1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Daję i biorę

Daję i biorę

Paczki świąteczne dla sierot, SMS-y na chore dziecko, złotówka dla Orkiestry Świątecznej Pomocy. Czy na tym polega działalność charytatywna? Jak, komu i kiedy przychodzić z pomocą, żeby nie przynosiło to więcej szkody niż pożytku?

 

Każdy z nas choć raz w życiu komuś pomógł. I nie ma człowieka, który ze wsparcia innych nie skorzystał. Można więc powiedzieć, że na pomaganie sobie nawzajem jesteśmy skazani. Czy jednak umiemy pomagać?

Reagowanie na potrzeby innych traktujemy jako odruch solidarności, spontaniczne działanie i nie zastanawiamy się nad jego skutecznością. Tymczasem słynny niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger uważa, że pomaganie jest sztuką, która wymaga określonych umiejętności, np. okazywania empatii czy wczuwania się w sytuację drugiej osoby. I tak jak każdej innej umiejętności także pomagania można się nauczyć. Zdaniem Hellingera istota pomagania polega z jednej strony na tym, że ktoś chce i potrzebuje pomocy, a z drugiej – że właśnie taką pomoc jesteśmy w stanie i chcemy mu dać. W przeciwnym razie nasze działanie trafia w pustkę. Zdaniem Hellingera pomaganiem, podobnie jak każdym działaniem, powinien rządzić określony porządek.

Pierwszy porządek pomagania: Można dać tylko to, co się samemu posiada, i brać tylko to, czego się potrzebuje.

Elżbieta Petrajtis-O’Neill, tłumaczka literatury z języka angielskiego, wspiera fundację Akogo? Ewy Błaszczyk od początku jej istnienia.

– Po tym, co stało się z córką Ewy, Olą, tak jak wiele osób chciałam jakoś jej pomóc. A ponieważ nie jestem lekarzem, nie mogłam dać tego, co było potrzebne najbardziej. Jednak kiedy tylko Ewa założyła fundację, zgłosiłam gotowość do tłumaczenia z angielskiego. Ale nie ma o czym mówić. Nie jestem chyba właściwą osobą do rozmowy. Zakres mojego zaangażowania nie jest wielki, aż tak się nie poświęcam. Ci, którzy naprawdę dużo robią dla innych, na ogół reagują podobnie. Elżbieta udziela się charytatywnie na kilku polach. Jako miłośniczka kotów pamięta o schroniskach dla bezdomnych zwierząt. Wspomaga też finansowo i organizacyjnie Fundację Edukacyjną Jacka Kuronia, która prowadzi Uniwersytet Powszechny w Teremiskach. Dlaczego akurat tę fundację?

– Bo to świetna, ukochana przez Jacka, mojego przyjaciela, inicjatywa. Daje szansę dzieciom z tak zwanych środowisk wykluczonych, ale nie poprzez, jak to mawiał Jacek, dawanie ryby, tylko wędki. W Teremiskach uwrażliwia się na sprawy społeczne, buduje zalążki społeczeństwa obywatelskiego, które u nas jest w powijakach. Jako naród jesteśmy zamknięci, drugi człowiek wzbudza w nas nieufność, nie przejawiamy chęci do wspólnego działania.

Elżbieta doświadczyła tego na własnej skórze. Gdy coś wymagało interwencji w bloku, gdzie kiedyś mieszkała, natychmiast podejmo-wała inicjatywę. I na przykład zbierała podpisy pod petycją do spółdzielni. A później sypały się na jej głowę gromy. Sąsiedzi uważali, że jak coś zaczęła, to powinna sama skończyć. Nikt nie kwapił się do wzięcia sprawy w swoje ręce.

– Od pewnego czasu mam poczucie, że zbyt mało robię. Chciałabym zgłosić się jako wolontariuszka na przykład do hospicjum albo szpitala, ale nie mogę przekroczyć wewnętrznej bariery przed angażowaniem się w pomoc ciężko chorym ludziom. Może z powodu trudnych osobistych doświadczeń boję się, że teraz nie podołam. Barierą nie jest wcale strona fizyczna choroby, tylko emocjonalna. Chorzy przywiązują się przecież do opiekuna, a ja mogę nie dać rady. I co? Powiem: „Już państwu dziękuję”? Jednak nie wykluczam, że to się kiedyś zmieni. Bardzo tego pragnę. Żeby być razem z ludźmi, którzy tego naprawdę potrzebują, regularnie i systematycznie.

Drugi porządek pomagania: Trzeba akceptować ograniczenia w niesieniu wsparcia i interweniować tylko tak daleko, jak jest to niezbędne.

Bert Hellinger podkreśla, że niesienie pomocy służy przetrwaniu obdarowywanego, a obydwu stronom daje szansę rozwoju i wzrastania. Tomasz Osuch, założyciel Fundacji Spełnionych Marzeń, sześć lat temu stracił syna. Marcinek miał 11 lat. Dwa lata wcześniej zachorował na białaczkę. Tomek i jego żona Małgosia całe dnie spędzali w szpitalu przy Litewskiej. Kiedy synek odszedł, Małgosia zapadła się w sobie, Tomka ciągnęło na oddział. Przychodził tam regularnie. Rozmawiał z chorymi dziećmi, dopytywał, o czym marzą, a kiedy już poznał ich marzenia, chciał je spełniać. Przekonał do swojego pomysłu także żonę. I tak narodziła się jedna z najprężniej działających fundacji na rzecz dzieci chorych na nowotwory. Ma twarz Tomasza Osucha. Teraz nie tylko spełnia marzenia dzieci chorych, ale dla już wyleczonych organizuje Onko-Olimpiadę.

– Wszystko, co robię dla dzieci, robię także dla Marcinka. W sytuacjach krytycznych, gdy zbierają się czarne chmury, proszę go o wsparcie. A myśli pani, że pogoda na Onko-Olimpiadzie, to co? To jego sprawka. On cały czas stoi obok mnie.

Dawać i brać można na dwa sposoby, twierdzi Hellinger. Na zasadzie wzajemności: ty mi dajesz i ja tobie daję. Drugim sposobem jest dawanie przez silniejszych i zdrowych, a branie przez słabszych i chorych. Pierwowzorem tego typu pomagania jest relacja rodzice – dzieci. Rodziców i dzieci łączy głęboka miłość, pierwsi są więc gotowi dawać prawie wszystko, a drudzy prawie wszystkiego mogą oczekiwać. Ale taka postawa rodziców broni się tylko, gdy dzieci są małe. W miarę jak dorastają, rodzice muszą stawiać im wymagania. I paradoksalnie – powstrzymując się od udzielania pomocy, tak naprawdę im pomagają; dzieci uczą się dzięki temu działać samodzielnie, uniezależniają się. A w konsekwencji – branie zastępują dawaniem.

 

Trzeci porządek pomagania: Potrzebujących dorosłych trzeba traktować tak jak dorosłych, a nie jak dzieci.

Osoby działające charytatywnie (zwłaszcza na rzecz ludzi biednych, wykluczonych, pokrzywdzonych przez los) najczęściej sądzą, że muszą pomagać w taki sposób, w jaki rodzice pomagają małym dzieciom. A więc wyręczać ich, uprzedzać ewentualne zagrożenia. I odwrotnie: potrzebujący oczekują, że będą traktowani jak dzieci. Że wszystko dostaną, bo to im się należy.

Co się dzieje, gdy otrzymają wszystko, czego oczekiwali? Otóż stają się mentalnymi dziećmi zdanymi na łaskę i niełaskę swoich opiekunów – „rodziców”. Amerykański psycholog Martin Seligman nazwał taką postawę wyuczoną bezradnością, czyli utrwalonym przekonaniem o braku związku między własnym działaniem a jego konsekwencjami.

Ludzie szybko uczą się bezradności, która prowadzi do poczucia, że ich kontrola nad własnym życiem i wpływ na swój los są nieefektywne. Oczekują pomocy, co prowadzi do wielu deficytów. Poznawczych, bo człowiek przestaje rozumieć, co się z nim dzieje. Motywacyjnych – bo nic mu się nie chce. Emocjonalnych – bo popada w apatię, boi się wyzwań, jest wrogo nastawiony do innych, nie widzi nadziei. I społecznych – bo wycofuje się z kontaktów z innymi ludźmi.

Psychologowie odkryli, że wyuczona bezradność i stres wynikający z takiej postawy mogą prowadzić do rozwoju chorób, obniżenia wyników w nauce. Co więcej, bezradnością można się „zarazić”. Staje się wtedy wyuczonym sposobem na przetrwanie rodzin, a nawet całych środowisk. Tacy ludzie utwierdzają siebie i instytucje w przekonaniu, że nie są w stanie radzić sobie sami na rynku pracy, a więc potrzebują opieki. Według wielu socjologów zjawisko to zatacza w Polsce coraz większe kręgi. Pogłębia je niewłaściwie udzielana pomoc. Dlatego pomagający muszą wyzbyć się odruchów „rodzicielskich” i zacząć traktować swoich podopiecznych jak dorosłych. Muszą też stawiać im granice.

Tomasz Osuch spotyka się z wielkimi nieszczęściami, ale i z przerażającymi reakcjami rodziców chorych dzieci. Zdarzyło się, że pieniędzy na leczenie syna domagał się ojciec, którego dziecko już nie żyło. Gdy wyszło szydło z worka, tłumaczył: „Bo nie mam za co żyć”.

– Dlatego moja fundacja nie daje pieniędzy. Pomoc od początku była pomyślana tak, żeby rodzice mogli czynnie uczestniczyć w procesie leczenia. Jeżeli mama jest z dzieckiem w szpitalu, a tata organizuje pomoc finansową, to my mu doradzamy, jak to robić. Uczymy pisać pisma, dajemy rekomendacje, radzimy, dokąd pójść, ale go w tym nie wyręczamy.

Takie podejście naraża pomagającego na zarzuty braku wrażliwości i często jest krytykowane. Ale tylko w ten sposób osiąga się najistotniejszy cel pomocy: doprowadzenie do sytuacji, gdy podopieczny już jej nie potrzebuje.

Czwarty porządek pomagania: Potrzebujący jest częścią systemu – związku, rodziny, społeczności.

Trzeba zatem rozpoznać, kto z tego systemu może mu pomóc, a komu on sam jest tę pomoc winien. Porządek hellingerowski odnosi się przede wszystkim do interwencji psychoterapeutycznych, ale można go także zastosować do wsparcia w relacjach przyjacielskich, rodzinnych, partnerskich. Gdy ktoś bliski potrzebuje pomocy, skupiamy się na nim i traktujemy jak wyalienowanego z szerszego kontekstu.

Tymczasem żeby komuś pomóc, trzeba zobaczyć go w relacji z partnerem, rodzicami, dziećmi, a nawet z przodkami. Tylko jeśli uwzględnimy powiązania człowieka z całością systemu, możemy zrozumieć, kto w tym systemie wymaga wsparcia. Bo zdarza się, że potrzebującym nie jest ten, kto się go domaga. Albo że po pomoc należy się zwrócić do jednego z członków systemu, bo to on zna klucz do rozwiązania problemu. Czasem pomoc nie jest możliwa właśnie dlatego, że wykluczono ważnych członków rodziny (bo się ich wstydzimy albo skrywają jakąś rodzinną tajemnicę). Żeby ich do systemu przywrócić, potrzeba fachowej interwencji – sprawdzają się tu tzw. ustawienia rodzinne. Na czym ma więc polegać nasza rola? Próby przyjacielskiego wsparcia – rozmowy, rady, czułość – są potrzebne, bo to wyraz naszej solidarności, ale najważniejszym zadaniem jest potraktowanie przyjaciela jak dorosłego, który ma problemy wynikające z relacji w jego systemie.

Piąty porządek pomagania: akceptujmy ludzi takimi, jacy są, i nie osądzajmy ich. Czasem przychodzi nam mediować w konfliktach rodzinnych i wysłuchiwać skarg strony poszkodowanej. Jesteśmy przekonani, że powinniśmy stanąć po jej stronie. Co na to Hellinger? Przestrzega: Jeśli przyjmiecie punkt widzenia pokrzywdzonego, staniecie raczej w służbie konfliktu niż pojednania. Pomocy może udzielić tylko ten, kto potrafi w swoim sercu umieścić zarówno podopiecznego, jak i to, na co się on uskarża. W książce „Porządki pomagania” Hellinger pisze: „Pomagający jako pierwszy dokonuje w swojej duszy tego, czego musi dokonać podopieczny. Otwiera przed nim serce. Staje się jego częścią. To, co znalazło pojednanie w jego sercu, może się również pojednać w sercu tego, komu pomaga”.

Tomasz Osuch podkreśla: – Moja fundacja funkcjonuje przede wszystkim dzięki wolontariuszom. To oddani, wspaniali ludzie, niektórzy z nich są byłymi pacjentami szpitali, którymi się opiekujemy. Nie szczędzą swojego czasu i są na każde wezwanie, gdy tylko zachodzi taka potrzeba. Tomasz potrafi zarazić entuzjazmem, jest wiarygodny i dobrze zorganizowany. Szkoli kandydatów na wolontariuszy, na oddziałach szpitali przy Litewskiej i Kasprzaka w Warszawie nie ma przypadkowych ochotników. I w tym tkwi tajemnica sukcesu Fundacji Spełnionych Marzeń.

Centrum Wolontariatu i Stowarzyszenie „Klon/Jawor”, od lat monitorujące zakres naszego zaangażowania na rzecz innych, w 2006 roku odnotowały spadek liczby wolontariuszy i ludzi przekazujących pieniądze i dary organizacjom pozarządowym. Inaczej niż na zachodzie Europy, a zwłaszcza w Ameryce, gdzie społeczne zaangażowanie się jest miarą kultury i człowieczeństwa.

Elżbieta Petrajtis-O’Neill jeździ po świecie i widzi różnicę. W innych krajach pomoc sąsiedzka jest na porządku dziennym. Gdy do mieszkania wprowadzają się nowi ludzie, od razu sąsiadki przychodzą do nich z ciastem. Ludzie razem grabią ogródki, sadzą kwiaty i wszyscy dbają o to, co wspólne.

– U nas wspólne znaczy niczyje. Kiedy widzę, że dzieci zrywają świeżo posadzone kwiatki przed blokiem, strasznie się irytuję. Nie szanujemy wspólnego dobra. Źle traktujemy zwierzęta. Nie pomagamy sobie nawzajem. Ale to nie znaczy, że tego nie da się zmienić. Zacznijmy od robienia czegoś razem. W bloku, spółdzielni mieszkaniowej, dzielnicy, mieście. Szukamy sensu życia, a mamy go pod ręką. Ja przynajmniej tak to czuję. I jeżeli tylko mogę pomóc, pomagam.

Książki, które warto przeczytać: Jörg Fengler „Pomaganie męczy”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2000; Bert Hellinger „Porządki pomagania”, Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008; Martin Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina, Poznań 2005.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Sandra Drzymalska o roli w filmie "Ostatni komers", pierwszej polskiej produkcji o generacji Z

"Ostatni komers" to historia o wszystkim co pierwsze, a co za tym idzie - najintensywniejsze: pierwszy joint, pierwszy seks, pierwsze zakochanie i złamane serce. W obsadzie zobaczymy świetnych aktorów młodego pokolenia: Sandrę Drzymalską (na zdjęciu), Mikołaja Matczaka, Nel Kaczmarek, Zofię Świątkiewicz i Jakuba Wróblewskiego. (Fot. Jakub Socha)
Do kin trafił właśnie “Ostatni Komers” Dawida Nickela, pierwszy polski film o miłości w pokoleniu Z. Jest to historia o wszystkim co pierwsze, a co za tym idzie - najintensywniejsze: pierwszy joint, pierwszy seks, pierwsze zakochanie i złamane serce – mówi producentka Marta Habior. Z okazji premiery filmu rozmawiamy z aktorką Sandrą Drzymalską, odtwórczynią jednej z głównych ról.

Jak przygotowywałaś się do roli? Czy obserwowałaś młodszych kolegów i koleżanki, a może nawiązałaś do własnych doświadczeń z czasów szkolnych?
Na pewno był to dla mnie emocjonalny powrót do przeszłości, ale też muszę przyznać, że obecność młodszych kolegów na planie, bardzo mi pomogła przy pracy nad rolą Moniki.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się zagrać w tym filmie?
Szczerze? Dawid Nickel (reżyser filmu - przyp. red.). Uczestniczyłam w tym projekcie od samego początku. Już na etapie tworzenia sceny z „Ostatniego Komersu” w Szkole Wajdy Dawid wybrał mnie do tej postaci. Ja mu bardzo ufam i uwielbiam jego wrażliwość, poza tym przyjaźnimy się.

Z jakimi wyzwaniami musiałaś się zmierzyć na planie?
Na pewno gra z niezawodowym aktorem to pewnego rodzaju wyzwanie dla aktorki, ale jeśli chodzi o mnie to nie pierwszy raz miałam przyjemność pracować z naturszczykiem. Muszę przyznać, że uwielbiam tego typu wyzwania. Trzeba być bardziej uważnym i skoncentrowanym na partnerze oraz emocje muszą być jak najprawdziwsze. Dla mnie to wyzwanie, ale też wielka frajada.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Podczas Festiwalu Filmowego w Gdyni otrzymałaś wyróżnienie m.in. za rolę w „Ostatnim Komersie”. Jak zareagowałaś na tę nagrodę?
Och! Byłam szczęśliwa i niezwykle zaskoczona! To była nagroda pozaregulaminowa, specjalna w konkursie mikrobudżetów, także dla mnie było to jedno z największych wyróżnień.

Twoja bohaterka znajduje się w ciekawej relacji między bratem a chłopakiem, których łączy także pewna więź. Jak się w tym odnajduje?
Ona nie jest od początku świadoma, co się dzieje między chłopakami. Dopiero później zaczyna dostrzegać pewne detale tej relacji. Na pewno nie jest jej łatwo, bo traci ważną osobę w swoim nastoletnim życiu, a w tym okresie wszystkie emocje są znacznie bardziej intensywne..

Jak wspominasz swój okres dojrzewania, kiedy byłaś w tym wieku, co bohaterowie filmu? Czy zmagałaś się z podobnymi problemami? Czy pomogło Ci to na planie?
Dzięki temu filmowi powróciłam emocjonalnie do czasów mojego dorastania. Dla mnie emocje są najważniejsze podczas tworzenia postaci i tak też było w tym przypadku.

Czy gdyby była taka możliwość, chciałabyś wrócić do swoich czasów szkolnych? Jak je wspominasz?
Wspominam je bardzo dobrze. Kojarzą mi się z dużą wolnością i beztroską. Ale jednak prywatnie jestem osobą, która żyje tu i teraz i za bardzo nie rozpamiętuje przeszłości. Na szczęście mam taki zawód, który umożliwia mi emocjonalne przemieszczanie się w czasie.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

Jak wygląda miłość w pokoleniu Z, które sportretowane jest w filmie?
Miłość to miłość, myślę, że nie jest zależna od pokolenia. To bardzo silne uczucie.

Co sądzisz o pokoleniu Z? Czy według Ciebie ludzie, którzy większość czasu spędzają w sieci, na Instagramie i TikToku, będą potrafili w przyszłości odnaleźć się w realnym życiu?
Jestem bardzo daleka od generalizowania. Na pewno Ci ludzie są bardziej świadomi i świetnie odnajdują się w realnym życiu. Chcą walczyć o siebie i swoją przyszłość i ja im na maksa kibicuje. W dzisiejszym świecie jest im jednak znacznie trudniej. Cudownie byłoby, gdyby w Polsce mieli na przykład lepszy dostęp do edukacji seksualnej, bo to ważna, integralna część naszego życia.

Komu szczególnie poleciłabyś obejrzenie „Ostatniego Komersu”? Współczesnym nastolatkom, a może ich rodzicom?
Wszystkim! To kino dla każdego. Młodzi ludzie mogą odnaleźć w tych bohaterach siebie, a rodzice mogą powrócić do pierwszych fascynacji drugim człowiekiem.

O filmie „Ostatni Komers”

„Ostatni Komers” oparty na motywach fragmentów powieści „Ma być czysto” Anny Cieplak to pełnometrażowy debiut fabularny Dawida Nickela, zarazem współautora scenariusza do filmu. Twórcy, jako cel postawili sobie opowiedzieć o kawałku świata młodych ludzi bez moralizowania i oceniania.

Akcja filmu rozgrywa się w ostatnim tygodniu szkoły w gimnazjum w małym polskim miasteczku. W oczekiwaniu na imprezę grupa uczniów spędza czas na miejskim basenie. W ciągu kilku dni zasmakują zauroczeń, odrzucenia i pierwszych zawiedzionych nadziei. Zapis ich doświadczeń jest zwieńczeniem okresu gimnazjalnego i portretem współczesnej młodzieży poszukującej tożsamości, przynależności i więzi.

Film ma już na swoim koncie nagrodę nagrodę Jury Młodych oraz nagrodę dla najlepszego filmu w Konkursie Filmów Mikrobudżetowych 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Widzowie i krytycy przyjęli go entuzjastycznie - Już dawno nikt w polskim kinie z taką lekkością nie opowiadał o nastolatkach, w żaden sposób nie próbując ich oceniać czy stawiać się w roli mentora. Kapitalny debiut - pisał Krzysztof Połaski. - Tsunami świeżości i wolności bez retuszu, prawdziwie, bez nadęcia - podkreśla Karolina Korwin Piotrowska. - To znakomity debiutancki strzał i chyba jedno z najciekawszych spojrzeń na pokolenie współczesnych
nastolatków – dodaje Tomasz Raczek.

„Ostatni komers” w kinach od 18 czerwca.

  1. Seks

Dobra w łóżku znaczy dobra dla siebie – jak zaopiekować się sobą w seksie?

W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa oraz sygnałów wysyłanych nam przez ciało. (Fot. iStock)
Akceptacja rozpoczyna się od ciała, zarówno stref intymnych, jak i wszystkich innych, bo istotami seksualnymi jesteśmy w całości. W każdym wydaniu jest ono piękne i godne troski oraz uwagi, bez względu na mniej lub bardziej wyimaginowane niedoskonałości – twierdzi seksuolożka Roberta Rossi. W swojej najnowszej książce „Dochodzę” radzi kobietom, jak zaopiekować się sobą w seksie.

Jak podkreślają seksuolodzy, życie seksualne nie powinno być nigdy źródłem wstydu, a chęć realizacji własnych pragnień w tej sferze to nasze prawo, niezależnie od płci i wieku. Aby przeżywać je pięknie i w pełni, potrzebujemy jednak nie tylko odpowiedniego partnera, ale także, jeśli nie przede wszystkim, zbliżenia się do samej siebie. Konieczne są poznanie własnych upodobań i indywidualnych cech oraz umiejętność proszenia o to, co sprawia nam przyjemność, ale także o pomoc, jeśli z czymś sobie nie radzimy. Jak być dobrą dla siebie w seksie? Oto kilka wskazówek.

Najpierw ty

„Seks pełen radości, zaciekawienia i spokoju to przepiękna rzecz” – pisze Roberta Rossi, włoska seksuolożka i przewodnicząca Włoskiej Federacji Seksuologicznej, autorka wydanej niedawno książki „Dochodzę. Odkryj, co sprawia ci przyjemność” (wyd. Znak). I choć oryginalny tytuł „Vengo prima io” (dosłownie: „Pierwsza dochodzę ja”) mógłby sugerować skupienie na sobie, wręcz pewien seksualny egocentryzm, to – jak tłumaczy Rossi – nie jest on wcale wyrazem najwyższej dbałości, jaką możemy okazać sobie samej w łóżku. Wyrażenie zastosowane na okładce ma w języku włoskim jeszcze jedno znaczenie: bycia priorytetowym, istotnym. Nie tyle więc „ja pierwsza dochodzę”, co „dla siebie samej najbardziej liczę się ja”. Czyli bycie ważną dla samej siebie, zajęcie się sobą, zwłaszcza poprzez lepsze poznanie i zrozumienie. Jak przypomina Rossi, dobry seks ma miejsce wtedy, gdy jesteśmy pogodne, otwarte i rozluźnione, a więc, mówiąc krótko: czujemy się komfortowo. Do tego potrzebna jest wiedza i wynikająca z niej samoświadomość.

Myślę, czuję, akceptuję

Zacząć należy od własnego ciała – jego wyglądu, potrzeb, ale także budowy, która przed wieloma z nas nadal kryje sporo tajemnic. Rossi zachęca do prostego doświadczenia. „Weźcie lusterko, usiądźcie wygodnie, zdejmijcie majtki i poobserwujcie się. (...) Dlaczego tracić na to czas? Ponieważ poznanie tego obszaru pomaga nam o nim myśleć, pamiętać, że ma on swoje wymagania, nie tylko seksualne, i że powinnyśmy o niego dbać, tak jak dbamy o inne części ciała. Poświęćcie więc trochę czasu i dokładnie się obejrzyjcie, skoncentrujcie się na waszych reakcjach i odczuciach”.

W szerszym ujęciu akceptacja dotyczy kolejnych aspektów: myśli, odczuć, pragnień. Podobnie jak jedni ludzie lubią lody waniliowe, a inni wolą czekoladowe, tak i w seksie nasze preferencje, marzenia, fantazje, ulubione pozycje i scenariusze mogą znacząco się od siebie różnić. Nie musimy lubić tego, co lubi koleżanka, ani chcieć robić tego tak, jak pokazano w głośnym filmie czy książce. Co więcej, upodobania te mogą zmieniać się na przestrzeni czasu – to też warto sobie uświadomić i zaakceptować. „Wyobraźcie sobie przyjemność seksualną jako pojemnik zawierający w swoim wnętrzu różne aspekty waszego życia – pisze Rossi. – To, kim jesteście, środowisko, w którym wyrosłyście, informacje, które uzyskałyście na temat przyjemności seksualnej i ogólnie seksualności, wasze doświadczenia, wasz osobisty próg przyjemności i bólu, wasz stan zdrowia i jeszcze wiele innych elementów. Wszystkie te czynniki wiążą się ze sobą i determinują sposób, w jaki każdy z nas doświadcza przyjemności seksualnej”.

Komunikat JA

Kolejnym niezwykle ważnym elementem troski o siebie samą w seksie jest dbałość o komunikację z partnerem, której podstawą nie jest wcale chemia i nadawanie na tych samych falach, ale szczera i otwarta rozmowa. Jak podkreśla włoska badaczka, to przede wszystkim my same, nie kochanek, jesteśmy odpowiedzialne za naszą przyjemność! Zanim jednak będziemy mogły zakomunikować partnerowi, co i jak najbardziej lubimy, musimy się tego dowiedzieć w praktyce, zebrać jak najwięcej informacji na temat funkcjonowania własnego ciała. Partner powinien być towarzyszem naszej wyprawy, a przepływ informacji jest tu elementem kluczowym. „Ważne, by między wami, niezależnie od typu łączącej was relacji, było zaufanie, zażyłość i możliwość komunikowania bez poddawania się ocenie” – przekonuje Rossi. „Najlepszą drogą jest postępowanie w sposób bezpośredni i konkretny: towarzyszcie partnerowi za pomocą waszych rąk, ruchów ciała, słów. W tym rodzaju komunikacji może wam bardzo pomóc technika »komunikat JA«, która polega na mówieniu o sobie, o waszych potrzebach i waszych wymaganiach, bez skupiania się na błędach drugiej osoby. Kiedy partner robi coś, co wam się podoba, co jest dla was skuteczne, mówcie o tym jasno: łatwiej będzie jemu czy jej przyjąć do wiadomości wasze wymagania, jeśli zakomunikujecie je w sposób pozytywny, niż gdybyście miały wykazać jego braki w sposób obwiniający”.

Daj sobie czas

Mówi się, że największym darem, który można dać drugiemu człowiekowi, jest czas. Nie inaczej sprawy mają się z dbaniem o siebie samą. W seksie konieczna jest cierpliwość: w uczeniu się siebie i partnera, w poznawaniu swojego tempa i rozpoznawaniu sygnałów wysyłanych nam przez ciało. Przydaje się ona także wtedy, kiedy naszym problemem jest na przykład potrzeba kontroli – ważna kwestia dla tych kobiet, które napotykają trudności z doświadczaniem orgazmu. „Edukacja i doświadczenia życiowe mogą rozwinąć w nas potrzebę kontroli wszystkiego, co się dzieje, łącznie z doświadczeniem seksualnym” – tłumaczy Roberta Rossi. To oddala od przyjemności i sprawia, że skupiamy się na czymś innym.

Aby poczuć przyjemność, trzeba dać się ponieść emocjom, zaufać sobie i osobie, z którą jesteśmy; czasem potrzeba na to więcej czasu, niż byśmy sobie życzyły, karmione zewsząd opowieściami o spontanicznym seksie, który wydarza się sam z siebie, bez żadnego wysiłku, a z maksymalnym wynikiem. Nie zmienia to jednak fundamentalnego faktu: zawsze mamy prawo odmówić wszelkich praktyk seksualnych, które nam nie odpowiadają, a koncepcja konsensualności, czyli świadomej zgody na każdą z nich, jest absolutnie podstawowa w tej sferze ludzkiego życia. Nie istnieje coś takiego jak obowiązek małżeński czy domniemanie zgody, a oboje partnerzy muszą być całkowicie pewni, że są zainteresowani seksem, zanim jeszcze się on rozpocznie. Jeśli już się rozpoczął, można go przerwać i w dowolnym momencie powiedzieć „nie” – i musi to zostać uszanowane.

Każda z nas ma też prawo wypróbowywać nowe praktyki, jednak jeśli nie ma na to ochoty, to nie powinna czuć się winna, niedojrzała, nieciekawa, nieodważna czy mało otwarta. W tej sferze naprawdę nie musimy, a wręcz nie powinnyśmy niczego robić pod presją ani dla kogoś innego.

Proś o pomoc

Ważnym, a ciągle jeszcze zbyt rzadko podkreślanym elementem dbania o własną sferę seksualną jest gotowość do sięgnięcia po profesjonalną pomoc, kiedy uznamy, że napotkanych trudności nie jesteśmy w stanie pokonać samodzielnie. Każdy człowiek ma inny temperament i potrzeby seksualne; mogą one także podlegać zmianom na przestrzeni czasu. Okresy mniejszego zainteresowania seksem, a nawet całkowitego braku pożądania i poszukiwania przyjemności, stanowią naturalną część życia i są ściśle powiązane z tym, co dzieje się w innych jego sferach. „Jeśli jesteś zestresowana, zaniepokojona albo tylko bardzo zaangażowana w inne sprawy, może ci się zdarzyć, że przez jakiś czas masz mniejszą ochotę na seks albo nie masz jej wcale. Zaczyna się mówić o zaburzeniu pożądania, gdy jego brak przedłuża się nieprzerwanie powyżej sześciu miesięcy” – tłumaczy autorka „Dochodzę”.

Oczywiście brak pożądania u jednego z partnerów to nie jedyny problem w sferze seksualnej, z którym możemy się borykać. Wszelkie wątpliwości czy podejrzenia zaburzeń warto zawsze omówić z seksuologiem, który pomoże w rozwiązaniu kłopotów zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychicznej.

Choć konsultacja seksuologiczna budzi u wielu osób wewnętrzny opór, to warto wiedzieć, że stanowi ona najlepsze wyjście – pomoże zidentyfikować źródło trudności i wdrożyć odpowiednią formę leczenia.

Patrz całościowo

Oceniając swoje życie seksualne i swój dobrostan w tej dziedzinie, warto przyjąć też odpowiednią perspektywę. Każdorazowa przyjemność, orgazm, poczucie niezwykłego spełnienia to tylko niektóre z elementów składających się na seksualną satysfakcję. „W odróżnieniu od rozkoszy seksualnej – związanej z aktywnością seksualną – ogólna satysfakcja seksualna jest w istocie subiektywną oceną własnego życia seksualnego, niezależnie od konkretnych doznań odczuwanych podczas seksualnej aktywności – tłumaczy Roberta Rossi. – Wraz z sytuacją ściśle seksualną bierzemy również pod uwagę kontekst, który jej towarzyszył. Krótko mówiąc, satysfakcja odnosi się bardziej do ogólnego poczucia spełnienia związanego ze spotkaniem niż do samego konkretnego osiągnięcia orgazmu”.

Inne są nasze oczekiwania wobec spotkania okazjonalnego, a inne wobec seksu z partnerem, z którym tworzymy związek z długim stażem. Warto wziąć to pod uwagę i pamiętać, że troska o siebie w seksie oznacza również zdystansowanie się do sposobu, w jaki przedstawia się go w naszej kulturze. Dotarcie na szczyt za każdym razem, gdy uprawiamy seks, nie jest wcale konieczne, a szczęśliwe i spełnione życie seksualne nie musi zakładać niezapomnianego orgazmu, fajerwerków i motyli w brzuchu zawsze wtedy, gdy następuje zbliżenie z partnerem czy ma miejsce zachowanie autoerotyczne. Dużo ważniejsze jest to, czy w ogólnej perspektywie jest nam dobrze – zarówno z partnerem, jak i ze sobą samą i swoim ciałem. Tego bowiem, jak mało czego innego, jesteśmy naprawdę warte.

  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.

  1. Styl Życia

Noc Kupały – słowiańskie święto miłości

Noc Kupały (fot. @hanna.dola)
Noc Kupały (fot. @hanna.dola)
To jedno z najstarszych świąt słowiańskich, które do dnia dzisiejszego rozpala wyobraźnię. Dawniej obrzędy związane z przesileniem Słońca podczas najkrótszej nocy w roku (z 20 na 21 czerwca) rozpoczynały cykl zwyczajów letnich. Dziewczęta przygotowywały wianki z kwiatów i ziół, które puszczały na rzekę. Chłopcy rozpalali ogniska symbolizujące oczyszczenie. Urządzano huczne zabawy, śpiewano i tańczono do rana, o północy wyruszano do lasu na poszukiwania kwiatu paproci. O tym, w jaki sposób dziś można świętować Noc Kupały opowiadają popularyzatorki współczesnej słowiańszczyzny - Hanna Dola i Wiktoria Korzeniewska. 

Słowiańskie Koło Roku

Dawni Słowianie mieli własny kalendarz obrzędowy i obchodzili święta, które wyznaczały rytm zmieniających się pór roku: przesilenia zimowego, nadejścia wiosny i początku lata; uroczystości związanych z cyklem wegetacyjnym zbóż i drzew owocowych oraz ceremonię poświęconą zmarłym. Dziś wiemy przede wszystkim, w jaki sposób wyglądały obchody poszczególnych obrzędów, ponieważ zewnętrzna strona dawnych rytuałów była przez wiele wieków pielęgnowana, a wiedza o nich przekazywana z pokolenia na pokolenie. Stosunkowo niewiele wiemy natomiast o znaczeniu konkretnych elementów obrzędu i możemy jedynie się domyślać, co oznaczał dla naszych przodków, przed czym miał chronić lub co wybłagać u bogów. Jan Stanisław Bystroń, polski etnograf, autor półrocznika “Etnografia Polski” zapisał: “część dawnych praktyk zachowała się otrzymując nową oprawę interpretacyjną. Jeżeli do tych trzech podstawowych składników: form antycznych, staropogańskich czy słowiańskich i chrześcijańskich dodamy jeszcze drobne specyficzne cechy regionalne - będziemy mieli zarys polskich obrzędów ludowych”.

Sobótkowe obrzędy: rozpalanie ognisk i puszczanie wianków

Noc Kupały, najbardziej popularny i najpowszechniej obchodzony do dnia dzisiejszego cykl obrzędów, to również najbardziej widowiskowe starosłowiańskie święto, które przypada na dzień (a dokładniej wieczór i noc) letniego przesilenia. Dlaczego to właśnie obchody sobótkowe cieszą się tak wielkim zainteresowaniem? “Dawniej była to bardzo ważna tradycja, na tyle ważna, że nie udało się jej zniszczyć ani nawet zmodyfikować, jak miało to miejsce w przypadku innych świąt. Jest ona zgodna z naturalnym cyklem rocznym i dzięki temu silnie oddziałuje. Poza tym na pierwszy rzut oka jest to tradycja oparta na zabawie, a jak wiadomo każdy powód do zabawy jest dobry” - tłumaczy Hanna Dola, artystka zakochana w kulturze słowiańskiej.

“Sporą zasługę ma również w tym osławiony kwiat paproci, ponieważ dla wielu jego poszukiwania są romantyczną wizją letnich romansów. Dzieje się tak zapewne za sprawą obowiązku poszukiwania owego kwiatu nago. A komu udało się go odnaleźć, ten dostawał niezmierzone bogactwo i mądrość. Choć niektóre źródła donoszą, iż kwiat ten miał być w rzeczywistości owocem chciwości i egoizmu, ponieważ znaleźć można było go jedynie samotnie, a czerpać korzyści tylko pod warunkiem zachowania go dla siebie. O samej obecności demonów w miejscu jego wzrostu nie wspominając. Uważam, iż niezależnie od tego, czy uczestniczymy w obrzędach, czy skupimy się na wiankach i poszukiwaniu kwiatu paproci, każda droga do pobudzenia wewnętrznej słowiańskości jest dobra.”

Rytuały kupalnocki koncentrowały się głównie na kulcie wody i ognia - dwóch żywiołach, które dla dawnych Słowian miały moc oczyszczania. Pierwszym ze znanych i kultywowanych do dnia dzisiejszego rytuałów są “wianki”, które traktowano jako przepowiednię zamążpójścia. Puszczanie na wodę wianków uplecionych z magicznych ziół i kwiatów miało pierwotnie (prawdopodobnie) na celu pozyskanie życzliwości wody i demonów, które zamieszkiwały w rzekach i jeziorach. Od tego dnia bowiem można było bezpiecznie zażywać kąpieli we wszystkich otwartych akwenach.

Drugi obrzęd kojarzony dziś z Nocą Kupały nawiązuje do kultu ognia. O zmierzchu nad wodami, na wzgórzach, miedzach i polanach rozniecano wielkie ogniska. Wierzono, że w zasięgu dymu płynącego z ogniska okolicznym polom nie będą grozić burze i grady. Wokół ognisk odbywały się tańce i przeróżne popisy, zwłaszcza skakanie pojedynczo lub parami przez ogień. Parze, której udało się wspólnie przeskoczyć przez ognisko, wróżono szybkie zaślubiny. Wspólnym skakaniem przez ogień pieczętowano również przyjaźnie czy żegnano spory; przekraczanie ognia miało zapewniać szczęście, zdrowie i dobrobyt. W wielu rejonach Polski część ognia zabierano do domów, aby dzięki temu zapewnić ochronę, a przez popielisko przeprowadzano bydło, by dzięki temu ustrzec je przed chorobami.

Magiczne zioła i kwiat paproci

Wiadomo również, że podczas kupalnocki nie obowiązywało prawo obyczajowe, którym kierowano się przez pozostałą część roku i tej nocy młodzi mieli przyzwolenie na miłosne igraszki i inicjację seksualną. Skakanie w parach przez ognisko, wyławianie wianków puszczanych przez młode dziewczęta, a także poszukiwanie legendarnego kwiatu paproci miało bardzo zmysłowy charakter. W trakcie kupalnocki zbierano także określone zioła, którym przypisywano magiczne właściwości. Kobiety przewiązywały się bylicą, zrywały dziurawiec, nazywany zielem świętojańskim i jego odmianę, znaną jaką dzwonki Matki Boskiej, które miały zapewniać ochronę przed dziwożonami (istotami demonicznymi zamieszkującymi nad wodami lub w lasach) bylicę białą, rosiczkę, rutę, szałwię, dziewannę i ciskały je w płomienie. Pozostałe zioła zabierano do domów, zatykano we wszystkie kąty, umieszczano w oborach i stodołach. Szukano również kwiatu paproci, która - według powszechnych wierzeń - miała zakwitać na krótko tylko w noc świętojańską, a ten któremu uda się ów kwiat odnaleźć mógł liczyć na szczęście i dobrobyt.

Święto miłości

Magiczny i miłosny charakter sobótkowych rytuałów sprawiły, że kupalnocka nazywana była słowiańskim świętem miłości i przez kościelnych moralistów traktowana jako rozrywki diabelskie i rozpustne. W przeciwieństwie do wielu innych słowiańskich świąt, które w ciągu wieków religia chrześcijańska dostosowała do swoich wymogów (Szczodre Gody - Boże Narodzenie, Jare Gody - Wielkanoc), kupalnocka przekształcona w wigilię św. Jana Chrzciciela zachowała obrzędy związane z dawnymi wierzeniami. Tam, gdzie nie udało się ich wytępić, starano się powiązać ich obchodzenie z kultem popularnego świętego, który doskonale się nadawał na patrona związanego z wodą.

“Noc Kupały to dla mnie wyjątkowy czas - opowiada Hania. “W ostatnich latach celebrowałam to święto podwójnie, biorąc udział w „Wiankach” czyli imprezie tematycznej poświęconej obrzędom Kupalnocki organizowanej cyklicznie przez Grodzisko Owidz. Natomiast właściwy dzień przesilenia letniego spędzam nad wodą w gronie najbliższych.

Każdy z tych sposobów świętowania ma swoją magię. W Grodzisku zazwyczaj jest tłumnie, a całość wydarzenia przeplatają obrzędy prowadzone przez zaprzyjaźnionego Żercę (nazwa kapłana w religii słowiańskiej – red.) i tematyczne warsztaty oraz historyczne turnieje. Imprezę uświetniają grupy rekonstrukcyjne, co pozwala odnieść wrażenie przeniesienia do wczesnego średniowiecza, w którym słowiańskie tradycje były nieodzownym elementem ludzkiego życia. Niezmiernie cieszy mnie obserwacja jak słowiańska kultura odradza się w dzisiejszych czasach. W takim miejscu jak Grodzisko jest to najlepiej widoczne, ponieważ na obrzędzie rokrocznie zbiera się coraz więcej uczestników i obserwatorów. Grodzisko Owidz, by dotrzeć do szerszej publiczności, organizuje swoją Kupalnockę w najbliższy weekend.

Dlatego w dzień przesilenia zbieram się z najbliższymi i celebrujemy je krok po kroku, zgodnie z tradycją i naszymi możliwościami. Zaczynamy od pożegnania Jarowita (jeden ze słowiańskich bogów – red.) po pracowitej dla Niego wiośnie i w tym celu, o zachodzie słońca, palimy jego symboliczną kukłę. Następnie wzniecamy ognisko żywym ogniem (rozpalanie ognia za pomocą dwóch deseczek – red.) i przenosimy na mniejsze ogniska rozpalone w kręgu, w których palimy zebrane wcześniej zioła. Z ziół pleciemy wianki i przepasamy się bylicą. Świętujemy całą noc, a szczególnym momentem jest kąpiel w jeziorze, rzece lub morzu, potem zabawa trwa do rana. Moim ulubionym elementem Nocy Kupały jest palenie ziół w ogniskach. Unoszący się zapach, przy akompaniamencie śpiewu oraz tańca, działa energetycznie i oczyszczająco. Oczywiście poszukiwania Kwiatu Paproci to również ciekawa tradycja, ale jeszcze ani razu nie udało mi się go znaleźć.”

Noc Kupały współcześnie

Słowiańskie święto funkcjonuje dziś pod wieloma nazwami - kupalnocka, palinocka, sobótki, noc świętojańska - i celebrowane jest do dnia dzisiejszego na terenie Polski pod różnymi postaciami. “W obchodach Nocy Kupały najważniejsze jest to, abyśmy robili to dokładnie, w taki sposób, w jaki chcemy i czujemy - tłumaczy Wiktoria Korzeniewska, autorka książki “Czerwona baśń”, która na swoim blogu i instagramowym koncie Slavic Book opowiada o współczesnej słowiańskości i stara się dostrzegać jej przejawy we współczesnym życiu.

“Noc Kupały to święto miłości, nasze słowiańskie walentynki - celebrując je, kontynuujemy tradycje naszych przodków, ale także tworzymy to święto na nowo - w naszych sercach i umysłach.”

Osoby zainteresowane rodzimowierstwem i wierzeniami dawnych Słowian mogą wziąć udział w organizowanych w wielu miejscach kameralnych wydarzeniach Nocy Kupały i przekonać się, w jaki sposób sobótkowe obrzędy mogły wyglądać w dawnych czasach albo wybrać się na duże imprezy, które organizowane są między 19 a 21 czerwca w całej Polsce. (pełną listę wydarzeń można znaleźć na facebookowej stronie “Kalendarz Imprez Słowiańskich”).

Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Owidzu 19 czerwca organizuje dziesiątą edycję “Wianków na Grodzisku”, całodziennego wydarzenia, w trakcie którego będzie można nauczyć się wyplatania wianków i koszyków z korzenia sosny, wziąć udział w warsztatach tworzenia słowiańskich motanek, talizmanów i ziołowych kadzideł, nauczyć się średniowiecznych tańców, wysłuchać wykładów i udać się na wspólne poszukiwanie kwiatu paproci.

W sobotę 19 czerwca Muzeum Narodowe w Gdańsku zaprasza “Noc Kupały w Etno”, wydarzenie, podczas którego będzie można nauczyć się motania słowiańskich lalek obrzędowych, wziąć udział w grze terenowej “Magiczny kwiat paproci”, wysłuchać tradycyjnych pieśni ludowych i zasiąść (a może nawet poskakać) przed ogniskiem.

Noc Kupały odbędzie się w tym roku także po raz kolejny na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Na dziedzińcu powstanie replika osady wczesnośredniowiecznej, w której prezentowane będą dawne rzemiosła oraz obrzędy związane z letnim przesileniem, pokazy walk i koncerty.

W niedzielę, 20 czerwca, skansen w Maurzycach zaprasza na Sobótki. W trakcie wydarzenia odwiedzający będą mogli poznać tradycje i zwyczaje związane z tym świętem, wykonać własny wianek, zdobyć wiedzę na temat pozyskiwania i przetwarzania ziół, wysłuchać pieśni obrzędowych i uczestniczyć w zabawie tanecznej.

Natomiast 22 czerwca w Poznaniu nad rzeką Wartą w ramach sobótkowej nocy odbędą się warsztaty z plecenia wianków, gimnastyki słowiańskiej, koncerty i pokazy ognia.

Ale celebrować obchody Nocy Kupały można na wiele różnych sposobów. Wiktoria Korzeniewska wyjaśnia: “Świętować możemy przede wszystkim w sercu i potraktować Noc Kupały jak symbol kontynuowania tradycji naszych przodków. Zamiast ogniska możemy zapalić świecę, zamiast nocnego do lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci, możemy zrobić to w wyobraźni, na przykład medytując albo sięgając do książek - tutaj z pomocą przyjdzie Józef Ignacy Kraszewski i jego „Kwiat paproci”. Świetnym pomysłem na świętowanie Nocy Kupały jest nauka plecenia wianka: instrukcje znajdziemy naYouTube, a kwiaty możemy przynieść z łąki lub kupić w kwiaciarni.”

I dodaje: “Jeżeli nie macie możliwości lub ochoty wyjścia ze znajomymi na ognisko, plecenie wianków, czy dołączenia do zorganizowanego specjalnie z tej okazji wydarzenia, najlepszym sposobem na świętowanie Kupalnocki będzie przede wszystkim dowiedzenie się więcej na jego temat. Sięgnięcie do źródeł naukowych i poczytanie o słowiańskich tradycjach, przekonanie się, ile wiemy o tym święcie i jakie znaczenie miało dla naszych przodków. Jeżeli jednak nie jesteście fanami naukowych przekazów, to możecie sięgnąć do powieści i wspólnie z fikcyjnymi bohaterami celebrować to święto na kartkach książek. Motyw Nocy Kupały znaleźć można w powieści Marty Krajewskiej "Idź i czekaj mrozów" oraz w drugim tomie serii "Kwiat Paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk - "Noc Kupały" (to autorska wizja Polski, która nigdy nie przyjęła chrztu i opis Nocy Kupały, która mogłaby być świętowana dziś przez nas, gdyby nie wydarzenia sprzed tysiąca lat). W powieści "Sub Rosa" Anny Jurewicz Noc Kupały również pokazana jest we współczesnym ujęciu i świętowana na Uniwersytecie Magii na Łysej Górze.”

  1. Kultura

"Sweat" – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu
Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu "Sweat" w reżyserii Magnusa von Horna, w kinach od 18 czerwca). (Fot. materiały prasowe)
Zamknięci w wirtualnej rzeczywistości mamy złudzenie, że kontrolujemy swoje życie. Co się stanie, kiedy pozbędziemy się tej iluzji? O filmie „Sweat” Magnusa von Horna rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Z najnowszych badań IQS wynika, że prawie połowa dziewcząt w wieku 10-15 lat chce zostać w przyszłości instagramerkami, tiktokerkami, youtuberkami. Z kolei większość ich matek odnosi się do tego negatywnie. Z drugiej strony jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, ma talent albo jakiś inny zasób, to dlaczego nie?
Grażyna Torbicka: Oczywiście, to jest również sposób na życie, jednak bycie influencerką samo w sobie nie jest stymulujące. Moim zdaniem talent, żeby mógł się rozwinąć, musi mieć jeszcze pewne zaplecze, również to edukacyjne. Nie mam nic przeciwko influencerkom, pod warunkiem że w tym, co mają do powiedzenia, jest jakaś merytoryka czy doświadczenie, którym się ze mną dzielą.

Bohaterka filmu „Sweat”, Sylwia Zając (w tej roli Magdalena Koleśnik) dzieli się swoim doświadczeniem, czyli treningiem fizycznym, i jest w tym dobra. Wydaje mi się też, że daje innym to, czego sama nie dostała od matki, czyli pełną akceptację: „uwierz w siebie, dasz radę, możesz się zmienić”. I to jest jej zasób.
To bardzo dobrze nakręcony portret, przez cały czas jesteśmy bardzo blisko bohaterki. I właściwie tak jak ona, żyjemy w jej telefonie komórkowym i widzimy kolorowy świat pełen uśmiechów. Sylwia wie, że ma wpływ na tych, którzy ją oglądają. Dlatego jeśli myje zęby, to robi to tylko drewnianą ekologiczną szczoteczką. A jeśli zamawia kolejną porcję jedzenia diety pudełkowej, to nigdy w plastikowych opakowaniach. Jest świadoma swojej roli.

To jest bardzo waleczna dziewczyna. Widać, że stanęła na własnych nogach, tak jak mówisz, wykorzystując media społecznościowe do tego, żeby zaistnieć. Nie pamiętam, czy Sylwia ma jakieś wykształcenie, ale uważam, że to, co robi, czym się zajmuje, jest po prostu złudne. Bo nie daje jej żadnego fundamentu. Czy ona inwestuje w siebie, w sensie rozwoju? Mam co do tego wątpliwości.

Mówisz dokładnie tak jak matki dziewcząt z badania, o którym wspominałam. Te kobiety wolałyby, żeby ich córki poszły na studia, z kolei córki – instagramerki – nie widzą takiej potrzeby. Edukacja uniwersytecka nie daje dziś gwarancji na zdobycie wymarzonej i dobrze płatnej pracy.
Ale po studiach też możesz zostać influencerką, tyle że masz już jakiś fundament. Chodzi mi o kontakt z tak zwanym realem. Uważam, że ten film pokazuje nam dziewczynę, która poświęcając się istnieniu w mediach społecznościowych, traci kontakt ze światem rzeczywistym. Dla mnie ta historia zaczyna się dopiero w połowie filmu, kiedy następuje atak stalkera, obserwującego Sylwię pod domem. Wtedy gdy dziewczyna nawiązuje z nim emocjonalny kontakt. Dostrzega, że jej bratnią duszą – bo równie samotną jak ona – jest jej prześladowca. Ten film dotyka mnie najbardziej właśnie w tym momencie, bo widzę tu kunszt Magnusa von Horna, czyli reżysera, który nas zaskakuje.

Według mnie to najlepsza scena tego filmu.
Bo ona cię trzyma. Może ci się podobać lub nie, ale łapie cię emocjonalnie i długo nie wypuszcza. Sylwia widzi, że skrzywdziła człowieka, który jest bezbronny. Dla mnie ważna była również scena, gdy główna bohaterka sprowadza do domu chłopaka, którego chce wykorzystać do tego, żeby postraszył jej prześladowcę. Jednak chłopak myśli, że skoro go zaprasza, to może dojdzie między nimi do czegoś jeszcze...

Pomyślałam wtedy, że jest odpowiedzialna za to, co się stało, i poczułam wstyd, że tak myślę. Ale właśnie tak pokazał to Magnus von Horn…
On pokazał nam to w ten sposób, żeby podkreślić brak logiki w zachowaniu Sylwii. Ta dziewczyna żyje w wirtualnym świecie, który wykreowała, i sądzi, że wszystko będzie się w nim działo tak, jak ona sobie zaplanuje. Tymczasem rzeczywisty świat ma dotyk i ten dotyk jest czasem czuły, a czasem mocniejszy, gwałtowny, a nawet brutalny i bolesny. Sylwia dopiero zaczyna się o tym przekonywać. Uwidacznia to także scena w telewizji śniadaniowej, kiedy dziewczyna ewidentnie przestaje kontrolować sytuację. Widzi rozdźwięk między swoim wyobrażeniem a tym, jak jest naprawdę.

Bardzo nie podobało mi się to, jak prowadzący potraktowali Sylwię, było mi jej żal. Uważam, że obroniła się w tym momencie swoją autentycznością. Jakby właśnie wtedy zdała sobie sprawę ze swojej słabości i z tego, że to OK być słabą.
Pytanie, w jakim stopniu Sylwia się zmieni. Czy inaczej spojrzy na swoje życie? A może pomyśli, że to był kolejny genialny krok marketingowy, dzięki któremu dostanie więcej lajków...

A ja w nią wierzę!
I ja mam nadzieję, że Sylwia jednak coś zrozumiała, bo dotknęła nieszczęścia drugiego człowieka.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Moim zdaniem „Sweat” jest świetny dla nastolatków i młodych dorosłych. Po to, żeby pokazać im, że mają prawo do słabości, a nie tylko do bycia „najlepszą wersją siebie”. I że warto kontaktować się z tym, co trudne i niewygodne w życiu, ale za to prawdziwe. Co piąty nastolatek ma dzisiaj objawy depresyjne, a media społecznościowe potęgują to zjawisko…
„Sweat” może być istotny dla młodych osób, bo pokazuje pułapkę, w którą wpadają, żyjąc wyłącznie w świecie wirtualnym. Jednak robi to nie z perspektywy rodzica czy innego dorosłego, ale kogoś takiego jak oni. Zresztą sama widzę, jak reagują widzowie w wieku naszej bohaterki, jak im się „Sweat” podoba i jak mocno go przeżywają...

A co czułaś, gdy Sylwia wrzuciła do sieci filmik, na którym płacze? Co myślisz o mówieniu nie tylko pozytywnych rzeczy o sobie w przestrzeni Internetu? Dzisiaj jest taki trend, żeby mówić o swoich słabościach, ludzie przeżywają na Instagramie żałobę, mówią o swoich kompleksach. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, nie chcę tego czytać, mam w sobie opór.
Myślę, że jeśli pokazujesz na Facebooku czy Instagramie jedynie swoje radości, sukcesy i zdobycze, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów. Aż dochodzisz do relacji z własnego pogrzebu. Sztuka filmowa też przechodziła ten etap i nie chcę teraz porównywać mediów społecznościowych do sztuki, ale powiem tyle, że powraca dobrze znane hasło: „wszystko na sprzedaż”. Nasza bohaterka już wie, że nie musi być idealna. Teraz czas przekonać się, czy ludzie ją taką zaakceptują. Ciekawa jestem, czy widzowie ją pokochają.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.