1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Film „Dzikie róże”. Wywiad z reżyserką Anną Jadowską

Film „Dzikie róże”. Wywiad z reżyserką Anną Jadowską

Zobacz galerię 7 Zdjęć
„Dzikie róże” to historia kobiety, która musi dokonać bardzo trudnego wyboru życiowego. Jej sytuację dodatkowo komplikuje to, że żyje w małym, prowincjonalnym miasteczku, w którym bardzo trudno jest coś ukryć, a bardzo łatwo zostać osądzonym.

to historia kobiety, która musi dokonać bardzo trudnego wyboru życiowego. Jej sytuację dodatkowo komplikuje to, że żyje w małej, prowincjonalnej miejscowości, w której bardzo trudno jest coś ukryć, a bardzo łatwo zostać osądzonym.

Główna bohaterka Ewa (w tej roli Marta Nieradkiewicz) zmaga się z ogromnym poczuciem samotności. Jej życie wypełnia zajmowanie się domem i dwójką dzieci, a także czekanie na męża (Michał Żurawski), który pracując w Norwegii rzadko przyjeżdża do domu.

Młoda kobieta, chcąc znowu poczuć się kochaną i adorowaną, wplątuje się w romans z nastolatkiem. Niestety za tą chwilę „zapomnienia” przyjdzie zapłacić jej wysoką cenę.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wraca mąż. Podejrzenia, plotki i oskarżenia będą przeplatać się z inną tragedią – na plantacji dzikich róż, gdzie pracuje kobieta zaginie jej 2 letni synek Jasio. Czy chłopiec się odnajdzie? Czy ta rodzina ma szansę przetrwać?

Choć możemy podziwiać na ekranie piękne lato i rodzimą przyrodę to trudno, podczas oglądania filmu, odczuwać choć przez chwilę sielankowość polskiej wsi. Pozorny spokój i wiejska „nuda” podszyte są silnymi emocjami. Problemy i stłumione uczucia bohaterów silniejsze są niż piękno natury. Oni sami mówią niewiele, nie ma rozbudowanych dialogów, które wszystko by wyjaśniły. Częściej słychać świerszcze, szum wiatru czy odgłosy ptaków. Dlatego duże uznanie dla reżyserki za umiejętne zbudowanie napięcia na tle kojącego, wiejskiego krajobrazu. Nie jest to wieś zacofana, do jakiej niegdyś przywykliśmy. To współczesny obraz małej społeczności, która rządzi się swoimi regułami. Ot, historia zdrady, która w dużym mieście nie zrobi już na nikim tak wielkiego wrażenia, w innym środowisku może urosnąć do rangi potwornego czynu. Rozpacz, gniew, nienawiść i powierzchowna religijność, a drugiej strony ludzka życzliwość i solidarność – cała gama uczuć i zachowań świetnie oddanych przez aktorów. Jednak ciężar, który dźwiga główna bohaterka dominuje nad całym obrazem. Szczególnie zaskakujące jest zakończenie filmu. Trudno wcześniej domyślić się co tak naprawdę się wydarzyło…

Przejmujący obraz ukazujący rolę kobiety w społeczeństwie i rodzinie. Rzeczywistość, która wywołuje smutek, ale i daje nadzieję.

 

 

Lubię czuć niepokój. Rozmowa z Anną Jadowską

Twój wcześniejszy film „Teraz ja” był inspirowany artykułem w prasie. Czy „Dzikie róże” to też historia są w jakimś stopniu zaczerpnięta z życia?

Anna Jadowska: Do scenariusza „Dzikich róż” docierałam na różnych poziomach. Zawsze chciałam zrobić film, którego akcja będzie się rozgrywać na plantacji dzikich róż, wychowałam się w miejscowości, która otoczona była takimi polami, bardzo wpisały się one w moją „mapę wewnętrzną”. Najbardziej prozaicznym punktem wyjścia było jednak to, że kiedy zaczynałam pracę nad scenariuszem sama miałam malutkie dziecko i wraz z nim zrodziły się nowe, ambiwalentne uczucia, z którymi chciałam się zmierzyć w tej historii. Wyobrażałam sobie jak to jest nie kochać swojego dziecka albo kiedy nie można go samemu wychować. Potrzebuję mieć mocny emocjonalny, kontakt z tym, co piszę, dlatego postanowiłam wymyślić taką historię, która zmierzy się z moimi strachami. Wtedy też wydarzyła się historia z mamą Madzi, którą bardzo przeżyłam. Nie chciałam jednak robić społecznej historii, wolałam się skupić na bohaterce. Pokazać kobietę, którą nie do końca da się lubić, która jest w momencie bardzo powolnego wykluwania się, dojrzewania do podejmowania własnych decyzji, czytania swoich emocji. Myślę, że 90 procent polskich kobiet poza Warszawą i dużymi miastami żyje w takiej szklanej pułapce, ograniczone tym, czego się od nich wymaga, czego chce kościół, rodzina, mała społeczność. To naprawdę wąska klatka.

Wyszłaś więc od swojej własnej historii.

Kiedy obejrzałam pierwszą okładkę filmu – bo montażystka robiła ją beze mnie – zdałam sobie sprawę jak dużo sama włożyłam do tej opowieści. Wychowałam się w podobnym modelu, co bohaterka: mieszkałam z bardzo silną babcią i mamą, w gronie dwóch kobiet. To podobny rodzaj energii, bardzo silnej, ciasnej, ograniczającej miłości i strachu przed tym, że ktoś może być trochę inny. Niezgoda na tę inność, a jednocześnie ciekawość. Z tego wyrastam.

Są też konkretne sprawy, na przykład wianek na komunii, który nosi córka bohaterki. To przydarzyło się mnie. Wszystkie dziewczynki nosiły plastikowe wianki, a moja mama wymyśliła, żebym ja miała wianek z prawdziwych kwiatków, co było wtedy dla mnie totalnym obciachem i największym dramatem.

W przypadku obojga bohaterów widzimy dość typowy podział ról: mężczyzna wybiera między pracą a dobrym kontaktem z dziećmi, spędzaniem z nimi czasu – a kobieta poświęca się rodzinie, rezygnując z życia zawodowego. Czy myślisz, że to świadoma decyzja bohaterów, czy raczej sytuacja wpycha ich na takie tory? Robią po prostu to, co inni.

Myślę, że nie są to świadome wybory. O takich rzeczach decyduje się bardzo wcześnie, w wieku dwudziestu lat, więc trudno tu mówić o dojrzałej świadomości. Podąża się za pewnymi kanonami i rzadko kto w takich małych społecznościach poza takie rozwiązania życiowe wychodzi. Raczej jest to kanał, w który się wpada, do którego jest się formatowanym. Nie ma w tym oczywiście nic złego, dopóki to nie kłoci się z głosem wewnętrznym. Jeśli natomiast ten głos wewnętrzny jest zagłuszany i człowiek zmusza się do mechaniczno-robotycznego wypełniania obowiązków, to myślę, że blisko już do stanów depresyjnych i lękowych - życia nie własnym życiem.

No właśnie, odbieram bohaterkę jako kobietę bardzo samotną wśród ludzi. Osoby z otoczenia: matka i przyjaciółka chcą jej pomóc. Tylko nie bardzo wiedzą jak.

Jest na pewno bardzo samotna, bo nikt jej nie nauczył, jak to jest dzielić swoje życie z drugą osobą. Jest bardzo wrażliwa, wrażliwsza, niż wszyscy wokół. Mocniej odbiera bodźcie. Była dzieckiem innym, niż reszta. Mama musiała ją bardzo mocno zamykać w ramy, żeby ją w ten sposób uciszyć, ale to też nie do końca się udało. Ona chce się z tej klatki wyrwać, ale nie ma do tego narzędzi, bo zostały jej odebrane. Robi więc fałszywe kroki, które jej nie budują, a raczej są autodestrukcyjne. Oddała się zupełnie potrzebom swoich dzieci i zbudowaniu domu. A mąż wyjeżdża i wraca, nie buduje z nią ani rodziny ani domu. Za to matka jest nieodłączną częścią jej życia. Mówi się, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Rodzina, o której opowiadam, jest właśnie przykładem takiego nieporozumienia, rozszczepienia tkanki, która teoretycznie powinna łączyć, a tak naprawdę nigdy się nie zbudowała, bo nie miała na to szansy.

Dzieci nie widzą taty prawie wcale, czekają na niego miesiącami.

Tak, są zatrzymane między władzą mamy i babci. Nie wiadomo kto tam tak naprawdę podejmuje decyzje. Ewa jest w stosunku do swojej matki bardzo wycofana, podległa jej, nie oderwała się jeszcze od matki, nie weszła w dorosłość. Myślę teoretycznie, że po wydarzeniach opisanych w filmie zrobi jednak ten pierwszy krok, żeby wyjść poza funkcjonujący do tej pory schemat.

W „Dzikich różach” postacie są bardzo wyraziste. Jak pracujesz z aktorami? Pozwalasz im na improwizację czy trzymasz się ściśle scenariusza?

Różnie. Tutaj akurat, w porównaniu do tego, co robiłam wcześniej, trzymaliśmy się dość mocno scenariusza. Napisałam go dla Marty Nieradkiewicz. Po pracy w serialu, gdzie liczy się przede wszystkim czas, i zawsze brakuje go na pracę z aktorem, chciałam stworzyć sobie inne warunki. A z Martą już pracowałam, pewne sprawy mamy wyjaśnione. Mam też wrażenie, że podobnie widzimy świat i odbieramy pewne rzeczy, więc sama sobie ułatwiłam zadanie. Moim zdaniem to wyjątkowa aktorka o niesamowitej otwartości. Oddaje się zupełnie roli, czasem miałam wrażenie, że pracuje sama ze sobą.

A inni aktorzy?

Zawsze wymaga to pracy, żmudnego powtarzania - niczego więcej. Michał Żurawski był bardzo zdziwiony, że na planie jest tak wiele kobiet. I ta energia przełożyła się na jego pracę. Bardzo lubił wszystkie sceny poszukiwań, wkładanie w pracę wysiłku fizycznego, lubił porządnie się zmęczyć, przebiec się po polu róż w tę i z powrotem. Wtedy czuł, że rzeczywiście zrobił coś dobrego, dał coś z siebie.

Z kolei dziewczynka, ich filmowa córka, to bardzo mocna osoba. Czasem na mnie krzyknęła, bo obiecywałam, że robimy ostatni dubel, a potem prosiłam jednak o powtórkę. Protestowała: „Nie będę grała!”. Po prostu ma charakter. A najmłodszy bohater, Jaś – do jego roli mieliśmy na planie bliźniaki. Marta miała z nimi bardzo dobry kontakt, szczególnie z jednym. Kiedy przychodziła, wyciągał do niej ręce i scena była zaraz zrobiona. Więc nie czuję, żebym robiła jakieś specjalne rzeczy z aktorami, myślę, że po prostu z nimi pracuję, nie mam metody.

Wspomniałaś, że Michał Żurawski zwrócił uwagę na liczbę kobiet na planie. I znów pojawia się to okropne hasło „kina kobiecego”.

To określenie to infantylizowanie tego, co robią kobiety. Wiadomo, o co chodzi: ktoś płacze, patrzy smutno przez okno itp. Jestem kobietą, widzę świat z perspektywy kobiety. Myślę, że kobieca bohaterka, i z miasta i ze wsi, nie jest w ogóle reprezentowana w kinie polskim, a jeśli już, to w bardzo małym wymiarze. Dlaczego nikt nie mówi o kinie męskim? Nie podobają mi się kobiety w kinie kręconym przez mężczyzn. Bardzo często zdarza się, że pojawiają się tylko w aspekcie seksualnym. Wiadomo, że zaraz zdejmą bluzkę.

Uciekasz od klasycznych konstrukcji dramaturgicznych w coś dla widza mniej oczywistego: dialog z nim, niedopowiedzenie. Co w takiej narracji jest dla reżysera najtrudniejsze?

Sama piszę, co jest bardzo trudne, bo nie mam ściany od której bym się odbijała. W przypadku tego scenariusza weryfikowałam go najpierw z producentami: Izą Igel i Romanem Jaroszem, potem przeszłam przez warsztat Scripteast, gdzie byli zagraniczni tutorzy – doradcy scenariuszowi. Wśród nich Tom Abrams, scenarzysta ze Stanów Zjednoczonych i Peter Webber, który zrobił „Dziewczynę w perłą”. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo obejrzałam ten scenariusz z drugiej strony, ich oczami. Ale pomagał mi też Andrzej Mellin, profesor ze Szkoły Filmowej w Łodzi, który kończył ze mną ten scenariusz. Jego uwagi bardzo mnie bolały, były niewygodne, ale pomogły mi wyjść poza strefę komfortu i przeniosły w rejony, do których sama bym nie doszła. O to chyba chodzi. To było bardzo cenne.

Co jest w takiej pracy najważniejsze?

Myślę, że każda historia powinna mieć swoją formę. Dyktuje ją bohater, przebieg akcji. Trudno mi powiedzieć jak to się dzieje, ale najczęściej zaczynam pracę nad opowieścią od tego, że wyobrażam sobie jej kształt. Z jakich elementów się składa. Dopiero potem czymś to wypełniam. Teraz piszę nowy scenariusz i zaczęłam właśnie od formy. Oparty jest na autentycznej historii kobiety, która napadła na bank. Najbardziej dojmujące jest to, że ze swoimi problemami była zupełnie sama.

Skupiam się więc na bohaterce, nikogo innego w tej historii nie ma. Podobnie było w „Dzikich różach”. Bohaterka jest bierna, wycofana – chciałam sprowadzić jej życie do mikroelementów, do drobnych rzeczy, bardzo delikatnych emocji. Wszystkiego, co dzieje się pod powierzchnią wydarzeń. Nikt tam nie wyraża tego, co czuje, prawdziwe emocje wychodzą dopiero wtedy, kiedy staje się coś, co przekracza wyobrażenie bohaterów o normalności.

Nie wierzę do końca w arystotelesowską formułę dwóch punktów zwrotnych. Myślę, że jest wiele różnych struktur dramatycznych i literatura nam to pokazuje. Film jest oczywiście prostszy. Ja sama lubię czuć niepokój w tym co robię. Jest to też mniej przewidywalne, zaskakuje i trafia do widza na innym poziomie.

Czy obserwując siebie na przestrzeni lat zauważyłaś, że jakieś tematy stały ci się bliższe, a inne może się wypaliły, wyczerpały? Zmieniło się twoje podejście do kina i pracy?

Kiedyś miałam potrzebę humoru, czarnego w moim przypadku. A w „Dzikich róż” tego humoru w ogóle nie ma, historia jest naprawdę dramatyczna. Niewiele jest momentów oddechu, które stawiałyby wobec niej nawias. Można więc powiedzieć, że poważnieję, nie wiem z czym to jest związane. Najchętniej robiłabym eksperymentalne filmy. Choć prywatnie lubię różne rzeczy, na przykład stare kino i musicale. W nowym kinie cenię poszukiwania. Coś, co jest nierówne, co zadaje pytania, ale nie szuka łatwych odpowiedzi. W Polsce niewiele takich rzeczy się dzieje w kinie, dużo za to w teatrze. Można dlatego, że to inna forma wypowiedzi, łatwiej rezonująca z rzeczywistością.

Ostatnio bardzo mnie poruszył spektakl „Wszystko o mojej matce” w reżyserii Michała Borczucha ze Starej łaźni. Wyjątkowa rzecz o charakterze brudnopisu, nieszablonowego zapisu, a jednocześnie bardzo wzruszająca i mocna.

Rozmawiała Aleksandra Różdzyńska

Anna Jadowska – urodzona w 1973 roku polska scenarzystka i reżyserka, studiowała reżyserię w Szkole Filmowej w Łodzi i Szkole Wajdy. Brała też udział w międzynarodowych warsztatach filmowych Ex Oriente i EAVE. W której dorobku znajdują telewizyjne i kinowe filmy dokumentalne i fabularne.

Jej debiutem był film „Dotknij mnie” (2003), nagrodzony m. in. Nagrodą Główną w Konkursie Kina Niezależnego na Festiwalu Filmowym w Gdyni i Złotą Kaczką dla najlepszego filmu offowego.

Następnie wyreżyserowała obraz „Teraz ja” (2004), również nagrodzony na Festiwalu Filmowym w Gdyni, za debiut reżyserski w Konkursie głównym i, również za reżyserię, na targach filmowych CentEast, organizowanych w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Ostatni dokument Jadowskiej, „Trzy kobiety” (2013) wygrał nagrodę Magic Hour Award na Planete + Doc Film Festival w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.