fbpx

Świat na krawędzi

Świat na krawędzi
Bernard Minier (Fot. Emanuele Scorcelletti)

Google i Facebook to w gruncie rzeczy organizacje antydemokratyczne. Nikt ich nie kontroluje, nikt na nie nie głosuje, a są silniejsze niż państwa i rządy, decydują o naszych losach – mówi Bernard Minier, najpopularniejszy francuski autor thrillerów. Moira, bohaterka jego najnowszej książki „Na krawędzi otchłani”, walczy ze sztuczną inteligencją i ludźmi, którzy ją stworzyli.

Słyszał pan, że podobno już tylko kobiety czytają książki?
To możliwe, 80 proc. moich czytelników to kobiety. One czytają, a mężczyźni oglądają telewizję, a w niej sport, albo pracują i generalnie są gdzieś indziej.

Kobiety czytają pana thrillery. To znaczy, że lubią się bać?
Nie, to znaczy, że lubią czytać. Czytanie stało się dziś kobiecym zajęciem, pisanie thrillerów zresztą też, autorami tych najbardziej przerażających są właśnie kobiety. Ja nie miałbym odwagi napisać równie potwornych scen co one.

Myśli pan, że czytelniczki polubią pana nową bohaterkę Moirę, czy będą tęskniły za komendantem Martinem Servazem?
Zacznijmy od tego, że w ogóle zastanawiam się, dlaczego tak lubią Servaza, faceta, który boi się prędkości, cierpi na zawroty głowy, słucha Mahlera i jest nadwrażliwcem.

Może chciałyby się nim zaopiekować?
Możliwe, choć chyba ten model lepiej sprawdza się w powieściach niż w życiu.

W najnowszej powieści „Na krawędzi otchłani” porzucił pan Servaza i jego adwersarza, psychopatycznego mordercę Hirtmana, żeby akcję przenieść do Hongkongu i zająć się technologiami informatycznymi. Sądzi pan, że to one są złem wcielonym naszych czasów?
To byłoby uproszczenie. Powiem za Milanem Kunderą, że każda powieść mówi czytelnikowi: „Sprawy są bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje”. Ale, nie upraszczając, można powiedzieć, że nowe technologie są szalenie niebezpieczne, choć, oczywiście, bardzo wiele nam dają. Na tym zresztą polega pułapka: dają tak dużo, iż nie umiemy już bez nich funkcjonować. Stały się potężniejsze niż państwa. Larry Page, współzałożyciel Google, powiedział wręcz, że firmy takie jak Google zastąpią polityków, bo lepiej niż oni rozumieją przyszłość. I to się dzieje właśnie teraz, już decydują o naszej przyszłości, ponad głowami państw, rządów, ludzi. Beż żadnej kontroli. W tym sensie mają ambicje totalitarne.

I pan ostrzega?
Trzeba ostrzegać, bo platformy internetowe mają dziś władzę, której nikt nigdy przed nimi nie miał, w całej historii ludzkości. Mark Zuckerberg wie o 2,5 mld użytkowników Facebooka więcej, niż Stalin z całą swoją tajną policją wiedział o obywatelach ZSRR. Ale ja przede wszystkim opowiadam historię. O młodej Francuzce, która przyjeżdża do Hongkongu, aby pracować dla wielkiej chińskiej firmy, giganta Internetu z ogromnym wpływem na ludzi i na ich życie. I tam prowadzi badania w dziedzinie sztucznej inteligencji. A potem sytuacja się komplikuje.

Przypuszczam, że sam pan dostarcza tym firmom informacji. Jest pan na Facebooku?
No, tak, jestem. Także na Twitterze i Instagramie.

Dlaczego?
Dlatego że nie mogę nie być. Jestem pisarzem, moi czytelnicy chcą mieć ze mną kontakt. Przecież nie będą wysyłać do mnie listów. I to jest jedyny sposób.

Wydaje się, że nikt nie może być wolny od mediów społecznościowych i Google. Choć pana bohaterka Moira znalazła sposób…
Ona zrobiła coś naprawdę radykalnego. Jest silna i odważna – takie są moje bohaterki. Ale my wszyscy, którzy jesteśmy na Facebooku i korzystamy z Google, a jednocześnie, jak to ludzie, mamy słabości i kłamiemy, zostawiamy ślad, który ktoś widzi, jesteśmy śledzeni przez wyszukiwarkę. Zawsze wtedy, kiedy ktoś myśli, że nikt nie wie, co robi w Internecie, to Google go widzi. Wie o nim wszystko. Gromadzi dane na potężnych serwerach. Zna prawdziwą naturę ludzi, choć oni nie są tego świadomi. Żyją też w przeświadczeniu, że Internet ich łączy, a to iluzja. W gruncie rzeczy są oderwani od kontaktu z ludźmi, nigdy nie są tu i teraz, razem. Widziałem w Hongkongu, w barze, grupę młodych ludzi, którzy przyszli razem i w ogóle ze sobą nie rozmawiali, każdy był skupiony na swoim smartfonie. Iluzja wspólnoty. Współczesna forma samotności.

W pana najnowszej książce sztuczna inteligencja nie dość, że gromadzi dane, to staje się groźna, zaczyna działać i myśleć samodzielnie.
Myślę, że tak się zdarzy nieuchronnie. Może sztuczna inteligencja nie przejmie władzy nad ludźmi, ale zacznie sama się rozwijać. My ją tylko żywimy danymi. Jeśli żywią ją trolle, i to fake newsami, to robi się niebezpiecznie. Gdyby żywił ją Gandhi, byłoby nieźle, ale to raczej niemożliwe. W dodatku media społecznościowe w gruncie rzeczy sprzyjają nietolerancji. Ludzie zamykają się w nich w hermetycznych środowiskach, nie dopuszczają innych poglądów, w ogóle nie chcą ich znać. Nie wspominając o pedofilach czy nazistach, którzy dzięki Internetowi odnajdują bratnie dusze, wymieniają się treściami, poglądami, obrazami. I dochodzą do wniosku, że skoro jest ich tylu, to są normalni.

Żałuje pan czasów sprzed epoki Internetu?
Świetnie je pamiętam. Były dwa programy w telewizji, za to nie było komputerów, komórek, Internetu ani kamer wszędzie dookoła. I żyliśmy, zresztą całkiem nieźle. Pytanie brzmi, czy na tej zmianie więcej zyskaliśmy, czy straciliśmy. Sam je sobie zadaję i sam nie wiem.

Co pan robił w tych dawnych – niedawnych czasach, tych bez komórek i komputerów? Czytał?
Tak, oczywiście. Od kiedy nauczyłem się czytać, czytam bez przerwy. Chociaż u mnie w domu rodzinnym nie było dużo książek, za to były encyklopedie i dzięki nim poznałem świat. Wychowałem się w małej miejscowości u stóp Pirenejów i nie miałem wielkiego wyboru, były „Wyspa skarbów”, „Robinson Crusoe” i dużo Verne’a. Literatura oznaczała przygodę. A potem, od liceum, czytałem już wszystko. Na przykład całego Gombrowicza, uwielbiam go, szczególnie „Ferdydurke”. Do dziś uważam, że jego wizja współczesnego świata, w którym dorośli dziecinnieją, jest bardzo prawdziwa.

Wszyscy patrzą w komórki, a pan jednak pisze książki. Warto? Nadal? Literatura, taka czysta, dla przyjemności, przetrwa czy zniknie?
Myślę, niestety, że jest w trakcie zanikania. Nie ma już też takich wielkich, ważnych pisarzy i intelektualistów jak w XIX czy XX wieku, jak Zola czy Camus. Ludzie nie słuchają intelektualistów. Tak już jest. Nie można wykluczyć, że czytelnicy są dziś jak filateliści – należą do świata, który odchodzi.

Bernard Minier, rocznik 1960. Francuski pisarz, tłumaczony na 20 języków. Przez lata pracował jako celnik, zaczął publikować w 2011 roku. W wydawnictwie Rebis ukazał się cykl jego thrillerów o komisarzu policji Martinie Servazie. Na podstawie jego powieści powstał serial „Lód”. Ostatnia książka pisarza to „Na krawędzi otchłani”.