1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Daję i biorę

Daję i biorę

Paczki świąteczne dla sierot, SMS-y na chore dziecko, złotówka dla Orkiestry Świątecznej Pomocy. Czy na tym polega działalność charytatywna? Jak, komu i kiedy przychodzić z pomocą, żeby nie przynosiło to więcej szkody niż pożytku?

 

Każdy z nas choć raz w życiu komuś pomógł. I nie ma człowieka, który ze wsparcia innych nie skorzystał. Można więc powiedzieć, że na pomaganie sobie nawzajem jesteśmy skazani. Czy jednak umiemy pomagać?

Reagowanie na potrzeby innych traktujemy jako odruch solidarności, spontaniczne działanie i nie zastanawiamy się nad jego skutecznością. Tymczasem słynny niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger uważa, że pomaganie jest sztuką, która wymaga określonych umiejętności, np. okazywania empatii czy wczuwania się w sytuację drugiej osoby. I tak jak każdej innej umiejętności także pomagania można się nauczyć. Zdaniem Hellingera istota pomagania polega z jednej strony na tym, że ktoś chce i potrzebuje pomocy, a z drugiej – że właśnie taką pomoc jesteśmy w stanie i chcemy mu dać. W przeciwnym razie nasze działanie trafia w pustkę. Zdaniem Hellingera pomaganiem, podobnie jak każdym działaniem, powinien rządzić określony porządek.

Pierwszy porządek pomagania: Można dać tylko to, co się samemu posiada, i brać tylko to, czego się potrzebuje.

Elżbieta Petrajtis-O’Neill, tłumaczka literatury z języka angielskiego, wspiera fundację Akogo? Ewy Błaszczyk od początku jej istnienia.

– Po tym, co stało się z córką Ewy, Olą, tak jak wiele osób chciałam jakoś jej pomóc. A ponieważ nie jestem lekarzem, nie mogłam dać tego, co było potrzebne najbardziej. Jednak kiedy tylko Ewa założyła fundację, zgłosiłam gotowość do tłumaczenia z angielskiego. Ale nie ma o czym mówić. Nie jestem chyba właściwą osobą do rozmowy. Zakres mojego zaangażowania nie jest wielki, aż tak się nie poświęcam. Ci, którzy naprawdę dużo robią dla innych, na ogół reagują podobnie. Elżbieta udziela się charytatywnie na kilku polach. Jako miłośniczka kotów pamięta o schroniskach dla bezdomnych zwierząt. Wspomaga też finansowo i organizacyjnie Fundację Edukacyjną Jacka Kuronia, która prowadzi Uniwersytet Powszechny w Teremiskach. Dlaczego akurat tę fundację?

– Bo to świetna, ukochana przez Jacka, mojego przyjaciela, inicjatywa. Daje szansę dzieciom z tak zwanych środowisk wykluczonych, ale nie poprzez, jak to mawiał Jacek, dawanie ryby, tylko wędki. W Teremiskach uwrażliwia się na sprawy społeczne, buduje zalążki społeczeństwa obywatelskiego, które u nas jest w powijakach. Jako naród jesteśmy zamknięci, drugi człowiek wzbudza w nas nieufność, nie przejawiamy chęci do wspólnego działania.

Elżbieta doświadczyła tego na własnej skórze. Gdy coś wymagało interwencji w bloku, gdzie kiedyś mieszkała, natychmiast podejmo-wała inicjatywę. I na przykład zbierała podpisy pod petycją do spółdzielni. A później sypały się na jej głowę gromy. Sąsiedzi uważali, że jak coś zaczęła, to powinna sama skończyć. Nikt nie kwapił się do wzięcia sprawy w swoje ręce.

– Od pewnego czasu mam poczucie, że zbyt mało robię. Chciałabym zgłosić się jako wolontariuszka na przykład do hospicjum albo szpitala, ale nie mogę przekroczyć wewnętrznej bariery przed angażowaniem się w pomoc ciężko chorym ludziom. Może z powodu trudnych osobistych doświadczeń boję się, że teraz nie podołam. Barierą nie jest wcale strona fizyczna choroby, tylko emocjonalna. Chorzy przywiązują się przecież do opiekuna, a ja mogę nie dać rady. I co? Powiem: „Już państwu dziękuję”? Jednak nie wykluczam, że to się kiedyś zmieni. Bardzo tego pragnę. Żeby być razem z ludźmi, którzy tego naprawdę potrzebują, regularnie i systematycznie.

Drugi porządek pomagania: Trzeba akceptować ograniczenia w niesieniu wsparcia i interweniować tylko tak daleko, jak jest to niezbędne.

Bert Hellinger podkreśla, że niesienie pomocy służy przetrwaniu obdarowywanego, a obydwu stronom daje szansę rozwoju i wzrastania. Tomasz Osuch, założyciel Fundacji Spełnionych Marzeń, sześć lat temu stracił syna. Marcinek miał 11 lat. Dwa lata wcześniej zachorował na białaczkę. Tomek i jego żona Małgosia całe dnie spędzali w szpitalu przy Litewskiej. Kiedy synek odszedł, Małgosia zapadła się w sobie, Tomka ciągnęło na oddział. Przychodził tam regularnie. Rozmawiał z chorymi dziećmi, dopytywał, o czym marzą, a kiedy już poznał ich marzenia, chciał je spełniać. Przekonał do swojego pomysłu także żonę. I tak narodziła się jedna z najprężniej działających fundacji na rzecz dzieci chorych na nowotwory. Ma twarz Tomasza Osucha. Teraz nie tylko spełnia marzenia dzieci chorych, ale dla już wyleczonych organizuje Onko-Olimpiadę.

– Wszystko, co robię dla dzieci, robię także dla Marcinka. W sytuacjach krytycznych, gdy zbierają się czarne chmury, proszę go o wsparcie. A myśli pani, że pogoda na Onko-Olimpiadzie, to co? To jego sprawka. On cały czas stoi obok mnie.

Dawać i brać można na dwa sposoby, twierdzi Hellinger. Na zasadzie wzajemności: ty mi dajesz i ja tobie daję. Drugim sposobem jest dawanie przez silniejszych i zdrowych, a branie przez słabszych i chorych. Pierwowzorem tego typu pomagania jest relacja rodzice – dzieci. Rodziców i dzieci łączy głęboka miłość, pierwsi są więc gotowi dawać prawie wszystko, a drudzy prawie wszystkiego mogą oczekiwać. Ale taka postawa rodziców broni się tylko, gdy dzieci są małe. W miarę jak dorastają, rodzice muszą stawiać im wymagania. I paradoksalnie – powstrzymując się od udzielania pomocy, tak naprawdę im pomagają; dzieci uczą się dzięki temu działać samodzielnie, uniezależniają się. A w konsekwencji – branie zastępują dawaniem.

 

Trzeci porządek pomagania: Potrzebujących dorosłych trzeba traktować tak jak dorosłych, a nie jak dzieci.

Osoby działające charytatywnie (zwłaszcza na rzecz ludzi biednych, wykluczonych, pokrzywdzonych przez los) najczęściej sądzą, że muszą pomagać w taki sposób, w jaki rodzice pomagają małym dzieciom. A więc wyręczać ich, uprzedzać ewentualne zagrożenia. I odwrotnie: potrzebujący oczekują, że będą traktowani jak dzieci. Że wszystko dostaną, bo to im się należy.

Co się dzieje, gdy otrzymają wszystko, czego oczekiwali? Otóż stają się mentalnymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę swoich opiekunów – „rodziców”. Amerykański psycholog Martin Seligman nazwał taką postawę wyuczoną bezradnością, czyli utrwalonym przekonaniem o braku związku między własnym działaniem a jego konsekwencjami.

Ludzie szybko uczą się bezradności, która prowadzi do poczucia, że ich kontrola nad własnym życiem i wpływ na swój los są nieefektywne. Oczekują pomocy, co prowadzi do wielu deficytów. Poznawczych, bo człowiek przestaje rozumieć, co się z nim dzieje. Motywacyjnych – bo nic mu się nie chce. Emocjonalnych – bo popada w apatię, boi się wyzwań, jest wrogo nastawiony do innych, nie widzi nadziei. I społecznych – bo wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi.

Psychologowie odkryli, że wyuczona bezradność i stres wynikający z takiej postawy mogą prowadzić do rozwoju chorób, obniżenia wyników w nauce. Co więcej, bezradnością można się „zarazić”. Staje się wtedy wyuczonym sposobem na przetrwanie rodzin, a nawet całych środowisk. Tacy ludzie utwierdzają siebie i instytucje w przekonaniu, że nie są w stanie radzić sobie sami na rynku pracy, a więc potrzebują opieki. Według wielu socjologów zjawisko to zatacza w Polsce coraz większe kręgi. Pogłębia je niewłaściwie udzielana pomoc. Dlatego pomagający muszą wyzbyć się odruchów „rodzicielskich” i zacząć traktować swoich podopiecznych jak dorosłych. Muszą też stawiać im granice.

Tomasz Osuch spotyka się z wielkimi nieszczęściami, ale i z przerażającymi reakcjami rodziców chorych dzieci. Zdarzyło się, że pieniędzy na leczenie syna domagał się ojciec, którego dziecko już nie żyło. Gdy wyszło szydło z worka, tłumaczył: „Bo nie mam za co żyć”.

– Dlatego moja fundacja nie daje pieniędzy. Pomoc od początku była pomyślana tak, żeby rodzice mogli czynnie uczestniczyć w procesie leczenia. Jeżeli mama jest z dzieckiem w szpitalu, a tata organizuje pomoc finansową, to my mu doradzamy, jak to robić. Uczymy pisać pisma, dajemy rekomendacje, radzimy, dokąd pójść, ale go w tym nie wyręczamy.

Takie podejście naraża pomagającego na zarzuty braku wrażliwości i często jest krytykowane. Ale tylko w ten sposób osiąga się najistotniejszy cel pomocy: doprowadzenie do sytuacji, gdy podopieczny już jej nie potrzebuje.

Czwarty porządek pomagania: Potrzebujący jest częścią systemu – związku, rodziny, społeczności.

Trzeba zatem rozpoznać, kto z tego systemu może mu pomóc, a komu on sam jest tę pomoc winien. Porządek hellingerowski odnosi się przede wszystkim do interwencji psychoterapeutycznych, ale można go także zastosować do wsparcia w relacjach przyjacielskich, rodzinnych, partnerskich. Gdy ktoś bliski potrzebuje pomocy, skupiamy się na nim i traktujemy jak wyalienowanego z szerszego kontekstu.

Tymczasem żeby komuś pomóc, trzeba zobaczyć go w relacji z partnerem, rodzicami, dziećmi, a nawet z przodkami. Tylko jeśli uwzględnimy powiązania człowieka z całością systemu, możemy zrozumieć, kto w tym systemie wymaga wsparcia. Bo zdarza się, że potrzebującym nie jest ten, kto się go domaga. Albo że po pomoc należy się zwrócić do jednego z członków systemu, bo to on zna klucz do rozwiązania problemu. Czasem pomoc nie jest możliwa właśnie dlatego, że wykluczono ważnych członków rodziny (bo się ich wstydzimy albo skrywają jakąś rodzinną tajemnicę). Żeby ich do systemu przywrócić, potrzeba fachowej interwencji – sprawdzają się tu tzw. ustawienia rodzinne. Na czym ma więc polegać nasza rola? Próby przyjacielskiego wsparcia – rozmowy, rady, czułość – są potrzebne, bo to wyraz naszej solidarności, ale najważniejszym zadaniem jest potraktowanie przyjaciela jak dorosłego, który ma problemy wynikające z relacji w jego systemie.

Piąty porządek pomagania: akceptujmy ludzi takimi, jacy są, i nie osądzajmy ich. Czasem przychodzi nam mediować w konfliktach rodzinnych i wysłuchiwać skarg strony poszkodowanej. Jesteśmy przekonani, że powinniśmy stanąć po jej stronie. Co na to Hellinger? Przestrzega: Jeśli przyjmiecie punkt widzenia pokrzywdzonego, staniecie raczej w służbie konfliktu niż pojednania. Pomocy może udzielić tylko ten, kto potrafi w swoim sercu umieścić zarówno podopiecznego, jak i to, na co się on uskarża. W książce „Porządki pomagania” Hellinger pisze: „Pomagający jako pierwszy dokonuje w swojej duszy tego, czego musi dokonać podopieczny. Otwiera przed nim serce. Staje się jego częścią. To, co znalazło pojednanie w jego sercu, może się również pojednać w sercu tego, komu pomaga”.

Tomasz Osuch podkreśla: – Moja fundacja funkcjonuje przede wszystkim dzięki wolontariuszom. To oddani, wspaniali ludzie, niektórzy z nich są byłymi pacjentami szpitali, którymi się opiekujemy. Nie szczędzą swojego czasu i są na każde wezwanie, gdy tylko zachodzi taka potrzeba. Tomasz potrafi zarazić entuzjazmem, jest wiarygodny i dobrze zorganizowany. Szkoli kandydatów na wolontariuszy, na oddziałach szpitali przy Litewskiej i Kasprzaka w Warszawie nie ma przypadkowych ochotników. I w tym tkwi tajemnica sukcesu Fundacji Spełnionych Marzeń.

Centrum Wolontariatu i Stowarzyszenie „Klon/Jawor”, od lat monitorujące zakres naszego zaangażowania na rzecz innych, w 2006 roku odnotowały spadek liczby wolontariuszy i ludzi przekazujących pieniądze i dary organizacjom pozarządowym. Inaczej niż na zachodzie Europy, a zwłaszcza w Ameryce, gdzie społeczne zaangażowanie się jest miarą kultury i człowieczeństwa.

Elżbieta Petrajtis-O’Neill jeździ po świecie i widzi różnicę. W innych krajach pomoc sąsiedzka jest na porządku dziennym. Gdy do mieszkania wprowadzają się nowi ludzie, od razu sąsiadki przychodzą do nich z ciastem. Ludzie razem grabią ogródki, sadzą kwiaty i wszyscy dbają o to, co wspólne.

– U nas wspólne znaczy niczyje. Kiedy widzę, że dzieci zrywają świeżo posadzone kwiatki przed blokiem, strasznie się irytuję. Nie szanujemy wspólnego dobra. Źle traktujemy zwierzęta. Nie pomagamy sobie nawzajem. Ale to nie znaczy, że tego nie da się zmienić. Zacznijmy od robienia czegoś razem. W bloku, spółdzielni mieszkaniowej, dzielnicy, mieście. Szukamy sensu życia, a mamy go pod ręką. Ja przynajmniej tak to czuję. I jeżeli tylko mogę pomóc, pomagam.

Książki, które warto przeczytać: Jörg Fengler „Pomaganie męczy”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2000; Bert Hellinger „Porządki pomagania”, Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008; Martin Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina, Poznań 2005.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze