1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Meryl Streep. Z Oscarem jej do twarzy

Meryl Streep. Z Oscarem jej do twarzy

Meryl Streep z Oscarem za rolę w filmie
Meryl Streep z Oscarem za rolę w filmie "Żelazna dama", 2012 rok. (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Nie przewróciło jej w głowie 20 nominacji do Oscara i 30 do Złotych Globów. Meryl Streep, uznawana za najwybitniejszą współczesną aktorkę, przyjmuje hołdy Hollywood, ale od filmowego światka woli życie rodzinne na farmie w Connecticut.

To jedna z najbardziej przereklamowanych aktorek – uznał Donald Trump, gdy na rozdaniu Złotych Globów Streep, nie wymieniając go z nazwiska, stanęła w obronie imigrantów, mniejszości i wolnej prasy.

Meryl Streep – dziś gwiazda pierwszej wielkości – kontrowersje budzi nie po raz pierwszy. W latach 80., na początku jej kariery, królowała metoda Strasberga czy – jak powiedziałby Europejczyk – Stanisławskiego, wymagająca od aktora budowania psychologicznego autentyzmu na bazie wspomnień i doświadczeń, poddania się instynktom, czerpania z podświadomości oraz grania całym sobą od palca u nogi po czubek głowy. Tymczasem Meryl bardziej ceniła warsztat niż natchnienie. Zamiast – jak kazał ulegający podszeptom Freuda Strasberg – szukać prawdy w trzewiach, szukała jej w mózgu. Logicznie i konsekwentnie budowała postać od zera, uważała, że niedopowiedzenie miewa czasem większy ładunek emocji niż wykładanie kawy na ławę. Zwolennicy metody, próbując uciec od sztampy, zabrnęli w kolejną. Streep to nie pasowało. Niektórzy widzieli w wirtuozerii aktorki pedanterię i – podobnie jak do pierwszej damy kina francuskiego Catherine Deneuve – przylgnęła do niej etykietka oziębłej.

Blondynka mimo woli

Ze szczególnym okrucieństwem pastwiła się nad Meryl Pauline Kael, krytyczka „New Yorkera”, będącego biblią inteligencji Wschodniego Wybrzeża. „Jest wyblakła i lodowata” – pisała po obejrzeniu „Kochanicy Francuza”, czyli filmu, za który Streep dostała trzecią nominację do Oscara. Kiedy aktorka trafiła na okładkę „Newsweeka” po odebraniu nagrody Akademii Filmowej za „Sprawę Kramerów”, Kael wysmażyła cały felieton „Gwiazda na lata 80.”, oceniając: „Rzemiosło nie wystarcza. Bohaterka jest nam kompletnie obojętna. Widzowi pozostaje tylko obserwowanie z dystansu aptekarskiej skrupulatności Streep w odmierzaniu środków wyrazu”.

https://www.instagram.com/p/Be9Elg8leR0/

Najczęściej cytowany w książkach i artykułach prasowych o aktorce zarzut Kael pochodzi z recenzji „Wyboru Zofii”. Brzmiał tak: „Po wyjściu z kina bezskutecznie próbowałam sobie uświadomić, jaka jest od szyi w dół”, ale dziennikarze na ogół przytaczają go błędnie: „Nie potrafi grać od szyi w dół”, pewnie dlatego, że tak brzmi bardziej złośliwie. Tymczasem spostrzeżenie pani krytyk po pierwsze sugerowało, że nie mogła oderwać oczu od twarzy Meryl. A po drugie, zawierało ziarno prawdy.

Rozpoczynając karierę filmową, Streep nie przypominała hollywoodzkiej seksbomby z lat 40. i 50. ani modnego dekadę później typu kociaka. Trudno orzec, czy była piękna, czy przeciętna, bo umiała być i taka, i taka. W blasku rampy wyglądała jak alabastrowy posąg. Przy subtelniejszym oświetleniu jej rysy wyostrzały się, nabierały charakteru. Kiedy otwierała usta, wiedzieliśmy, że za słowami kryje się nie tylko zawarta w nich myśl, lecz także całe kłębowisko innych myśli. Była antytezą dowcipów o blondynkach.

Parę lat temu organizatorzy benefisu aktorki wygrzebali jej kręcone przez mamę filmiki z dzieciństwa. Mała Meryl w okularach stroiła do kamery poważne miny, a duża wyjaśniła, że przebieranie się i udawanie dorosłych kobiet były jej ulubionymi zabawami. Wkrótce zrozumiała, że okulary oraz babcine sweterki nie zapewniają przychylności rówieśników. Odkryła, jakie wrażenie na chłopcach wywołuje rozjaśnianie włosów perhydrolem, poprosiła rodziców o szkła kontaktowe, została cheerleaderką, a potem – realizując marzenie każdej amerykańskiej nastolatki – królową balu maturalnego.

Ale status szkolnej piękności traktowała z przymrużeniem oka. „Swój wizerunek opracowała na podstawie zdjęć z magazynów "Seventeen" i "Cosmopolitan"; ćwiczyła przed lustrem zalotny chichot – pisze autor wydanej rok temu biografii Streep "Meryl Streep. Znowu ona!" Michael Schulman. – Tytuł królowej maturzystek stanowił coś w rodzaju Oscara za najlepszą kreację kobiecą”.

https://www.instagram.com/p/BpsWebUHn_j/

Również wszystkie jej późniejsze role seksownych blondynek były pastiszami. W „Diablicy” zagrała narcystyczną, rozkapryszoną autorkę romansów, która bez skrupułów kradnie męża szarej domowej myszce. A w ośmieszającej hollywoodzki kult młodości czarnej komedii Roberta Zemeckisa „Ze śmiercią jej do twarzy” trzymała pod pantoflem samego Bruce’a Willisa.

Być jak Robert De Niro

Pierwsi poznali się na talencie Meryl rodzice. Kiedy miała 12 lat, zapisali ją na lekcje śpiewu operowego do słynnej Estelle Liebing, co nie było najlepszym pomysłem. Jednak aktorka twórczo wykorzystała również i to doświadczenie w pokazywanej nie tak dawno komedii „Boska Florence”. Tytułowa milionerka przekonana, że pięknie śpiewa, dawała w dwudziestoleciu międzywojennym kultowe recitale, podczas których ofiarą padały nuty, tonacje i tempa dobijane absurdalną interpretacją, kiepską dykcją, antychoreografią, tudzież monstrualnymi strojami. Streep fałszuje, drobi pokracznie po scenie, potyka się o falbany i treny kongenialnie, by na koniec wzruszyć, bo Florence brakowało zdolności, ale miała podatną na zranienie delikatną duszę prawdziwej artystki.

Plastyczka Mary i dyrektor firmy farmaceutycznej William Streepowie nie narzekali na brak pieniędzy. Zadbali, by córka studiowała w jednej z czołowych humanistycznych uczelni w kraju – Vassar College. Tam w 1969 roku wystąpiła w sztuce Augusta Strindberga „Panna Julia”, stała się sensacją sezonu, a jej profesor stwierdził: „Nie sądzę, by ktokolwiek mógł uczyć Meryl gry aktorskiej. Nauczyła się sama”.

Podczas studiów magisterskich w Szkole Dramatycznej Yale grała w kilkunastu spektaklach rocznie, dorabiając jako kelnerka i maszynistka. Dostała wrzodów żołądka, myślała, czy nie przenieść się na prawo, bo zbrzydły jej metody wyznawców „metody”, zwłaszcza współzałożyciela Actors Studio Roberta Lewisa. Według Kariny Longworth, autorki książki o Streep z 2014 roku „Anatomy of an Actor”, dziewczyna uważała, że „ćwiczenia oparte na ingerowaniu w najintymniejsze sfery życia są odrażające”.

W 1975 roku z dyplomem w kieszeni wróciła do rodzinnego New Jersey, by po krótkich wakacjach u rodziców przeprowadzić się za rzekę, gdzie płonęły światła Broadwayu. Tam wziął ją pod skrzydła legendarny producent i reżyser sztuk Szekspira Joseph Papp. Zagrała w „Henryku V” i „Poskromieniu złośnicy” z Raúlem Julią, a podczas prób „Miarki za miarkę” zakochała się w starszym o 14 lat Johnie Cazale’u – najbardziej znanym z roli Fredo w „Ojcu chrzestnym”.

Zamieszkali razem, zaręczyli się. Rok później okazało się, że John ma raka płuc. Właśnie z tego powodu reżyser Michael Cimino zmienił kolejność kręcenia scen „Łowcy jeleni”. Cazale nie doczekał końca zdjęć.

Meryl swojej przełomowej roli w tym filmie nie zawdzięczała narzeczonemu, tylko Robertowi De Niro. Ubóstwiała go od czasu obejrzenia „Taksówkarza”, po wyjściu z kina stwierdziła: „Kiedy dorosnę, chcę być takim aktorem jak on!”. A 33-letni gwiazdor zobaczył Streep na Broadwayu w „Wiśniowym sadzie” Czechowa, odwzajemnił zawodowy podziw i przycisnął Cimino.

https://www.instagram.com/p/Bknp6oqgQSO/

Rola „nijakiej, przeciętnej” (jak odnotował scenarzysta Deric Washburn) dziewczyny Nicka (Christopher Walken) Lindy przyniosła aktorce pierwszą nominację do Oscara, chociaż z teatru zrezygnowała tylko dlatego, by nie rozstawać się z Johnem. Pielęgnowała go do ostatnich chwil, przez kilka tygodni prawie nie wychodziła ze szpitala.

„Nigdy nie widziałem takiego poświęcenia – wspominał De Niro w rozmowie z brytyjskim "Daily Telegraph". – Kochała Johna bezgranicznie”. Aktorka jeszcze niedawno powiedziała Karinie Longworth: „Nigdy nie pogodziłam się ze śmiercią Johna i nie chcę. Ten ból cały czas tkwi w zakątku świadomości, jest częścią mnie, ale umiałam go oswoić, nie urósł do rozmiarów obsesji”.

Nowy Jork nie zna litości. Po śmierci Cazale’a Meryl musiała wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania. I dzięki temu... spotkała mężczyznę, z którym żyje do dziś.

Wszystko, co najcenniejsze

Kolega jej brata, 31-letni rzeźbiarz Don Gummer, wyjeżdżał akurat do Europy, więc pozwolił dziewczynie mieszkać w swoim manhattańskim apartamencie, póki nie znajdzie czegoś na stałe. Kiedy wrócił i poznał sublokatorkę bliżej, już nie chciał jej wypuścić. „Meryl bardzo cierpiała, próbowałem ją pocieszać i szybko zorientowałem się, że jestem zakochany po uszy” – mówił w jednym z wywiadów.

Zaczęła się historia miłosna równie niezwykła w środowisku filmowym jak 20 nominacji do Oscara czy utrzymanie statusu gwiazdy przez cztery dekady. Don i Meryl wzięli ślub we wrześniu 1978 r. Jej matka była przerażona. Uważała, że Meryl podjęła decyzję impulsywnie, by zagłuszyć rozpacz. Tymczasem małżeństwo przetrwało 77 filmów i kilkanaście – wyłącznie ekranowych – romansów, m.in. z: Dustinem Hoffmanem („Sprawa Kramerów”), Jeremym Ironsem („Kochanica Francuza”), Kevinem Kline’em i Peterem MacNicolem („Wybór Zofii”), Samem Neillem („Obfitość”), Robertem Redfordem („Pożegnanie z Afryką”), Jackiem Nicholsonem („Zgaga”, „Chwasty”), Dennisem Quaidem („Pocztówki znad krawędzi”), Clintem Eastwoodem („Co się wydarzyło w Madison County”), Alekiem Baldwinem i Steve’em Martinem („To skomplikowane”).

https://www.instagram.com/p/B9Z9MXnnSsE/

W 2012 roku, odbierając Oscara za „Żelazną Damę”, aktorka stwierdziła: „Najpierw podziękuję Donowi, bo jak dziękujesz mężowi na końcu, to zagłuszają to muzyką. A chcę, by wiedział, że dał mi wszystko, co uważam za najcenniejsze w życiu”. Streep urodziła syna Henry’ego i trzy córki, które wyglądają jak mama. Louise jest modelką pozującą w reklamach Diora, sesjach dla „Vanity Fair” oraz „Glamour”, Mamie i Grace wybrały aktorstwo. Henry początkowo grał na gitarze w nowojorskiej kapeli indiepopowej Bravo Silva. Od 2009 roku robi karierę solową, najnowszy album „Asilomar” wydał dwa lata temu. Zaśpiewał w „Julie i Julii”, jego piosenka pojawia się też na ścieżce dźwiękowej „Nigdy nie jest za późno”, w którym u boku Meryl po raz trzeci wystąpiła Mamie.

Na czym polega tajemnica małżeńskiego sukcesu? „Dajemy sobie wzajemnie dużo luzu – wyjaśniała aktorka w wywiadzie dla "The Independent". – On lubi golfa i nawet nie chce słyszeć o teatrze, który ja uwielbiam. Jesteśmy inni, cieszy nas to i nie wchodzimy sobie w paradę”.

Z Nowego Jorku do Connecticut wyprowadzili się w 1985 roku, gdy mieli już Henry’ego i Mamie oraz pieniądze na prywatną posiadłość (1,8 miliona dolarów). Pięć lat później kupili za trzy miliony dom w Brentwood, eleganckiej dzielnicy Los Angeles, gdzie mieszkają m.in. Arnold Schwarzenegger, Giselle Bundchen z Tomem Bradym i LeBron James, ale tylko dlatego, że tak było wygodniej – po pracy Meryl wracała na kolację do męża i dzieci. Kiedy podrosły, powiedziała „dość”. Mimo że Donowi Los Angeles się podobało, bo galerii i kolegów artystów było prawie tyle co w Nowym Jorku, a poza tym przez cały rok mógł pracować na dworze. Dla Streep cztery lata spędzone w stolicy filmowego biznesu nie były katorgą, raczej zawracaniem głowy. Kiedy się tam mieszka, trzeba chodzić na gale, ceremonie, bankiety, przyjęcia, do każdego się uśmiechnąć, prowadzić pogaduszki o niczym ze świadomością, że cały czas jesteś obserwowany, nikt nie prawi ci komplementów bezinteresownie, nawet jeśli na nie zasługujesz.

Kobiety sikają inaczej

Meryl nie mierzy życiowych osiągnięć kryteriami zawodowymi. Kocha to, co robi, lubi być doceniana i podziwiana, ale kiedy myśli o przeszłości, nasuwają jej się wyłącznie wspomnienia rodzinne. „Zwykle odrzucałam propozycje, które wymagały długich zagranicznych wyjazdów – opowiada. – Jestem szczęśliwa, że mam pracę, która umożliwiała spędzanie z bliskimi więcej czasu niż dwa tygodnie sierpnia, i robienie sobie po każdym porodzie rocznej przerwy” [w USA nie istnieją urlopy macierzyńskie – przyp. red.].

Gwiazda twierdzi, że wbrew stereotypom tak samo ustawia priorytety wiele znanych aktorek: „Dla facetów wszystko, co robią, jest rywalizacją (który dalej siknie), ciągłym liczeniem punktów (Zdobyłem dziesięć na dziesięć czy może tylko dziewięć?). My, kobiety, sikamy inaczej”. Choć może przebierać w rolach, denerwuje ją, że hollywoodzki moloch nieustannie żąda świeżej krwi i większość pań po trzydziestce przestaje być atrakcyjna dla producentów. Przemawiając na rozdaniu nagród Gildii Aktorów Ekranowych w 1990 roku, stwierdziła, że w wytwórniach siedzą „chciwi głupcy, którzy nigdy nie zatrudnią aktorki przypominającej im pierwszą żonę”. Opinię tę podtrzymuje. Uważa, że wciąż dostaje propozycje nie tyle ze względu na talent, ile raczej na zdolność generowania zysków. Krytycy wprawdzie mieli do niej pretensje, że zagrała w „dziewczyńskiej” komedii „Mamma Mia!” (2008), ale film z budżetem 52 milionów dolarów zarobił 610 milionów.

https://www.instagram.com/p/BmTYudglmoy/

Streep jest nowoczesna nie tylko w poglądach na małżeństwo. Identyfikuje się z Nową Lewicą, czyli ruchem, który powstał w latach 60. XX w. pod wpływem protestów przeciw wojnie wietnamskiej, walki o równouprawnienie czarnych i kobiet oraz rebelii hipisów. Później część młodych buntowników, by obalić establishment od środka, poszła w politykę i ostatecznie stała się jego częścią. Jak Hillary Clinton.

Meryl popierała byłą sekretarz stanu nie tylko w zmaganiach z Trumpem, ale także z kandydatem do prezydenckiej nominacji demokratów Berniem Sandersem, który akurat pozostał wierny ideałom radykalnej młodości. Co zabawne, przemawiając na Krajowej Konwencji Demokratów w lipcu 2016 r., Streep używała takich samych chwytów oratorskich, min i gestów jak Hillary. Trudno powiedzieć, czy robiła to świadomie, czy zadziałał jej niezawodny instynkt aktorski, w każdym razie zdawało się, że oglądamy kandydatkę we własnej osobie.

Trudno wskazać aktorkę, która potrafiłaby równie perfekcyjne wykreować postać mającą pierwowzór z krwi i kości. Meryl przeistaczała się bez reszty w premier Margaret Thatcher, demoniczną naczelną „Vogue’a” Annę Wintour, mistrzynię kuchni Julię Child, działaczkę związkową Karen Silkwood czy Australijkę Lindy Chamberlain niesłusznie oskarżoną o zamordowanie dziewięciomiesięcznej córeczki.

Znakiem firmowym gwiazdy jest niesamowity dar naśladowania akcentów. Polskiego („Wybór Zofii”) nauczyła się od Elżbiety Czyżewskiej. Irlandką została na potrzeby „Chwastów” i „Dancing at Lughnasa”. Włoskim posługiwała się w „Co się wydarzyło w Madison County”. Duńskim oczarowała publiczność jako Karen Blixen („Pożegnanie z Afryką”). O jej oksfordzkiej wymowie z „Żelaznej Damy” zachwycony krytyk „Guardiana” Xan Brooks pisał: „Arcydzieło mimikry!”.

Haniebne nadużywanie władzy

W kraju, gdzie banknoty oznajmiają: „Pokładamy ufność w Bogu”, prezydenci składają przysięgę na Biblię, zaś ateizm jest synonimem moralnej zgnilizny, aktorka otwarcie przyznaje, że religia to nie jej bajka. I żałuje swojej laickości. Dorastając w New Jersey, często chodziła z koleżankami na niedzielne msze, bo pociągał ją „duchowy ład oferowany przez Kościół”. „Nie potrafię uwierzyć w sens modlitwy czy w to, że nasze losy kształtuje siła nadprzyrodzona – powiedziała dziewięć lat temu "The Sunday Telegraph". – Dla myślącego, czującego, marzącego człowieka czymś potwornym jest wyrzucenie poza nawias tej sfery”. Jak w takim razie znajduje pocieszenie? „Nie wiem, czy go potrzebuję. Wierzę w miłość, nadzieję, optymizm, które są tak zwykłe i magiczne równocześnie. Nie umiem powiedzieć, skąd się biorą. Ani skąd biorą się ci, którzy chcą innym robić krzywdę”.

https://www.instagram.com/p/B16xr7FHFRD/

Każdy szanujący się hollywoodzki aktor z czymś walczy – z wycinką puszczy amazońskiej, samochodami na benzynę, łowieniem wielorybów, cukrzycą – na plakatach, w reklamówkach, wywiadach. Streep, zamiast epatować wizerunkiem, woli działać. Własnoręcznie napisała 535 listów do członków Kongresu, by przedłużyli termin ratyfikowania konstytucyjnej poprawki o równouprawnieniu płci. Dzięki jej zakulisowym naciskom na możnych tego świata broniąca praw reprodukcyjnych kobiet organizacja CRR dostała więcej pieniędzy, niż o to prosiła. Meryl jako jedna z pierwszych gwiazd potępiła publicznie producenta Harveya Weinsteina, który przez dekady molestował swoje podwładne i znane aktorki. Pokreśliła, że wbrew sensacyjnym doniesieniom mediów bynajmniej nie wszyscy ludzie w branży rozrywkowej wiedzieli o „haniebnym nadużywaniu przez Weinsteina władzy”. Na przykład ona nie wiedziała, bo gdyby było inaczej, protestowałaby już dawno temu. Podkreśliła, że biznes filmowy pozostaje „piaskownicą chłopców tak samo jak Senat, Izba Reprezentantów, rady nadzorcze korporacji”.

W „Czwartej władzy” Stevena Spielberga aktorka gra Katharine Graham, legendarną wydawczynię dziennika „The Washington Post”, który w 1971 r. ujawnił tajne raporty o sytuacji w Wietnamie zwane dokumentami Pentagonu (Pentagon Papers), a dowodzące, że rząd kłamie. Próby wstrzymania publikacji zawiodły. Choć szef kampanii wyborczej Richarda Nixona John Mitchell ostrzegał Graham, że „wkręci sobie cycki w wyżymaczkę”, wydawczyni poleciła drukować informacje naruszające – według administracji – bezpieczeństwo państwa. Wbrew sądowemu zakazowi i w momencie, gdy gazeta wchodziła na giełdę. Ostatecznie Sąd Najwyższy uznał, że miała do tego prawo na mocy konstytucyjnej klauzuli o wolności słowa. A dziennik nagłośnił wkrótce potem aferę Watergate, która zmusiła Nixona do ustąpienia.

https://www.instagram.com/p/BwaG1gOnoK6/

Zatrudniony przez Spielberga jako konsultant były publicysta „The Washington Post” Richard Cohen powiedział reporterom, że obserwując aktorkę na planie, przecierał oczy ze zdumienia, tak genialnie wcieliła się w jego dawną szefową. „Po zakończeniu jednej ze scen podszedłem do niej i poprosiłem o podwyżkę – mówi Cohen. – A ona zareagowała identycznie, jak zrobiłaby to Kay: "Zapomnij!".

Meryl Streep, amerykańska aktorka filmowa i teatralna. Urodziła się w 1949 roku, w 1971 roku zadebiutowała na scenie, sześć lat później na dużym ekranie – w filmie „Julia” Freda Zinnemanna. Zaledwie rok potem uhonorowano ją pierwszą nominacją do Oscara za rolę w „Łowcy jeleni” Michaela Cimina. Od ponad 40 lat jest żoną Dona Gummera, mają syna i trzy córki.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w nowej stacji. Jednym z prowadzących Marek Niedźwiecki

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
"Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, "Nie pytaj o Polskę" Republiki, a może "Autobiografia" Perfectu? Kto w tym roku zajmie pierwsze miejsce? Tego dowiemy się już 3 maja, tym razem jednak nie w "Trójce", a na antenie Radia 357. 

Polski Top Wszech Czasów nadawany od 2008 roku w każdą majówkę przez III Program Polskiego Radia, przenosi się do innej stacji. W tym roku audycję po raz pierwszy usłyszymy na antenie Radia 357, rozgłośni założonej z inicjatywy byłych dziennikarzy "Trójki".

Lista będąca zestawieniem najlepszych polskich piosenek układana jest na podstawie głosów słuchaczy. Tegoroczne głosowanie odbyło się jednak w zupełnie innej niż dotychczas formie, a mianowicie za pośrednictwem kartek pocztowych.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Radio 357 (@radio_357)

Pierwszy Polski Top Wszech Czasów zagra na antenie Radia 357 w poniedziałek 3 maja w godzinach 9.00 – 21.00. Notowanie zaprezentują Marek Niedźwiecki, Marcin Łukawski i Piotr Stelmach.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.

  1. Kultura

Carlos Ruiz Zafón: "Zazdroszczę umiejętności zapominania"

Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy.
 (Fot. materiały prasowe)
Carlos Ruiz Zafón. Jego powieść „Cień wiatru” została przetłumaczona na ponad 30 języków, opublikowana w 45 krajach i sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Swoim powieścią „Cień wiatru” oczarował cały świat. Książka ta stała się fenomenem współczesnej literatury i została sprzedana w ponad 14 milionach egzemplarzy. Carlos Ruiz Zafón zmarł przedwcześnie w zeszłym roku. Niebawem ukaże się jego ostatnia książka „Miasto z mgły”.

Fragment opowiadania "Blanca i Pożegnanie" z książki Carlosa Ruiza Zafona "Miasto z mgły", Wydawnictwo MUZA S.A., premiera: 5 maja

Zazdroszczę i zawsze będę zazdrościć owej niezwykłej umiejętności zapominania, którą obdarzeni są niektórzy szczęśliwcy. Dla nich przeszłość jest jak sezonowe ubranie albo jak stare buty, które wystarczy schować gdzieś głęboko w szafie i uznać, że już się nie nadają do jakichkolwiek wycieczek w przeszłość. Bo ja na swoje nieszczęście wszystko zachowywałem w pamięci i wszystko zachowywało w swojej pamięci mnie. Pamiętam wczesne dzieciństwo spędzone o chłodzie i głodzie, pełne samotności i martwej pustki, i siebie wpatrującego się w szarość kolejnych dni. I pamiętam czarne lustro zaćmiewające złym urokiem spojrzenie mego ojca. Nie pamiętam za to żadnego z bliskich kolegów. Mogę oczywiście przywołać w myślach twarze dzieciaków z mojej dzielnicy, z którymi bawiłem się albo tłukłem, ale żadnej z nich nie pragnę odzyskać z krainy obojętności. Żadnej prócz twarzy Blanki. Blanca była o parę lat starsza ode mnie. Poznałem ją w kwietniowy dzień, tuż przy bramie mojego domu, kiedy szła, trzymając się ręki panny służącej, która kierowała się ku małemu antykwariatowi naprzeciwko budynku sali koncertowej. Traf chciał, że antykwariat tego dnia czynny był dopiero od godziny dwunastej, one zaś zjawiły się pół godziny wcześniej i teraz musiały jakoś przeczekać tych trzydzieści minut, podczas których miał zostać naznaczony mój los, czego zresztą nie przeczuwałem w najmniejszym nawet stopniu. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie ośmieliłbym się do Blanki odezwać. Strój, zapach i wielkopańska prezencja panienki z bogatego domu, odzianej w jedwabie i tiule, nie pozostawiały wątpliwości, że ta istota nie należy do mojego świata, a ja jestem dla niej z zupełnie innej planety. Dzieliło nas zaledwie kilka metrów ulicy, ale całe kilometry niewidzialnych norm, zasad i praw. Mogłem tylko patrzeć na nią, tak jak się patrzy z podziwem, bałwochwalstwem niemal, na przedmioty wystawione w witrynach sklepów, do których drzwi zdają się stać otworem, ale człowiek dobrze wie, że nigdy nie przekroczy ich progu. Często myślałem, że gdyby nie stanowczość mojego ojca w sprawach higieny, Blanca nigdy nie zwróciłaby na mnie uwagi. Mój ojciec uważał, że w czasie wojny napatrzył się na parchów aż nadto, i choć byliśmy biedni jak myszy kościelne, od małego przyzwyczajał mnie, bym nie dąsał się na lodowatą wodę ciurkającą, a i to nie zawsze, z kranu nad umywalką i zaprzyjaźnił się z kostkami mydła, które cuchnęło chlorem, ale usuwało każdy brud, łącznie z wyrzutami sumienia. W ten właśnie sposób, liczący sobie dokładnie lat osiem sługa uniżony David Martin, schludny chudopachołek w przyszłości aspirujący do roli trzeciorzędnego literata, zebrał się na odwagę, by nie uciec wzrokiem w bok, kiedy ta laleczka z dobrej rodziny utkwiła we mnie swe oczy i uśmiechnęła się nieśmiało. Ojciec powtarzał mi nieustannie, że należy zawsze ludziom odpłacać taką samą monetą. Odnosiło się to co prawda do mordobicia i tym podobnych afrontów, niemniej postanowiłem być wierny jego naukom i odpowiedzieć uśmiechem na uśmiech, a do uśmiechu dodać lekkie skinienie głową. To ona wolno podeszła do mnie i przyglądając mi się bacznie, zrobiła coś, czego nikt nigdy przedtem wobec mnie nie uczynił – wyciągnęła do mnie rękę. – Mam na imię Blanca – powiedziała. Blanca, z wyrazem znudzenia na twarzy, trzymała dłoń lekko zgiętą niczym paryska młoda dama albo panienki w komediach salonowych. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że powinienem był natychmiast skłonić się i nachylony delikatnie musnąć wargami tę wyciągniętą dłoń. Nie doczekawszy się, Blanca cofnęła rękę i zmarszczyła brew. – Ja jestem David. – Zawsze jesteś tak źle wychowany? Zacząłem szukać jakiegoś elokwentnego wyjścia, by zatrzeć nieco moje nieokrzesanie popisem błyskotliwości i polotu, który uratowałby mój wizerunek, kiedy podeszła do nas panna służąca z wyrazem niedowierzania na twarzy i spojrzała na mnie jak na wściekłego psa szwendającego się po ulicy. Była to młoda kobieta, nazbyt poważna jak na swój wiek, o przepaścistych czarnych oczach, w których trudno było uświadczyć choćby odrobiny sympatii względem mej osoby. Ujęła Blancę za ramię i odciągnęła ode mnie. – A z kim to panienka Blanca rozmawia? Panienka wie przecież, że ojciec panienki nie lubi, by panienka rozmawiała z obcymi ludźmi. – To nie jest obcy człowiek, Antonio. To mój przyjaciel David. Mój ojciec go zna. Zatkało mnie. Służąca bacznie mi się przyglądała. – David jak? – David Martín, proszę pani. Sługa uniżony. – Antonii nikt nie usługuje, Davidzie. To ona służy nam. Nieprawdaż, Antonio? To była chwila zaledwie i nikt nie mógł tego zauważyć poza mną, bo ciągle czujnie się jej przyglądałem. Antonia wpierw obrzuciła Blancę krótkim mrocznym spojrzeniem pełnym jadowitej nienawiści, które zmroziło mnie całkowicie, ale w sekundę zgasiła je potulnym uśmiechem, a następnie pokręciła głową, jakby bagatelizując rzecz całą. – Dzieciaki… – bąknęła pod nosem i zawróciła do antykwariatu, w którym już otwierano drzwi. W tym samym momencie Blanca zrobiła taki ruch, jakby chciała usiąść na schodku przy drzwiach. Nawet ja, nieokrzesany żółtodziób, wiedziałem, że jej ubranie żadną miarą nie powinno wejść w kontakt z niezbyt szlachetnymi, pokrytymi pyłem węglowym kamieniami, z których zbudowany był mój dom. Zdjąłem więc szybko swoje połatane paletko i rozłożyłem je przed nią niczym dywanik. Blanca usiadła na najlepszym z mych ubrań i westchnęła, spoglądając na ulicę i spieszących nią przechodniów. Antonia, stojąc jeszcze w drzwiach antykwariatu, nie spuszczała z nas oka, a ja udawałem, że tego nie widzę. – Mieszkasz tu? – zapytała Blanca. Wskazałem sąsiedni dom i przytaknąłem. – Ty też? Blanca spojrzała na mnie, jakby właśnie usłyszała najgłupsze pytanie w swoim krótkim życiu. – A skądże znowu. – Dzielnica ci się nie podoba? – Brzydko pachnie, ciemno tu, zimno, ludzie są brzydcy i straszny tu hałas. Do głowy by mi nie przyszło opisanie mojego dotychczasowego świata tymi słowami, ale niestety nie potrafiłem znaleźć żadnego kontrargumentu. – To po co tu przychodzisz? – Mój tata mieszka niedaleko targowiska Born. Często go odwiedzam, Antonia mnie tu przyprowadza. – A ty gdzie mieszkasz? – W dzielnicy Sarriá, z mamą. Nawet ja, biedak, słyszałem o tej dzielnicy, choć nigdy tam nie byłem. W mojej wyobraźni miejsce to jawiło się jako warowny gród z wielgachnymi domami i lipowymi alejami, z luksusowymi pojazdami, bujnymi ogrodami – świat zaludniony takimi osobami jak ta panieneczka, ale sporo starszymi. Bez wątpienia jej świat był światem pachnącym, świetlistym, owiewanym świeżutką bryzą, a jego mieszkańcy byli wytworni i cisi. – A dlaczego twój tata mieszka tutaj, a nie z wami? Blanca wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Temat ją chyba krępował, więc wolałem go nie drążyć. – To tylko na jakiś czas – powiedziała po chwili. – Niedługo wróci do domu. – Jasne – odparłem ze współczuciem w głosie, nie bardzo wiedząc, o czym właściwie mówimy. Jako przegrany już w chwili urodzenia zawsze skory byłem do namawiania, by pokornie godzić się z losem. – Wiesz co, nasza dzielnica nie jest taka zła, sama zobaczysz. Na Riberze da się żyć, przyzwyczaisz się. – Ale ja nie chcę się przyzwyczaić. Nie podoba mi się ta dzielnica, nie podoba mi się dom, który kupił tata. Nie mam tutaj przyjaciół. Przełknąłem ślinę. – Ja mogę być twoim przyjacielem, o ile tylko zechcesz. – A kim ty jesteś? – Jestem David Martín. – Już to mówiłeś. – Wydaje mi się, że jestem kimś, kto też nie ma przyjaciół. Blanca odwróciła się i spojrzała na mnie z ciekawością i nieufnością zarazem. – Nie lubię bawić się w chowanego ani grać w piłkę nożną – zaznaczyła. – Ja też nie lubię. Blanca uśmiechnęła się i znów wyciągnęła do mnie rękę. Tym razem dołożyłem wszelkich starań, żeby złożyć pocałunek na jej dłoni. – Lubisz baśnie? – spytała. – Najbardziej na świecie. – Znam kilka takich, których nikt nigdy nie czytał – powiedziała. – Mój tata pisze je specjalnie dla mnie. – Ja też piszę baśniowe opowieści. To znaczy wymyślam je sobie, a później uczę się ich na pamięć. Blanca zmarszczyła brwi. – No to opowiedz mi jedną z nich. – Teraz? Zaraz? Blanca przytaknęła i spojrzała na mnie wyzywająco. – Mam nadzieję, że nie będzie o księżniczkach – zagroziła. – Nienawidzę księżniczek. – No cóż, występuje w niej taka jedna księżniczka… Ale jest wredna. Twarz jej się rozpromieniła. – Jak bardzo wredna?

Tego dnia Blanca została moją pierwszą czytelniczką, słuchaczką i publicznością. Opowiedziałem, jak najlepiej umiałem, swoją pierwszą baśń o księżniczkach, czarownikach, o magii, zatrutych pocałunkach w świecie czarów i o ożywionych pałacach, które pełzały po stepach mrocznego świata niby piekielne bestie. Pod koniec opowieści, kiedy bohaterka tonęła w mroźnych wodach czarnego jeziora, trzymając w dłoni przeklętą różę, Blanca, zapomniawszy, że jest panienką z dobrego domu, uroniła łzę i szeptem wyznała, że ta opowieść jest piękna. Tym samym na zawsze przypieczętowała wybór mojej życiowej drogi. Wszystko bym oddał za to, żeby ta chwila trwała wiecznie. Padający na nas cień Antonii przywrócił mnie do szarej rzeczywistości. – Blanco, musimy już iść, ojciec panienki nie lubi, kiedy spóźniamy się na obiad. Służąca odciągnęła Blancę i kiedy prowadziła ją w dół ulicy, ja odprowadzałem ją wzrokiem, póki całkiem nie zniknęła mi z oczu, a ona na krótko przedtem pomachała mi ręką na pożegnanie. Podniosłem swoje paletko i założyłem je, czując ogarniające mnie ciepło i zapach Blanki. Uśmiechnąłem się w myślach, bo dotarło do mnie, że może i na krótko, ale po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy i że skoro raz poczułem smak tej trucizny, moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Gdy wieczorem jedliśmy zupę z pajdą chleba, ojciec przyglądał mi się bacznie. – Dziwnie inaczej wyglądasz. Coś się stało? – Nie, ojcze. Położyłem się wcześnie, żeby uciec przed dołującymi nastrojami ojca. Wyciągnąłem się w ciemnościach na łóżku, rozmyślając o Blance, o opowieściach, jakie miałem zamiar dla niej wymyślić, ale zdałem sobie w pewnym momencie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie mieszka ani kiedy znów będę mógł ją spotkać, i czy w ogóle taka sposobność się nadarzy. Przez następne dni szukałem Blanki. Po obiedzie, gdy mój ojciec udawał się na drzemkę albo zamykał się w pokoju, by odgrodzić się od świata i siebie samego, ja wychodziłem i ruszałem w dół dzielnicy, a potem kręciłem się po wąskich i ciemnych uliczkach otaczających aleję Born z nadzieją, że spotkam tam Blancę albo jej groźną pannę służącą. Na pamięć znałem już wszystkie zaułki, każdy cień tego labiryntu, którego ściany zdawały się napierać na siebie, zbiegać, jakby chciały się zewrzeć w plątaninę tuneli. Stare szlaki średniowiecznych cechów kreśliły siatkę korytarzy, które brały swój początek przy bazylice Santa María del Mar, by później rozwidlać się i ponownie schodzić, rozgałęziać i przecinać, tworząc splot pasaży, łuków i niemożliwych zakrętów, do których światło słoneczne docierało za dnia ledwie przez kilka minut. Skrzyżowania sygnalizowały gargulce i reliefy, tam gdzie stare pałace w ruinie sąsiadowały z budynkami wyrastającymi jeden na drugim niczym napierające na siebie skały. Wyczerpany wracałem o zmierzchu do domu, w tym samym czasie, kiedy mój ojciec się budził. Szóstego dnia, gdy już skłonny byłem uznać, że spotkanie z Blancą po prostu mi się przyśniło, poszedłem ulicą Mirallers w kierunku bocznego wejścia do bazyliki Santa María del Mar. Gęsta mgła spowiła miasto i snuła się nad brukiem ulic niczym białawy welon. Drzwi do kościoła były otwarte. W nich właśnie spostrzegłem zarys kobiecej sylwetki, a obok niej dziewczęcej postaci. Obie ubrane były w białe suknie, które chwilę później mgła przywłaszczyła sobie i przesłoniła. Pobiegłem w tamtą stronę i wpadłem do bazyliki. Prąd powietrza wciągał mgłę do wnętrza kościoła i widmowa smuga batystu płynęła nad ławkami nawy głównej rozświetlana płomykami świec. Zobaczyłem Antonię, pannę służącą klęczącą przy jednym z konfesjonałów w błagalnej i pełnej skruchy pozie. Nie miałem wątpliwości, że spowiedź tej harpii spowijały gęste opary smoły. Blanca siedziała w jednej z ław, machając nogami i błądząc oczyma po ołtarzu. Gdy podszedłem do ławy z drugiej strony, Blanca się odwróciła. Ujrzała mnie i jej twarz się rozjaśniła. Uśmiechnęła się i w jednej chwili uleciały mi z pamięci wszystkie te ponure dni, podczas których usiłowałem ją odnaleźć. Usiadłem obok niej. – Co ty tutaj robisz? – spytała. – Przyszedłem na mszę – wymyśliłem na chybcika. – O tej porze nie ma mszy – zaśmiała się. Nie chciałem jej okłamywać, więc spuściłem wzrok. Obyło się bez słów. – Ja też stęskniłam się za tobą – wyznała. – Myślałam, że o mnie zapomniałeś. Pokręciłem głową. Atmosfera szeptów i mgieł dodała mi skrzydeł, więc zebrałem się na odwagę, by głośno wypowiedzieć jedno z tych wyznań, które układałem w swych opowieściach pełnych magii i bohaterstwa. – To niemożliwe, bym mógł cię zapomnieć. Te słowa brzmiały pewnie niepoważnie i komicznie, tym bardziej w ustach ośmioletniego chłopaka, który być może nawet nie wiedział, co mówi, ale powiedziałem to, co czułem. Blanca spojrzała na mnie z dziwnym smutkiem, niepojętym zupełnie w tych dziewczęcych oczach, i mocno ścisnęła moją dłoń. – Przyrzeknij, że nigdy o mnie nie zapomnisz. Antonia, panna służąca, najwyraźniej wolna już od grzechu wszelakiego i gotowa do recydywy, stanęła przy naszej ławie, spoglądając na nas z nieukrywaną niechęcią. – Proszę panienki? Blanca ciągle patrzyła mi w oczy. – Przyrzeknij. – Przyrzekam. I znowu panna służąca zabrała mi moją jedyną przyja­ciółkę. Patrzyłem, jak oddalają się główną nawą bazyliki i znikają w drzwiach wychodzących na aleję Born. Tym razem jednak moją melancholię osładzała szczypta przebiegłości. Coś mi mówiło, że panna służąca jest wrażliwego sumienia, co zmusza ją, celem jego podreperowania, do częstych wizyt w konfesjonale. Dzwony bazyliki wybiły czwartą, a w mojej głowie zaczął kiełkować pewien plan. Od tego dnia codziennie za piętnaście czwarta stawiałem się w kościele Santa María del Mar i siadałem w jednej z ław nieopodal konfesjonałów. Minęło zaledwie kilka dni, gdy znów zobaczyłem je obie. Odczekałem chwilę, by służąca uklękła przy konfesjonale, i podszedłem do Blanki. – Co drugi dzień o czwartej – przekazała mi szeptem informację. Nie chciałem tracić ani chwili, więc ująłem jej dłoń i ruszyliśmy na spacer po bazylice. Przygotowałem dla niej opowieść, która toczyła się właśnie tu, wśród tych kolumn i kaplic, i kończyła się walką pomiędzy złym duchem z popiołu i krwi a bohaterskim rycerzem, odbywającą się w krypcie pod ołtarzem. Miał to być pierwszy odcinek tasiemcowej powieści pod tytułem Widma katedry pełnej przygód, strachów i romansów, w każdym najdrobniejszym szczególe wymyślonej dla Blanki. To dzieło w swym debiutanckim zadufaniu uznawałem za szczytowe osiągnięcie literackie. Ostatnie zdania odcinka udało mi się wypowiedzieć, kiedy dochodziliśmy już do konfesjonału, od którego służąca właśnie wstawała. Tym razem mnie nie zauważyła, zdążyłem bowiem schować się za kolumną. Przez dwa tygodnie co drugi dzień spotykałem się z Blancą w bazylice. Dzieliliśmy się przeróżnymi historiami, zwierzaliśmy się sobie z dziecięcych marzeń, podczas gdy służąca katowała księdza drobiazgowym wyliczaniem swoich grzechów.

Carlos Ruiz Zafón. 'Miasto z mgły', Wydawnictwo: MUZA S.A. Carlos Ruiz Zafón. "Miasto z mgły", Wydawnictwo: MUZA S.A.

  1. Kultura

Rodzinnie przed ekranem - filmowa majówka z Nowymi Horyzontami VOD

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Majówka z Nowymi Horyzontami VOD to nasza propozycja na nadchodzący długi weekend. Na każdy dzień platforma przygotowała filmowe atrakcje dla całej rodziny - zarówno dla młodszych, jak i starszych widzów. 

Małe, duże, nuklearne, wielopokoleniowe, patchworkowe. Każda rodzina znajdzie coś dla siebie w ofercie NH VOD. W ramach majówki zespoły festiwali Nowe Horyzonty i Kino Dzieci połączyły siły, wybierając zestawy tytułów, które zebrano w blokach tematycznych. Każdemu dniu majówki przyświeca specjalne hasło, a za nim idą znakomite filmy – jeden skierowany do młodego widza, drugi dla dorosłego. Przygotowując cały plan inspirowano się staropolskim zwyczajem oglądania filmów w układzie „najpierw wieczorynka, później propozycja dla dorosłych”. Oczywiście, wieczorynkę można oglądać o dowolnej porze.

Sobota, 1 maja: Międzypokoleniowe starcia

Starsi nie rozumieją młodszych, a młodsi nie chcą zrozumieć starszych – to punkt wyjścia. Więcej zrozumienia pomiędzy obiema stronami – to efekt, jaki można uzyskać po seansach filmów z propozycji na pierwszy dzień majówki.

"Sekrety morza", reż. Tomm Moore – nominowana do Oscara, ponadczasowa i ponadpokoleniowa baśń z Irlandii, która przypomina o potędze wyobraźni i jeszcze większej sile rodzinnej miłości. Sekrety morza to także powrót do tradycyjnej, ręcznej animacji, co zdecydowanie odróżnia film od wszechobecnej w dzisiejszym kinie ponurej, cyfrowej technologii 3D.

https://www.youtube.com/watch?v=7Lj-vqlmiAY

"Toni Erdmann", reż. Maren Ade – obsypana nagrodami, przewrotna, pełna niepoprawnego humoru historia relacji między śmiertelnie poważną trzydziestolatką a jej bujającym w obłokach ojcem. Dużo śmiechu, jeszcze więcej wzruszeń.

https://www.youtube.com/watch?v=VwinzcBGqYw

Niedziela, 2 maja: Zwierzęta mają głos

Dziś celebrujemy uczucia międzygatunkowe i przypominamy o tym, że nasi czworonożni, płetwiaści lub skrzydlaci przyjaciele są pełnoprawnymi członkami rodziny.

"Jakub, Mimmi i gadające psy", reż. Edmunds Jansons – tytułowi bohaterowie to para rezolutnych dzieciaków, która staje w obronie swojego ulubionego parku, będącego łakomym kąskiem dla bezwzględnego inwestora. W walce o zachowanie „zielonych płuc” miasta pomaga im gang gadających psów. Cała animacja została przepięknie wykonana za pomocą metody „cut-out”.

https://www.youtube.com/watch?v=ELO_pE0-VmQ

"Serce psa", reż. Laurie Anderson – zaskakujący, nowatorski hołd dla męża autorki, Lou Reeda, i ukochanej terierki Lolabelle. Mnóstwo świetnej muzyki, nowojorskich pejzaży oraz małych-wielkich przemyśleń o blaskach i cieniach naszego życia.

https://www.youtube.com/watch?v=0filyleqHGo

Poniedziałek, 3 maja: Girl Power

Dziewczyny u sterów! Dzień zaczynamy patriotycznie – wspólnie z Basią, jedną z najpopularniejszych bohaterek z polskiej animacji, a później zapraszamy na pokład legendarnego jachtu Maiden, dowodzonego przez załogę nieustraszonych kobiet.

"Basia", "Basia 2" i "Basia 3", reż. Marcin Wasilewski, Łukasz Kacprowicz – tytułowa Basia to wyjątkowo rezolutna pięciolatka, dobrze znana wielbicielom książek Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak. Każdy odcinek uczy dzieci czegoś o dorosłych, ale i dorosłych czegoś o dzieciach.

https://www.youtube.com/watch?v=fLS_0l5O9U4

"Maiden", reż. Alex Holmes – trzymająca w napięciu – niczym rasowy thriller – opowieść o grupie upartych, odważnych i niezależnych kobiet, które stworzyły pierwszą w historii żeńską załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race.

https://www.youtube.com/watch?v=I98hJiZRQyM

Aby wziąć udział w majówce z Nowymi Horyzontami, wystarczy założyć konto na nowehoryzonty.pl/vod i wykupić dostęp do filmów (pojedyncze dostępy zaczynają się już od 7,90 zł). Można też zakupić pakiet dostępów za jedyne 49 zł (w pakiecie mieści się aż 15 filmów oznaczonych promocją) – wówczas uzyskujemy dostęp do wszystkich majówkowych propozycji. Każdy z zaproponowanych filmów można oglądać o dowolnej porze dnia (i nocy).