1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Grzech” - porywający thriller Niny Majewskiej Brown

„Grzech” - porywający thriller Niny Majewskiej Brown

Nawet najgłębiej skrywane tajemnice lubią wyjść na jaw i skomplikować życie wszystkim wokół. Tak właśnie stanie się w powieści „Grzech”, którą sama autorka nazywa opowieścią podszytą strachem i tęsknotą za innym życiem.

Samotna matka, nauczycielka po rozwodzie ma kłopoty z dorastającą córką. Małolata farbuje włosy na różowo, pogardza wszystkim, co racjonalne i stereotypowe. Na dodatek zadaje się z dziwnym, starszym od siebie facetem i po kolejnej awanturze z matką wynosi się do ojca do klatki obok.  30-letnia Laura mieszka na wsi z rodzicami, którzy nigdy jej nie rozumieli. Chce zerwać z pracą w blaszaku spożywczym i karmieniem kur oraz sprzątaniem obejścia. Marzy o tym, żeby  nauczyć się angielskiego i wyjechać na zawsze z Polski. Jest bystra, miła i zakompleksiona. Choć atrakcyjna, nie ma chłopaka. Zaborcza matka przepędzała każdego kandydata, który wokół córki się kręcił, aż w końcu zabrakło starających się o jej względy. Kobieta żyje bez nadziei na zmianę swojej sytuacji i tylko jej frustracja rośnie. Sołtysianka, najpiękniejsza dziewczyna we wsi Koniuszki, ma chłopaka Daniela, który rozbija się po okolicy kabrioletem i udaje bogacza. Wydaje jej się, że rządzi facetami i całą okolicą. Boleśnie przekona się, że to nieprawda. Te trzy kobiety spotkają się w pewne czerwcowe, upalne lato i spędzą ze sobą dużo czasu.

We wsi dochodzi do kilku dziwnych zdarzeń - mordowane są koty, ktoś zalepia drzwi kościoła, a któregoś dnia dochodzi wreszcie do makabrycznej zbrodni. Każda z bohaterek skrywa mroczną tajemnicę - dzieje rodzinnego grzechu nie pozwalają kobietom zapomnieć o tym, co dawno powinno być ukarane, wyjaśnione i nagłośnione ku przestrodze innym. W teorii może się to wydać się proste: ukarać winnego, przyznać się do grzechu, pójść na terapię, lecz życie w małej społeczności rządzi się swoimi prawami. Tutaj nikt nie jest pewny swego, wszyscy wszystko wiedzą, nieustannie komentują i oceniają sąsiadów. A taka opinia może zmienić wszystko.

W końcu tym, co dzieje się w wsi, zaczyna interesować się telewizja i w ten sposób na scenę wkracza Ola. Po obejrzanym przypadkiem programie, w którym występuje Laura, postanawia rozpocząć własne nieformalne śledztwo. Wydaje jej się, że jako turystka z miasta jest bezpieczna - o wszystko może zapytać, wszędzie dotrzeć. Ale zło czai się tu wszędzie - jak u Agathy Christie. Miejscowy obwieś - Piasecki był w więzieniu, matka Laury - Teresa po nagłej śmierci męża zaczyna obsesyjnie wyrzucać wszystkie papiery i dokumenty jakby się czegoś bała, coś przeczuwała. Córka sołtysa też skrywa tajemnice, z których wcale nie jest dumna.

Nina Majewska Brown jest porównywana do Camilli Läckberg, ale moim zdaniem jej proza przypomina bardziej powieści Pauli Hawkins - autorki słynnej „Dziewczyny z pociągu” i ostatnio wydanego thrillera „Zapisane w wodzie”. Majewska Brown potrafi dobrze analizować psychologiczną stronę zbrodni, umiejętnie naprowadza czytelnika na trop, by po chwili go zmylić. Rozumie także słabe i silne strony swoich bohaterek, umie je opisać oraz uwiarygodnić. Rzeczywistość przez nią opisana  jest krwista i bolesna. „Grzech” wciągnął mnie w mroczny prowincjonalny świat. A że czytałam go na wsi pod Warszawą, zaczęłam nawet podejrzliwie przyglądać się tubylcom. Serdecznie polecam wielbicielom kryminałów tę powieść, nawet za cenę zarwanej nocy!

 „Grzech”, Nina Majewska-Brown, Wydawnictwo Rebis 2017, s.384

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Klasyka literatury na wakacje. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Klasykę literatury na wakacje poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”. (okładki: materiały prasowe)
Książki na wakacje? Rynek zalany jest nowościami, listy polecanych tytułów zmieniają się jak w kalejdoskopie. A może by tak uwolnić się od tego, co koniecznie, właśnie teraz, jak najszybciej trzeba przeczytać, może by tak nie oglądać się na trendy i chwilowe mody i wrócić do klasyki literatury? Do książek, które chce się na pewnym etapie życia odkryć dla siebie na nowo albo po które miało się sięgnąć już lata temu, ale tak się jakoś złożyło, że nie było na to czasu. Takich, które warto przeczytać niezależnie od wieku.

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Najchętniej czytane arcydzieło współczesnej literatury. Gdyby tylko sam Bułhakow mógł to widzieć! Głównie dzięki niezłomności jego żony Jeleny Siergiejewny powieść, jeszcze w ocenzurowanej wersji, została wydana ponad ćwierć wieku po śmierci autora. Tej wielowątkowej i wielopoziomowej historii – która swój początek ma na moskiewskich Patriarszych Prudach, gdzie na ławeczce przysiada para literatów, a zaraz potem przysiada się do nich tajemniczy cudzoziemiec, co ma zresztą krwawe skutki – chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dziś cała zgraja powieściowych bohaterów, jak kot Behemot, piekielny Woland, Piłat czy Mistrz i Małgorzata właśnie, to postacie kultowe. Szczególnie polecam czytać Bułhakowa w najbardziej aktualnym tłumaczeniu. Rzadko nowy przekład książki wywołuje takie zainteresowanie, ale przekład rodziny Przebindów to faktycznie perełka. Jest tu i potoczysty język, i melodia zdań, która w rosyjskim oryginale decyduje o geniuszu autora. Wrażenie robią w nowym wydaniu przypisy: szczegóły, ciekawostki, dowcipne komentarze, ukryte sensy układają się w osobną opowieść, rozpisaną na poszczególne hasła (razem 120 stron dołączonych do i tak solidnego tomu). Udany jest także audiobook „Mistrza i Małgorzaty” w przekładzie Przebindów, z głosami m.in. Magdaleny Różdżki i Andrzeja Chyry.

Pauline Réage "Historia O"

Jest połowa lat 50. we Francji właśnie ukazała się powieść „Historia O”. Zakazana, wielokrotnie konfiskowana, sprzedawana pokątnie. Tylko kogo winić za ten skandal obyczajowy, skoro autor jest nieznany? Najpierw kupują tylko wtajemniczeni, spod lady. Prawdziwa bomba wybucha rok później, gdy „odważna powieść niejakiej pani Réage” zostaje wyróżniona jedną z najbardziej prestiżowych francuskich nagród literackich – Prix des Deux Magots. W ten sposób książka staje się bestsellerem. Natomiast jej zagadka jeszcze długo nie zostaje rozwiązana, ustalenie, kto kryje się za tym pseudonimem i tak wyzwoloną literaturą, zajmie aż cztery kolejne dekady. Dopiero w 1994 roku do trzymającej się na uboczu redaktorki Dominique Aury zgłosi się brytyjski dziennikarz i jako pierwszy zapyta ją wprost, czy to przypadkiem nie ona napisała tę powieść. „Był taki miły i błyskotliwy. Nie miałam serca mu skłamać” – wspominała później sama Aury. Po co dziś sięgać po jej „Historię O”? Na fali popularności książek inspirowanych „50 twarzami Greya”, doprawionych wątkami sado-maso, warto wrócić do źródeł, zwłaszcza że to literatura wysokich lotów. Gwarantuję, że mimo upływu czasu, historia tytułowej panny O także i dziś jest śmiała obyczajowo, może nawet śmielsza od Greya i jemu podobnych.

Mary Shelley "Frankenstein"

Niby wszyscy wiemy, o co chodzi, w końcu Frankenstein to jedna z ikon popkultury, ale kto z nas rzeczywiście czytał oryginalną książkę z 1816 roku autorstwa Mary Shelley? Ci którzy czytali, zorientowali się, że to, co dziś o tej historii wiemy, jest już tylko wariacją na temat oryginału. I nie chodzi tylko o to, że kultura masowa mocno spłyciła bardzo ambitną powieść grozy. Weźmy choćby samego Frankensteina. W książce nazywa się tak wcale nie stworzone przez szalonego naukowca monstrum, bo ono nie ma imienia, tylko właśnie naukowiec z kompleksem boga. Tak czy inaczej dzieło Shelley nie dało o sobie zapomnieć. A autorka? Za pisanie powieści zabrała się w wieku zaledwie 18 lat. Właśnie uciekła z domu z ukochanym. Młoda, zakochana, jeszcze przed największymi życiowymi rozczarowaniami. Założyła się z przyjaciółmi (m.in. z lordem Byronem), że napisze coś mrożącego krew w żyłach i stworzyła epokową prozę. Do „Frankensteina” warto więc sobie skompletować wciągającą biografię „Buntowniczki” Charlotte Gordon. Nie tylko o Shelley (to portret podwójny), ale także jej matce – Mary Wollstonecraft, słynnej pionierce, feministce, pisarce, myślicielce, która miała na córkę ogromny wpływ. Mimo, że zmarła dziesięć dni po jej narodzinach. Był w nich obu ten sam niespokojny duch, iskra, przenikliwość i odwaga w zadawaniu ważnych pytań, jaką odnajdziecie we „Frankensteinie”.

Joan Lindsay "Piknik pod Wiszącą Skałą"

Kolejny smakowity kąsek z klasyki literatury. Oniryczna, nieśpieszna, z opisami sielskiej przyrody, z mistrzowsko budowanym napięciem – to pierwsze skojarzenia, które przychodzą do głowy, kiedy wspomina się tę jedną z najbardziej znanych australijskich książek. Podobnie jak nakręcony na jej podstawie kultowy film (1975) w reżyserii Petera Weira był pierwszą kinową produkcją z Australii, o której zrobiło się głośno na całym świecie. Pisarka Joan Lindsay tworząc „Piknik pod Wiszącą Skałą” zainspirowała się prawdziwym zdarzeniem, zniknięciem pensjonarek na stokach Hanging Rock, świętej góry Aborygenów. Dodając do niego odpowiednią dawkę mroku i tajemniczości. Mamy zatem rok 1900, uczennice pensji dla dziewcząt biorą udział w pikniku, który zakończy się tragicznie. Trzy z nich i nauczycielka znikną bez śladu. Co się stało? Zamiast odpowiedzi pojawia się coraz więcej pytań. Ciekawe, bo sama Lindsay napisała rozdział, w którym wyjaśnia zagadkę zniknięcia i dopiero za radą wydawcy z niego zrezygnowała. Na fali sukcesu wydała ów usunięty fragment osobno, ze specjalnym komentarzem. To już opcja dla wtajemniczonych, ale tak naprawdę to właśnie wszystkie te niedopowiedzenia, zostawiając odbiorcom pole do wyobraźni, sprawiają, że „Piknik…” jest tak atrakcyjny i wciągający.

Louisa May Alcott "Małe kobietki"

Co takiego jest w tej napisanej ponad 150 lat temu powieści, co sprawia, że do dziś nie spada z list bestsellerów? Dzieła Louisy May Alcott, która napisała je w czasach wiktoriańskich, zgodnie z potrzebami ówczesnego rynku i obyczajowości. Alcott świetnie oddaje temperamenty, pasje i marzenia czterech dorastających sióstr March. Snuje opartą o przygody własne i jej sióstr opowieść o trudach dojrzewania, ale przede wszystkim o siostrzeństwie, więziach, o tym, na ile możesz być i jesteś sobą, a na ile kimś, kogo ukształtował dom rodzinny. To dzięki tym celnym spostrzeżeniom i talentowi Alcott z jakim opisuje barwne charaktery do tej powieści nadal tak chętnie się wraca. Nawet jeśli powieściowe siostry March z biegiem czasu i wraz z rozwojem akcji są coraz bardziej niegdysiejsze, zbliżając się do wiktoriańskiego modelu kobiety idealnej: uległej, rezygnującej z siebie „strażniczki domowego ogniska”. „Małe kobietki” są jedną z najchętniej ekranizowanych książek w historii, a nowe wydanie książki, wzbogacone fotosami, nawiązuje do najświeższej bardzo udanej filmowej adaptacji (w reżyserii Grety Gerwig m.in. z Florence Plugh i Emmą Watson w rolach głównych). Którą polecam – jako błyskotliwy komentarz a propos autorki i czasów, kiedy jej książka powstała – nie przed, a po lekturze.

  1. Kultura

Dziennikarz Michał Nogaś o tym, co czyta i co poleca czytać w kryzysie

Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Michał Nogaś (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Jedni sięgają po nie dla przyjemności, inni dla wiedzy o świecie. Jeszcze inni – by uciec od zbyt przytłaczającej realności. Książki to nasi przyjaciele, nauczyciele, ale i lekarze. Zapytaliśmy dziennikarza Michała Nogasia, znanego jako „pana od książek”, o to, co w ostatnich tygodniach przeczytał tylko dla siebie, ale też jakie lektury mogą nam teraz przynieść ukojenie.

Czy człowiek, którego praca polega na czytaniu książek, ma czas na lekturę tylko dla przyjemności?
Czytam w zasadzie głównie dla przyjemności. I gdy jakiś temat naprawdę mnie wciągnie, staram się zainteresować nim czytelników oraz słuchaczy. Ostatnio było tak na przykład z książką Antonia Scuratiego „M. Syn stulecia”, wielką powieścią dokumentalną o Benicie Mussolinim. Wielką także objętościowo, w polskim wydaniu liczy 720 stron. Zdobyła najważniejszą włoską nagrodę Premio Strega, czytałem w zagranicznej prasie, że jest tytułem wartym uwagi, postanowiłem więc przeczytać i spróbować umówić się z autorem na wywiad. Opowieść Scuratiego, pełna detali, faktów mało znanych nawet wielu Włochom, robi wrażenie. Jest nie tylko niebywale ciekawym zapisem drogi Mussoliniego po władzę, ale także przestrogą przed powtarzaniem w Europie pewnych nad wyraz groźnych mechanizmów. Miałem już bilet do Mediolanu, ale plany zepsuła pandemia, której Lombardia – ze stolicą w Mediolanie – przez pewien czas była epicentrum. Ostatecznie udało nam się porozmawiać wirtualnie i wnioski, które można wyciągnąć z wypowiedzi Scuratiego, są więcej niż pesymistyczne – uruchomiliśmy procesy, które tragicznej historii sprzed wieku mogą pozwolić się powtórzyć. Wracając do pytania, pandemia, izolacja i nagła zmiana trybu życia sprawiły, że znalazłem nieco więcej czasu na czytanie córce przed snem, gdy sięgamy po kolejne bajki albo leksykony z pytaniami „dlaczego?”, „jak to się dzieje, że?” – oraz dla siebie.

Co to znaczy czytać dla siebie?
To, że musieliśmy zostać w domach, sprawiło, że mam odrobinę więcej wolnego czasu – choć liczba zajęć i obowiązków nie spadła. Biorę książkę, siadam i czytam bez pośpiechu. Bez pośpiechu, bo przecież zdarza się lektura w napięciu, niemal do ostatniego momentu przed wywiadem z autorem. Dzięki odrobinie luzu przeczytałem ostatnio książkę Piotra Bratkowskiego „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli”, bardzo szczerą opowieść o polsko-żydowskich korzeniach autora, o jego rodzicach i ich życiu w PRL-u, o niełatwym rozliczeniu z przeszłością. Ale też o nim samym, o chorobach, uzależnieniach, wychowywaniu dzieci i trzech żonach. Lubię książki, które poszerzają mój punkt widzenia i wiedzę na jakiś temat. Czytam właśnie powieść Rebekki Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”. To epicka opowieść – ma 620 stron – o epidemii HIV i AIDS w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 80., o środowisku chicagowskich gejów. Bardzo dobrze napisana. Za mną też nieśpieszna lektura „Nocnego promu do Tangeru” Kevina Barry’ego – dobra, mroczna, współczesna proza.

Jest klimat na czytanie?
Jest, i to bez krążącej w głowie myśli, co z tą książką powinienem zrobić. Mógłbym naturalnie nadrobić wszystkie zaległości filmowe, bo w ciągu roku – poza festiwalem Nowe Horyzonty – rzadko mam czas na kino; mógłbym obejrzeć wreszcie wszystkie polecane seriale, ale nie. Siadam w fotelu i czytam. Choć gdybym miał być całkowicie szczery, to czasem jednak porzucam książkę na rzecz innej miłości... Uwielbiam oglądać na YouTubie archiwalne filmy z zasobów stacji British Pathé. Mają tam przepastne zbiory – od lat 20. do końca XX wieku. Potrafię zniknąć w tym świecie na długie godziny. Ostatnio obejrzałem cały długi serial o dekolonizacji Afryki. Od zawsze mnie to fascynowało. W moim domu rodzinnym czytało się literaturę faktu, przede wszystkim Kapuścińskiego. Pamiętam historie przywożone przez niego w latach 60. I później, aż do czasu „Hebanu”, ale zobaczenie jego bohaterów na archiwalnych filmach jest dla mnie jednak czymś hipnotyzującym. Nagle widzę mieszkańców Ghany czy Kenii, którzy świętują pierwszy dzień niepodległości. Widzę tych polityków, z którymi Kapuściński rozmawiał, a którzy sięgnęli po władzę i często niedługo później padli ofiarą zamachu stanu. Wciąż robi to na mnie kolosalne wrażenie.

Mówisz, że miłość do non fiction wyniosłeś z domu. Kim są twoi rodzice?
Mama jest emerytowaną już w tej chwili bibliotekarką, a tata – inżynierem dróg i mostów z dziennikarską przeszłością, w dodatku uzależnionym od map. Odkąd pamiętam, najlepszym urodzinowym prezentem dla niego był właśnie zakup jakiejś mapy, dowolnej. Uwielbia się im przyglądać i z nimi podróżować. Przeszedł wszystkie pasma polskich gór, zdobył najwyższe szczyty. To on zaraził mnie ciekawością świata. W domu na półkach stały książki Ryszarda Kapuścińskiego i Melchiora Wańkowicza, którego uwielbiał. W sposób naturalny więc, przez osmozę, nasiąkałem literaturą faktu. Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba pierwsza lektura „Wojny futbolowej”. Niczego w zasadzie nie wiedziałem wtedy jeszcze o Ameryce Łacińskiej, poza tym, że istnieje, występuje w atlasach i na globusie, a tu Kapuściński pisze o konflikcie zbrojnym wywołanym przez mecz piłki nożnej! Dziś wiemy wszyscy, że w rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej, ale sam pomysł i sposób opisania tej historii mnie oszołomił! To właśnie wtedy dowiedziałem się, że chcę czytać takie teksty, że dzięki reporterom dowiem się o świecie więcej niż z podręczników do historii i geografii.

Czy masz książki do których wracasz?
Rzadko wracam do dawnych lektur. Zajmuję się głównie czytaniem nowych tytułów i robieniem wywiadów z ich autorami, co jest czasochłonne i zmusza – w sposób przyjemny – do śledzenia rynku nowości. Teraz okruchy dodatkowego czasu przeznaczam na czytanie z córką lektur odpowiednich dla pięciolatki. Sięgam też po książki z – jak to mawia jeden z moich przyjaciół – „kupki wstydu”. Zastanawiam się, co się wydarzy, gdy nagle gwałtownie zmniejszy się liczba nowości książkowych. Bo przecież większość premier przeniesiono już na jesień... Jeśli wracam, to do tego, co wciąż, mimo upływu lat, mnie porusza. Myślę, że chciałbym wrócić do książek Julia Cortázara, Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcíi Márqueza. Nie zapomniałem, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie ponad 20 lat temu. Sięgałem w bibliotece po kolejne tomy literatury iberoamerykańskiej wydane przez Muzę, myślę zresztą, że w dużej mierze było to doświadczenie pokoleniowe. Chętnie bym też sprawdził, jak po dwudziestu latach oddziałuje na mnie „Biały kruk” Andrzeja Stasiuka. Wtedy, zaraz po premierze, ta książka była dla mnie niezwykle silnym przeżyciem, piękną i ważną opowieścią o przyjaźni, poświęceniu, odrębności i osobności każdego człowieka.

Wzrasta sprzedaż klasyki odnoszącej się do niepokojów, jakie dziś czujemy. Sięgamy po "Dżumę" czy "Miłość w czasie zarazy" - może nie zawsze adekwatnie do treści, ale na pewno kierując się tytułem. Czego oczekujemy od klasyki? Oparcia? Czy chcemy zrozumieć to, co się dzieje? 
Mnie akurat cieszy to, że ktoś wróci do książek Alberta Camusa, egzystencjalizmu nigdy za wiele. Myślę, że znaleźliśmy się nagle w momencie, w którym wielu z nas potrzebuje punktu zaczepienia, łatwych wizualnie znaków. Pewnie gdyby istniała książka pod tytułem „Cholera”, dziś także byłaby bestsellerem i chętnie by po nią sięgano. Gdy zaczęła się pandemia, wiele osób przypomniało sobie przecież o świetnej książce Jerzego Ambroziewicza „Zaraza” o epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku. Zamknięte miasto, niepewność, lęk, ofiary. Dla niektórych pewnie pociągające także dziś, choć nie wiem, czy aby na pewno kojące nerwy. A może chodzi o to, by przekonać się, dowiedzieć, jak ludzie kiedyś zachowywali się w sytuacji podobnej do ataku COVID-19?

Czasy inne, ale mechanizmy zachowań takie same. 
Niezależnie od tego, jak daleko zaszliśmy, gdy chodzi o technologię, czujemy strach, lęk, potrzebę oswojenia śmierci. Wciąż nie zdajemy sobie sprawy, że mamy do czynienia z realnym zagrożeniem, że wirus kogoś zaatakuje, a kogoś innego ominie. A jednak nasza wiara w nieśmiertelność została – i to w dość banalny sposób – naruszona. Wiele osób chciałoby uspokoić samych siebie, że to w sumie nic nowego, że takie sytuacje już się zdarzały. Ale to nie takie proste. Niedawno „Wyborcza” opublikowała króciutkie opowiadanie Edgara Kereta o człowieku, który poszedł do sklepu kupić oliwki. Gdy chciał za nie zapłacić, sprzedawczyni powiedziała mu, że trwa koniec świata i lepiej się przytulać niż płacić pieniędzmi. Wielu czytelników zareagowało na ten tekst bardzo emocjonalnie. Ktoś w komentarzu napisał, że jaki to niby koniec świata, skoro jesteśmy zaopiekowani? Że koniec świata przeżywali nasi dziadkowie gazowani w okopach I wojny światowej czy prześladowani podczas II wojny. Był Czarnobyl, zimna wojna, a dziś? Czy na pewno doświadczamy jakiegoś końca świata?

No tak, ale czy to znaczy, że nie mamy prawa się niepokoić i szukać ukojenia? 
Nikt nie wie, jak długo to potrwa, i dla wielu osób to, co się wydarza, może być końcem świata w małej, osobistej skali. Nie zdajemy sobie sprawy, jakiego rodzaju rysy w nas to wszystko zostawi. Co zrobi z małymi dziećmi, które nagle zostały odcięte od swoich kolegów z przedszkoli? Dla mojej córki koronawirus stał się niechcianym przyjacielem, codziennie musi się z nim „układać”. Gdy proponuję jej spacer, stanowczo odmawia. Nie chce iść, bo nie chce się nudzić, jest wirus i nie można niczego dotykać. Pewnie, że nie myśli w tym momencie o końcu świata, ale zauważa, że w jej życiu zaszła nagle dość znacząca zmiana. Ja zaś bardzo cierpię z powodu braku spotkań z ludźmi, tęsknię za realnym kontaktem z przyjaciółmi. A przecież są ludzie, którzy tracą pracę albo chorują na inne, poważniejsze choroby niż ta spowodowana wirusem. Nie można odbierać im prawa do odczuwania tego, że przeżywają własny koniec świata. To byłoby egoistyczne, naprawdę nieuprawnione.

Kiedy Wielka Brytania żyła Brexitem, wydawcy odnotowywali wzrost zainteresowania tzw. literaturą lżejszą, jak powieści o miłości. Ludzie chcą uciec od ponurej rzeczywistości, szukają oddechu?
Rozumiem potrzebę odprężenia czy wejścia w historie lekko napisane, bo to wielu zapewne daje potrzebny oddech od codzienności. Nie jestem osobą, która szuka w literaturze lekkości, choć rozumiem jej rozrywkową funkcję. Wystarczy spojrzeć na listę bestsellerów, by zrozumieć, po co naprawdę lubią sięgać Polacy. Czy należy mieć do nich o to pretensje? W żadnej mierze. Od zawsze patrzę na pisarzy – tych z najwyższej półki – jak na ludzi, którzy widzą, czują i wiedzą więcej. Jak gdyby byli kimś na kształt proroków. Potrafią wyjaśniać skomplikowane mechanizmy: ludzkiego zachowania, procesów historycznych. Przeprowadziłem w ciągu ostatnich kilkunastu lat naprawdę dziesiątki wywiadów z autorami z całego świata i po każdym z takich spotkań miałem wrażenie, że pisarze, dzięki swojej ogromnej wrażliwości, wiedzy i erudycji, potrafią przewidzieć to, co może się wydarzyć. Interesują się przyczynami ludzkich zachowań, próbują je zrozumieć, sięgają po źródła historyczne. A następnie wykorzystują to wszystko we własnych opowieściach, czyniąc je wiarygodnymi.

Czyli sięgamy po literaturę, by zmierzyć się z naszymi niepokojami, ale też lepiej siebie zrozumieć?
Mogę tu odpowiedzieć jedynie za siebie. Szukam w literaturze – poza zaskoczeniem, gdy książka zachwyci mnie stylem, opowieścią czy formą – potwierdzenia własnego spojrzenia na świat. W zasadzie znacznie częściej niż zaskoczenia. Bardzo mnie cieszy sytuacja, gdy czytając książkę pisarza, którego szanuję, orientuję się, że jego i moje myśli biegną tym samym lub zbliżonym torem. I to wcale nie muszą być wnioski kojące, przeciwnie – czasem budzą przerażenie. Ale fakt, że ktoś, kogo uważam za osobę mądrą i przenikliwą, podobnie widzi świat czy kierunek, w którym on zmierza, daje mi siłę. Nawet jeśli to bardzo pesymistyczna wizja.

Isabel Allende powiedziała mi w rozmowie, że ludzie lubią uciekać w kojące historie, boją się spojrzeć trzeźwo i zauważyć, że pewne rzeczy się wydarzają, bo np. historia się powtarza. 
Zgadzam się z tym. Gdy przyjrzę się na chwilę losom świata, powraca do mnie to, o czym mówili mi Olga Tokarczuk, Zadie Smith czy Jo Nesbø, który przepisywał Szekspira na swoją modłę: całą historię ludzkich zachowań mamy już dawno opisaną – w mitologii. Wystarczy tylko dokładnie przeczytać te opowieści, by zorientować się, że wszystkie wybitne powieści są przepisywaniem mitów i umieszczaniem ich w różnych historycznych realiach. To samo dotyczy naszych zachowań. Jesteśmy dwa, trzy tysiące lat dalej w historii rozwoju cywilizacji, ale nasze atawistyczne odruchy są dokładnie takie same. Dlatego nie można oczekiwać, że skoro idziemy tą samą ścieżką, finał uruchamianych na nowo procesów będzie inny. Jeśli wspomniany na początku naszej rozmowy Antonio Scurati mówi mi, że dostrzega już w Europie procesy łudząco podobne do tych, które wyniosły Mussoliniego do władzy, nie mam prawa nie wierzyć mu, że czekają nas trudne lata. I to wcale nie z powodu pandemii koronawirusa.

Pojęcie biblioterapii czy też książkoterapii wymyślono już stuelcie temu. Uważasz, że książki mają nie tylko kojącą, ale i leczniczą moc? Może książka w prezencie to najlepsze lekarstwo na obecną rzeczywistość? 
Nie ma lepszego lekarstwa na szaleństwo współczesnego świata od mądrego słowa. Najwyższy czas to sobie uświadomić.

Michał Nogaś, dziennikarz radiowy i prasowy, przez 16 lat związany z III Programem Polskiego Radia. Współtwórca Radiowego Domu Kultury. W „Gazecie Wyborczej" i „Magazynie Książki" publikuje wywiady z pisarzami, jest też gospodarzem Radia Książki. 

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.