1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Irena Santor: Wyśpiewać siebie

Irena Santor: Wyśpiewać siebie

Irena Santor w czasie koncertu w Pałacu Prezydenckim 2014 rok (Fot. Brykczynski Donat / BEW NEWS)
Irena Santor w czasie koncertu w Pałacu Prezydenckim 2014 rok (Fot. Brykczynski Donat / BEW NEWS)

Dama polskiej piosenki. Słuchają jej kolejne pokolenia. Ale nie puszcza oka do publiczności. Mówi: – tylko taka jestem, nie inna. „Zwierciadłu” opowiada o świecie, który ukrywa za piosenkami.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 12/2017)

Kiedykolwiek próbowano panią zmienić?

Może czasami próbowano poddać mnie jakiejś modzie. Ale doskonale wiem, co do mnie nie przylega. To ja muszę utożsamić się z materiałem, który dostaję, mieć prawo zinterpretować go tak, jak chcę. Ulepić go na obraz i podobieństwo swoje. Nie zgadzam się z reżyserami, którzy próbują zmusić mnie do swojej koncepcji, chcą, by nastąpiło całopalenie. Teraz mnie zmienią. O nie. To nie ze mną, mam rogatą duszę. Najistotniejszym osiągnięciem w tej pracy jest rozpoznawalność – własna barwa głosu, własny styl, własna intymność, czyli sposób postrzegania świata. To się składa na indywidualność. Na moich koncertach pojawiają się młodzi. Choć nie kłaniam się im nowymi aranżami, słuchają tego, co i jak śpiewam. Przychodzą do garderoby, mają zdziwione oczy. Bo jak to, ja, taka starsza pani, a ich przekonałam. Mówią, że to fajne było, bo jakieś. To potwierdzenie, że jeszcze przez chwilę mogę śpiewać.

Édith Piaf, Frank Sinatra, Irena Santor... Przecież stworzyliście spójne światy, w które się wierzy bez względu na wiek odbiorcy czy rodzaj muzyki, jakiej słucha.

Dawniej ktoś pytał, dlaczego nie śpiewam jak Aretha Franklin. A dlaczego miałabym tak śpiewać? Po pierwsze, nie umiem, po drugie, ona już jest. Największy błąd, jaki czasem robią młodzi artyści, to powielanie innych.

Walc embarras” zaśpiewała pani po Barbarze Krafftównie, ale to pani interpretacja przetrwała.

Oglądałam w telewizji Kabaret Starszych Panów. Basia śpiewała tę piosenkę przepięknie, ale jak walczyk. Powiedziałam do męża: „Jaka cudna piosenka, chciałabym ją zaśpiewać, ale inaczej, tak szeroko!”. Potem wybrano tę piosenkę na pierwszy festiwal w Sopocie i mnie ją przydzielono. Byłam taka szczęśliwa.

Pamięta pani, co czuła, kiedy ją śpiewała?

Pamiętam, jak ta piosenka mnie niosła. Była taka wielka, balowa… Uważam, że zyskała na tej interpretacji. I istnieje do dzisiaj. Ja też zyskałam, bo zostałam nagrodzona.

Śpiewa ją pani inaczej?

To ta sama wielka piosenka, ale już trochę łagodniejsza, może bardziej liryczna, śpiewana z dystansu. Patrzę na siebie, tę młodą, tańczącą na tamtym balu, ale stoję już w przedpokoju i oglądam ją przez ramię.

Rzadko sięga pani po cudzy repertuar, ale zdarza się pani śpiewać piosenki Édith Piaf. Ona spalała się na scenie, zabijała. A co się z panią dzieje, kiedy pani śpiewa?

Ona śpiewała siebie, w ten sposób walczyła o życie. „Proszę, mogę w tej jednej chwili umrzeć, ale taka jestem. Chcecie mnie, proszę bardzo, ale tylko taką”. Ja śpiewam dokładnie tak samo. Chcecie mnie, proszę bardzo, ale tylko taką. Owszem, Piaf śpiewa mocno, wyraziście. Ja mam swoje półtony, półdźwięki, półprawdki. Jestem Słowianką, nie dam sobie tego wyrwać. Ale intencja bycia na scenie jest ta sama. Ona śpiewa o miłości i ja śpiewam, ale mogę tę miłość i rozstanie odczuwać zupełnie inaczej.

Zakochuje się pani w swoich piosenkach?

Do pewnego stopnia. Piosenka zaśpiewana dziś i za miesiąc może być zupełnie inna. Wpływa na to energia publiczności. Mam z nią porozumienie, choć nawet jej nie widzę. Jestem tremiara. Na tremę chorowałam wiele lat. Ślady zostały. Dlatego udawałam, że patrzę na widownię, ale jej nie widziałam. Jednak wszystko czułam. Czasami na koncercie chłód, jakby topory siedziały. Myślę: „Jak się do nich dobrać, rozbroić?”. Zakładam trochę grubszą skórę i śpiewam, przyjmą czy nie. Ale śpiewam siebie. Tylko siebie. Daję wam siebie na pożarcie. Zróbcie, co chcecie. Może to moja przekora? Ale przecież zależy mi na ich zdobyciu. Różnica między brawami jest tak czytelna, że od razu wiadomo, co znaczą. Kiedy słyszę, że widzowie są już po mojej stronie, mam poczucie zwycięstwa. Przyszliście, chcieliście mnie słuchać. O, jak mi dobrze na świecie!

Walczy pani o złudzenia, o marzenia – o tym są pani piosenki.

I o dalszym ciągu. Nie umiem się zgodzić na to, że pewnego dnia mnie nie będzie.

Że wyjdzie pani również z przedpokoju?

Nie rozumiem, jak można przestać być. Mogę mieć kłopoty z życiem, nawet wielkie, ale zrobię wszystko, żeby istnieć. Mnie istnienie bardzo kręci. Popełniam błędy, ale nadzieja, że jutro może znajdę ten odpowiedni ton, ten wyraz, akcent i powiem: „No tak, znów coś zyskałam, dowiedziałam się czegoś o sobie”. Mnie życie jest potrzebne.

Na koncertach mówi pani za Tuwimem: „Ja śpiewam piosenki [...] ludziom na pocieszenie” [cytat z utworu „Ja śpiewam piosenki” z repertuaru Ordonki].

A jest lepszy powód wychodzenia na scenę? Jeżeli moje śpiewanie coś komuś da, coś pozwoli zapamiętać, zapomnieć, przeżyć…

A sobie śpiewała pani na pocieszenie?

Brałam byka za rogi, jeżeli w życiu źle się działo. Walczyłam z przeciwnościami, z chorobą… Pocieszać siebie? To nie ja.

A śpiewanie było ucieczką?

Tak. Śpiewałam nawet wtedy, kiedy już wszystko pod stopami leżało i myślałam: „Nie przejdę przez to gruzowisko”. Ale zaraz kolejna myśl: „Idź, powolutku, może nie dojdziesz na sam szczyt, ale pójdziesz tam, gdzie zdołasz”.

Kiedy przyjechała pani do Warszawy, wokół było gruzowisko.

Był 1951 rok, przyjechałam do Mazowsza. Warszawa była miastem, które leżało w gruzach. Ludzie przez nie przeskakiwali, biegli gdzieś, coś mieli do załatwienia, gdzieś żyli w tym chwilę wcześniej umarłym mieście. Dzisiejsza aleja Jana Pawła II to był tak zwany dziki zachód, cały w gruzach, stały jeszcze wypalone domy. Czasem w tych zgliszczach paliło się światełko, był dym, może ktoś coś gotował na prowizorycznej kuchence. Jeździliśmy tą ulicą do Hali Mirowskiej na koncerty. To był jedyny ocalały budynek, w którym można było dać koncert. Ludzie siedzieli na ławach, bo nie było krzeseł.

A pani śpiewała w tych gruzach „Ej, przeleciał ptaszek”…

A ludzie słuchali jak zaczarowani, jak przeleciał w kalinowy lasek… Takiej rzewnej piosenki słuchali… I siwe piórka na nim zadrżały… Ona tęskni za ukochanym i nie wie, czy będzie jej wolno z nim być. On jest daleko… Kochanie, niech płyną do ciebie moje łzy…

Miała już pani za sobą wiele smutku. Ojciec dawno nie żył, mama była ciężko chora.

Mieszkaliśmy przed wojną w Solcu Kujawskim, wówczas ładnym miasteczku, dziupli nad Wisłą otoczonej wielkimi lasami. Mieszkali w nim Polacy i Niemcy. Już na początku wojny zaczęły się aresztowania Polaków. Jeszcze przed okupacją ojciec powiedział swojemu „przyjacielowi” Niemcowi, że jak wejdzie Hitler, to ojciec będzie pierwszym, który się z nim rozprawi. Wojna wybuchła. Moi rodzice uciekli na wieś do dziadków, do Papowa Biskupiego. Ale ojciec denerwował się, mówił, że nikomu nic złego nie zrobił, że musi wrócić. Widzę, jak idzie drogą, jest już daleko, ale jeszcze odwraca się do mnie i macha. Pojechał do Solca pociągiem. Nawet do mieszkania nie doszedł. Niemcy zamknęli 48 Polaków w więzieniu… Katowali ich, a ten „przyjaciel” pilnował, żeby ojca bolało bardziej, żeby cierpiał. Zapamiętał mu dawną groźbę. Ojciec był bardzo hardy. Mam to po nim. Myślę, że nie był łagodny delikates. Nawet nie wiem, gdzie jest jego grób. Nawet ślad nie został. Niektóre rodziny tamtych ofiar wiedzą, gdzie są groby ich bliskich…

Znała pani tego człowieka?

Tak, z imienia i nazwiska. Całą okupację mieszkał w Solcu.

Wybaczyła pani?

Jestem chrześcijanką, więc powinnam wybaczyć. Ale mam z tym kłopot. Zachowałam pamięć i ona, proszę pana, nie umie wybaczyć. Nie ma powodu, żeby ludzie zabijali. Nie rozumiem tego. Nie akceptuję, że ktoś uważa siebie za Boga i może odebrać innemu życie.

Kiedy dowiedziała się pani, co się stało?

Wtedy nie wiedziałam, miałam pięć lat. Zostałam jeszcze u dziadków. Pewnego dnia mama po mnie przyjechała. Dowiadywałam się z biegiem lat, czasem coś po cichutku mówiła, ostrzegając, że nie wolno nikomu powtarzać.

Ma pani wspomnienia związane z ojcem?

Pamiętam, jak uparłam się, że chcę w procesji sypać kwiatki. Byłam za mała i siostry zakonne mnie nie zaakceptowały. Zrobiłam w domu piekło. Mama, krawcowa, całą noc szyła mi sukienkę. Tata zabrał mnie na łąkę nad Wisłą i zrywaliśmy kwiaty. Kiedyś się zgubiłam, cały Solec mnie szukał. Wszyscy bali się, że gdzieś nad Wisłę poszłam i się utopię. Ojciec był flisakiem, wiedział, jak niebezpieczna jest rzeka. A przecież cały Solec był nad Wisłą. To tata mnie znalazł. Niósł mnie na barana. Byłam taka dumna i blada, że widzę Solec z ramion mojego ojca.

Jak sobie radziła mama?

Była po kobiecemu mocna. I bardzo pracowita. W Solcu wymordowano większość mężczyzn, zostały kobiety z dziećmi. Przymuszano je do pracy, np. przy kopaniu fundamentów pod fabrykę broni. Mam zdjęcia, na których mama i jej koleżanki kopią te doły. Inne były kartki żywnościowe dla Niemców, inne dla nas. Żyliśmy bardzo biednie. I ta krawiecka igła mamy pracowała dzień i noc, bauerki, bogate niemieckie chłopki, się u nas obszywały, czasem przynosiły kawałek masła, trochę sera, jajka, bo nie mogłyśmy dostać z naszych kartek. Mama zachorowała na gruźlicę. Po wyzwoleniu jako jedna z pierwszych wyjechała do sanatorium w Piechowicach. To przedłużyło jej życie.

Pani już śpiewała?

Zawsze śpiewałam. Obśpiewywałam wszystkie akademie szkolne. Poszłam do gimnazjum zdobienia szkła w Polanicy-Zdroju, innej szkoły tam nie było. Chciałam się szybko usamodzielnić. Nauczycielka przedstawiła mnie dyrektorowi opery poznańskiej, Zdzisławowi Górzyńskiemu, przyjechał do domu zdrojowego na wakacje. Przeegzaminował mnie. Grał dźwięki, pytał, ile ich słyszałam, prosił, bym je zaśpiewała. W końcu powiedział tak oficjalnie: „Pani Ireno, czy zna pani jakąś piosenkę?”. Zaśpiewałam ludową „Po co żeś mnie, matuleńko”. Powiedział, że muszę pójść do szkoły muzycznej. Odpowiedziałam, że nie mam warunków. „A wie pani, co to jest zespół Mazowsze?” Nie miałyśmy radia w internacie, więc nie wiedziałam. Dał mi list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego, szefa zespołu. Z ciotką mojej nauczycielki przyjechałam do Nadarzyna, gdzie dzisiaj mieszkam, i przez tydzień chodziłam drogą do Karolina, żeby spotkać Sygietyńskiego i wręczyć mu ten list. Mama już ciężko chorowała. Bała się, że to są jakieś kabarety, ale kiedy dowiedziała się, jak ważnym zespołem jest Mazowsze, była wzruszona. Objęła mnie… Już z tej choroby nie wyszła. No, to tyle. Już. Więcej niech pan nie pyta. Nie mogę.

Kiedy poczuła pani, że ma „taki” głos?

W ogóle nie czułam. Pan Bóg go dał, to śpiewałam. Ludzie chcieli, to śpiewałam. W Mazowszu zaczęła się prawdziwa nauka, stworzono nam szkołę ogólnokształcącą, doprowadzono do matury. Przyjeżdżali wielcy muzycy. Jeździliśmy do filharmonii, opery. Pamiętam olśnienie: „Boże, więc tyle jest muzyki, taki jest świat?!”.

Mazowsze przygotowało panią do kariery solowej?

W sensie wiedzy muzycznej, tak. Ale kiedy je opuściłam, zaczęły się wysokie schody, bo weszłam na estradę. To był inny świat.

Szybko odkryła pani swoją indywidualność?

Ja ją wypracowywałam.

Można?

Można. Przecież nie wiedziałam, na czym polega estrada, że to inaczej się skrzy, ma inne barwy. Więc się uczyłam z nasłuchu i podglądu. Tego, jak kto się zachowuje na scenie, jak śpiewa albo mówi monolog. I tego, jak reaguje publiczność.

Czy to znaczy, że pani tę Irenę Santor, którą znamy ze sceny, stworzyła?

Miałam potrzebę wyśpiewania siebie. Musiałam ją w sobie odnaleźć. Tę, która śpiewa mi w duszy. Musiałam ją ubrać. Poznać z nią publiczność.

Mówi się o pani: dama polskiej piosenki. Jest pani gwiazdą, ale nigdy nie słyszałem, żeby ktoś mówił: „Santor gwiazdorzy”.

Na litość boską, proszę pana! Obraziłabym się śmiertelnie, gdyby ktoś tak powiedział. Nigdy nie zachowuję się histerycznie, nie demonstruję manier. Tylko amatorzy mogą tak się zachowywać. „Zaśpiewałam jedną piosenkę, podoba się, już wszystko umiem”. Nic nie umiesz. Nie masz jeszcze nic do powiedzenia. Wszyscy tańczą i śpiewają, ale jutro zostaną  zapomniani. Nikt nie będzie dociekać, dlaczego się podobałaś, dlaczego ich drasnęłaś. Szanuj siebie. Pracuj i szanuj siebie. Przecież ja to mam z tyłu głowy całe życie.

W filmie dokumentalnym o pani współpracujący muzycy powtarzają, że nie są z panią po imieniu.

Z wieloma osobami przechodziłam na ty. Poufałość w pracy powoduje czasem, że ma się mniejsze wymagania. A mnie zależy na możliwym osiągnięciu pełni zawodowstwa. Chcę móc powiedzieć: „Ale zróbmy jeszcze tak, spróbujmy…”. Ktoś, z kim jestem po imieniu, może mi powiedzieć: „Daj spokój”.

Nie wyobrażam sobie na przykład, że ktoś się spóźnia na próbę pani koncertu…

Naturalnie, mogą się spóźnić, ale… [śmiech] nie lubię, oj, bardzo nie lubię.

Kiedy przyszła pani na wywiad, tu, w Nadarzynie, obstąpił panią tłum, szedł z panią.

My tu się znamy, widujemy się, bo robimy zakupy w tych samych sklepach.

W innych miastach tak nie jest?

No dobrze. To miłe, czasami nawet prowadzi do takiej poufałości, na którą nie pozwalam. Na szczęście rzadko ktoś rzuca mi się na szyję i krzyczy: „Irenka”. Mówię: „Chwilę, chwilę, przepraszam”. Publiczność to wie, czuje. Szanuje mnie również za dystans. W ogóle uważam, że mojemu pokoleniu należy się szacun. Bardzo ciężko na niego zapracowaliśmy.

Jaka jest ta dziewczyna śpiewająca „Walca embarras”, na którą spogląda pani przez ramię?

Bardzo jeszcze naiwna, chociaż już przez życie doświadczona. Jest w niej prostolinijność. To chyba jej wada.

A kiedy ona patrzy na panią, tę stojącą w przedpokoju, kogo widzi?

Chyba kogoś, kto się dużo nauczył, czegoś doświadczył, kto trochę szerzej myśli, kto starał się nie zhardzieć. Kogoś, kto ma potrzebę życia. I kto nie chciał się pozbyć naiwności. Nadal nie chcę się jej pozbyć. Raczej ją ocalić. I chociaż codziennie myślę, że wciąż jedna nutka jest niespełniona, następna może być odkryciem, chyba nigdy nie chciałabym doświadczyć spełnienia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.