzenia mieli okazję skosztować czarnego kawioru i popijać szampana w ramach Pikniku Piękna organizowanego przez Biotaniqe i Tribu Club. Kulminacją wydarzenia był lot balonem, który inaugurował początek współpracy marki z organizatorem wyjątkowych podróży szytych na miarę Tribu Club.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Biotaniqe to marka kosmetyków prosto z polskich laboratoriów. Jest synonimem skuteczności i wyrafinowanej pielęgnacji, naturalnych, wyselekcjonowanych składników i luksusowych formuł. Marka Biotaniqe została zrodzona z połączenia wiedzy i doświadczenia specjalistów z różnych dziedzin, aby zapewnić kobietom w różnym wieku profesjonalną pielęgnację jakiej potrzebują i na którą zasługują.

  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Seks

Seks na ekranie – jak aktorzy grają sceny łóżkowe i na czym polega koordynacja intymności?

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Normalni ludzie" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)
Koordynator intymności uczy aktorów mówienia o swoich granicach, ale i potrzebach. O tym, co jest dla nich trudne i nie do przyjęcia, a co chętnie by przećwiczyli i oswoili. Taka edukacja przydałaby się chyba nam wszystkim. Rozmawiamy z Kają Wesołek i Anną Zabrodzką, pracującymi przy nowym serialu Netflixa „Sexify”.

Jak się robi całowanie na ekranie? Na czym polega koordynacja intymności?
Kaja Wesołek:
Przede wszystkim na tym, że kręcimy sceny w sposób bezpieczny dla aktora. Jeżeli on lub ona czują się niekomfortowo z głębokim pocałunkiem, to kręcimy to w taki sposób, żeby oszukać trochę kamerę i żeby pocałunek wydawał się głębszy niż jest w rzeczywistości. Wcześniej tego typu sceny były kręcone na zasadzie: „Skoro mamy w scenariuszu pocałunek, to całujcie się, i już”. Najczęściej nie było nawet żadnych prób.

Koordynacja intymności to budowanie zaufania i oswajanie aktorów ze sobą. Ważne jest, aby poczuli się bezpiecznie, wypracowali komunikację, nauczyli się wzajemnego słuchania, obserwacji i dbania o siebie nawzajem. Kolejnym elementem koordynacji jest świadoma zgoda. Na próbach korzystam z ćwiczenia autorstwa Ity O'Brien, w którym aktor zadaje pytania: „Czy mogę cię dotknąć i położyć rękę na twoim ramieniu?”. A druga osoba mówi: „Tak” albo: „Nie, jeszcze tego nie czuję”. To jest właśnie budowanie świadomej zgody. Bo dla każdego aktora czy aktorki „intymność” oznacza co innego. To może być pokazanie pośladka, piersi, przytulenie się, seks symulowany czy głęboki pocałunek.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Anna Zabrodzka: Dlatego pracę zawsze trzeba zacząć od definicji intymności i wyznaczenia jej komfortowych granic. Określenia tego, co jest dla mnie trudne i nie do przyjęcia, a co chciałabym przećwiczyć i omówić. Czy wolałabym się oswoić i przećwiczyć pocałunki, czy pójść na żywioł przed kamerą.

Ważne jest to, że w każdym momencie sceny intymnej można to jeszcze zmodyfikować, jeśli ktoś nie czuje się jednak komfortowo. Bo nie chodzi o przekraczanie swoich granic, tylko o to, żeby te granice w sobie oswajać. Uczymy aktorów mówić o tym, czego potrzebują. Bo najczęściej są przyzwyczajeni do tego, że skoro tak jest napisane w scenariuszu, to przychodzą na plan i muszą to zrobić. A my odwracamy tę sytuację: „Aktorze, spójrz na siebie, z czym czujesz się OK?”.

Na co dzień zajmuję się psychoterapią osób dorosłych i myślę, że pierwsze spotkanie to dokładnie to samo, co się dzieje w gabinecie terapeutycznym. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, kim jesteśmy, z jakiego powodu i po co tu jesteśmy, czym się zajmujemy, jaka jest nasza rola i zadania. Razem z Kają zbierałyśmy też informacje o potrzebach i oczekiwaniach aktorów, o tym, jak sobie wyobrażają naszą pracę.

I jak sobie wyobrażali?
A.Z.: Pojawiało się bardzo dużo obaw, bo to, co nieznane, zawsze budzi lęk. Naszym zadaniem była praca z tym lękiem.

K.W.: Serial „Sexify” to pierwsza produkcja, która tak intensywnie zaangażowała koordynatorki intymności w Polsce. Uczyłyśmy się tego zawodu w trakcie, łącznie z reżyserami, producentami i aktorami. Na Zachodzie funkcjonują procedury, których w Polsce jeszcze nie mamy i dopiero je tworzymy. Poza głównymi aktorkami – Sandrą Drzymalską, Marią Sobocińską i Aleksandrą Skrabą – pracowałyśmy również z epizodystami i statystami. Co ciekawe, żadna aktorka czy statysta nie zgłosili nagości jako sceny intymnej.

Dla mnie scena nagości również jest intymna. Zresztą najlepsza według mnie taka scena w serialu „Sexify” to ta, gdy jedna z bohaterek pokazuje swoje nieperfekcyjne kompletnie nagie ciało.

K.W.: Dla ciebie nagość mogłaby być intymnością, a aktor może powiedzieć, że to zadanie aktorskie. Spotykałyśmy się z różnymi postawami, od „zagram wszystko" po „ale tylko podniosę sukienkę, żeby było widać kolano, i nie pozwalam na odsłonięcie moich piersi”.

Pamiętajmy, że intymna scena rozgrywa się zwykle z udziałem dwóch osób, tak że ktoś może się czuć komfortowo, ale druga strona może powiedzieć: „Hej, a ja nie czuję się dobrze z twoją otwartością”.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

A.Z.: Uczymy aktorów i aktorki otwartej komunikacji i asertywności. Mówienia: „Nie zgadzam się na to, żebyś teraz był tak blisko mnie, potrzebuję chwili, by się z tobą oswoić”. Na planie byłyśmy mediatorami pomiędzy aktorami a innymi członkami ekipy w zakresie potrzeb i komfortu aktorów.

Dobrym przykładem jest tu współpraca z pionem kostiumów, który przedstawia możliwe zabezpieczenia stref intymnych. Dla kobiet jest cielista bielizna, stringi czy naklejki wysłaniające miejsca intymne, a dla mężczyzn również cielista bielizna, stringi i sakiewka na genitalia. Aktorzy mogą wybrać, w czym gra się im najwygodniej.

Jakie trzeba mieć doświadczenie, żeby zostać koordynatorką intymności?
K.W.: Certyfikaty do pracy w roli koordynatorów intymności na planach zdjęciowych w Europie wydaje Intimacy for Stage & Screen w Wielkiej Brytanii. Kiedy podczas jednego z treningów online z Lizzy Talbot, która razem z Itą O'Brien pracowała m.in. przy serialach „Normalni ludzie”, „Sex Education” czy „Bridgertonowie” – zapytałam, czy jest szansa, by taki kurs ukończyła osoba z Polski, usłyszałam, że na razie nie. Koordynacja intymności jest mocno osadzona w danej kulturze i języku. Ktoś, dla kogo język angielski jest drugim językiem, może nie zrozumieć kontekstu kulturowego. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni, teraz doszkalamy się online i pracujemy na planach zdjęciowych jako psychologowie od „trudnych scen”. Tak było przy „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, gdzie jest wiele scen przemocy i wykorzystania dzieci, czy „Królu” Jana P. Matuszyńskiego. Czerpiemy więc wiedzę z wcześniejszych doświadczeń z planów zdjęciowych, na których byłyśmy w roli psychologów.

A.Z.: Jestem certyfikowaną psychoterapeutką i diagnostką kliniczną, ale zdarzało mi się pracować też przy produkcjach telewizyjnych, na przykład przy „Big Brotherze”. Dobrze wiem, jak wygląda proces tworzenia filmu – od przygotowań do premiery. Moja mama jest montażystką, mój tata był scenografem. W przeszłości stawałam przed kamerą i na scenie teatralnej. W pracy koordynatorki intymności, w duecie z Kają, to ja jestem od przygotowania psychologicznego aktorów do roli. By byli w niej, a nie grali sobą. Po to właśnie wykorzystuję techniki z psychologii i psychoterapii.

K.W.: A ja zajmuję się pracą z ciałem aktora i ćwiczeniami, które to ciało oswajają. Jako dziecko byłam tancerką, później dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie, miałam angaż w Teatrze Narodowym, tak że 15 lat spędziłam na scenie, jednocześnie studiując psychologię. Dlatego wiele technik do pracy nad intymnością zaczerpnęłam z improwizacji charakterystycznej dla tańca współczesnego.

Rozpisujecie sceny na zasadzie ruchu tańca albo sztuk walki? Tak było w serialach „Euforia”, „Sex Education” czy „Normalni ludzie”. Dzięki temu aktorzy wiedzą, w którym dokładnie miejscu znajdzie się ręka, noga przy kolejnym ruchu ciała, a to zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
K.W.: To, o czym mówisz, to choreografia intymności, czyli ostatni etap koordynowania intymności. Przy „Sexify” tej choreografii nie układałyśmy, dlatego że scenariusz był wcześniej konsultowany z seksuologami i dostałyśmy już gotowe storyboardy, które omawiałyśmy z aktorami. Pytałyśmy, czy taka pozycja seksualna jest spójna z ich wizją postaci, którą mają zagrać. Na pewnym etapie to aktorzy wiedzą, a właściwie czują swojego bohatera lepiej niż sam reżyser.

Ważne jest to, że wszystkie próby na planie odbywają się w ubraniach. Dopiero gdy filmujemy scenę, aktorzy zdejmują ubrania, a obok zawsze stoi ktoś gotowy, by ich okryć.

Kadr z serialu 'Euforia' (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Euforia" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)

Jakie są wytyczne do pracy dla koordynatora intymności?
K.W.: Przede wszystkim nigdy nie pokazujemy nagich genitaliów aktora z przodu, jedynie od pasa w górę lub z tyłu, tak że widać nagie pośladki. Umawiamy się też na to, jakim językiem posługujemy się na planie, które sformułowania są dopuszczalne. Nie ma miejsca na żarciki z intymności. Nie mówimy kolokwialnym językiem: mineta, tylko: seks oralny. Nie rozmawiamy z aktorem, który jest nagi, reżyser podchodzi do aktora, dopiero gdy ten jest już okryty. Aktor zgłasza gotowość do nakręcenia sceny.

Co to w ogóle znaczy dobra scena seksu?
K.W.:
Dobra scena seksu to taka, która prowadzi dalej historię w filmie. Ona musi być po coś, opowiadać i wnosić coś do filmu. Jeżeli scena seksu jest tylko dla seksu, to się nie uda. W „Nimfomance” Larsa von Triera każda scena jest po coś, nawet ta ekstremalna. Poza tym jeżeli aktor nie czuje się komfortowo z reżyserem, wiadomo, że na planie będzie napięcie i to właśnie intymne sceny szczególnie się opóźnią. Sceny w „Sexify" były kręcone o czasie, bo aktorzy byli gotowi psychicznie.

A.Z.: Ja bym to nazwała autentycznością w roli. Seks na ekranie musi być autentyczny. Dlatego najpierw potrzebne jest wejście aktora w rolę, ale i świadome wyjście. Ciało pokazuje, kiedy nie czujemy się komfortowo, dlatego ważne, żeby ten sygnał zauważyć. Bo jeśli nie dostrzegam tego napięcia w ciele, tylko gram dalej, to scena nie będzie autentyczna.

Dobra scena seksu musi być autentyczna, ale nie musi być seksem w realu?
K.W.: Lars von Trier chyba jako jeden z pierwszych pokazał prawdziwy stosunek w „Nimfomance”. Pytanie, co na to koordynator intymności. Czy to już przemysł soft porno? Czy aktor świadomie przekracza swoją granicę i granice innych? Istnieją produkcje, w których koordynatorzy nie są potrzebni, bo twórcy nie chcą dbać o zachowanie tych granic. Mam szacunek dla każdego widza, także tego, który potrzebuje na ekranie czegoś więcej. Ale i tego, który będzie się czuł lepiej, wiedząc, że ogląda sceny kręcone bezpiecznie.

Koordynatorzy intymności dbają także o bezpieczeństwo widza, żeby nie poczuł się niekomfortowo, oglądając scenę intymną?
A.Z.: W pewnym sensie tak. Jeżeli produkcja angażuje koordynatorów intymności, daje widzowi pewność, że sceny były kręcone z szacunkiem dla granic aktorów.

Kadr z serialu 'Sex Education' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sex Education" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Co jako koordynatorki intymności poleciłybyście wszystkim, nie tylko aktorom, by seks nas nie krępował i byśmy czuli się w nim bezpiecznie?
A.Z.:
Dla mnie dużym autorytetem jest psychoterapeutka Esther Perel, która napisała poradnik „Inteligencja erotyczna”. Pisze o namiętności i pożądaniu. O podstawach szacunku do siebie i świadomości tego, na ile daję sobie do czegoś prawo.

K.W.: Naszym aktorom dawałyśmy ćwiczenie, które każdy może odnieść do siebie. „Spisz, co robi ta postać, jakie ma przekonania na temat tego, co powinna robić w życiu. Czym jest dla niej seks. Co lubi, a czego nie. Co czuje w trakcie seksu”. Jako koordynatorka najbardziej korzystam z nurtu humanistycznego, czyli: czego potrzebujesz?

A.Z.: Sesja terapeutyczna również jest rozmową o intymności. Bo jeśli ktoś przychodzi do mnie po pomoc, to mówi o swoich intymnych sprawach. A moim zadaniem jest zadbać o jego poczucie bezpieczeństwa i szacunek do siebie nawzajem. To według mnie podstawa udanego życia, również tego seksualnego.

A co poradziłybyście parom, które dopiero się poznają? Jak komunikować swoje granice jasno, ale jednocześnie tak, by druga strona nie poczuła się odrzucona?
A.Z.: Uważam, że w każdej relacji, na każdym etapie, ważna jest umiejętność słuchania oraz empatia. Myślę tu o obydwu stronach. Jeśli słucham siebie, to wiem, czego mi potrzeba, ale dopuszczam, że moje potrzeby nie muszą zostać w pełni zaspokojone przez drugą stronę, bo ona może mieć inne. Jeśli potrafię prawdziwie słuchać rozmówcy, poznaję jego potrzeby, sposób myślenia, oczekiwania, daję przestrzeń, to przyjmuję go takim, jakim jest. To wcale nie oznacza, że to mnie zobowiązuje do tego, aby zawsze w pełni spełniać jego oczekiwania, bo nie muszą one iść w parze z moimi. Ważną umiejętnością jest wspólne poszukiwanie rozwiązań, w których każdy jest gotowy pójść na jakieś ustępstwo. Innymi słowy: znaleźć to, co może nas łączyć, czyli wspólny cel oraz być gotowym z czegoś zrezygnować, zyskując relację.

Anna Zabrodzka, psychoterapeutka, psycholożka, pracuje w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych, także psychoterapię online.

Kaja Wesołek, trenerka aktorstwa dziecięcego, koordynatorka intymności i konsultantka scenariuszy. Z wykształcenia psycholożka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego.