1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wywiad z Anną Marią Jopek

Wywiad z Anną Marią Jopek

Anna Maria Jopek: „Dziś już wiem, mam ten spokój, że nie muszę się popisywać, być ładna, mieć 18 lat i nie wiem co jeszcze, żeby dać sobie prawo do bycia na scenie. Jedyne, co muszę, to mieć serce!”. O urok początków i zakończeń oraz obecne miejsce w życiu dopytuje artystkę Hanka Halek.

Mieszkasz w Warszawie całe życie. Co tak cię tu trzyma?

Mam dużo czułości dla tego miasta, wzrusza mnie. Teraz, gdy tak sobie siedzimy naprzeciwko Pałacu Kultury i Nauki, widzę, jak wszystko rośnie dookoła, przekształca się w takie modern city, a ja pamiętam bloczyska za Żelazną Bramą – ta zmiana mnie fascynuje. Trochę boli architektoniczny chaos, ale to miasto było przecież zgniecione w proch, potem oprawcy bez gustu i jakiejkolwiek estetycznej kontroli dorwali się do władzy. Stąd jego dyskusyjna uroda. Dla mnie Warszawa jest piękna.

A co z ludźmi?

Trzeba mieć bardzo dużo empatii i dobroci, by w ludziach coś odmienić. Trzeba by wszystko przemodlić, przemedytować, przekuć w mądrość i siłę ten żal, krzywdę, którą nosi się tu w pamięci, genach, i która nieustannie krzyczy i nie pozwala iść do przodu. Jak się tak zastanowię, to całą moją rodzinę, która stąd nie wyjechała, wymordowano, a wszystko, co miała, przepadło. Myślę, że brakuje nam pokoleniowej ciągłości. Żyjemy tu wciąż krzywdą i urazami przeszłości, bo przecież żyjemy na mogiłach. Jeśli ktoś ma elementarną wrażliwość, nie może tego nie odczuwać. Ale to powinno rodzić mądrość, miłosierdzie, tolerancję, szacunek dla życia. Moje dzieci są już w innym miejscu, i to mnie buduje. Ich Warszawa jest miastem szczęśliwym.

Nie myślałaś, by zacząć wszystko od początku gdzie indziej?

Ja ciągle zaczynam gdzie indziej. Bywa, że co dnia budzę się w innym łóżku, a wszystko, co mam, mieści się w jednej walizce. Jestem kuglarzem, komiwojażerem – moje życie jest w drodze. Ale zawsze wracam na Żoliborz. Dobrze tu wracać. Znam na pamięć każde drzewo i ulicę, ten sam zapach jesieni, gruchanie gołębi wiosną raniutko. Zamykam oczy i znów Tata odprowadza mnie do szkoły, podczas gdy właśnie… wsiadam w samolot i lecę do Tokio. Muszę mieć Żoliborz, żeby nie stracić sterowności. Choć odkąd w moim życiu pojawiła się Lizbona – bo parę lat temu udało nam się z Marcinem kupić mieszkanie w starej Alfamie – jest jeszcze inny punkt na mapie, który daje mi podobne poczucie bezpieczeństwa. Zawsze jest dokąd wiać, jak wszyscy wejdą na głowę.

Zacząć tam od nowa – to raczej nie wchodzi w grę?

Nie, ale fajnie czasem żyć równolegle. U nas przez pół roku nie ma słońca, a ja mam ogromną potrzebę ciepła, również takiego mentalnego – bez niego kurczę się, ginę, tracę wolę walki i życia. Kobiety z mojej rodziny w większości wywędrowały do tropików. Moja babcia w wieku 60 lat zdecydowała się na przeprowadzkę do Australii. Jej siostra miała bananową farmę w Gwinei. Wszystkie parły w kierunku słońca. A ja? Dla mnie Lizbona jest tą obietnicą, że gdy już od gruntu skuje mnie lód, to tam mnie odmrożą.

Dużo podróżujesz. Żyjesz amplitudami. Wyjazd, powrót, początek, koniec…

Tak, ale tak jest mi na razie dobrze, to jest najlepszy sposób na kogoś takiego jak ja. Bo jak pisała Wisława Szymborska, „Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie”. Wszystko, co się zdarza, ma miejsce dlatego, że coś zdarzyło się wcześniej, nieprzypadkowość przypadków. Ewolucja zdarzeń bardziej niż rewolucja. Moje końce nie przychodzą gwałtownie. Z jednym wyjątkiem – śmiercią mojego Taty.

Moje końce nadciągają długo. Często im nie dowierzam, bo ja nigdy nie chcę niczego kończyć. Zbyt mocno przywiązuję się do ludzi, miejsc, rytuałów życia. Nawet koniec lata mnie smuci. Pewnie dlatego dostałam ten zawód muzyka w drodze, żeby nie zdążać niczego oswoić. Żeby się nauczyć iść przed siebie bez tęsknoty i sentymentów, lekkim krokiem.

A jeśli już musisz, to w jaki sposób kończysz relacje?

To się dzieje bardzo rzadko, czy to w gronie przyjaciół, którzy, jak się później okazuje, nie byli przyjaciółmi, czy współpracowników, z którymi z jakichś względów nie można się już dogadać. Takie końce następują tylko wtedy, gdy jestem postawiona pod ścianą. Zawsze chcę rozmawiać, pracować, zrozumieć. Każde rozstanie rodzi moją rozpacz i jakąś złość na siebie, że nie umiałam tego uniknąć. Bo wierzę, że wszystko da się przeformułować, że ludzie, którzy robią coś źle, czynią to nieświadomie. Może więc trzeba jeszcze jednej rozmowy, kolejnej szansy? Pewnych kwestii zupełnie nie rozumiem i muszę robić dodatkowe ćwiczenia z empatii, nie zawsze dla mnie wygodne. I bardzo się staram tresować swoją dumę, żeby nie dominowała w mediacjach w kryzysowych chwilach. Cenię sobie elementarny szacunek i moją wolność. Jeśli to zaczyna być poniewierane, wtedy wyciągam szabelkę.

Potrafisz krzyknąć?

W afekcie – tak. Mam kawał głosu, gdy krzyczę. Niestety krzyk na ogół idzie w pakiecie z płaczem, co czyni mnie żałosną krzykaczką. Bo gdy beczę, to krzyku już nie słychać – zaciska się w gardle. Mam założoną taką blokadę na zbyt dużą siłę rażenia mojej złości, ona nie pozwala do końca łupnąć i przygrzmocić tak, jak bym chciała. I chyba tak jest właściwie (śmiech), bo zawsze potem ogromnie żałuję, że się uniosłam, że mogłam powiedzieć komuś coś przykrego. Bardzo źle być wredotą. To nie daje satysfakcji. Życie nieustająco uczy mnie kompromisu, choć i tak uważam, że mam cholernie dużo szczęścia, bo w zawodzie, który sobie wybrałam, to ja rozdaję karty.

A jak było na początku twojej artystycznej drogi?

Zanim zorientowałam się, że nie muszę wierzyć we wszystko, co mi mówią, że nie powinnam robić wszystkiego, co każą, i że w ogóle nie potrzebuję tego, co inni uważają za konieczne – przeszłam przez pole minowe. Gubiłam się, nie wiedziałam, co jest czarne, co białe. Dopiero w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem wtłaczana w jakąś ułudę, w system, w którym do końca nie wiadomo, o co chodzi. Uznałam, że ja ze swoją niewinną muzyczką nie mogę być częścią takich manipulacji. A że mam szczęście do ludzi, szybko udało mi się formalnie uwolnić. Radia nie muszą mnie grać, gazety pisać, a wytwórnie promować. Od paru lat jestem sama swoim wydawcą, a moja publiczność, bardzo piękna i wierna, znajdzie mnie tam, gdzie na nią czekam – na scenie. Bez podpowiedzi trafia do mnie. Choć bardzo doceniam każdy ukłon mediów w moją stronę, kiedy mimo mojej nieprzystawalności do celebryckiego świata i niszowego muzykowania chcą poświęcić mi chwilę uwagi i uważają, że jestem „tematem”.

Nie sądzisz, że naiwność – cudowna cecha – jest obciążeniem w takim świecie?

Tak, wykorzystuje się ją, gardzi, kpi z niej. To jest wywrócone na lewą stronę. Ale ja się tym nie przejmuję. Bywa, że ludzie pukają się w czoło, bo nie mogą zrozumieć, że pewne rzeczy robię dla sprawy. Wiesz, co myślę? Że jeżeli chcesz pozostać naiwnym, to miej wokół siebie zaufanych ludzi, którzy nie dadzą cię skrzywdzić. Odradzam naiwność w pojedynkę. Najważniejsze projekty w moim życiu zrobiłam społecznie. Mój management – najlepszy na świecie – akceptuje i popiera to, że muszę się rozwijać i pewne nagrania, koncerty czy kooperacje są tylko po to, żeby dać siebie w całości i nie pytać o nic w zamian. Szczęśliwie moi współpracownicy potrafią walczyć z lwią siłą, kiedy ktoś wykorzystuje moją naiwność i chce mnie użyć dla swojego biznesu. Mam team, który osłania mnie przed rozczarowaniami.

Jako nastolatka też byłaś taką idealistką?

Oczywiście, a do tego przeraźliwie grzeczną, dobrą uczennicą. Nigdy się nie spóźniałam, a na wagary poszłam raz w życiu. I nie była to, niestety, przyjemność. Zapowiadało się dobrze, bo szłyśmy z koleżanką do kina na „Pożegnanie z Afryką”, ale wtem uczepiła się nas jakaś baba i mówi tak: „Ha, jesteście na wagarach, a ja zaraz pójdę prosto do dyrekcji i powiem, co tu się święci”. Szła za nami po parku Żeromskiego w Warszawie i przez cały czas straszyła. W pewnym momencie odwróciłam się do niej z płaczem, chciałam krzyknąć, ale nie wyszło i oświadczyłam, że to jest takie niesprawiedliwe, że wszyscy chodzą całe życie na wagary, a ja zrobiłam to tylko raz i natychmiast ktoś zatruł mi całą radość. Kobiecie zrobiło się chyba głupio, odwróciła się na pięcie i poszła. Ulżyło, ale to był już koniec z wagarami. Nigdy się na nie nie odważyłam. Cechowała mnie też zerowa asertywność.

Byłam histeryczną idealistką, zapisywałam się równocześnie na kilka różnych obozów, np. na warsztaty jazzowe w Puławach i jako pomocnik na obóz dla dzieci z trudnych i biednych rodzin. Kilku opiekunów i 150 dzieci, wszystkie trzeba było nie tylko oprać, wyszorować i nakarmić, ale też pogadać z nimi, poczytać im przed snem. Po czterech dniach traciłam głos, a na granicy wyczerpania pojawiał się w magiczny sposób mój Tatuś, mówił: „Bardzo dziękujemy, Ania już musi wracać”, wciągał mnie, całą w spazmach i poczuciu winy, do samochodu i przewoził na warsztaty muzyczne do Puław, gdzie z braku głosu nie mogłam powiedzieć słowa. Kursanci – fantastycznie zdolni, beztroscy, ubrani jak kolorowe ptaki, imprezujący. Ja – niema, skołowana, w długim swetrze, obok ich świata. Przemówiłam pod koniec kursu – mało było czasu, żeby zweryfikować moje zdolności, a jednak spośród setki wokalistów zlądowałam w szóstce dopuszczonych do finałowego koncertu. Fuks, szczęście? Może talent? Całe życie zdumiewa mnie to, że zostaję szczęśliwie dopuszczona do głosu.

A kiedy nastąpił kres oszołomienia tzw. show-biznesem?

Następował powoli, ulegał ewolucji. I teraz dobrze się bawię w tym, skądinąd nadal dziwnym dla mnie, świecie. Wcześniej istniał świat muzyki „poważniejszej”. Ale muzyka jest wolna, jest poza systemami. Poza szołbizem, klasyką, jazzem, folkiem… Szkoła ma wykształcić w nas sprawność chwytnych palców, otwartej głowy i uszu, erudycję muzyczną, powinna też pomóc odkryć siebie poprzez muzykę. Pamiętam jak dziś, gdy na pierwszym roku studiów fortepianu przyszedł do nas wybitny profesor Szabolcs Esztényi na pierwsze zajęcia improwizacji i powiedział: „Proszę usiąść teraz do klawiatury i zagrać coś o sobie”. Zgroza! Wszyscy mieliśmy w palcach i głowie setki sonat Scarlattiego, Mozarta, Beethovena, ale w naszych palcach nie mieszkał nikt z nas! To było dla mnie dramatyczne odkrycie. Jak to?! Podczas kiedy inne dzieci latały po podwórku, ja poświęcałam miliony godzin na ćwiczenie gam, oddałam im duszę, a teraz nie wiem kompletnie, kim jestem?! To był taki trochę początek nowej ery. Postanowiłam natychmiast się poznać. Nie mam pojęcia, dlaczego w naszym szkolnictwie artystycznym nie ma improwizacji i grania ze słuchu. To są najważniejsze praktyki w kształtowaniu tożsamości muzycznej. Na szczęście dziś jest lepiej niż w moim dzieciństwie, bo dzieci są rebeliantami, grają, co chcą i jak chcą. Zakończył się już etap „to nie wypada, siedź cicho, nie graj głupot”.

Ale też chyba trudniej dziś sprawić, żeby dzieciakom na czymś tak naprawdę zależało?

Zgadzam się. Nie wyobrażam sobie, żeby moi synowie płakali z powodu jakiejś niewyćwiczonej i trudnej gamy. Ujmuje mnie to, że mają w sobie lekkość bytu, ponieważ dzieciństwo powinno właśnie takie być. Potem życie i tak ci dowali. Poza tym ja bardzo wierzę w osobowość. Moja była długo zablokowana – szkołami, konwencjami, wychowaniem. Długo też nie wiedziałam, czego naprawdę chcę dla samej siebie. Nadal miewam z tym kłopoty. Ogromnie cieszy mnie, gdy mój syn mówi: „ja nie potrzebuję dużo, jakiś kąt i grać”. I bardzo bym chciała, żeby nigdy nie obrósł samochodami, willami z basenem i całym tym balastem, zbędnym prawdziwie wolnym duchom. Moi synowie są bardzo niezależni. Jedyna sytuacja, kiedy naprawdę się spinam, to wywiadówki, na których występuję jako matka niepokornych (śmiech). Idę i myślę sobie: „Panie Boże, jaka to niebywała lekcja życia. Ja, pilna uczennica, dostałam na wychowanie dzieci, które są jak dzikie konie”. Bo gdybym miała dwie grzeczne córeczki, to pewnie w ogóle nie miałabym żadnej perspektywy rozwoju. Moje dzieci rozwijają mnie najbardziej. I zawsze staję w ich obronie – od tego jestem matką. Kocham ślepo, kocham głucho. Kocham zawsze.

Przyjście na świat dzieci to początek nowego życia. Życie po życiu, którego nie umiemy sobie wcześniej wyobrazić. Rozumiem kobiety, które potwornie boją się macierzyństwa, bo każda myśląca istota odczuwa lęk przed nieznanym. Nigdy nie wiemy, kto do nas przyjdzie i jaka to będzie lekcja. Rozumiem też kobiety, które się na dzieci nie decydują, bo czuję, że czasem ten ich lęk może być przepastny. Nikt nie powinien robić czegoś, bo tak wypada, bo taka jest konwencja czy społeczny wymóg. W ogóle okropnie mnie to irytuje, że ciągle czegoś się od nas wymaga i zawsze wtedy mam ochotę zagrać wszystkim na nosie.

Koniec ze ślepą pokorą?

Ślepą – tak. Codziennie uczę się dystansu i spokoju. Jest mi dziś łatwiej, bo mam większą zgodę na siebie. Dopiero teraz mam naprawdę coś do dania na scenie. Wcześniej nie byłam wystarczająco otwarta, było tak dużo supłów... Rozsupłały je moje dzieci, ludzie, podróże. Na scenie niczego się nie boję. Gdy podczas koncertu w Berlinie wysiadł prąd, powiedziałam do 800 osób na widowni: „Chodźcie do mnie”. Usiedli pod sceną w kucki, a ja śpiewałam bez mikrofonu i wszyscy muzycy zagrali unplugged. To była największa wartość tego wieczoru – koncert bliskości. Dziś już wiem, mam ten spokój, że nie muszę się popisywać, być ładna, mieć 18 lat i nie wiem co jeszcze, żeby dać sobie prawo do bycia na scenie. Jedyne, co muszę, to mieć serce. To ważniejsze niż wiedza, technika, atrakcyjność. Wierzę w serce i cierpliwość, zaczynam zawsze z punktu zero, jakbym występowała pierwszy raz. Myślę, że kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy prężysz się w świetle reflektorów i jeszcze zanim coś zrobisz, już uważasz, że należą ci się zachwyty. Na świecie najwięksi artyści są grzeczni, cisi, punktualni i zdyscyplinowani. U nas, jak przychodzą duże festiwale, a każdy z wykonawców ma wyznaczoną godzinę próby, niektórzy potrafią przedłużać swoje występy o dwie godziny, tak żeby reszta czekała w nieskończoność i było wyraźnie widać, kto jest gwiazdą. Taki egoizm jest strasznie prowincjonalny.

Jesteś odporna na plotki?

Plotki zawsze mnie dotykały. Dziś, kiedy każdy może bezkarnie fantazjować na twój temat na dziesiątkach portali, plotka rozlewa się szybko i bardzo szeroko. Natychmiast staje się pretekstem do dyskusji setek internautów. Trzeba mieć mocne nerwy, żeby żyć ze świadomością, że oto tysiące ludzi tarmosi twoim fantomem w nierealnym świecie. Takie voodoo trochę. Boję się, po ludzku. Z drugiej strony tłumaczę sobie na pocieszenie, że plotka jest rodzajem… komplementu! No bo komuś się naprawdę chce zajmować twoim życiem, jakby nie miał swojego. Poświęca na to tyle czasu i energii! Więc komunikat z plotki powinien być taki: „jesteś na tyle istotna, że ludzie odrywają się od swoich ważnych spraw, żeby poprzyglądać się tobie”. Najgorzej znoszę obecność fotografów pod domem. Ale i to ostatnio wzięłam na wesoło. Gdy pojawił się pan paparazzi i ruszył za mną od drzwi, pomyślałam sobie: „Kochanie, dziś pójdziemy pobiegać”. I przegoniłam pana po Żoliborzu. Przydała się moja sprawność biegacza, bo pan szybko poległ w tym maratonie. Pamiętasz „Czarownice z Eastwick”? Jedyne zaklęcie, jakie działało na wszystkie klątwy, to był spokój albo śmiech. Ta scena, kiedy one uciekają, wściekły Daryl Van Horne chce je pozabijać i raptem Jane spada z balkonu i leci, leci na pewną śmierć i nagle zaczyna się głośno śmiać i zawisa w powietrzu nad ziemią – ocalona. Czuję, że to jest moje zaklęcie: „śmiej się, Jane!”.

Anna Maria Jopek, wokalistka, kompozytorka, improwizatorka, pasjonatka. Nagrywa i koncertuje na całym świecie z najważniejszymi muzykami naszych czasów (m.in. Pat Metheny, Youssou N’Dour, Bobby McFerrin czy Makoto Ozone). Sprzedała milion płyt, ale najbardziej ceni sobie scenę blisko ludzi. Żona dziennikarza Marcina Kydryńskiego, mama Franciszka i Stanisława. Mieszka w Warszawie i Lizbonie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze