1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Przeciw formie i normie

Przeciw formie i normie

Żyją we własnym świecie, inaczej niż wszyscy się noszą, za nic mają schematy, granice, stereotypy. Odmieńcy, nonkonformiści, dziwacy. Budzą nasze zdziwienie, a bywa, że i oburzenie. Więc chcemy ich zmieniać. A przecież tacy ludzie przydają światu kolorów i to oni popychają go do przodu.

 

Zjawisko bycia odmieńcem jest stare jak świat. Od kiedy istnieją systemy społeczne, które narzucają reguły postępowania, istnieją też jednostki, które te reguły łamią. Hans Mayer, wybitny niemiecki literaturoznawca, w niezwykle ciekawym zbiorze esejów „Odmieńcy” pisze, że społeczeństwo zawsze dąży do ujednolicenia, natomiast do odmienności prą przede wszystkim artyści. Mayer analizuje losy i dzieła słynnych odmieńców, takich jak: Paul Verlaine, Jean Arthur Rimbaud, Marcel Proust, Jean Genet, André Gide, George Sand. I dochodzi do wniosku, że ich wielkość polega między innymi na tym, że zawsze występowali w obronie wykluczonych, sami będąc wykluczonymi.

Żyją po swojemu – Po co ci ten kucyk na czubku głowy? – pytam Kazika Staszewskiego, wokalistę i lidera zespołu Kult, ojca dwóch dorosłych synów i dziadka. – Czy zawsze musi być po coś?– zżyma się.

Kazik, odkąd go znamy, inaczej niż inni wygląda, zachowuje się i śpiewa. Do ubioru zdaje się nie przywiązywać wagi. Potwierdza: – Latem ma być nie za gorąco, a zimą nie za zimno – to jedyne kryterium. – Moja żona twierdzi, że gdyby nie ona, chodziłbym w szmatach. I jest w tym trochę prawdy. Bo jak nie ma specjalnej idei, żeby się ubierać, to paraduję cały dzień w pidżamie – dodaje.

Kazik prowokuje nie tylko ubiorem. Na festiwalu w Sopocie w 1992 r. śpiewał: „Wałęsa, oddaj moje sto milionów”. Nie odebrał Fryderyków (po latach sam zlicytował jeden z nich na rzecz chorego dziecka). Mówi to, co myśli. Pisze w felietonach o tym, co mu się nie podoba, nie zostawiając suchej nitki na politykach. Nawet jego kotka Zofia jest odmieńcem, bo nie spada na cztery łapy jak wszystkie koty, tylko na grzbiet. Odmienność Kazika kłuje w oczy, ale bywają outsiderzy cisi, wycofani, niepozorni. Tacy jak Dorota Koman, poetka, redaktorka, kiedyś wokalistka, dziś dyrektorka promocji w Ars Polonie. Z jednej strony jest postrzegana jako osoba nadzwyczaj towarzyska, energe-tyczna (szybko mówi, szybko chodzi, „aż spódnice nie nadążają i się drą”, jak sama mówi), a z drugiej – i tak naprawdę – jest nieśmiała, kocha ciszę i spokój, nie potrafi zadbać o swoje sprawy.

Impreza towarzyska po promocji książki czy na zakończenie targów rozkręca się, a ona pakuje swoje rzeczy i wychodzi najwcześniej ze wszystkich. – Nie wiem, co się wtedy robi, źle się czuję w dużej grupie. Na dodatek nie mam samochodu, czytam wszędzie i o każdej porze.

Socjologowie zauważają, że w zachodnim świecie szalejącego konsumpcjonizmu za dziwaków uchodzą ci, którzy nie mają ochoty na pogoń za dobrami materialnymi i nie chcą uczestniczyć w wyścigu szczurów. Dorota zawsze miała poczucie, że jest inna. Na studiach wszyscy palili, a ona nie. Nie mogła więc przesiadywać w kawiarniach, bo jej długie włosy przechodziły dymem, a niedowidzące oczy łzawiły. Ale nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby robić coś dla świętego spokoju, jak wszyscy. Dlaczego tacy ludzie, jak Kazik i Dorota, są na cenzurowanym?

Rafał Krzysztof Ohme, profesor psychologii Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, kierownik Katedry Psychologii Społecznej PAN: – Odrzucamy outsiderów dlatego, że są nieprzewidywalni i w związku z tym mogą budzić zagrożenie. Świadomie bądź nieświadomie próbują przekroczyć granice wytyczone przez normy społeczne i żyć według własnych standardów. Taka osoba, która stara się żyć po swojemu, doświadcza, po pierwsze, oporu zewnętrznego ze strony środowiska, które źle ocenia kogoś, kto na przykład kosi w niedzielę trawę w ogrodzie, bo tego robić nie wolno. Outsider przeżywa też – i to po drugie – opór wewnętrzny, który ma źródło w regułach i normach wpojonych jeszcze w dzieciństwie. Takie silnie uwewnętrznione normy stara się bezwarunkowo wypełniać, a kiedy je łamie, ma z tego powodu poczucie winy.

Dystansuję się od Babilonu Zarówno Kazik, jak i Dorota dziwią się pytaniom w rodzaju: „dlaczego tak żyjesz?”. Nie umieją inaczej i już. Kazik przyciśnięty do muru zastanawia się głośno: Może ukształtowało go 13 lat amatorskiego śpiewania w estetyce punkowo-rockowej, gdzie pewnych rzeczy nie uchodziło robić? Na przykład nie uchodziło udzielać w stanie wojennym wywiadów. Ale nie dlatego, że prasa była komunistyczna, tylko z tego powodu, że pochodziła z szeroko pojętego „Babilonu”, czyli świata oficjalnego. A jemu nie zależało na pieniądzach i uznaniu stamtąd. Studiował socjologię (dziewięć lat), zarabiał w spółdzielni studenckiej i na saksach, a śpiewanie traktował jako hobby.

– Wkraczając jako małolat do świata muzyki, dość wyraźnie odczuwałem różnicę między sceną oficjalną, na przykład takim Maanamem, a dajmy na to Brygadą Kryzys. Moja filozofia wzięła się – po pierwsze – z punko-anarchizmu mocno artykułującego antysystemowe podejście, w którym nie chodziło o robienie rebelii natury estetycznej, takiej jak w wykonaniu Pistolsów, tylko o negowanie całego systemu. Po drugie – z tego, że na studiach zetknąłem się ze świadkami Jehowy, którzy wbili mi do głowy, że cały ten świat jest doczesny i że nie należy się nim przejmować. I po trzecie – duży wpływ wywarła na mnie filozofia rastafariańska, która przyszła do nas z muzyką reggae. Przeszedłszy przez taki tygiel, czułem intuicyjnie, co jest dobre, a co złe. Stałem się ortodoksyjny i myślę, że to mi zostało.

Pytam Kazika: – A może klucza do twojego outsiderstwa należy szukać w dzieciństwie? Zaprzecza: – Jako dziecko byłem potwornym dupkiem. Wychowywała mnie mama i babcia – niezwykle silna osobowość. Jak przed wojną dziadek Feliks spóźnił się pięć minut na obiad, to go nie dostawał. Babcia w czasie okupacji straciła męża i syna, została z trzema córkami i ja byłem jedynym chłopcem w rodzinie, na którego przelała całą swoją miłość. Miałem za zadanie bardzo dobrze się uczyć, potem pójść na architekturę i nieważne było to, że nie cierpiałem matematyki, a do tego nie umiałem rysować. Droczyłem się z babcią: „Po co mi studia, zobacz, jaki bogaty jest mechanik samochodowy z naszego bloku”. Babcia na to: „Ja bym chciała, żebyś to ty podjeżdżał do niego samochodem”.

Kazik wybrał jednak inaczej. Przed egzaminami przyłożył się do nauki i dostał na obleganą socjologię (był piąty na liście przyjętych), czym wprawił w zdumienie nauczycieli, a mamę i babcię – w zachwyt. Trudno to sobie wyobrazić, ale do 16. roku życia Kazika to one decydowały, w co się ubiera. Żona Ania mówi: – To cud, że wyrósł na normalną osobę. – Nie buntowałem się, bo nie przywiązywałem do tego wagi, a jednocześnie otoczony byłem nieprawdopodobną miłością. Ale pyskowałem babci, ile wlezie, tylko ja ośmielałem się jej sprzeciwić. Zbuntowałem się dopiero, kiedy zetknąłem się z punk rockiem i nieżyjącym już muzykiem Robertem Schmidtem.

Mama długo nie mogła pogodzić się z tym, że nie skończył studiów. Kiedyś powiedział jej: „Zobacz, nie napisałem pracy magisterskiej, ale masz trzy prace o mnie”.

 
Nie maja wyboru Rodzice Doroty, kiedy ta była dziewczynką, też nie utwierdzali jej w przekonaniu, że to, co lubi robić, jest w porządku. Jej pierwszą pasją była muzyka. Śpiewała do lustra, magnetofonu kolegów (swojego nie miała).

– Jedynie ciocia Majka, plastyczka, niezwykle barwna postać, we mnie wierzyła. Mamie muzyka kojarzyła się z rodziną byłego męża. Wydawało jej się, że wystarczy nie wysłać dziecka do szkoły muzycznej, żeby nie stało się podobne do krewnych, za którymi nie przepadała.

A dziecko i tak robiło swoje. I pewnego razu przyjechało z festiwalu poezji śpiewanej w Olsztynie z dwiema nagrodami: za muzykę do „Trenów” Kochanowskiego i z nagrodą publiczności. Małgorzata Ohme, psycholożka i psychoterapeutka ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, zapytana o to, gdzie szukać przyczyn bycia odmieńcem, odpowiada: – Istnieje teoria, która mówi, że czasem nasze predyspozycje, talenty pchają nas na jakąś drogę i że mamy niejako przymus się do nich dopasować. Można więc powiedzieć, że odmieńcy nie mają wyboru. Oni naprawdę nie są w stanie inaczej żyć.

Dorota śmieje się, że redaktorką jest od dziecka. Do dziś przechowuje zeszyty zapisane drobnym maczkiem w trzeciej klasie podstawówki. Pożyczała książki z biblioteki (żeby zdobyć je w księgarniach, trzeba było mieć znajomości) i przepisywała tylko ciekawe fragmenty, nudne opuszczała. W ten sposób robiła sobie własne antologie, a koleżanki miały gotowe skróty lektur. Sama zaczęła pisać wiersze w wieku dorastania. Nie wierzyła jednak, że są coś warte.

– Nigdy bym tych wierszy z szuflady nie wyjęła, gdyby na konkursy nie wysyłało się ich pod pseudonimem. Pisała w tajemnicy, osiem tomików wierszy wydała dopiero po trzydziestce. Ostatnio znowu nie publikuje, ale bez pisania nie umie żyć.

– Wiem, jak dużo zależy od promocji, ale nie wyobrażam sobie promowania swoich rzeczy. A ponieważ moje wierszyki są tak bezbronne wobec świata, doszłam do wniosku, że może lepiej niech sobie gdzieś leżą w spokoju. Uwielbiam natomiast jeździć na spotkania i tę ciszę, w której rodzi się magiczna więź z czytelnikami i której za żadne pieniądze nie kupisz. To genialne uczucie słyszeć, jak ktoś mówi: „Tak samo myślę, ale nie umiem tego wyrazić”.

Można powiedzieć, że Dorota nie tylko to umie, ale przede wszystkim: musi to robić. Odmieńcy tak właśnie mają: nie kreują się, nikogo nie udają. Są do bólu prawdziwi i szczerzy, co budzi ambiwalentne uczucia: zraża do nich ludzi, ale i przyciąga. Oni sami z tego powodu nie cierpią. Wydaje się, że ważniejsze od ocen innych jest dla nich życie w zgodzie ze sobą. Pytam: – Co wam samym daje bycie odmieńcem?

Chcą wolnymi być i wiecej nic Dla Kazika najważniejszą wartością jest bycie wolnym, możliwość decydowania o sobie. Zawsze o to walczył: – Najpierw robiłem to mniej świadomie, potem stało się to niemalże obsesją. Wolę pozbyć się wielu przywilejów, które towarzyszą związaniu się kontraktem z kimś zamożnym, niż nie mieć wpływu na to, co podpisuję swoim nazwiskiem. I jest dobrze tak, jak jest. Moja rodzina ma co jeść i jeszcze nam co nieco zostaje.

Ale bywało, że dosłownie nie miał co do garnka włożyć. Pamięta taki wieczór, kiedy nie było co dać dzieciom na kolację ani za co zrobić zakupów. Pomyślał wtedy, że w ewidentny sposób nawala jako głowa rodziny i że tak być nie może. Przełomem okazała się jego pierwsza solowa płyta „Spalam się”, mimo że wyszła w okresie najbardziej rozpasanego piractwa kasetowego. Dzięki niej mógł zainwestować w kolejne projekty. A potem był pierwszy „Tata Kazika” i największy, nie tylko komercyjny, sukces.

Kazik: – Moja droga doprowadziła mnie w takie miejsce, gdzie mam to, czego chciałem: wolność, komfort i poczucie szczęścia. Miewam depresje i problemy ze zmobilizowaniem się do wysiłku, bo trudno samemu zagnać się do pracy, ale cały czas koncertuję, wyszedł nam projekt Buldog, zrobiliśmy El Dupę. Cyzeluję felietony, które ukażą się w wydawnictwie mojego syna. Zostanę dziadkiem.

Dorota lubi swój osobny świat. Cały czas pracuje z książkami – w programie telewizyjnym „Pytanie na śniadanie” namawia do czytania. A potem serce jej rośnie, jak na ulicy podchodzi do niej pani i mówi: „Dziękuję, kupiłam książkę, którą pani polecała, i jestem zachwycona”.

Redaguje książki znanych autorów i nietuzinkowych osób, między innymi Tomasza Lisa, Marka Safjana, Rafała Dutkiewicza, Aleksandra Halla, Marcina Bruczkowskiego. Redagowała poprawione wydanie listów Zbigniewa Herberta do Zbigniewa i Magdaleny Czajkowskich, zaprzyjaźniła się nawet z ich adresatką. Mawia, że dobry redaktor jest przezroczysty, nie czeka na uznanie. Ona nie musi czekać, autorzy sami śpieszą z podziękowaniami.

W Pelagii, wsi pod Łodzią, 13 lat temu wybudowała drewniany dom (pachnie to Grocholą, tylko że Dorota była pierwsza).

– Kiedy po rozwodzie zobaczyłam Pelagię, pomyślałam: „W takim miejscu można umrzeć”. A potem szybko się poprawiłam: „Tu dopiero można żyć”. Stół jak z bajki. Dęby jak z bajki. Łąka jak z bajki. Przyjeżdżam, siadam na huśtawce i czytam albo redaguję. Czasem nachodzą ją myśli, że to, co robi, nikomu nie jest potrzebne. Potrafi wtedy zaprzeczyć wszystkiemu, w co wierzy. W takich chwilach syn Mateusz, lat 20, zapewnia: „Mamo, moim zdaniem, to, co robisz, jest the best”.

Są mocni i odważni Kazik i Dorota nie nagięli się do wymagań świata. To świat ich zaakceptował. W końcu osiągnęli uznanie, szacunek, sukcesy, choć to wcale nie było celem ich życia. Więc w czym problem? Po co pisać o outsiderach? Co oni światu dają? Otóż dają więcej, niż chcemy zauważyć. Nie zawsze te korzyści są wymierne, jak w przypadku piosenek Kazika czy wierszy Doroty, ale jedno jest pewne, dzięki outsiderom poszerzamy nasze horyzonty, ich przykład pokazuje nam, że można żyć po swojemu, choćby wbrew innym. Jednak przekraczanie granic i burzenie schematów to droga tylko dla odważnych i mocnych.

Rafał Krzysztof Ohme: – Aby utrzymać status outsidera przy tak dużych naciskach zewnętrznych i wewnętrznych, trzeba mieć bardzo silne poczucie własnej wartości. Albo znaleźć jakiś sposób na to, żeby sumienie nas nie męczyło, na przykład używki, które zagłuszają nasz wewnętrzny głos. Bycie outsiderem to piekielnie energochłonna postawa. Profesor Ohme wie, co mówi. Sam uchodzi za outsidera w środowisku naukowym.

– Ktoś musi wychylić głowę spod parasola. Większość patrzy w górę i dostrzega ciemność, a taki Kant widzi „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne w nas”. Outsider to ktoś, kto wychyla się spod parasola, podczas gdy inni się pod nim chowają.

Korzystałam z książek wydanych przez wydawnictwo Muza: Hans Mayer „Odmieńcy” (2005), Ruth Benedict „Wzory kultury” (2002).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Vivian Maier – fotografka, która była jak duch

Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
Portret młodej elegantki autorstwa Vivian Maier. (Fot. materiały prasowe © Estate of Vivian Maier, Courtesy of Maloof Collection and Howard Greenberg Gallery, NY)
To zdjęcie autorstwa Vivian Maier, jedno z co najmniej 150 tysięcy, które zrobiła przez pół wieku. Dziś możemy tylko snuć teorie, dlaczego za życia nigdy żadnego nie opublikowała, zachowując je tylko dla siebie.

Portret młodej elegantki, która wygląda, jakby weszła w kadr prosto ze „Śniadania u Tiffany’ego”, został zrobiony w 1954 roku przed biblioteką publiczną w Nowym Jorku. Bohaterka zdjęcia przykuwa uwagę urodą, ale jej tożsamość pozostaje nieznana. W jeszcze głębszym cieniu tajemnicy pogrążona była jednak twórczość autorki tego portretu. Vivian Maier (1926–2009) – dziś zalicza się ją do najwybitniejszych postaci amerykańskiej fotografii drugiej połowy XX wieku. Tyle że za życia artystki świat nie miał pojęcia o jej istnieniu, a tym bardziej o jej imponującym dorobku.

Maier była jak duch. Żyła samotnie i pilnie strzegła swojej prywatności. Przez kilkadziesiąt lat utrzymywała się z opieki nad dziećmi, mieszkając w domach kolejnych pracodawców. Mówiła z akcentem, więc brano ją za Francuzkę, ale rodziny, z którymi żyła, nie wiedziały tak naprawdę nic pewnego o jej pochodzeniu, przeszłości czy rodzinie. W pamięci podopiecznych zapisała się jako ktoś w rodzaju Mary Poppins – ekscentryczna, choć inspirująca niania. A także osoba, która nie rozstaje się z aparatem fotograficznym.

W 2007 roku John Maloof, z zawodu agent nieruchomości, a z zamiłowania zbieracz staroci, kupił pudło pełne fotograficznych negatywów. Zbiór pojawił się na aukcji majątku pochodzącego z przechowalni do wynajęcia, których klienci przestali płacić za swoje schowki. Jedną z takich niewypłacalnych klientek była Maier, która przekroczyła już osiemdziesiątkę, zmagała się z problemami psychicznymi i powoli traciła kontakt z rzeczywistością; dwa lata później zmarła w domu opieki.

Tymczasem Maloof, studiując nabyte negatywy, nabierał przekonania, że ma do czynienia z pracami artystki wybitnej – z kimś na miarę klasyków fotografii dokumentalnej, takich jak Robert Frank czy Diane Arbus. Poszedł więc tropem tajemniczej autorki, zaczął skupować i promować jej dorobek, a w 2013 roku wyprodukował film dokumentalny „Szukając Vivian Maier”, który zdobył nominację do Oscara i stał się hitem filmowych festiwali. Dziś zdjęcia fotografki krążą po świecie, pokazywane na cieszących się ogromną popularnością wystawach.

Historia Vivian Maier jest niezwykła, ale byłaby tylko interesującą anegdotą, gdyby nie magnetyczna siła jej prac. Fotografowała życie codzienne, ale potrafiła zmieścić w kadrze niezwykłość kryjącą się w zwykłych sytuacjach. Była samotniczką, a jednak w jej portretach obcych osób, które fotografowała na ulicach Nowego Jorku czy Chicago, jest głębokie zrozumienie drugiego człowieka. Formalnie rzecz biorąc, była amatorką. Ale czy to słowo pasuje do kobiety, która fotografowała przez pół wieku i wykonała co najmniej 150 tysięcy zdjęć? Dlaczego nikomu ich nie pokazywała? Odpowiedzi na to pytanie już nie poznamy, podobnie jak nie dowiemy się, czy cieszyłaby się ze sławy, jaką dziś otoczone jest jej nazwisko. Pewne jest tylko, że choć Vivian Maier za życia uznania się nie doczekała, i być może nawet w ogóle go nie pragnęła, to w pełni na nie zasługuje.

Najbliższe wystawy fotografii Vivian Maier to ta w FoLa w Buenos Aires, otwarta do 4 lipca, oraz w Musée du Luxembourg w Paryżu, której otwarcie przesunięto z marca na 15 września.

„Szukając Vivian Maier”, dokument poświęcony fotografce, można obejrzeć na platformach: Nowe Horyzonty, Cineman, VOD.pl, E-Kino pod Baranami.

  1. Kultura

Odetchnij na "Łące Leśmiana" – rusza V edycja letnich wydarzeń kulturalno-edukacyjnych

"Łąka Leśmiana" to plenerowa instalacja na zielonym skwerze przed Muzeum Polin na Muranowie, która jest miejscem spotkań, wydarzeń kulturalnych i rekreacyjnych. (Fot. materiały prasowe)
Spotkajmy się w plenerze i online, by zwolnić i odetchnąć w ten piękny, wakacyjny czas. Zatrzymajmy się i zrelaksujmy na "Łące Leśmiana" – zielonej plenerowej instalacji przed Muzeum Polin w Warszawie. W złapaniu oddechu i kontakcie z przyrodą pomoże wyjątkowy program, w tym cykl mindfulness, wydarzenia literackie czy warsztaty miejskiego ogrodnictwa. "Łąkę Leśmiana" otworzy koncert online zespołu Tęskno oraz pokaz filmów Pollywood w kinie Muranów. Wydarzenie potrwa od 26 czerwca do 31 sierpnia.

Muranowska "Łąka Leśmiana" zawita po raz kolejny także w naszych domach. Tegoroczna edycja będzie bowiem miała formę hybrydową. Dzięki przeniesieniu części naszych wydarzeń do sieci będzie można w nich uczestniczyć z każdego zakątka Polski.

Otwarcie "Łąki Leśmiana" uświetni koncert online zespołu Tęskno. To nagradzany, unikalny projekt wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. Marzycielskie kompozycje z pogranicza alternatywnego popu będą zapowiedzią relaksującej atmosfery pozostałych łąkowych wydarzeń. Zespół zagra znane i lubiane utwory z obu swoich płyt.

'Łąkę Leśmiana' otworzy koncert online zespołu Tęskno, unikalnego projektu wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. (Fot. materiały prasowe)"Łąkę Leśmiana" otworzy koncert online zespołu Tęskno, unikalnego projektu wokalistki, kompozytorki i autorki tekstów Joanny Longić. (Fot. materiały prasowe)

W tym roku spotkaniom patronować będzie nie tylko Bolesław Leśmian, ale szerokie grono pisarzy, artystów, filmowców i naukowców, których poznać będzie można w nowo otwartej galerii "Dziedzictwo". Julian Tuwim, Józef Agnon, czy Billy Wilder to tylko niektóre z nazwisk, które Muzeum Polin przypomni podczas V edycji "Łąki Leśmiana".

Wokół tematów literackich będziemy spotykać się w formie hybrydowej. Uczestnicy przekonają się, że klasyka jest stale obecna w wyobraźni twórców współczesnych, a Agnieszka Matan (komiczka, improwizatorka i stand-up’erka) oraz Grzegorz Uzdański (komik i improwizator, autor strony "Nowe wiersze sławnych poetów" oraz powieści "Wakacje" i "Zaraz będzie po wszystkim") w ramach „Stand-up Matan | Uzdański: Bardzo ciekawe osoby” udowodnią, że potrafi być także całkiem zabawna. Przewodnicy poprowadzą przez Warszawę śladem Bolesława Leśmiana podczas spaceru miejskiego "Idzie poeta - niebieski wycieruch", zaś wesoła lokomotywa zabierze na spotkania z literaturą również najmłodszych, którzy co tydzień będą mogli spotkać się z innym bohaterem wierszy Tuwima w ramach warsztatów dla rodzin "Lokomotywą przez Łąkę".

Na "Łące Leśmiana" nie może zabraknąć dobrego kina. Tym razem spotkamy się z wybitnymi twórcami filmowymi o polsko-żydowskich korzeniach, którzy mieli ogromny wkład w budowanie potęgi Hollywood. Przygotowano "pollywoodzkie" pokazy filmowe, zarówno w uwielbianym przez wszystkich, klimatycznym Kinie Muranów, jak i w scenerii plenerowej. Muzeum zaprasza również na Gwiazdy Pollywood - pokaz filmów w kinie Muranów oraz Kino letnie: Przegląd filmów Billy’ego Wildera.

Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi na Łące Leśmiana, gimnastyki dla seniorów metodą Moshe Feldenkraisa oraz warsztatów ogrodniczych "Sąsiedzka rabatka". Razem z miejskim ogrodnikiem, Łukaszem Skopem, uczestnicy dowiedzą się, jakie rośliny, które w swojej poezji wymieniał Bolesław Leśmian. Jednocześnie otrzymają szereg praktycznych porad, jak sadzić, pielęgnować i wykorzystywać poszczególne gatunki roślin.

Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi. (Fot. Maciek Jaźwiecki)Jak co roku będzie można zrelaksować się podczas zajęć jogi. (Fot. Maciek Jaźwiecki)

W złapaniu oddechu i równowagi pomoże ćwiczenie uważności w ramach specjalnego cyklu mindfulness "poŁĄCZenie" przygotowanego we współpracy z Polskim Instytutem Mindfulness. Będzie można skorzystać zarówno z krótkich spotkań online: Złap oddech - Czym jest mindfulness i świecka medytacja?, Uważność na poezję - co łączy poezję i medytację?, jak i wspólnie praktykować uważność na zielonej "Łące" w plenerze podczas warsztatów: Jak praktykowanie uważności może wspierać kreatywność?, PrzeŁĄCZ się z trybu działania na tryb bycia z naturą.

Na zakończenie "Łąki Leśmiana" odbędzie się muzyczne pożegnanie wakacji z zespołem Tęskno. Tym razem muzycy wystąpią z nowo opracowanymi i zaaranżowanymi przez artystkę Joannę Longić wierszami Zuzanny Ginczanki.

W 2017 roku, w okrągłą rocznicę urodzin i śmierci Bolesława Leśmiana (1877-1937) Muzeum Polin rozpoczęło projekt, inspirowany jego twórczością, pod nazwą "Łąka Leśmiana". To plenerowa instalacja na zielonym skwerze przed Muzeum Polin na Muranowie, która jest miejscem spotkań, wydarzeń kulturalnych i rekreacyjnych.

  1. Kuchnia

Brytyjski trifle z truskawkami

Trifle z truskawkami (fot. iStock)
Trifle z truskawkami (fot. iStock)
Często nie trzeba wiele, by znaleźć się w niebie. Truskawy z bitą śmietaną i biszkoptami są ewidentną przepustką do smakowego raju. Choć temat to tak ograny i tak beznadziejnie nudny, to jednak z rozkoszą, co sezon, sięgam po to banalne rozwiązanie.

Taki deser przygotowuję odkąd sięgam pamięcią, ale dopiero kilka lat temu dotarło do mnie, że to brytyjski wynalazek, znany jako trifle. Idea wynalazku jest zatem następująca: w szklanym naczyniu układamy warstwę ciasta (najczęściej biszkoptowego), którą skrapiamy alkoholem (zgodnie z brytyjską tradycją powinno być to półwytrawne sherry, ale równie dobrze można wykorzystać tokaj, porto, brandy, koniak, rum, calvados lub któryś z naszych ulubionych likierów.) Następnie przykrywamy ją owocami, a na te z kolei wykładamy krem angielski lub bitą śmietanę. W miarę wysokości naczynia, warstwy powtarzamy. Wierzch dekorujemy bitą śmietaną i owocami. Do garnirowania można również użyć prażone migdały i orzechy. Owoce wykorzystywać możemy dowolne. Dziś zapraszam na bardzo letnią odsłonę z truskawkami.

Składniki - w ilości odpowiadającej posiadanemu przez nas szklanemu naczyniu:

  • świeże truskawki
  • biszkopty
  • śmietana kremówka 36%
  • cukier puder do posłodzenia śmietany
  • alkohol (sherry, brandy, rum, porto)
  • listki mięty do dekoracji

Truskawki myjemy, pozbawiamy szypułek i kroimy na połówki. Śmietanę kremówkę ubijamy z dodatkiem cukru pudru. Biszkopty układamy na dnie szklanego naczynia. Obficie skrapiamy je alkoholem. Na to kładziemy warstwę owoców, na której umieszczamy bitą śmietanę. Kolejność powtarzamy, na ile pozwoli nam na to wysokość naczynia. Wierzch dekorujemy truskawkami oraz listkami mięty.

  1. Kultura

Orły 2021 rozdane

23. gala wręczenia Orłów. Na zdjęciu Mariusz Wilczyński, reżyser animowanego filmu
23. gala wręczenia Orłów. Na zdjęciu Mariusz Wilczyński, reżyser animowanego filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". Obraz wyróżniony został w kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz, najlepszy dźwięk oraz najlepsza muzyka. (Fot. materiały prasowe)
Za nami gala wręczenia Orłów 2021, najważniejszych nagród w polskim przemyśle filmowym. Kto okazał się wielkim zwycięzcą? Do kogo trafiły statuetki? Prezentujemy pełną listę tegorocznych laureatów.

W poniedziałek 21 czerwca na Torze Wyścigów Konnych Służewiec w Warszawie odbyła się 23. gala wręczenia Orłów, nagród Polskiej Akademii Filmowej nazywanych „polskimi Oscarami”. Uroczystość, podobnie jak wiele innych wydarzeń kulturalnych, musiała zostać przełożona ze względu na panującą pandemię koronawirusa.

Największym wygranym wieczoru okazał się film "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy", który otrzymał najwięcej, bo aż siedem statuetek. Obraz wyróżniono za reżyserię (Jan Holoubek), główne role aktorskie (Piotr Trojan i Agata Kulesza), drugoplanową rolę męską (Jan Frycz), a także charakteryzację i montaż. Reżyser filmu został wybrany również tegorocznym Odkryciem roku.

Nagrodę dla najlepszego filmu odebrał natomiast Mariusz Wilczyński za "Zabij to wyjedź z tego miasta". To pierwszy raz w ponad dwudziestoletniej historii Orłów, kiedy Polska Akademia Filmowa nagrodziła w tej kategorii pełnometrażową animację. Tytuł doceniono także za najlepszy scenariusz, dźwięk oraz muzykę (tu uhonorowano zmarłego w 2007 roku Tadeusza Nalepę).

Nagrodę za najlepszą scenografię otrzymał Christopher Demuri oraz Lech Majewski („Dolina Bogów”), a za najlepsze kostiumy Katarina Strbova-Bielikova („Szarlatan”). Michał Englert („Śniegu już nigdy nie będzie”) i Piotr Sobociński jr („Jak najdalej stąd”) otrzymali nagrodę ex aequo za najlepsze zdjęcia, a grająca w “Jak najdalej stąd” Kinga Preis wyróżniona została Orłem za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą. Najlepszym filmem dokumentalnym został „Wieloryb z Lorina” (reż. Maciej Cuske), najlepszym serialem fabularnym „Król” Jana P. Matuszyńskiego, a najlepszym filmem europejskim „Nędznicy” (reż. Lajd Ly). Nagrodę Publiczności otrzymał z kolei film Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter”. Laureatem Orła za Osiągnięcia Życia został Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz.

W trakcie gali pożegnano również ludzi kina, którzy zmarli w ostatnim roku, m.in. Piotra Machalicę, Krzysztofa Kowalewskiego, Ryszarda Kotysa, Zygmunta Malanowicza i Wojciecha Pszoniaka.

Prezentujemy pełną listę tegorocznych laureatów.

Polskie Nagrody Filmowe Orły 2021 rozdane

Najlepszy film: Zabij to i wyjedź z tego miasta – reż. Mariusz Wilczyński

Najlepszy film europejski: Nędznicy – reż. Lajd Ly

Najlepszy filmowy serial fabularny: Król – reż. Jan P. Matuszyński

Najlepsza reżyseria: Jan Holoubek – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepszy scenariusz: Mariusz Wilczyński – Zabij to i wyjedź z tego miasta

Najlepsza główna rola kobieca: Agata Kulesza – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepsza główna rola męska: Piotr Trojan – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepsza drugoplanowa rola kobieca: Kinga Preis – Jak najdalej stąd

Najlepsza drugoplanowa rola męska: Jan Frycz – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepsze zdjęcia: Piotr Sobociński jr – Jak najdalej stąd, Michał Englert – Śniegu już nigdy nie będzie

Najlepsza scenografia: Christopher Demuri, Lech Majewski – Dolina Bogów

Najlepsza charakteryzacja: Liliana Gałązka, Mirela Zawiszewska – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepsze kostiumy: Katarina Štrbová-Bieliková – Szarlatan

Najlepsza muzyka: Tadeusz Nalepa – Zabij to i wyjedź z tego miasta

Najlepszy dźwięk: Franciszek Kozłowski – Zabij to i wyjedź z tego miasta

Najlepszy montaż: Rafał Listopad – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Odkrycie roku: Jan Holoubek – 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Najlepszy film dokumentalny: Wieloryb z Lorino, reż. Maciej Cuske

Nagroda publiczności: Sala Samobójców. Hejter, reż. Jan Komasa

  1. Psychologia

7 nawyków skutecznego działania, czyli jak wzmacniać wewnętrzną siłę i spójność

To dobre nawyki stanowią różnicę w jakości naszego życia. Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. „Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”, pisał Arystoteles. (Fot. iStock)
To dobre nawyki stanowią różnicę w jakości naszego życia. Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. „Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”, pisał Arystoteles. (Fot. iStock)
Działać skutecznie, osiągać cele. A jednocześnie pielęgnować spokój i radość, głębokie związki z innymi. W jaki sposób połączyć te jakości; wzmacniać wewnętrzną siłę i spójność? Przeprowadzono mnóstwo badań na ten temat. To dobre nawyki stanowią różnicę w jakości naszego życia. Mistrzostwo jest nawykiem.

Ani dnia bez kreski – mówili mi malarze. Ani dnia bez napisania kartki tekstu – to pisarze i dziennikarze. Ani dnia bez ćwiczeń przy drążku – baletnice. Mistrzostwo osiąga się wytrwałym szlifowaniem umiejętności, talentu i pasji, zapewniali mistrzowie, z którymi robiłam wywiady w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat. Mistrzostwo zawodowe, ale i mistrzostwo życia. Jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy. „Doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem”, pisał Arystoteles. Pomocna może być tu metafora natury, gospodarstwa rolnego, w którym najpierw trzeba posiać, aby zebrać plon. Jesteśmy częścią natury, podlegamy takim samym jak ona pierwotnym cyklom. Jest taka stara maksyma: „Siej myśl – zbieraj działanie. Siej działanie – zbieraj nawyk. Siej nawyk – zbieraj charakter. Siej charakter – zbieraj los”. Co siejemy? Jakie nawyki wzmacniamy? Jaki charakter kształtujemy? Bo tu chodzi o charakter – mocny i dobry. Nie o osobowość, wizerunek. Łatwo się pomylić.

Wolność między bodźcem a reakcją

Stephen R. Covey, autor bestsellerowej pozycji „7 nawyków skutecznego działania”, zaczyna od tego podstawowego rozróżnienia – charakter to nie osobowość. Żyjemy w czasach kultu osobowości, którą można kształtować poprzez szybkie techniki wpływania na innych i strategie władzy: jak mówić, jak się zachowywać, aby dopiąć swego. Rozsądek podpowiada, aby wątpić w głębszy sens takich praktyk. Przypomina się znane powiedzenie: To, kim jesteś, krzyczy tak bardzo, że nie słyszę, co mówisz.

Dobra wiadomość jest taka, że wiemy już – na podstawie rozwijającej się przez dziesiątki lat wiedzy psychologicznej i badań nad optymalnym kierunkiem wewnętrznego rozwoju – że można kształtować nawyki, które stają się nasionami szczęśliwego, spełnionego życia. Kiedy ćwiczymy coś dzień po dniu przez miesiąc, utrwalamy w sobie nawyk robienia tego. Zmieniają się połączenia neurologiczne w mózgu, a czynność ta dosłownie zapisuje się w komórkach ciała czy – jak potocznie mówimy – wchodzi w krew. Wiemy już, jakie nawyki warto kształtować. Covey pisze o siedmiu absolutnie podstawowych. Trzy pierwsze dotyczą kształtowania mocy wewnętrznej, trzy kolejne – mocy współdziałania z innymi. Siódmy – samoodnowy. Zaczynamy od nawyku proaktywności. Jego sens jest prosty, sprowadza się ni mniej, ni więcej tylko do stwierdzenia, że każdy z nas jest odpowiedzialny za własne życie. Znaczy to, że między bodźcem a reakcją zawsze istnieje przestrzeń naszej wolności, i tylko od nas zależy, jak zareagujemy na to, co się dzieje. Rani nas nie to, co nam się przytrafia, lecz nasza reakcja na zdarzenie. Najcięższe doświadczenia mogą być tyglem, w którym hartuje się nasza siła.

Ćwiczenie nawyku proaktywności zaczynamy od zauważania tego, co mówimy. „Och, gdybym tylko…”, „gdybym była młodsza, zdolniejsza…”, „no cóż, muszę…”. Staramy się zatrzymać gdybanie, obwinianie i osądzanie siebie i innych, rozprawianie o słabościach i wadach. Podejmujemy zobowiązania i wywiązujemy się z nich. Gdy zorientujemy się, że widzimy problem „na zewnątrz”, przypominamy sobie, że… właśnie takie myślenie jest problemem. Jeśli ćwiczymy naszą mikroskopijną wolność dzień po dniu, zwiększamy ją pomału. Ale jeśli nie robimy tego, zanika; znów jesteśmy we władzy opinii innych, stereotypów, wzorców kultury, płytkich przyjemności i uzależnień.

Rezygnowanie z głęboko zakorzenionych skłonności, takich jak odkładanie spraw na później, niecierpliwość, osądzanie, wymaga zaangażowania. Co sprawia, że się angażujemy?

Zaglądam do trumny. Ja w niej leżę!

Idę na pogrzeb bliskiej mi kobiety. Zbliżam się do kościoła, wchodzę do środka, widzę trumnę, a wokół niej ludzi – rodzinę zmarłej i przyjaciół. Podchodzę do trumny, zaglądam do środka i nagle… staję twarzą w twarz ze sobą! To ja leżę w tej trumnie! Za chwilę ci, którzy przyszli na mój pogrzeb, pożegnają mnie, mówiąc, jaką byłam żoną, matką, siostrą, córką, przyjaciółką; jakim byłam człowiekiem. Słucham uważnie. Co słyszę? Co chciałabym usłyszeć?

Drugi nawyk to – zaczynaj z wizją końca. Wyobrażanie sobie własnego pogrzebu jest otrzeźwiające i orzeźwiające; jest punktem odniesienia, według którego będziemy oceniać wszystko inne. Jeśli głęboko zastanowimy się, co chcielibyśmy usłyszeć na własnym pogrzebie, znajdziemy swoją definicję szczęścia i sukcesu. Skoro wiemy, co jest dla nas najważniejsze, i mamy tę wizję w głowie, możemy codziennie robić to, co naprawdę się liczy. Zaczynanie z wizją końca opiera się na założeniu, że wszystko tworzy się dwa razy – najpierw w umyśle – to pierwszy proces tworzenia, potem fizycznie – to drugi proces. Kim więc chcę być i co chcę robić? Spróbujmy sporządzić na piśmie deklarację własnej misji, osobistą konstytucję, i czytać ją codziennie przez miesiąc. I obserwujmy, jak zmieniają się uczucia, zachowania, styl bycia; jak niepostrzeżenie zmienia się nasze życie.

Wymień jedną czynność, którą mogłabyś robić, a nie robisz, na co dzień, a co kolosalnie poprawiłoby twoje relacje z bliskimi? Co dałoby podobne rezultaty w życiu zawodowym? Trzeci nawyk to „robienie najpierw tego, co najważniejsze”. Covey powołuje się na badania dotyczące „wspólnego mianownika sukcesu”. Okazuje się, że tych, którzy osiągnęli sukces, łączy nie ciężka praca, szczęście czy odpowiednie stosunki – choć te sprawy są ważne – ale nawyk działania w zgodzie z priorytetami. Ludzie sukcesu rzeczy najważniejsze wykonują w pierwszej kolejności. Żadne impulsy, płytkie pragnienia czy chwilowe nastroje nie są w stanie tego zmienić. Gorące wewnętrzne „tak!” pozwala powiedzieć „nie” wszystkiemu innemu.

Nawyki czwarty, piąty i szósty dotyczą satysfakcjonujących relacji z ludźmi, skutecznej komunikacji, współdziałania, rozwijania myślenia w kategoriach: „wygrana – wygrana”, empatycznego słuchania, ćwiczenia postawy „najpierw staram się zrozumieć, dopiero potem dążę do tego, by być zrozumianą”. Cierpliwości, otwartości.

Nawyk siódmy to nawyk troski o samoodnowę we wszystkich wymiarach naszego życia – fizycznym, intelektualnym, emocjonalnym i duchowym. Potrzebujemy systematycznie, wciąż i wciąż, zgłębiać naturalne prawa rozwoju i wzrostu, którym podlegamy. Czasami będziemy popełniać błędy, pisze Covey, być może czasem poczujemy się zażenowani. Jednak zauważanie codziennych zwycięstw – choćby na początku niewielkich – wzmocni naszą motywację. Rezultaty przyjdą na pewno. Siejemy ziarno, cierpliwie je pielęgnujemy, wyrywamy chwasty. Cieszymy się wzrostem i rozkwitem, a w końcu niezrównanym, wybornym smakiem owocu spójnego i efektywnego życia. Nie ma lepszej inwestycji.