1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Spotkania: Andrzej Chyra

Spotkania: Andrzej Chyra

fot. Albert Zawada
fot. Albert Zawada
Specjalista od mocnych ról. „nie z każdej wychodzę bez szwanku” – mówi Andrzej Chyra. Za chwilę zobaczymy go w kolejnych: seryjnego mordercy, korespondenta wojennego w Donbasie, uczestnika rewolucji francuskiej. Nam opowiada, jak udaje mu się zachować entuzjazm.

Pięć produkcji z pana udziałem ma premierę tegorocznej jesieni.

Aż pięć? Urodzaj w tym roku.

W zeszłym było tak samo. Dwa lata temu również. Wcześniej – podobnie. Pytam o to, czy doświadczenie sprawia, że bez szwanku dla siebie można tak dużo i intensywnie grywać. Nic to nie kosztuje?

Nie wiem, czy nic. Może dobrze, że filmy są tak różne, inaczej trudniej byłoby z takim samym entuzjazmem podchodzić do jednego typu historii. Na szczęście nie czuję, żebym został zamknięty do jakiejś konkretnej szuflady, a w każdym razie staram się do tego nie dopuścić. Więc skoro jeszcze mogę, to wybieram te role, których jeszcze wcześniej nie zrobiłem.

W tym roku istotnie, był taki moment, gdy grałem w czterech filmach naraz i poczułem zmęczenie. W okolicy lata realizowałem zdjęcia do filmu na Ukrainie, równocześnie pracowałem na planie u Marka Koterskiego, trochę później, ale prawie w tym samym czasie, robiłem film we Francji, a teraz jestem w trakcie zdjęć do filmu Krzysztofa Zanussiego. Zmęczenie nie wynika tylko z samej pracy na planie, raczej z podróży. Przylot, przepakowanie, lot dalej, kilka dni na miejscu, powrót do domu, i od nowa: przepakowanie, lot, kilka dni pracy itd.

Czy taka intensywność – a może tymczasowość – życia jest warta zachodu?

(…)

Więcej w listopadowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 11/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Viggo Mortensen - Sami swoi

Viggo Mortensen:
Viggo Mortensen: "Każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Viggo Mortensen nosił się z tym zamiarem  od dawna. Teraz wreszcie debiutuje jako reżyser. Przy okazji mocno się odsłania, wracając w swoim filmie „jeszcze jest czas” do wspomnień z dzieciństwa, ale też opowiadając o relacji dorosłego syna z ojcem i o godzeniu się z przeszłością.

Długo kazał pan czekać na swój reżyserski debiut.
Sam w siebie zaczynałem już wątpić. Ale też nie chciałem niczego przyspieszać, pewne historie musiały we mnie dojrzeć.

„Jeszcze jest czas” to autobiografia?
Nie, ale dotyczy mnie i mojej rodziny w znacznym stopniu. Moi rodzice rozstali się, kiedy miałem 10 lat. To był dziwny czas. Wchodziłem w wiek nastoletni, co niosło ze sobą wiele zmian, a tu jeszcze doszła transformacja rodziny. W filmie sporo jest moich własnych obserwacji. Starałem się oddać pewne trudne do uchwycenia napięcia, które towarzyszą kobiecie i mężczyźnie w tym szczególnym momencie. Posiadanie dzieci to zawsze jest próba dla związku. Założenie rodziny to test na odpowiedzialność. Nie każdy go zdaje. Ciężar odpowiedzialności doskwiera nam najmocniej właśnie w momencie rozstania. Jak nie skrzywdzić bliskich? Czy można utrzymać jakąś formę relacji? Szacunku? Mam strzępki wspomnień, zapachy łączą się z kolorami, echa rozmów uruchamiają się w mojej głowie nagle i bez kontekstu. Od dawna chciałem coś z tym zrobić, uporządkować swoje emocje i to, co jeszcze pamiętam. Zrealizowałem rodzinny dramat, mam nadzieję uniwersalny i wiarygodny. W szerszym wymiarze rzecz dotyczy rozpadu pewnych wartości czy wręcz świata, który składa się na portret dzieciństwa każdego z nas. Na pewnym etapie życia zdajesz sobie sprawę z tego, że pochodzisz z wymiaru, który już nie istnieje. Nie ma tej rzeczywistości, znajomej, bezpiecznej, bo wszystko ulega dekonstrukcji: ludzie, miejsca, emocje. I o tym jest ten film. Na pewno nie zrobiłem go po to, żeby rozliczyć się z bliskimi.

Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie 'Jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie "Jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

To raczej opowieść o wybaczaniu.
Istotnie. Grany przeze mnie bohater John Peterson chce się zaopiekować swoim ojcem [w tej roli 80-letni Lance Henriksen, znany choćby z kultowej serii „Obcy” – przyp. red.]. Willis staje się niedołężny, ma problemy z pamięcią, więc John zabiera go do siebie. Problem w tym, że nestor rodziny jest konserwatystą, a trafia do domu, w którym para gejów wychowuje adoptowaną córkę.

Różnice światopoglądowe to jedno. Tymczasem twój bohater musi mieć anielską cierpliwość do człowieka, który w przeszłości bywał nieobliczalny, agresywny, okrutny.
Filmowy Willis nie dość, że nie był dobrym ojcem, on najprawdopodobniej nie był dobrym człowiekiem. I co? Nic. John musi się z tym zmierzyć. Musi podjąć decyzję, czy chce pomagać człowiekowi o odmiennych od jego moralności i poglądach, który przy okazji skrzywdził jego matkę oraz siostrę i który, tak się składa, jest jego ojcem. Czy to czyni go współodpowiedzialnym za los niedołężnego, przerażonego i wściekłego człowieka?

Widz cały czas zastanawia się, jak można pogodzić się z tak złymi doświadczeniami, jak można coś takiego wybaczyć. Czy to w ogóle możliwe?
Nie zawsze się to udaje. Ale też gorycz czy rozpamiętywanie ran nie przynoszą ukojenia. Świadomość i zgoda na to, że nie jesteśmy w stanie nikogo zmienić, może przynieść ukojenie. Nie sama naprawa, ale właśnie zgoda na brak porozumienia bywa uwalniająca. Trzeba pozwolić ludziom odchodzić na ich własnych warunkach. Filmowy Willis wie, że popełniał w przeszłości błędy, ale nie zamierza za nie przepraszać. Jest wściekły, bo starość... No, starość nie jest dla mięczaków.

Ten starszy człowiek, jakkolwiek złośliwy i wściekły, wydaje się już kimś innym niż wszechmocny ojciec z dziecięcych wspomnień. Kimś nieszkodliwym, wymagającym opieki.
Znam wiele osób, które muszą się opiekować swoimi rodzicami. Niektórzy mają poczucie krzywdy, inni robią to z empatią i oddaniem. Ale równie często widzę fatalny stosunek młodych do starszych: traktują ich protekcjonalnie, lekceważą ich autonomię czy resztki wolności osobistej. Próbują zmieniać na siłę rodziców albo oczekują wdzięczności za okazaną pomoc. Ludzie pozostają ludźmi, do końca. To Oscar Wilde powiedział: „Nie jest problemem to, że się starzejemy. Problemem jest fakt, że pozostajemy młodzi”. Myślę, że dotknął istoty rzeczy. Pamiętajmy, że rodzice to ludzie, którzy mieli życie przed tym, zanim pojawiły się na świecie ich dzieci. I że gdy odchodzą wszyscy, z którymi łączy cię doświadczenie pokoleniowe, wspólne przeżycia i jakiś kulturowy budulec – twoje życie staje się naprawdę nieznośne.

Niejeden rodzic powinien obejrzeć „Jeszcze jest czas” jako film instruktażowy, czego unikać, wychowując dzieci. Mimo to uważam, że złożył pan hołd swojej przeszłości. Z czułością potraktował pan temat relacji między ojcem a dorosłym synem.
Przede wszystkim warto pamiętać, że dzieci pojawiają się w naszym życiu na chwilę. Nie mamy tej świadomości, gdy je wychowujemy na bardzo wczesnym etapie ich życia. Zresztą ludzie często dają się złapać w taką pułapkę myślenia, że pewne rzeczy są im dane raz na zawsze. Nic takiego, każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć.

Pan tak robi?
Chciałbym! Mądrzę się tu, ale w młodości przez wiele lat po prostu dryfowałem bez celu. Wiele zawdzięczam przypadkowi. Jako młody, bezczelny i naiwny gówniarz pozwalałem, żeby rzeczy po prostu się działy. Miałem szczęście. Dużo szczęścia.

Viggo Mortensen na planie filmu 'jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen na planie filmu "jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

Przypomniał mi się rok 2008. Jedliśmy z kolegą zapiekanki na dworcu Łódź Fabryczna. Głęboka noc, jedyna czynna buda z naprawdę podłym żarciem. Festiwal Camerimage trwał w najlepsze, musieliśmy się posilić i ruszaliśmy dalej w miasto. I nagle kumpel łapie mnie za ramię i szepcze: „Patrz, Aragorn!”.
[śmiech] Do Polski przyleciałem o dość późnej porze, wylądowałem chyba w Warszawie, dojechaliśmy do Łodzi około drugiej w nocy. Byliśmy jeszcze w trasie, kiedy ktoś do nas zadzwonił i uprzedził, że hotelowa restauracja jest już zamknięta. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie gdzieś, gdzie jeszcze o tej porze będę mógł coś zjeść. Rzucił tylko, że nie będzie to nic wykwintnego. Pokiwałem głową i parę minut później jadłem te bułki na dworcu. Ktoś mi coś zamówił, ktoś za mnie zapłacił...

Chciałam zapewnić, że zapiekanki z pieczarkami nie są kwintesencją polskiej tradycji kulinarnej, mamy też inne specjały.
A ja tamto zdarzenie wspominam bardzo dobrze. Dużo lepiej niż proszoną, formalną kolację w bardzo eleganckiej, ale nadętej restauracji, w której wszystko smakowało tak jak wszędzie indziej, w rozsianych po świecie identycznych miejscach tego typu. Właśnie w takich sytuacjach poznaje się kraj i jego mieszkańców. Żarcie rzeczywiście nie było wykwintne, ale nie w tym rzecz. Ujęła mnie prostota, serdeczność. To, że nikt nie dał mi zapłacić wtedy za siebie. Potraktowano mnie jak swojego.

To nie była pana pierwsza wizyta w Polsce. W 1994 roku zagrał pan w „Ewangelii według Harry’ego” Lecha Majewskiego.
To nie była pierwsza wizyta, ale pierwsze w życiu zapiekanki [śmiech]. Rzeczywiście odwiedzałem już wcześniej Polskę, zawodowo i prywatnie. Grając u Lecha, mieszkałem w wyjątkowym miejscu, na wydmach na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Zresztą plany Lecha Majewskiego zawsze są specyficzne, mają swój rytm, porządek. Lech jest artystą, więc wszystko, co robi, naznaczone jest jego specyficznym, autorskim odbiorem świata. Pamiętam, że czułem się wolny, mieszkając wtedy na tych wydmach.

A to prawda, że zabrał pan syna w podróż po Polsce? Że wsiedliście w pociąg i jechaliście gdzie oczy poniosą?
Mamy, czy może raczej mieliśmy, nasze męskie wyprawy. Zdarza mi się łączyć prywatne wycieczki z przygotowaniami do pracy. Na przykład przed wejściem na plan filmu „Niebezpieczna metoda” pojechałem na kilka tygodni do Wiednia. Chciałem zobaczyć i poznać ukochane przez mojego bohatera, Zygmunta Freuda, miasto. Po jakimś czasie dołączył do mnie syn. Z kolei przed realizacją filmu „Wschodnie obietnice” podróż do Rosji wydała mi się kluczowa. Najpierw odwiedziłem Moskwę i Petersburg, na moment zatrzymałem się w wiosce na Syberii. Potem wróciłem do Petersburga i tam też dołączył do mnie Henry. Zawsze miałem w sobie wielki głód odkrywania tego, co nieznane. I chciałem to zaszczepić swojemu dziecku. Nie wiem, na ile mi się to udało, ale mam poczucie, że żaden system edukacyjny nie rozbudzi w takim stopniu w młodym człowieku głodu wiedzy – nic nie może się równać z podróżami i doświadczaniem świata.

Pan do 11. roku życia mieszkał z rodzicami i dwoma braćmi między innymi w Argentynie. Po rozwodzie rodziców wróciliście z matką do Ameryki. Te przeprowadzki, życiowe zmiany pana w jakiś sposób ukształtowały?
Zawsze czułem, że mógłbym żyć wszędzie, o ile poczuję potrzebę stworzenia domu. Długo nie byłem na to gotowy. To też kwestia rytuałów, chęci odbywania drogi powrotnej w jedno miejsce albo w kilka, ale sprawdzonych. No, a potem masz dzieci i chcesz mieć je blisko przy sobie, bo po pierwsze, chcesz móc patrzeć, jak dorastają, w jakich ludzi się przeistaczają; po drugie, pragniesz dla nich tego, co najlepsze. I wierzysz, że możesz im to dać. A przy tym niejako zabezpieczyć ich przyszłość; nawet nie w sensie materialnym, chodzi o to, żeby wpoić im pewne zasady i wartości. To najlepszy kapitał na przyszłość. Ale przychodzi taki moment, kiedy widzisz, że drogi twoje i twojego dziecka po prostu się rozchodzą. I to dość szybko... Dziecko ma już swoje rytuały, „swoich ludzi”, z dnia na dzień przestajesz być kompanem pierwszego wyboru. Dobrze jest mieć wtedy coś w zanadrzu. Dobrze jest nie stracić siebie nigdy z oczu.

Co ma pan na myśli?
Nie chodzi o jakiś awaryjny plan, ale plan w ogóle. Trzeba mieć pasję, coś, co cię będzie nakręcać do życia, do odkrywania świata, do bycia ciekawym, autentycznym rodzicem. Oczywiście także zaangażowanym w dziecko, ale też w wymianę doświadczeń i potrzeb. Coś dajesz, ale i coś otrzymujesz w zamian. Prawdę mówiąc, wiele otrzymujesz. Gdy mój syn był mały, nie wyobrażałem sobie, że wyjadę na 15 miesięcy realizować „Władcę pierścieni” w Nowej Zelandii. Nie widzieć dziecka przez ponad rok? Nie brałem pod uwagę takiej możliwości. Henry przyjeżdżał do mnie, ja latałem między kontynentami. To była przygoda, inna dla każdej ze stron, ale frajda też, przeogromna. Nie robiłem tego tylko dla syna, robiłem to także dla siebie. Każdy świadomy rodzic to przyzna. Dziś mogę wspomnieć kilka ważnych, określających naszą relację doświadczeń. Obaj wspólnie, ja pewnie na nowo, poznaliśmy znaczenie takich słów, jak: „odwaga”, „lojalność” czy „strach”. Nikt mi tego nie odbierze. I żaden film nie jest mi w stanie zaoferować takich przeżyć.

Cały czas coś pana ciągnie do Europy, wraca pan tu.
Nie tyle wracam, co osiadłem tu na stałe. Mój ojciec pochodzi z Danii, gdzie mieszkałem przez jakiś czas, będąc dzieckiem. To w Europie zawsze czułem się na miejscu. Tęsknię za Ameryką, za pewnymi jej aspektami, ale niepokoi mnie kierunek obrany przez amerykańskich polityków. Nie chcę być tego częścią.

Na ile ktoś, kto kocha kino i bierze udział w różnych projektach, o dużym i małym budżecie, a przy tym jednak stroni od ludzi, znosi obecność tak wielu osób na planie?
Na ogół ten gwar, cała ta produkcyjna maszyneria mnie uwierają. Nie mam w zwyczaju bratać się z każdym na planie, ale nie dlatego, że uważam się za kogoś lepszego, po prostu bycie duszą towarzystwa nie jest moją mocną stroną. Preferuję kameralne projekty, także ze względu na spokój. Wszystkiego na tych planach jest mniej, i to dobrze. W gruncie rzeczy chodzi przecież o kino, a przynajmniej mnie o nie chodzi. Są producenci, którym zależy na pieniądzach, i są w stanie, niejako przy okazji, zrealizować dobry film. Z nimi też trzeba umieć się dogadać, co nie znaczy, że musimy razem spędzać czas po godzinach.

Viggo Mortensen
, rocznik 1958. Trzykrotnie nominowany do Oscara, ostatnio za rolę w filmie „Green Book”. Międzynarodowy rozgłos przyniosła mu rola Aragorna w ekranizacji „Władcy pierścieni”. Mówi biegle kilkoma językami, zarządza wydawnictwem Perceval Press. Mieszka w Madrycie, jego syn Henry ma 32 lata.

  1. Kultura

Hugh Grant o roli w serialu "Od nowa"

Hugh Grant: Lubię grać nieoczywistych facetów. (Fot. Jason Bell, HBO)
Hugh Grant: Lubię grać nieoczywistych facetów. (Fot. Jason Bell, HBO)
Czas mu sprzyja. Prywatnie i zawodowo. Wreszcie, jak sam mówi, nie jest tylko gwiazdą komedii romantycznych, dostaje najciekawsze role w swojej karierze. Do których zalicza się także postać Jonathana Frasera w serialu HBO „Od nowa”.

Nie dziwię się, że zagrałeś w tym serialu. Za kamerą ceniona duńska reżyserka Susanne Bier, w obsadzie między innymi legenda kina Donald Sutherland czy Nicole Kidman, świetna jako twoja żona. Plus naprawdę zakręcona historia.
Tak, chciałem zagrać w filmie reżyserowanym przez Susanne Bier. Lubię kino skandynawskie, a szczególnie scandi noir [lub nordic noir, termin dotyczy nurtu w skandynawskiej literaturze i kinie; to kryminały i thrillery, które łączy zespół cech i wątków – przyp. red.]. Donald Sutherland wniósł na plan nieco psotnego, dziecięcego humoru, który w nim uwielbiam, dzięki niemu często udawało się rozładowywać różne napięcia…

To dlaczego Nicole Kidman musiała cię z początku błagać, żebyś przyjął rolę Jonathana?
Nieprawda. To zwykłe plotki.

Czytałam o tym wielokrotnie w brytyjskiej i amerykańskiej prasie.
Szybko podjąłem decyzję na tak. Co nie znaczy, że nie miałem wątpliwości. Rozmawiałem o nich i z reżyserką, i z Nicole. Bałem się trochę, czy zdołam połączyć rodzinne obowiązki z pracą w telewizyjnym serialu. Poza tym scenariusz był przed przystąpieniem do zdjęć jeszcze wielokrotnie przerabiany. Także my, aktorzy, nie wiedzieliśmy, jak ta historia się zakończy. Bardzo trudno jest pracować nad postacią, jeśli nie wiesz, co czeka ją w finale. Jednocześnie, kiedy czytałem scenariusz, od razu, od pierwszej strony, uderzyło mnie, jak doskonale to jest napisane, jaki pomysłowy jest suspens, wyśmienicie budowane napięcie. Niesamowicie mnie wciągnął. Tak wiele z wątków musimy przyjąć tu na wiarę! Tego, że nasi bohaterowie coś zrobili lub nie, że zachowali się tak, a nie inaczej, bardzo często dowiadujemy się z relacji innych ludzi, nie widzimy na własne oczy. Nie mamy pewności, które z informacji, o jakich niby wiemy, zostały zmyślone. Kolejne warstwy prawdy i fałszu nakładają się na siebie, nie wiadomo, ile w tym wszystkim iluzji, kłamstwa, konfabulacji. Dla aktora taki materiał do zagrania to coś wspaniałego!

Hugh Grant i Nicole Kidman w serialu 'Od nowa' (Fot. materiały prasowe) Hugh Grant i Nicole Kidman w serialu "Od nowa" (Fot. materiały prasowe)

Grasz Jonathana Frasera, cenionego nowojorskiego lekarza, męża Grace, odnoszącej sukcesy terapeutki, ojca nastoletniego Henry’ego. Kiedy matka szkolnego kolegi Henry’ego zostaje brutalnie zamordowana, sprawy się komplikują. Scena po scenie okazuje się, że twój bohater niekoniecznie jest tym, za kogo się podaje. Uważasz Jonathana za nieuleczalnego krętacza? A może potrafisz jakoś usprawiedliwić jego zachowanie?
To dobre pytanie. Zastanawiałem się nad tym długo i w końcu uznałem, że Jonathan jest typem kłamcy, który wierzy w swoje kłamstwa. Nie chcę za wiele zdradzać i psuć widzom zabawy, powiem więc już tylko tyle, że mój bohater wierzy w to, co mówi w danym momencie, i w tym sensie jest szczery, autentyczny, pozostaje sobą.

To prawda, o twojej postaci trudno opowiadać, nie zdradzając zbyt wiele. Zapytam więc o inny wątek – o morderstwo. Mówiłeś, że lubisz kino noir, ale sam grałeś do tej pory przede wszystkim w pogodnych filmach. Wydajesz się sympatycznym facetem i być może dlatego tak świetnie pasujesz do tej nieoczywistej roli.
Myślę, że w każdym człowieku tkwią ciemne siły. Cywilizacja, normy społeczne i kulturowe powstrzymują nas przed drastycznymi czynami.

To dlatego wredne postacie gra się ciekawiej?
Lubię grać nieoczywistych facetów, a czarny, a raczej mroczny charakter nigdy nie jest papierowy, stwarza mi więcej możliwości.

Masz teorię, dlaczego ludzie tak uwielbiają oglądać morderstwa na ekranie? Brutalne kryminały, thrillery, horrory. Nie uważasz, że jest w tym coś niepokojącego?
Nie przeceniałbym negatywnego wpływu kina na naszą psychikę. Według mnie kino raczej pomaga rozładowywać emocje, oswajać leki. Nikt nie zabija z powodu filmu. Szekspir także pokazywał ludzkie okrucieństwo, co nie kłóci się z tym, że jego dramaty są wybitne i ponadczasowe. Filmy Tarantina, Scorsesego – zło jest fascynujące w sztuce. Odwrotnie niż w życiu.

Co ciebie w nim fascynuje?
Trudno mi odpowiadać, bo ostatnio w ogóle nie chodzę do kina ani nie oglądam telewizji. Nie mam na to czasu. Kiedy wracam z planu do domu, muszę zajmować się dziećmi. Bawić się z nimi, kąpać je, kłaść spać. Nie pracuję już tak dużo jak kiedyś. Przestałem rozumieć pracoholików, odkąd pochłania mnie życie rodzinne [śmiech].

„Od nowa” musiało być w takim razie dla ciebie wyzwaniem. Krążą legendy o tym, jak długo kręciliście ten serial.
Tak, to był dość intensywny i wyczerpujący projekt. Kręciliśmy przez prawie sześć miesięcy, nigdy wcześniej mi się coś takiego nie przydarzyło. Nie byłem przyzwyczajony do ciągnącej się aż tak długo pracy na planie. A jednak przez cały ten czas nie opuszczało mnie poczucie, że robimy coś ważnego i wysokiej jakości.

Co ze społecznym wydźwiękiem tej historii? Uważasz, że wyższym klasom społecznym, takim jak zamożne, szanowane małżeństwo Jonathana i Grace, łatwiej uchodzi zamiatanie brudów pod dywan niż tym nieuprzywilejowanym?
To stereotyp. Dziś prawie każdy z nas korzysta z Facebooka. I oto nagle każdemu, bez względu na status społeczny czy majątkowy, w ciągu jednej chwili można wykraść najbardziej wrażliwe lub kompromitujące go dane. W takiej sytuacji nie ochroni cię to, że jesteś bogaty i uprzywilejowany.

W dzisiejszym świecie wystawieni jesteśmy na pokaz. Dziś nikt nie czuje się bezpiecznie, i to nie tylko z powodu pandemii.
Nie mogę cię o to nie zapytać – w wywiadach wielokrotnie podkreślałeś, że aktorstwo coraz bardziej cię przeraża. Że myślisz o tym, czyby nie zerwać z graniem. Właściwie powtarzasz to niemal po każdym swoim filmie. I za każdym razem wracasz jednak na plan. No tak, to obciach [śmiech], wiem. Ale prawda jest taka, że w tej chwili nienawidzę aktorstwa zdecydowanie mniej niż kiedyś.

Co się zmieniło?
Wydaje mi się, że jestem dziś lepszym aktorem niż w przeszłości. Patrząc z perspektywy czasu, przyznaję, że kilka lat zmarnowałem. Niestety. Chociaż z drugiej strony – obecnie czuję się mniej rozczarowany tym, co zrobiłem wcześniej. I ta świadomość mi pomaga. Stałem się bardziej wyrozumiały dla siebie i swoich błędów [śmiech]. Zmieniam się, przechodzę przez różne etapy życia. W wieku 60 lat nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem, mając dwudziestkę czy trzydziestkę. I całe szczęście. Inaczej podchodzę do moich ról, do Jonathana także. Zresztą nie dostałbym takiej roli, gdybym był młodszy.

Zwróciłam uwagę na zbliżenia. W „Od nowa” kamera chętnie pokazuje cię z bardzo, bardzo bliska. Oglądałam to i myślałam, że dla aktora to musi być trudne. Widać przecież każdą zmarszczkę, każde mrugnięcie.
Wielu ludzi w momencie, kiedy obiektyw kamery kieruje się w stronę ich twarzy, wygląda dziwacznie, nienaturalnie, nie mogą pozbyć się świadomości tego, że są rejestrowani. To jest właśnie jeden z najtrudniejszych fragmentów mojej pracy, w ciągu zaledwie kilku sekund musisz skupić na sobie uwagę. Na spojrzeniu, grymasie. Wiem, że niektórzy aktorzy to kochają. Taka na przykład Juliette Binoche jak mało kto potrafi oddać najsubtelniejsze emocje, milcząc. Wyrazem oczu, uśmiechem. Robi to w taki naturalny, niewystudiowany sposób! Tymczasem większość aktorów, w tym także ja, musi nad tym sporo popracować. Żeby zagrać twarzą, trzeba stworzyć sobie w głowie emocjonalną mapę i po niej się poruszać. Mój egzemplarz scenariusza serialu „Od nowa” jest pełen notatek, uwag, myśli, pomysłów do każdej milczącej sceny, zwłaszcza do zbliżeń na twarz. Jeśli tego nie przepracujesz, nie osiągniesz samoświadomości. Od niedawna mam zwyczaj, że przed takimi trudnymi scenami specjalnie wstaję wcześniej rano i biegam. Resetuję myśli, oczyszczam się na przyjęcie tych wszystkich emocji. To bardzo pomaga.

Rozmawiamy w wyjątkowo niepewnych dla branży filmowej czasach. Jak myślisz, w jakim kierunku pójdzie kino? Wyobrażasz sobie świat, w którym wszyscy będziemy oglądać filmy tylko online w domu?
Teraz ludzie boją się chodzić do kin z powodu pandemii, a więc zostają w domach i korzystają z platform VOD. Wiadomo, to jest też tańsze i wygodniejsze, nie trzeba kupować biletów, nie musimy nigdzie się ruszać. Coraz więcej ludzi z branży filmowej robi telewizję. Tak sobie jednak myślę, że za jakiś czas zatęsknimy za wspólnym przeżywaniem emocji w kinie. Przynajmniej niektórzy z nas. 

Hugh Grant, rocznik 1960. Gwiazda takich filmów, jak „Cztery wesela i pogrzeb” czy „Notting Hill”. W 2015 roku po dłuższej przerwie zagrał między innymi w „Boskiej Florence”. Od dwóch lat jest żonaty ze szwedzką producentką Anną Elisabet Eberstein. Mają trójkę dzieci. Grant jest też ojcem dwojga z innego związku.

  1. Kultura

Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Wojciech Pszoniak zmarł dziś rano, w wieku 78 lat. Zmagał się z chorobą nowotworową. Przypominamy wywiad, którego udzielił kilka lat temu na łamach naszego pisma.

W książce „Aktor”, którą napisałeś wraz z Michałem Komarem, opowiadasz, że będąc dzieckiem, czułeś straszliwą samotność. Chciałeś nawet popełnić samobójstwo.
Miałem 13 lat, kiedy umarł ojciec. To jest wiek, w którym spod ciepłych skrzydeł matki chłopca przejmuje właśnie ojciec. Czas inicjacji. Ja jej nie miałem. W związku z tym czułem się niezwykle samotny. Byłem najsamotniejszym człowiekiem na świecie. To było tragiczne.

A koledzy? Nie miałeś w nich wsparcia?
Nie miałem ich, bo nigdy nie miałem potrzeby kumplowania się, i do dziś nie mam. Nie udało mi się umrzeć, więc musiałem zdecydować co dalej.

Nie udało ci się umrzeć, bo…
Raz się nie udało, bo pociąg przejechał nie po tych torach. Następnym razem postanowiłem w nocy wejść na stalowe wieżyczki, na których umieszczone były semafory. Już wspiąłem się na nie z paskiem, ale przegonił mnie dróżnik i zwiałem. Widocznie to był mój anioł stróż czy może inny wysłannik Pana Boga, nie wiem. Trzeci raz już nie próbowałem.

Trzeci raz to poszedłeś do wojska z własnej woli jako 13-latek. Stałeś się kadetem.
I przeżyłem tam dwa lata. To był zupełnie obcy mi świat – ludzie, ich mentalność, sposób zachowania się. Wszystko było inne niż w moim domu.

O wojsku mówiło się kiedyś pompatycznie: szkoła życia.
O tak. Ale właśnie tam pojąłem, że to świat, w którym nie chcę żyć. Świat, który mnie nie interesuje, świat, którego nie rozumiem. Wiedziałem, że muszę z tego świata uciekać.

Dokąd?
Wiedziałem, skąd mam uciec, ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To był najważniejszy moment w moim życiu.

A kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?
Poznałem wielu starszych ludzi, którzy narzekali, że podjęli złe wybory w swoim życiu. A ja chciałem dokonać właściwego i ciągle szukałem. A że byłem omnibusem, to próbowałem różnych rzeczy: latałem na szybowcach, skakałem ze spadochronem, grałem na instrumentach, marzyłem też o wyprawie w Himalaje. W pewnym momencie pomyślałem o aktorstwie, być może też dlatego, że mój starszy brat Antoni już był aktorem. Nie miałem ojca, więc wzorowałem się na nim. Próbowałem, ale nie byłem pewny, czy to jest to. Grałem w teatrze amatorskim. Dobrze, ale stale mi czegoś brakowało.

Spotkałeś wtedy wybitnego poetę i pisarza Tadeusza Różewicza.
Został opiekunem naszego teatru i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Latem zapraszaliśmy go na Mazury, gdzie żeglowaliśmy. Człowiek, szczególnie młody, rzadko zdaje sobie sprawę z wagi takiego zdarzenia. A dzisiaj mogę powiedzieć, że bez spotkania Różewicza na pewno byłbym inny. Kompletnie inny.

Pamiętasz, co wtedy do ciebie mówił?
Najważniejsza rzecz, którą mi powiedział, to, żebym spróbował opisać, sformułować, co to jest sztuka aktorska. Nigdy nie słyszałem takiego pytania. A ono było bardzo ważne i zmieniło mój punkt widzenia na aktorstwo, w ogóle na sztukę.

Odpowiedziałeś?
Do dziś nie wiem i wciąż mnie to nurtuje i fascynuje. Przyglądam się moim studentom, sobie. Piszę na ten temat. Myślę o tym dzięki Tadeuszowi.

Intuicyjnie wiesz, kiedy masz do czynienia ze sztuką w aktorstwie, a kiedy z rzemiosłem?
Oczywiście. Rzemiosło nie ma nic wspólnego ze sztuką. Zresztą nie lubię tego słowa. Dlatego prowokacyjnie mówię o sobie jako o niezawodowym aktorze. Podobnie jak nie można być zawodowym księdzem czy poetą, tak nie można być zawodowym artystą. Bywam aktorem albo czekam, żeby nim być.

W swoich wierszach także zmagasz się z tematem sztuki aktorskiej. „Aktorstwo / odkrywanie czegoś z bijącym sercem / zabawa w chowanego w ciemnych piwnicach / gruzach / jak w dzieciństwie”. Aktor sięga do doświadczenia bycia dzieckiem?
Myślę, że w sztuce człowiek, który nie zatrzymał w sobie dziecka, nie istnieje. Tylko dziecko ma dar korzystania z wyobraźni, z wchodzenia w inną rzeczywistość. To jest też coś najcenniejszego dla artysty. Dziecko jest niesamowicie otwarte, a sztuka to bezinteresowne otwieranie się. Na te momenty się czeka.

Zagrałeś wiele wybitnych ról. Przy każdym budowaniu roli – Korczaka, Robespierre’a czy Puka – zaczynałeś od otwarcia się na postać?
Nie ma jednej metody. Wiem na pewno, że muszę mieć natchnienie, kontemplować. To jest rodzaj wchodzenia w rzeczywistość postaci, którą gram, w świat, w którym mam się znaleźć. Chodzę ulicami, prowadzę samochód, rozmawiam z ludźmi, ale powoli wkraczam w tę inną rzeczywistość. Jeżeli takiego stanu nie udaje mi się szybko osiągnąć, to boję się i bardzo się denerwuję. Nie mogę jednak tego przyspieszyć. Paradoksalnie praca aktora odbywa się głównie w samotności. W domu nie ma nikogo: nie ma widza, nie ma reżysera. Jest się tylko ze sobą. A kto może wiedzieć lepiej, czy kłamię, czy mówię prawdę, niż ja sam.

W innym wierszu piszesz: „Sztuka aktorska – ciągła podróż poszukiwanie zdobywanie podróż w siebie w innych poszukiwanie zdobywanie prawdy nie mógłbym chyba zagrać Hitlera nie umiałbym szukać w nim człowieka”. Zawsze szukasz człowieka?
Wyłącznie. Nie można zagrać stolarza, ślusarza, działacza partyjnego, Żyda, Polaka. Gra się człowieka bez względu na to, jaki wykonuje zawód czy jakiej jest narodowości. Praca nad rolą zaczyna się od człowieka i na człowieku się kończy. Jeśli jest inaczej, to nie ma to nic wspólnego ze sztuką.

Jak dobierałeś się do postaci Piotra Wierchowieńskiego w sztuce „Biesy”?
To była fascynująca praca z Wajdą w krakowskim Starym Teatrze. Ale i  dramatyczna ze względu na Dostojewskiego, który jest dla mnie niebezpiecznym autorem, bo dotyka bardzo mrocznych i przerażających stron człowieka. Ten Wierchowieński był dla mnie wyzwaniem. Byłem młodym człowiekiem, który nie poczuł jeszcze, czym jest prawdziwe zło. Czułem, że bez tego doświadczenia nie będę mógł tej roli zagrać. Musiałem to uruchomić w sobie. I udało się, bo znalazłem taki moment w moim życiu.

Gdzie to znalazłeś?
Moja matka bardzo pilnowała reguł, którymi powinien kierować się młody człowiek. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka. Było już po dziesiątej wieczorem. Siedzieliśmy grzecznie, słuchając muzyki z magnetofonu. Do pokoju wpadła matka i zakończyła nasze zupełnie niewinne spotkanie. Kiedy koleżanka wyszła, matka wygadywała rzeczy, których przykro było słuchać. Na przykład że tak się tylko prostytutki zachowują. Potem nieustannie do tego wracała. I pewnego dnia, kiedy kolejny raz to powtórzyła, wziąłem magnetofon, który był wielki i ciężki, i chciałem nim w nią rzucić. Chciałem ją zabić. Po prostu zabić. No, ale dobrze wychowany chłopak nie zabija swojej matki. Zresztą zawsze miałem konflikt z matką, która próbowała mnie złamać. Miała silny charakter, ale jej się nie udało. Tamto zdarzenie utkwiło we mnie. I kiedy pracowałem nad rolą Wierchowieńskiego, przy której męczyłem się niemiłosiernie, nagle wyciągnąłem tamto zdarzenie z głębokiej pamięci. I wtedy już wiedziałem, co to za postać.

Zawsze przy budowaniu roli szukasz wskazówek w sobie?
Nie można zagrać kogoś innego. Można kogoś naśladować, zrobić czyjąś karykaturę, skopiować. Ale nie o to chodzi. Żeby stworzyć postać, trzeba czerpać z siebie. Nie ma innej możliwości, wszystko inne jest albo udawaniem, albo lękiem przed sobą. Sztuka w ogóle jest wynikiem tego, kim artysta jest. Nie warto być aktorem, żeby udawać.

Były role, których na początku nie chciałeś się podjąć. Na przykład Robespierre’a. Dlaczego?
Nie znałem takich ludzi, takich konstrukcji psychicznych. Nie wiem, może gdybym znał kogoś z NKWD, jakiegoś oficera UB, jakiegoś fanatyka, Dzierżyńskiego…

Ale Gomułkę zagrałeś?
Ale to jest inny wymiar. Gomułka to jest mały pikuś w stosunku do Robespierre’a.

Kiedy zdecydowałeś, że jednak zagrasz tę rolę?
Miałem zaufanie zarówno do Zygmunta Hübnera, ówczesnego dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie, jak i do Andrzeja Wajdy, z którym już wcześniej wiele razy pracowałem. Oni przekonali mnie, że to jest rola dla mnie. Zapytałem tylko, jakie racje za tym przemawiają, dlaczego oni uważają, że to jest dla mnie. Może jest coś, czego ja w sobie nie widzę? No i zacząłem szukać, aż znalazłem w sobie pewną skłonność do idealizmu, ale też jakiś rodzaj perfekcjonizmu. Mam też tendencję do porządkowania świata, by był lepszy, ale też potrzebę porządkowania siebie. I od tego zacząłem myślenie o roli. Potem musiałem zlikwidować w sobie tego ruchliwego Pszoniaka, który mi przeszkadzał…

Usprawiedliwiasz człowieka z jego zła?
Nigdy nie oceniam. Aktor nie jest prokuratorem, nie jest sędzią.

Kolejną nieoczywistą dla ciebie rolą była postać Korczaka.
Korczak to trudny temat. To, co jest najbardziej spektakularne w jego życiu, to śmierć z dziećmi w komorze gazowej. A co z resztą? Kiedy Wajda zaproponował mi tę rolę, zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Gdzie mam szukać? Zacząłem, oczywiście, czytać różne książki Korczaka, ale też to, co o nim napisano. Nic mi to nie dawało, odrzuciłem te wszystkie lektury. Pochyliłem się nad „Pamiętnikiem z getta”. I dopiero po jego przeczytaniu poczułem i zrozumiałem, w którym kierunku mam iść. Próbowałem pójść do gazu razem z Korczakiem. Musiałem to przeżyć. Bo to jest rola nie do zagrania. Tego nie można zagrać. I ja tam nie gram. Do tego stopnia ta postać weszła we mnie czy ja w tę postać, że przez kilka lat, gdy dziennikarze pytali mnie o Korczaka, to w ogóle nie mogłem o tym mówić.

Miałeś traumę?
Tak. Teraz mi się tak zrobiło…

Poczułeś dreszcz?
Wróciło wspomnienie. Z roli wyszedłem tuż po zdjęciach, ale na sam sygnał: Korczak, to tak jak w tej chwili… To zostaje na zawsze. Chcę powiedzieć, że dużo daję z siebie postaciom, które gram, ale też te postacie zostawiają we mnie ślad.

To są ogromne emocje.
Widocznie mam potrzebę głębokiego przeżywania jako człowiek i w związku z tym tego szukam w sztuce. Przecież nikt mi tego nie każe robić.

Twoja droga sztuki aktorskiej zaczęła się niefortunnie. Nie zostałeś przyjęty do szkoły teatralnej w Warszawie. Egzaminatorzy podali jakieś zdumiewające powody tej decyzji. Zauważyli nawet jakieś wady wymowy.
Myślę, że byli zmęczeni. Teraz jako pedagog wiem, co to znaczy. Tamtego dnia przyszedł jakiś blondynek, który nie zrobił na nich wrażenia. Ale to dla mnie była fantastyczna lekcja, bo dzięki niej jestem bardzo uważny przy rekrutacji młodych ludzi do szkoły teatralnej.

Uparłeś się i skończyłeś studia w Krakowie. Podczas nich nie chałturzyłeś tak jak koledzy, żeby zarobić na życie. Zdarzało ci się znowu głodować jak w dzieciństwie, kiedy ze Lwowa po wojnie przyjechałeś z rodziną do Gliwic.
Na wakacjach pracowałem jako pomocnik zaopatrzeniowca w studenckim ośrodku żeglarskim w Giżycku, bo nie chciałem chałturzyć. Uważałem, i nadal tak uważam, że sztuka aktorska to jest moje święto. A ja potrzebuję święta. To jest najcenniejsze i chcę to szanować. Bez tego nie byłbym aktorem.

Mogłeś stracić życie w debiucie filmowym.
Kręciliśmy w Łodzi niewielki epizod na szczycie komina fabrycznego. Wszedłem tam. Lęku wysokości nie miałem, bo przecież byłem pilotem i spadochroniarzem. Pirotechnik, który był tam ze mną, odpalał jakiś ładunek, żeby stworzyć wrażenie wydobywającego się z komina dymu. Niestety, był porywisty wiatr i tak się rozhajcowało, że ten komin, na którym stałem, zapalił się. I ten cwaniak pirotechnik krzyczy do mnie: „Skacz pan!”. Jakbym skoczył, toby mnie już nie było.

Przestraszyłeś się?
Niewiele myśląc, rzuciłem się w ogień i zacząłem schodzić. Pirotechnik i strażak za mną. Gorąca smoła kapała na mnie. Miałem ręce do łokci poparzone, bo metalowe klamry w sekundę się rozgrzały. Kiedy wreszcie zszedłem, odesłali mnie na pogotowie, a potem, obandażowanego, wysłali pociągiem do Krakowa. Opowiadałem o tym, jak wyglądał mój debiut filmowy, moim przyjaciołom za granicą i oni chyba mi nie uwierzyli. Myśleli, że zmyślam.

Wróćmy do Wajdy. Grasz u niego kolejne role i nagle stajesz się znany na świecie. To są wtedy nieciekawe czasy dla Polski. W stanie wojennym, gdy miałeś wyjechać do Paryża na zdjęcia do francusko-polskiego filmu „Danton”, by zagrać Robespierre’a, twojej żonie odmówiono paszportu. Były dylematy, co zrobić?
Żadnych. Pomyślałem sobie, że wobec tego nie zagram tej roli. Jak mógłbym Basię zostawić? Nie pojechałbym bez niej. Poznałem ją dzięki Danusi Rinn, z którą się przyjaźniła, a z którą występowałem w Kabarecie pod Egidą. Po spektaklu poszliśmy razem na kolację. I tak jesteśmy z sobą 40 lat. Powiedziałem Wajdzie, który już był w Paryżu, że nie jeżdżę bez żony. Zawsze podróżujemy wspólnie, czy się to partii podoba, czy nie. Podjąłem taką decyzję bez żalu.

Pomógł wam…
Generał Kiszczak. Szukałem kogoś, kto mógłby pomóc. Prosiłem o pomoc wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, którego żoną była moja koleżanka aktorka Ela Kępińska. Ale on się rozchorował i przekazał moją prośbę Kiszczakowi, który zadzwonił i zapytał: „Dlaczego pan do mnie nie przyszedł?”. Powiedziałem: „Panie ministrze, nie mam zwyczaju chodzić do ministrów spraw wewnętrznych, a szczególnie w stanie wojennym”. Na to on: „Niech pan nie przesadza”. Basia dostała paszport.

Wyjeżdżaliście na dłużej niż tylko na czas kręcenia filmu?
W ogóle nie miałem zamiaru wyjeżdżać na zawsze. Grałem już wcześniej we Francji m.in. z Gérardem Depardieu, z Danielem Olbrychskim, z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość stanu wojennego w Polsce była okropna, ale o wyjeździe na stałe nie myślałem. Jednak potem już dostawałem propozycje jedna po drugiej. A życia się przecież nie wyreżyseruje.

Pamiętano cię przecież z „Ziemi obiecanej”. Ale kiedy po raz pierwszy pojechałeś grać po francusku, nie znałeś w tym języku wielu słów.
Uczyłem się francuskiego w liceum muzycznym i potem na studiach. Będąc aktorem, chodziłem na lekcje do Instytutu Francuskiego, jakby z przeczucia. No, ale trudno powiedzieć, że znałem język.

Jak można grać w języku, którego się nie zna?
Dostałem list od francuskiego reżysera, który widział „Ziemię obiecaną”. Reżyser chciał ze mną rozmawiać telefonicznie, więc moja żona ze swoją siostrą Bogusią, z wykształcenia romanistką, ułożyły odpowiedzi na potencjalne pytania i zapisały je na kartkach. Nauczyłem się je czytać i kiedy rozmawiałem z nim na głośnomówiącym telefonie, to Bogusia wskazywała na odpowiednie odpowiedzi. I udało się. Potem nauczyłem się na pamięć roli.

Czy on kiedykolwiek zorientował się, że nie znasz języka?
Nie, ale kiedy graliśmy już ostatni spektakl w Lozannie, reżyser przyszedł do garderoby, by mi podziękować. A ja się już wtedy kompletnie rozluźniłem i zacząłem mówić po francusku ze strasznymi błędami. Zdumiony reżyser zwrócił się na to do mojej żony: „Dziwne z tym Wojtkiem, przecież on na początku mówił dużo lepiej niż teraz”. Nie zorientował się nigdy.

A ty sam nigdy nie bałeś się, że odkryją twoją tajemnicę?
Oni mnie nie znali. Nie wiedzieli, jaki jestem, że lubię mówić, że jestem gaduła. Nazywali mnie Poźniak, bo nie mogli wymówić „Pszoniak”. Może nawet coś przeczuwali, ale Francuzi są bardzo mili i kulturalni. Jak widzisz, musiałem grać dwie role, jedną w sztuce Petera Handkego, a drugą rolę w życiu, i udawać, że wiem, co do mnie mówią, i wszystko rozumiem. Próby w teatrze trwały po dziesięć godzin, po których wracałem do domu i padałem nieżywy. Taki byłem zmęczony graniem tych dwóch ról, że moja żona nawet chciała wyjechać, bo się obawiała, że już nigdy się do niej nie odezwę. A ja przez dziesięć godzin słyszałem tylko bulgot i zupełnie nie wiedziałem, co mówią. I tak przez dwa miesiące.

Grałeś też po angielsku na West Endzie w Londynie.
To już było łatwiejsze. Szczerze mówiąc, nie chciałem grać po angielsku. Granie w obcym języku jest trudne. Bardzo trudne. Ale ponieważ przeżyłem granie po francusku, to mógłbym też grać nawet po japońsku. To doświadczenie pokazało mi, że w sztuce aktorskiej słowo nie jest najważniejsze.

A co?
Teatr nie jest miejscem, gdzie odbywa się wymiana intelektualna. Teatr jest miejscem, w którym muszą być emocje. Kiedy ich brak, nie ma teatru. Przecież człowiek z człowiekiem porozumiewa się również poza słowami.

Kiedy się przygotowujesz do premiery, wchodzisz w trudny czas…
Wtedy gotuję, słucham muzyki. I tu znajduję relaks. Zawsze towarzyszyła i do dziś towarzyszy mi trema.

Czym się ona objawia?
Kiedy gram monodram „Belfer”, już dwa dni przed występem zaczynam być niespokojny, a w dniu, w którym gram, w ogóle niczego nie robię. Kiedy grałem w teatrze w Londynie, a tam spektakle zaczynają się o godzinie 21, to już o 17 byłem w swojej garderobie i się wyciszałem.

Ta trema jest budująca czy destrukcyjna?
Nie miewam tremy paraliżującej. Odwrotnie – to jest śluza psychiczna.

Kiedy zdarzy ci się w teatrze zapomnieć słów, ratujesz się sam czy czekasz na pomoc kolegów?
Zawsze sobie daję radę sam. Na Zachodzie gra się bez suflera. Również mój monodram jest bez suflera. Jeżeli się wie, co ma się grać, jeżeli zna się sensy tego, co ma być wypowiedziane, można łatwo wybrnąć z trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy grałem Papkina w „Zemście” Fredry, zapomniałem słów, ale starałem się utrzymać rytm i mówić do rymu. Szybko wskoczyłem w wiersz i dostałem brawa. Przecież wszyscy na sali znali ten tekst na pamięć. Ale ja nie mogłem przerwać, bo wyszedłbym z postaci.

Gdy patrzysz wstecz, czujesz, że los dał ci więcej, niż mogłeś oczekiwać? Czy raczej ty od tego losu wydarłeś to, co chciałeś?
Nigdy niczego nie wydzierałem. Myślę, że bardzo dużo dostałem. Czuję się obdarowany. Ale mam poczucie, że nie skorzystałem z tego wszystkiego, co dostałem. Że mógłbym dużo, dużo więcej z siebie dać.

Masz poczucie zaniechania?
Nie. Przecież nie jestem leniwy, ale może mógłbym więcej dobrych rzeczy jeszcze zrobić. Nie mówię o rolach. Pytasz mnie, czy wykorzystałem to wszystko, co dostałem? Chyba nie.

Więc jesteś otwarty na nowe zadania?
Tak. Nawet zacząłem się uczyć grać na wiolonczeli. Dla siebie.

Próżność ma coś z tobą wspólnego?
Naturalnie. Ale to jest taka próżność kontrolowana.

Lubisz, jak cię chwalą…
Nie, nie, nie! Najmniej się sobą zajmuję. Lubię, gdy to, co chcę powiedzieć, co chcę przekazać, jest dobrze zrozumiane i odczytane. To mi sprawia niesamowitą satysfakcję.

Dużo jest w tobie sybaryty?
Kocham życie! Dzięki temu, że jestem aktorem, inaczej je odbieram. To nie tylko wychodzenie na scenę i robienie min lepszych czy gorszych. Aktorstwo to więź ze światem i rozumienie go. Czuję ludzi, nawet nie muszę patrzeć.

Grałeś u boku wybitnych aktorów znanych na całym świecie: Gérarda Depardieu, Liv Ullmann, Michela Piccolego, Serge’a Reggianiego, Simone Signoret, Colina Firtha i wielu innych…
Dobry aktor jako partner stymuluje. Jedna rzecz jest trudna w sztuce aktorskiej, kiedy się trafia na złego aktora. Kiedy między mną a nim nie ma przepływu. Tego się boję. Bardzo często, patrząc na innych, zadaję sobie pytanie: po co on jest aktorem? Ale jest też wielu, o których wiem, dlaczego nimi zostali. Wiem, bo widzę. I cieszę się, kiedy zobaczę wspaniałą rolę, bo myślę, że widownia też czuje to co ja.

Nazwałbyś siebie artystą spełnionym?
Nie czuję się spełniony. Bo chciałbym opowiedzieć wszystko o człowieku. A to jest niemożliwe. A mam taką tęsknotę. Człowiek – to jest najważniejsze i najpiękniejsze.

A bywa najstraszniejsze.
To prawda. Jestem po lekturze książki o Himmlerze, niedługo będę czytać biografię Goebbelsa – to są te straszne głębie. Ale też zupełnie inne głębie mogą występować w kabarecie. Lubię się wygłupiać. Przecież kiedy człowiek jest radosny i szczęśliwy, też jest głęboko. Chaplin jest moim absolutnym idolem. Jestem zakochany w komikach, w klaunach. To jest mój świat.

Cyrk jest ci bliski?
Uwielbiam. Artysta w cyrku jest solą teatru. Zachwycam się cyrkiem. Ale to klaun jest moim najbliższym przyjacielem…

Nie chce ci się płakać, kiedy widzisz klauna?
Tak. Właśnie dlatego.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

  1. Kultura

Josh Hartnett: "Robię coś dla siebie"

Josh Hartnett: Zdecydowanie bliżej mi do osób, które są ciekawe świata, analizują to, co dzieje się dookoła nich, i zastanawiają się nad sensem życia. (Fot. East News)
Josh Hartnett: Zdecydowanie bliżej mi do osób, które są ciekawe świata, analizują to, co dzieje się dookoła nich, i zastanawiają się nad sensem życia. (Fot. East News)
Po „Pearl Harbor” wróżono mu karierę na miarę Leonarda DiCaprio czy Brada Pitta. Warunek był jeden – być posłusznym trybikiem Fabryki Snów. Ale Josh Hartnett poszedł własną drogą. Co zyskał dzięki tej decyzji? Co go kręci w niezależnych produkcjach, jak  film Lecha Majewskiego, który latem można było oglądać w kinach?

Długo Lech Majewski zabiegał o twój udział w swoim filmie?
Żartujesz? To reżyser, u którego zagrałbym drzewo. Kiedy oglądałem jego „Młyn i krzyż”, miałem zawroty głowy. Ten film zachwycił mnie stroną wizualną, grą światła i cienia, genialnym wykorzystaniem efektów specjalnych.

Chyba kokietujesz. Masz przecież na koncie udział w „Helikopterze w ogniu” Ridleya Scotta czy „Pearl Harbor” Michaela Baya, czyli wysokobudżetowych produkcjach wojennych, a zachwycasz się efektami w skromnym filmie artystycznym?
Wykorzystywanie najnowszej technologii w filmach zwykle oznacza, że forma jest w nich ważniejsza niż treść. Majewski dowodzi, że nie musi tak być. Dla mnie to prawdziwy artysta. W czasach, gdy kino traktuje się jak maszynkę do nakręcania emocji, on oferuje powrót do kultury wysokiej. Przypomina mi to trochę czasy, kiedy kino dopiero się rodziło i było postrzegane jako rozrywka dla gawiedzi, w której nie ma miejsca na wartości hołubione przez teatr czy literaturę. Ale dzięki kilku niezłomnym twórcom, jak David Wark Griffith czy Douglas Fairbanks, sztuka filmowa faktycznie stała się sztuką.

Twoja kariera pokazuje, że można łączyć kino komercyjne z artystycznym.
Lech też to dostrzegł. Kiedy spotkaliśmy się w Los Angeles, miałem obawy, czy się dogadamy, jesteśmy w końcu przedstawicielami dwóch różnych kultur. On przesiąknięty jest sztuką Europy, mnie, mimo skandynawskich korzeni, najbliżej do amerykańskiej mentalności. On jest po ASP, ja nie ukończyłem nawet studiów aktorskich, które zacząłem w Nowym Jorku. Mimo tych wszystkich różnic podczas naszego spotkania nie mogliśmy się nagadać. Cały czas pojawiały się nowe tematy.

O czym tak zawzięcie dyskutowaliście?
Okazało się, że mamy podobne fascynacje. Jestem wielkim miłośnikiem filmu „Basquiat – taniec ze śmiercią”, za który odpowiada Julian Schnabel, malarz i reżyser, który obie te sztuki scala na ekranie w niepodrabialny sposób. Lech pracował przy scenariuszu tego filmu, więc miałem okazję poznać kulisy jego powstawania, ale też porównać nasze interpretacje. Najbardziej połączyła nas jednak miłość do „Ośmiu i pół” Felliniego, według mnie filmu wszech czasów...

…któremu Lech Majewski poświęcił obszerną analizę, wydaną w formie książki.
Kiedy tak rozmawialiśmy, miałem wrażenie, jakbyśmy przenieśli się w czasie do lat 30. do jakiejś paryskiej kawiarenki dla bohemy. Lech nie ma potrzeby obnoszenia się ze swoją wiedzą, nie chce zdominować rozmówcy, tylko wciągnąć go w swoją fascynującą podróż po meandrach danego tematu. Wtedy zrozumiałem, dlaczego tak świetnie dogaduje się z Johnem Malkovichem. John też ma podobne usposobienie: nic nikomu nie musi udowadniać, ważniejsza jest dla niego rozmowa niż demonstrowanie, jak rozległe są jego wiedza i zainteresowania. Zawsze chciałem spotkać się z nim na planie, odkąd wystąpiłem u Sofii Coppoli w „Przekleństwach niewinności”.

Nie bardzo rozumiem. Co Malkovich ma wspólnego z „Przekleństwami niewinności”?
Sofia była wtedy żoną Spike’a Jonze’a, który kręcił z Johnem „Być jak John Malkovich”. Nasłuchałem się wtedy, że jest aktorem totalnym i erudytą, który zna się na wszystkim, ale nie daje nikomu odczuć, że ktoś jest przez swój brak wiedzy gorszy. Przekonałem się o tym osobiście, gdy John opowiadał mi o Polsce. Zawstydzało mnie, ile o waszym kraju wie. I rzeczywiście – nie dał mi odczuć, że ja wiem nieporównywalnie mniej. John po prostu dzielił się spostrzeżeniami i refleksjami, co było zupełnie niecodzienne.

Co w tym niecodziennego?
Dziś mało kto tak ze sobą na planie rozmawia. Nie liczy się sam kontakt z drugą osobą, wymiana myśli. Byle jak najszybciej  osiągnąć założone cele. I zrobić na tym biznes, bo dziś wszystko się do tego sprowadza. Z Lechem i Johnem rozmawia się właśnie dla samej przyjemności rozmawiania, z tego się czerpie radość.

Co John mówił ci o Polsce?
Zachwalał jedzenie i… ogrody. Jest nimi zachwycony. Nie wiedziałem wcześniej, że to jego pasja. Mówił, żebym zwrócił uwagę zwłaszcza na przydomowe ogródki, które są kompletnie inne od tych w Kalifornii. To może się wydawać oczywiste, bo przecież różni nas klimat, ale John zwrócił mi uwagę na co innego. Ogrody są jak kręcone w dzisiejszych czasach filmy, także poddają się unifikacji. Nie ma już problemu ze ściąganiem roślin z całego świata i adaptowania ich do lokalnych warunków. A jednak wy się temu trendowi nie poddaliście, jesteście wierni tradycyjnym gatunkom i odmianom roślin.

Pochwały kuchni nie były na wyrost?
John namawiał mnie, żebym spróbował żurku i tych karmelowych cukierków…

Krówek?
Tak! Jedno i drugie ma bardzo specyficzny smak, uzależniający. Byłem już w Polsce na festiwalu Off Camera w Krakowie, gdzie zdążyłem się przekonać o jakości waszej kuchni, ale daleko mi do znawstwa Johna, który ma nawet swoje ulubione restauracje w Polsce. Właściwie to nie wiem, czy jest dziedzina, na której by się nie znał. Wie wszystko o kinie, muzyce, literaturze, jedzeniu, winie, ogrodach. Prawdziwy człowiek renesansu!

Tacy ludzie ci imponują?
Zdecydowanie bliżej mi do osób, które są ciekawe świata, analizują to, co dzieje się dookoła nich, i zastanawiają się nad sensem życia. Mój ojciec, który pracował jako nadzorca budowlany, często żartował, że byłem egzystencjalistą już w wieku 12 lat. Zamiast cieszyć się dzieciństwem jak moi koledzy, chłonąłem książki i filmy, zastanawiając się, jaki jest cel mojego istnienia na Ziemi. Myślę, że potrafiłem wtedy skutecznie zniechęcić do siebie otoczenie [śmiech]!

Chyba przyciągnąć – przecież jeszcze jako dzieciak zacząłeś pojawiać się na ekranie.
Wtedy jeszcze kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi w aktorstwie. Na początku występowałem w reklamach, w których wystarczyło ładnie się uśmiechać. Dopiero kiedy zagrałem w sequelu „Halloween” i zobaczyłem, jaką energię ma Jamie Lee Curtis, zrozumiałem, że wielkim aktorem jest się niezależnie od tego, w czym się gra. Można wystąpić w horrorze i roznosić ekran, a można zagrać w reżyserowanym przez wybitną postać artystycznym filmie i pozostać niezauważonym przez kamerę. Wtedy często zastanawiałem się, czy talent jest czymś, z czym się rodzimy, czy czymś, co musimy wypracować.

Nad tym zastanawia się też twoja postać z „Doliny Bogów”.
John Ecas kocha pisać, szanuje słowo i marzy, by wykorzystywać je do naprawy ludzkości, ale nie może tego realizować bez odpowiedniego mecenatu. Od początku miałem wrażenie, że ta postać ma w sobie sporo z samego Majewskiego, którego zajmują refleksje nad kondycją sztuki i pytania o to, czy artysta może istnieć bez mecenasa. Ecas chciałby, żeby doszło do zamiany miejsc, żeby to on stał się własnym mecenasem i uniezależnił się od ludzi dysponujących pieniędzmi i władzą. Chce zakosztować, jak to jest być nad kimś, uzależniać od siebie.

Bérénice Marlohe i Josh Hartnett w „Dolinie Bogów” w reżyserii Lecha Majewskiego. (Fot. materiały prasowe) Bérénice Marlohe i Josh Hartnett w „Dolinie Bogów” w reżyserii Lecha Majewskiego. (Fot. materiały prasowe)

Rozumiałeś swojego bohatera?
Oczywiście. Myślę, że większość hollywoodzkich aktorów, by się w nim przejrzała. Fabryka snów kocha etykiety. Kiedy wpadniesz do jednego worka, bardzo trudno jest się z niego wydostać. Co z tego, że płyniesz głównym nurtemi szybko i wygodnie, skoro kierunek nie zależy od ciebie, tylko od producentów? Miałem szczęście, bo na samym początku kinowej kariery trafiłem na plany filmów, które odniosły kasowy sukces, wliczając już moje pierwsze większe role we wspomnianym „Halloween – 20 lat później” i „Oni” [oba z 1998 r. – przyp. red.]. I od tamtej pory nie schodziłem z planu. Realizowałem film za filmem, nie miałem chwili dla siebie, wakacji, prywatności. Nie zrozum mnie źle, każdy dzieciak z Kalifornii marzy o takim życiu, ale na taką zmianę trzeba być gotowym.

Ty byłeś gotowy?
Miałem wokół siebie mnóstwo ludzi, którzy dbali o to, żebym nie musiał się troszczyć o grafik dnia, spotkania i znajomych, więc wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. To było bardzo wygodne, ale prowadziło też do absurdów. Wyobrażasz sobie, że kontakt z przyjaciółmi odbywał się przez agentów i asystentów?

Miałem cię właśnie zapytać: „Gdzie jest twój agent?”. Na wywiad z tobą wszedłem sam, nikt mnie do ciebie nie zaprowadził.
Chciałem wreszcie mieć jakiś wpływ na to, co się dzieje w moim życiu. Jeśli dostaję informację, że danego dnia o określonej godzinie we wskazanym miejscu mam wywiad z dziennikarzem, to nie potrzebuję kogoś, kto mnie na niego zaprowadzi za rękę. Tak samo działam przy wywiadach przez telefon – sam dzwonię do mojego rozmówcy. Można, oczywiście, pomyśleć, że to fanaberia rozkapryszonego gwiazdora, ale ja naprawdę w ten sposób czuję, że mam jakąś moc sprawczą i decyzyjność.

To, że wycofałeś się na kilka lat z Hollywood, ma z tym jakiś związek?
Potrzebowałem przerwy od kalifornijskiego słońca i całej tej gorączki Hollywood. Musiałem wyjechać, bo w samym Los Angeles nie możesz tak po prostu trzymać się z boku. Ludzie od razu rozpoznają cię na ulicy, bo nigdzie nie robi się takich kampanii marketingowych jak w Mieście Aniołów – kiedy w kinie grany jest  jakiś hit, ulice toną w plakatach z twoim wizerunkiem. Efekt tego był taki, że zdarzało się, że bałem się wyjść z domu. Czułem się przytłoczony zainteresowaniem przechodniów, choć przecież jestem wielkim facetem. Swoją drogą najbardziej zazdrościłem wtedy niskim, chudym gwiazdorom [śmiech].

Kiedy robisz sobie przerwę od grania, nie ma cię na plakatach. Po co od razu wyjeżdżać?
Teraz kontrakty podpisuje się nie na jeden film, tylko na całą serię. Regularnie pojawiają się w nich klauzule mówiące o tym, że jeśli produkcja odniesie kasowy sukces, aktor zobowiązuje się zagrać w sequelach. Z pracą w Hollywood jest jak z małżeństwem: jak już podpiszesz papierek, musicie być ze sobą na dobre i na złe. Ja potrzebowałem czego innego – takiej wersji przyszłości, w której robię coś dla siebie, a nie wiecznie haruję na sukcesy innych. Odrzuciłem rolę Supermana i skupiłem się na tym, co dzieje się poza wytwórniami w Kalifornii.

Jak wykorzystałeś tę przerwę?
Wróciłem do mojej rodzinnej Minnesoty, złapałem oddech. Oczywiście, media nie krępowały się snuć teorii, że jestem na odwyku, że się leczę, że wypadłem z obiegu. A przecież nie wycofałem się z zawodu. Zacząłem interesować się scenariuszami niezależnych filmów. Wierzyłem, że ich twórcom przydam się jako w miarę rozpoznawalna twarz, a oni podszkolą mnie w graniu, będą mieli na mnie nowe pomysły. I tak się stało – na planie chyba każdego z filmów, w jakich zagrałem, zetknąłem się z nową definicją aktorstwa. W takich produkcjach, które mają małe budżety, a przez to mało dni zdjęciowych, musisz w krótkim czasie dać z siebie wszystko. A pozostały czas wykorzystujesz na wzbogacanie siebie poprzez kontakt z innymi ludźmi i z przyrodą. U mnie wyglądało to tak, że zacząłem jeździć do Europy i zabiegać o projekty, które pozwolą mi odkrywać świat i walczyć o istotne dla mnie idee.

O co walczysz „Doliną Bogów”?
W tym filmie istotne są wątki ekologiczne, ale też poszanowanie dla rdzennej ludności. Dla mnie jedno i drugie ma ogromne znaczenie. Cieszy mnie, że o wierzeniach amerykańskich autochtonów może opowiedzieć Polak i że zdjęcia powstawały [oprócz tytułowej Valley of the Gods w stanie Utah – przyp. red.] w tak skomplikowanym historycznie i etnicznie regionie, jakim jest Śląsk. To miejsce ma w sobie zdecydowanie coś z Doliny Bogów, co pięknie pokazuje, jak wiele mamy wspólnego mimo rzucających się w oczy różnic.

Josh Hartnett, rocznik 1978. Zaczął interesować się aktorstwem po tym, jak kontuzja kolana zakończyła jego karierę futbolisty, Ma na koncie wiele ról filmówych, m.in. w „Czarnej Dalii”, „Apartamencie”, „Zabójczym numerze” czy w serialu „Dom grozy”.

  1. Kultura

Grzegorz Damięcki - aktor "Belfra" i "Watahy" prywatnie

Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było?
Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie.
Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał?
Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił?
Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta...
Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki?
Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor) Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens...
W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem.
Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd?
Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie?
Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną.
Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek.
Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.