1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Woody Allen i jego filmy

Woody Allen i jego filmy

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Annie Hall"
Dorobek Woody’ego Allena jest imponujący. Od około 40 lat niemal co rok twórca kręci nowy film. Jak sam często przyznaje, to dlatego, że ma w głowie setki pomysłów każdego dnia i jak najwięcej z nich chce przełożyć na papier bądź taśmę filmową. Co najważniejsze, rzadko schodzi poniżej pewnego poziomu. Oczywiście, prawdziwie wybitne dzieła trafiają mu się ostatnio nie za często, ale już całkiem rzadko „zalicza” wielkie wpadki.

Szczególnie w ostatnich latach jego twórczość przypomina sinusoidę: raz tworzy rzeczy znakomite (np.„Wszystko gra”), a raz słabe (np.„Sen Cassandry”). A jednak nieustająco należy do najciekawszych i najbardziej płodnych reżyserów naszych czasów. Do kin trafił jego najnowszy film – „O północy w Paryżu” (a kolejny już się kręci) i z tej okazji postanowiliśmy przybliżyć Wam subiektywną listę jego najlepszych tytułów.

Purpurowa róza z Kairu, wyk. Mia Farrow, Jeff Daniels, Danny Aiello, rok produkcji: 1985

Tytuł opowiada historię Cecylii (Mia Farrow), młodej kobiety, która prowadzi ponure życie kelnerki z New Jersey w latach 30. XX wieku. Uciekając od problemów małżeńskich, często chodzi do kina. Podczas jednego z seansów aktor z filmu „Purpurowa róża z Kairu” opuszcza ekran, przenosi się do realnego świata i zakochuje w bohaterce.

„Purpurowa róża z Kairu” to obraz pełen szczerej nostalgii i widocznego uwielbienia reżysera dla celuloidowej taśmy, film nie wolny od sentymentów, które, pokazane z wielką gracją, nie rażą jednak. Wspaniały hołd dla kina samego w sobie, będący jednocześnie zabawą z jego formułą. No i też źródło inspiracji dla wielu filmowców –  wystarczy chociaż wspomnieć naszą rodzimą „Ucieczkę z kina Wolność” Wojciecha Marczewskiego z Januszem Gajosem w roli głównej.

 

Wnętrza, wyk. Geraldine Page, Diane Keaton, Mary Beth Hurt, Kristin Griffith, rok produkcji: 1978

A to z kolei prawdopodobnie najbardziej ambitny obraz autorstwa Allena. Inspirowany życiem i twórczością Ingmara Bergmana, zimny i surowy dramat – pierwszy tak poważny film w karierze Woody’ego. Reżyser, znany dotąd jako błazen-intelektualista, wywołał tą premierą spore zamieszanie i konsternację wśród swoich fanów. Tym niemniej z zadania wywiązał się znakomicie, tworząc opowieść o skomplikowanych relacjach pomiędzy skrajnie różnymi córkami , ich dominującą matką i ojcem szukającym innego życia poza domem. „Wnętrza” były nominowane do Oscara w 5 kategoriach:  dla najlepszej aktorki, dla samego Allena za scenariusz i reżyserię, a także dla aktora drugoplanowego i za scenografię.

 

Vicky Cristina Barcelona, wyk. Javier Bardem, Penélope Cruz, Scarlett Johansson, Rebecca Hall, rok produkcji: 2008

 „Vicky Cristina Barcelona” to obraz, który przypomina trochę miłosny szał, wakacyjne zauroczenie, które ogarnia wszystkich wokół, pochłania bez reszty – po czym kończy się równie szybko, jak się zaczęło. Film aż kipi od emocji podskórnej i skrywanej zmysłowości. Allen więcej tu mówi o uczuciach niż niejeden młodzik, mimo że teoretycznie czasy burzy hormonów ma dawno za sobą.

Scenariusz to fantastyczna robota. Pomimo że znowu o miłości, jest daleki od banałów, ucieka od schematów i przede wszystkim tworzy mocno pokomplikowaną historię. Allenowi nie wystarczyła bowiem relacja między dwojgiem ludzi – musiał wprowadzić trójkąt, a od połowy filmu przekształcić go w czworokąt! Dodatkowo każda z postaci ma zupełnie odmienny charakter i temperament, przez co widz czuje się wrzucony w wir skrajnych emocji. Obraz rozkręca się powoli, ale z czasem zaczyna pędzić niczym karuzela i wytraca prędkość dopiero na kilka chwil przez zakończeniem. Obraz jest świetnie wyreżyserowany:  lekko i z finezją,  jest pełen ciepłych kolorów i rajskich widoków z Hiszpanii. Gorąca atmosfera aż bije po oczach z ekranu i udziela się widzom. Na uwagę zasługują również kapitalne kreacje aktorskie Scarlett Johansson, Javiera Bardema, Rebeci Hall i przede wszsyktim Penelope Cruz, która (całkiem zasłużenie) została nagrodzona za swą rolę Oscarem.

 

Annie Hall, wyk. Woody Allen, Diane Keaton, Tony Roberts, rok produkcji: 1977

Bezsprzecznie najlepsze dzieło Woody’ego Allena. Absolutny szczyt! Błyskotliwe dialogi i istna kopalnia zabawnych cytatów, które zawsze trafiają w sedno, czyli wszystko to, co charakterystyczne dla twórczości nowojorskiego filozofa-komika. Pozornie prosta historia związku pewnej pary aż kipi od emocji, a ich dyskusje na przeróżne tematy (począwszy od filozofii, poprzez psychologię, seksualność, relacje międzyludzkie) są fascynujące. Film jest przede wszystkim szalenie inteligentną komedią, w której Allen z wielkim wdziękiem naśmiewa się ze zjawisk, z jakimi stykamy się w codziennym życiu, ale też i z siebie samego. Postać Alvy’ego Singera (grana przez samego Allena) to kłębowisko wszystkich cech reżysera, który jest trochę hipochondrykiem, trochę neurotycznym nowojorczykiem lubującym się w absurdalnym humorze.

 

Wszystko gra, wyk. Jonathan Rhys Meyers, Scarlett Johansson, Emily Mortimer, rok produkcji: 2005

Tym filmem Allen zaskoczył wszystkich, nawet swoich odwiecznych fanów. Najważniejszym novum jest to,  że po raz pierwszy w karierze Woody przeniósł akcję poza Nowy Jork, więcej – poza Amerykę! „Wszystko gra” rozgrywa się bowiem w Londynie. I od razu widać, jak dane miejsce potrafi odcisnąć piętno na twórcy. Obraz jest chłodny, wyraźnie przemyślany, precyzyjnie wyreżyserowany. Fabuła skupia się wokół zdrady, pieniędzy, żądzy. Daleko od przyjemnego klimatu „nowojorskich komedii” Allena, ale za to z masą emocji rodem z rasowego thrillera. Jeden z nielicznych tytułów „na serio” i pierwszy dreszczowiec w karierze reżysera, do tego od razu na szalenie wysokim poziomie. Co tylko potwierdza klasę twórcy…

 

Hannah i jej siostry, wyk. Woody Allen, Michael Caine, Mia Farrow, Carrie Fisher, Barbara Hershey, rod produkcji: 1986

 Bodaj największy kasowy przebój Woody’ego w latach 80.  Ale oprócz sukcesu finansowego zyskał uznanie krytyki i środowiska filmowego, co miało swoje odzwierciedlenie w licznych nominacjach do najważniejszych nagród przemysłu filmowego. Tytuł „Hannah i jej siostry” otrzymał również te najważniejsze, czyli Oscary. Za najlepszych aktorów drugoplanowych uznani zostali Michael Caine oraz Diane Wiest, a sam Allen odebrał statuetkę za najlepszy scenariusz.

Film jest niezwykle ciepłą opowieścią o perypetiach 3 sióstr pochodzących z aktorskiej rodziny. Osią spinającą fabułę są 3 przyjęcia organizowane przez główną bohaterkę,  Hannah (w tej roli Mia Farrow) z okazji Święta Dziękczynienia na przestrzeni dokładnie dwóch lat.

 

Manhattan, wyk. Woody Allen, Diane Keaton, Meryl Streep, Mariel Hemingway, rok produkcji: 1979

Najwspanialszy chyba ukłon w stronę Nowego Jorku w historii kina. I przy okazji jeden z najlepszych filmów Allena. Fascynacja tą metropolią jest niemalże namacalna. Dla samego reżysera Nowy Jork to jednak nie tyle olbrzymie miasto, pełne drapaczy chmur, w którym trwa wyścig szczurów i koncentruje się biznes całego świata, ale przede wszystkim magiczny i przytulny skrawek jego własnego życia, miejsce, w których się wychowywał, żyje, i do którego wraca każdego dnia. Obraz jest jednak czymś więcej niż pustą laurką. Okraszony błyskotliwymi dialogami, ciekawymi relacjami między bohaterami, muzyką Gershwina i fantastycznym aktorstwem (oprócz Allena, także Diane Keaton i Meryl Streep) „Manhattan” to pełna uroku pocztówka z miasta. Po seansie Nowy York staje się bliski nawet tym, którzy nigdy w nim nie byli.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

DiCaprio, Streep, Blanchett i inni. Gwiazdorska obsada w nowym filmie Netflixa

Leonardo DiCaprio. (Fot. Andrea Raffin/BEW)
Leonardo DiCaprio. (Fot. Andrea Raffin/BEW)
Netflix pracuje nad jednym z najlepiej obsadzonych projektów filmowych ostatnich miesięcy. W filmie "Don't look up", który reżyseruje Adam McKay, obok Leonardo DiCaprio, Meryl Streep i Cate Blanchett, wystąpi plejada największych gwiazd. 

"Don't look up" to najnowsza komedia w reżyserii Adama McKaya, znanego przede wszystkim z "Big short", ale również "Sukcesji", "Legendy telewizji" i "Policji zastępczej". Choć Netflix ma już na swoim koncie kilka produkcji z iście gwiazdorską obsadą, m.in.: „Historia małżeńska”, „Irlandczyk”, „Diabeł wcielony”, ta przebija je wszystkie na głowę. W "Don't look up" w główną rolę ma wcielić się Jennifer Lawrence. Obok niej wystąpią: Leonardo DiCaprioMeryl Streep, Jonah Hill, Cate Blanchett, Himesh Patel, Timothée Chalamet, Rob Morgan, Matthew Perry i Tomer Sisley. Do obsady dołączyły również gwiazdy muzyczne - Ariana Grande i Kid Cudi.

Najnowsza komedia McKaya to opowieść o dwóch amerykańskich astronomach, którzy za pomocą przeróżnych mediów, próbują ostrzec ludzkość przed zbliżającym się uderzeniem potężnej asteroidy.

Pierwotnie film miał trafić na Netflixa w 2020 roku, jednak, głównie z powodu pandemii koronawirusa, nie było to możliwe. Nowa data premiery nie została jeszcze ogłoszona, ale film może mieć premierę na platformie streamingowej dopiero w 2022 roku.

  1. Styl Życia

Piękne polskie kamienice - niezwykłe odkrycia fotografa Macieja Sobczyka

Maciej Sobczyk - fotograf z Wielkopolski, mówi o sobie
Maciej Sobczyk - fotograf z Wielkopolski, mówi o sobie "Klatkowiec". Odkrywa nieznane piękno starych kamienic. Jego ulubionym obiektem są klatki schodowe. (Fot. Maciej Sobczyk)
Zobacz galerię 28 Zdjęć
Miał być chwilowym projektem, kolejnym pomysłem na tematyczną serię zdjęć. Ta chwilowość trwa już przeszło sześć lat, a 15 lipca na fotograficznym blogu "Kamienice w Polsce” ukazał się tysięczny wpis. Maciej Sobczyk odkrywa na nowo piękno polskich kamienic, często ukrytych pod grubą warstwą kurzu.

Odwiedza miejscowości, które rzadko kojarzą się z secesyjną czy modernistyczną architekturą. Tysiąc wpisów na blogu to także tysiąc poznawanych na nowo mikrohistorii: skrywanych w bramach, przedwojennych szyldach, secesyjnych witrażach czy zapomnianych malowidłach. Spostrzegawczość i uwrażliwienie na to, co często jest tuż obok nas, czasem za rogiem, czasem w sąsiednim mieście, to główne przesłanie, które stoi za pięknymi fotografiami autora, które zachęcają do podróżowania po Polsce.

Czy jeśli chodzi o kamienice, jest miasto, które  zaskoczyło cię najbardziej? Trudno tu wymienić jedno miasto. Jest ich wiele. Zakochany jestem w kamienicach z obszaru Dolnego i Górnego Śląska. Jeżeli chcę fotografować płytki ceramiczne – wybiorę Wrocław. Jeżeli chcę fotografować witraże, czy stare przedwojenne windy – jadę do Krakowa. Jeżeli chce odkrywać piękne żeliwne schody i malowidła na sufitach – ruszam do Radomia. Wnętrza willi – Łódź. Ta lista jest oczywiście jeszcze dłuższa.

Czy jesteś w stanie wskazać miejsce, które zrobiło na tobie największe wrażenie. Jest wiele takich miejsc. Trudno wybrać jedno. Niemniej jednak jeżeli chodzi o witraże, to uważam, że zdecydowanie wygrywa sala sesyjna w ratuszu w Jaworze. Spędziłem tutaj kilkadziesiąt minut fotografując każdy najdrobniejszy detal tego arcydzieła wykonanego w 1897 roku w Berlinie. Jeżeli chodzi o malowidła – to chyba dom Pod Globusem w Krakowie, gdzie znajduje się Sala Mehofferowska z przepiękną secesyjną malaturą wykonaną przez Józefa Mehoffera. Jeżeli chodzi o wille i pałace, to jest ich kilkanaście, choć wymieniłbym w tym miejscu cztery obiekty – pałac Herbsta w Łodzi, willę rodziny Fränkel w Prudniku, willę Lehmanna w Gorzowie Wielkopolskim oraz pałac Dietla w Sosnowcu.

Czy przed lub po zrobieniu zdjęcia, starasz się dowiedzieć więcej o kamienicy, którą fotografujesz? Np. o tym, kto ją zaprojektował? Zasada która mi przyświeca podczas podróży powoduje, że czasami trudno wchodzić w szczegóły. Na większość miast mam zaledwie jeden dzień i to jeszcze ograniczony czasowo ze względu na rozkład pociągów, czy autobusów, którymi się przemieszczam. Tu zawsze rodzi się pytanie – czy lepiej więcej czasu spędzić w jednej kamienicy i poznać ją bardziej szczegółowo, czy odwiedzić większą liczbę wnętrz. Ja osobiście wybieram tą drugą opcję. W tym co robię najwięcej radości sprawia mi podróżowanie, odkrywanie nowych przestrzeni oraz fotografowanie. Historia danego miejsca często schodzi tutaj na dalszy plan. Bardziej szczegółowo podchodzę jedynie do kamienic w Poznaniu, ze względu na moje miejsce zamieszkania i lokalny patriotyzm.

Czy masz swój ulubiony styl w architekturze? Zdecydowanie jest to secesja. Pełna płynnych linii, pięknego, wręcz finezyjnego detalu. Z drugiej strony ostatnio coraz częściej zaglądam do modernistycznych wnętrz (czyli przeciwieństwa secesji) – króluje tu prosty detal, to takie zabawy liniami i prostotą kolorów

Czy jest jakieś miasto, do którego najczęściej wracasz? W związku z faktem, że mieszkam w Poznaniu – to tu najwięcej czasu spędzam i nadal po tylu latach spacerowania je odkrywam. Zakochany jestem także we Wrocławiu, Bydgoszczy, Toruniu, Bielsku-Białej, Bytomiu, Chorzowie, Legnicy czy też Łodzi. To takie architektoniczne studnie bez dna – ciągle coś nowego przede mną odkrywają. Zdecydowanie lubię tam wracać. No i mieszkańcy – gościnni, pokazujący wnętrza, w których żyją!

[galeria]

Więcej na stronie Kamienice w Polsce. Klatkowiec 

  1. Styl Życia

Z wizytą u Vivian Hoorn

„Właściwie to ja po prostu robię tak, jak czuję! Lubię na przykład połączenia elementów nowoczesnych i vintage” – mówi Vivian. (Fot. Westwing)
„Właściwie to ja po prostu robię tak, jak czuję! Lubię na przykład połączenia elementów nowoczesnych i vintage” – mówi Vivian. (Fot. Westwing)
Zobacz galerię 15 Zdjęć
Kim jest Vivian Hoorn? Zawodowo fotografuje, jest dyrektorem kreatywnym w agencji reklamowej, a popularność zdobyła jako influencerka. Za sprawą jej niezwykłego wyczucia stylu, ma szerokie grono fanów, którzy śledzą jej profil @vivanhoorn. Dzięki firmie Westwing udało się nam obejrzeć wnętrze jej pięknego domu w Amsterdamie. 

Kim jest Vivian Hoorn? Zawodowo fotografuje, jest dyrektorem kreatywnym w agencji reklamowej, a popularność zdobyła jako influencerka. Za sprawą jej niezwykłego wyczucia stylu, oraz promocji idei body positive ma szerokie grono fanów, którzy śledzą jej profil @vivanhoorn. Dzięki firmie Westwing udało się nam obejrzeć wnętrze jej pięknego domu w Amsterdamie. 

Swoim profilem instagramowym inspiruje kobiety na całym świecie. Zachęca do dbania o siebie, swoje samopoczucie i otoczenie. W swoich wpisach promuję ideę body positive, której głównym przesłaniem jest akceptacja samej siebie oraz zaprzestanie narzucania kanonów piękna, co negatywnie wpływa na zdrowie psychiczne kobiet.

W jednym z postów pisze:  “Kiedy byłam młodsza, moim największym marzeniem było zostać modelką. W agencjach mówiono mi, że muszę schudnąć... Byłam młoda, słuchałam ich. Przez wiele lat byłam skoncentrowana na ciele. Żałowałam, że nie spotkałam wówczas kogoś, kto by mnie zainspirował do zmiany myślenia, powiedziałby mi “Wyglądasz więcej niż wystarczająco dobrze”. Na szczęście przyjaciele i rodzina, zawsze mnie wspierali. Moim największym marzeniem teraz jest zmienić negatywne myślenie o sobie wielu kobiet.  Zainspirować ich do zaopiekowania się sobą. Od momentu, gdy zacząłem wierzyć w siebie, wszystkie moje marzenia się spełniły.♥ “

 

  1. Kultura

Meryl Streep. Z Oscarem jej do twarzy

Meryl Streep z Oscarem za rolę w filmie
Meryl Streep z Oscarem za rolę w filmie "Żelazna dama", 2012 rok. (Fot. BEW PHOTO)
Nie przewróciło jej w głowie 20 nominacji do Oscara i 30 do Złotych Globów. Meryl Streep, uznawana za najwybitniejszą współczesną aktorkę, przyjmuje hołdy Hollywood, ale od filmowego światka woli życie rodzinne na farmie w Connecticut.

To jedna z najbardziej przereklamowanych aktorek – uznał Donald Trump, gdy na rozdaniu Złotych Globów Streep, nie wymieniając go z nazwiska, stanęła w obronie imigrantów, mniejszości i wolnej prasy.

Meryl Streep – dziś gwiazda pierwszej wielkości – kontrowersje budzi nie po raz pierwszy. W latach 80., na początku jej kariery, królowała metoda Strasberga czy – jak powiedziałby Europejczyk – Stanisławskiego, wymagająca od aktora budowania psychologicznego autentyzmu na bazie wspomnień i doświadczeń, poddania się instynktom, czerpania z podświadomości oraz grania całym sobą od palca u nogi po czubek głowy. Tymczasem Meryl bardziej ceniła warsztat niż natchnienie. Zamiast – jak kazał ulegający podszeptom Freuda Strasberg – szukać prawdy w trzewiach, szukała jej w mózgu. Logicznie i konsekwentnie budowała postać od zera, uważała, że niedopowiedzenie miewa czasem większy ładunek emocji niż wykładanie kawy na ławę. Zwolennicy metody, próbując uciec od sztampy, zabrnęli w kolejną. Streep to nie pasowało. Niektórzy widzieli w wirtuozerii aktorki pedanterię i – podobnie jak do pierwszej damy kina francuskiego Catherine Deneuve – przylgnęła do niej etykietka oziębłej.

Blondynka mimo woli

Ze szczególnym okrucieństwem pastwiła się nad Meryl Pauline Kael, krytyczka „New Yorkera”, będącego biblią inteligencji Wschodniego Wybrzeża. „Jest wyblakła i lodowata” – pisała po obejrzeniu „Kochanicy Francuza”, czyli filmu, za który Streep dostała trzecią nominację do Oscara. Kiedy aktorka trafiła na okładkę „Newsweeka” po odebraniu nagrody Akademii Filmowej za „Sprawę Kramerów”, Kael wysmażyła cały felieton „Gwiazda na lata 80.”, oceniając: „Rzemiosło nie wystarcza. Bohaterka jest nam kompletnie obojętna. Widzowi pozostaje tylko obserwowanie z dystansu aptekarskiej skrupulatności Streep w odmierzaniu środków wyrazu”.

Najczęściej cytowany w książkach i artykułach prasowych o aktorce zarzut Kael pochodzi z recenzji „Wyboru Zofii”. Brzmiał tak: „Po wyjściu z kina bezskutecznie próbowałam sobie uświadomić, jaka jest od szyi w dół”, ale dziennikarze na ogół przytaczają go błędnie: „Nie potrafi grać od szyi w dół”, pewnie dlatego, że tak brzmi bardziej złośliwie. Tymczasem spostrzeżenie pani krytyk po pierwsze sugerowało, że nie mogła oderwać oczu od twarzy Meryl. A po drugie, zawierało ziarno prawdy.

Rozpoczynając karierę filmową, Streep nie przypominała hollywoodzkiej seksbomby z lat 40. i 50. ani modnego dekadę później typu kociaka. Trudno orzec, czy była piękna, czy przeciętna, bo umiała być i taka, i taka. W blasku rampy wyglądała jak alabastrowy posąg. Przy subtelniejszym oświetleniu jej rysy wyostrzały się, nabierały charakteru. Kiedy otwierała usta, wiedzieliśmy, że za słowami kryje się nie tylko zawarta w nich myśl, lecz także całe kłębowisko innych myśli. Była antytezą dowcipów o blondynkach.

Parę lat temu organizatorzy benefisu aktorki wygrzebali jej kręcone przez mamę filmiki z dzieciństwa. Mała Meryl w okularach stroiła do kamery poważne miny, a duża wyjaśniła, że przebieranie się i udawanie dorosłych kobiet były jej ulubionymi zabawami. Wkrótce zrozumiała, że okulary oraz babcine sweterki nie zapewniają przychylności rówieśników. Odkryła, jakie wrażenie na chłopcach wywołuje rozjaśnianie włosów perhydrolem, poprosiła rodziców o szkła kontaktowe, została cheerleaderką, a potem – realizując marzenie każdej amerykańskiej nastolatki – królową balu maturalnego.

Ale status szkolnej piękności traktowała z przymrużeniem oka. „Swój wizerunek opracowała na podstawie zdjęć z magazynów "Seventeen" i "Cosmopolitan"; ćwiczyła przed lustrem zalotny chichot – pisze autor wydanej rok temu biografii Streep "Meryl Streep. Znowu ona!" Michael Schulman. – Tytuł królowej maturzystek stanowił coś w rodzaju Oscara za najlepszą kreację kobiecą”.

Również wszystkie jej późniejsze role seksownych blondynek były pastiszami. W „Diablicy” zagrała narcystyczną, rozkapryszoną autorkę romansów, która bez skrupułów kradnie męża szarej domowej myszce. A w ośmieszającej hollywoodzki kult młodości czarnej komedii Roberta Zemeckisa „Ze śmiercią jej do twarzy” trzymała pod pantoflem samego Bruce’a Willisa.

Być jak Robert De Niro

Pierwsi poznali się na talencie Meryl rodzice. Kiedy miała 12 lat, zapisali ją na lekcje śpiewu operowego do słynnej Estelle Liebing, co nie było najlepszym pomysłem. Jednak aktorka twórczo wykorzystała również i to doświadczenie w pokazywanej nie tak dawno komedii „Boska Florence”. Tytułowa milionerka przekonana, że pięknie śpiewa, dawała w dwudziestoleciu międzywojennym kultowe recitale, podczas których ofiarą padały nuty, tonacje i tempa dobijane absurdalną interpretacją, kiepską dykcją, antychoreografią, tudzież monstrualnymi strojami. Streep fałszuje, drobi pokracznie po scenie, potyka się o falbany i treny kongenialnie, by na koniec wzruszyć, bo Florence brakowało zdolności, ale miała podatną na zranienie delikatną duszę prawdziwej artystki.

Plastyczka Mary i dyrektor firmy farmaceutycznej William Streepowie nie narzekali na brak pieniędzy. Zadbali, by córka studiowała w jednej z czołowych humanistycznych uczelni w kraju – Vassar College. Tam w 1969 roku wystąpiła w sztuce Augusta Strindberga „Panna Julia”, stała się sensacją sezonu, a jej profesor stwierdził: „Nie sądzę, by ktokolwiek mógł uczyć Meryl gry aktorskiej. Nauczyła się sama”.

Podczas studiów magisterskich w Szkole Dramatycznej Yale grała w kilkunastu spektaklach rocznie, dorabiając jako kelnerka i maszynistka. Dostała wrzodów żołądka, myślała, czy nie przenieść się na prawo, bo zbrzydły jej metody wyznawców „metody”, zwłaszcza współzałożyciela Actors Studio Roberta Lewisa. Według Kariny Longworth, autorki książki o Streep z 2014 roku „Anatomy of an Actor”, dziewczyna uważała, że „ćwiczenia oparte na ingerowaniu w najintymniejsze sfery życia są odrażające”.

W 1975 roku z dyplomem w kieszeni wróciła do rodzinnego New Jersey, by po krótkich wakacjach u rodziców przeprowadzić się za rzekę, gdzie płonęły światła Broadwayu. Tam wziął ją pod skrzydła legendarny producent i reżyser sztuk Szekspira Joseph Papp. Zagrała w „Henryku V” i „Poskromieniu złośnicy” z Raúlem Julią, a podczas prób „Miarki za miarkę” zakochała się w starszym o 14 lat Johnie Cazale’u – najbardziej znanym z roli Fredo w „Ojcu chrzestnym”.

Zamieszkali razem, zaręczyli się. Rok później okazało się, że John ma raka płuc. Właśnie z tego powodu reżyser Michael Cimino zmienił kolejność kręcenia scen „Łowcy jeleni”. Cazale nie doczekał końca zdjęć.

Meryl swojej przełomowej roli w tym filmie nie zawdzięczała narzeczonemu, tylko Robertowi De Niro. Ubóstwiała go od czasu obejrzenia „Taksówkarza”, po wyjściu z kina stwierdziła: „Kiedy dorosnę, chcę być takim aktorem jak on!”. A 33-letni gwiazdor zobaczył Streep na Broadwayu w „Wiśniowym sadzie” Czechowa, odwzajemnił zawodowy podziw i przycisnął Cimino.

Rola „nijakiej, przeciętnej” (jak odnotował scenarzysta Deric Washburn) dziewczyny Nicka (Christopher Walken) Lindy przyniosła aktorce pierwszą nominację do Oscara, chociaż z teatru zrezygnowała tylko dlatego, by nie rozstawać się z Johnem. Pielęgnowała go do ostatnich chwil, przez kilka tygodni prawie nie wychodziła ze szpitala.

„Nigdy nie widziałem takiego poświęcenia – wspominał De Niro w rozmowie z brytyjskim "Daily Telegraph". – Kochała Johna bezgranicznie”. Aktorka jeszcze niedawno powiedziała Karinie Longworth: „Nigdy nie pogodziłam się ze śmiercią Johna i nie chcę. Ten ból cały czas tkwi w zakątku świadomości, jest częścią mnie, ale umiałam go oswoić, nie urósł do rozmiarów obsesji”.

Nowy Jork nie zna litości. Po śmierci Cazale’a Meryl musiała wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania. I dzięki temu... spotkała mężczyznę, z którym żyje do dziś.

Wszystko, co najcenniejsze

Kolega jej brata, 31-letni rzeźbiarz Don Gummer, wyjeżdżał akurat do Europy, więc pozwolił dziewczynie mieszkać w swoim manhattańskim apartamencie, póki nie znajdzie czegoś na stałe. Kiedy wrócił i poznał sublokatorkę bliżej, już nie chciał jej wypuścić. „Meryl bardzo cierpiała, próbowałem ją pocieszać i szybko zorientowałem się, że jestem zakochany po uszy” – mówił w jednym z wywiadów.

Zaczęła się historia miłosna równie niezwykła w środowisku filmowym jak 20 nominacji do Oscara czy utrzymanie statusu gwiazdy przez cztery dekady. Don i Meryl wzięli ślub we wrześniu 1978 r. Jej matka była przerażona. Uważała, że Meryl podjęła decyzję impulsywnie, by zagłuszyć rozpacz. Tymczasem małżeństwo przetrwało 77 filmów i kilkanaście – wyłącznie ekranowych – romansów, m.in. z: Dustinem Hoffmanem („Sprawa Kramerów”), Jeremym Ironsem („Kochanica Francuza”), Kevinem Kline’em i Peterem MacNicolem („Wybór Zofii”), Samem Neillem („Obfitość”), Robertem Redfordem („Pożegnanie z Afryką”), Jackiem Nicholsonem („Zgaga”, „Chwasty”), Dennisem Quaidem („Pocztówki znad krawędzi”), Clintem Eastwoodem („Co się wydarzyło w Madison County”), Alekiem Baldwinem i Steve’em Martinem („To skomplikowane”).

W 2012 roku, odbierając Oscara za „Żelazną Damę”, aktorka stwierdziła: „Najpierw podziękuję Donowi, bo jak dziękujesz mężowi na końcu, to zagłuszają to muzyką. A chcę, by wiedział, że dał mi wszystko, co uważam za najcenniejsze w życiu”. Streep urodziła syna Henry’ego i trzy córki, które wyglądają jak mama. Louise jest modelką pozującą w reklamach Diora, sesjach dla „Vanity Fair” oraz „Glamour”, Mamie i Grace wybrały aktorstwo. Henry początkowo grał na gitarze w nowojorskiej kapeli indiepopowej Bravo Silva. Od 2009 roku robi karierę solową, najnowszy album „Asilomar” wydał dwa lata temu. Zaśpiewał w „Julie i Julii”, jego piosenka pojawia się też na ścieżce dźwiękowej „Nigdy nie jest za późno”, w którym u boku Meryl po raz trzeci wystąpiła Mamie.

Na czym polega tajemnica małżeńskiego sukcesu? „Dajemy sobie wzajemnie dużo luzu – wyjaśniała aktorka w wywiadzie dla "The Independent". – On lubi golfa i nawet nie chce słyszeć o teatrze, który ja uwielbiam. Jesteśmy inni, cieszy nas to i nie wchodzimy sobie w paradę”.

Z Nowego Jorku do Connecticut wyprowadzili się w 1985 roku, gdy mieli już Henry’ego i Mamie oraz pieniądze na prywatną posiadłość (1,8 miliona dolarów). Pięć lat później kupili za trzy miliony dom w Brentwood, eleganckiej dzielnicy Los Angeles, gdzie mieszkają m.in. Arnold Schwarzenegger, Giselle Bundchen z Tomem Bradym i LeBron James, ale tylko dlatego, że tak było wygodniej – po pracy Meryl wracała na kolację do męża i dzieci. Kiedy podrosły, powiedziała „dość”. Mimo że Donowi Los Angeles się podobało, bo galerii i kolegów artystów było prawie tyle co w Nowym Jorku, a poza tym przez cały rok mógł pracować na dworze. Dla Streep cztery lata spędzone w stolicy filmowego biznesu nie były katorgą, raczej zawracaniem głowy. Kiedy się tam mieszka, trzeba chodzić na gale, ceremonie, bankiety, przyjęcia, do każdego się uśmiechnąć, prowadzić pogaduszki o niczym ze świadomością, że cały czas jesteś obserwowany, nikt nie prawi ci komplementów bezinteresownie, nawet jeśli na nie zasługujesz.

Kobiety sikają inaczej

Meryl nie mierzy życiowych osiągnięć kryteriami zawodowymi. Kocha to, co robi, lubi być doceniana i podziwiana, ale kiedy myśli o przeszłości, nasuwają jej się wyłącznie wspomnienia rodzinne. „Zwykle odrzucałam propozycje, które wymagały długich zagranicznych wyjazdów – opowiada. – Jestem szczęśliwa, że mam pracę, która umożliwiała spędzanie z bliskimi więcej czasu niż dwa tygodnie sierpnia, i robienie sobie po każdym porodzie rocznej przerwy” [w USA nie istnieją urlopy macierzyńskie – przyp. red.].

Gwiazda twierdzi, że wbrew stereotypom tak samo ustawia priorytety wiele znanych aktorek: „Dla facetów wszystko, co robią, jest rywalizacją (który dalej siknie), ciągłym liczeniem punktów (Zdobyłem dziesięć na dziesięć czy może tylko dziewięć?). My, kobiety, sikamy inaczej”. Choć może przebierać w rolach, denerwuje ją, że hollywoodzki moloch nieustannie żąda świeżej krwi i większość pań po trzydziestce przestaje być atrakcyjna dla producentów. Przemawiając na rozdaniu nagród Gildii Aktorów Ekranowych w 1990 roku, stwierdziła, że w wytwórniach siedzą „chciwi głupcy, którzy nigdy nie zatrudnią aktorki przypominającej im pierwszą żonę”. Opinię tę podtrzymuje. Uważa, że wciąż dostaje propozycje nie tyle ze względu na talent, ile raczej na zdolność generowania zysków. Krytycy wprawdzie mieli do niej pretensje, że zagrała w „dziewczyńskiej” komedii „Mamma Mia!” (2008), ale film z budżetem 52 milionów dolarów zarobił 610 milionów.

Streep jest nowoczesna nie tylko w poglądach na małżeństwo. Identyfikuje się z Nową Lewicą, czyli ruchem, który powstał w latach 60. XX w. pod wpływem protestów przeciw wojnie wietnamskiej, walki o równouprawnienie czarnych i kobiet oraz rebelii hipisów. Później część młodych buntowników, by obalić establishment od środka, poszła w politykę i ostatecznie stała się jego częścią. Jak Hillary Clinton.

Meryl popierała byłą sekretarz stanu nie tylko w zmaganiach z Trumpem, ale także z kandydatem do prezydenckiej nominacji demokratów Berniem Sandersem, który akurat pozostał wierny ideałom radykalnej młodości. Co zabawne, przemawiając na Krajowej Konwencji Demokratów w lipcu 2016 r., Streep używała takich samych chwytów oratorskich, min i gestów jak Hillary. Trudno powiedzieć, czy robiła to świadomie, czy zadziałał jej niezawodny instynkt aktorski, w każdym razie zdawało się, że oglądamy kandydatkę we własnej osobie.

Trudno wskazać aktorkę, która potrafiłaby równie perfekcyjne wykreować postać mającą pierwowzór z krwi i kości. Meryl przeistaczała się bez reszty w premier Margaret Thatcher, demoniczną naczelną „Vogue’a” Annę Wintour, mistrzynię kuchni Julię Child, działaczkę związkową Karen Silkwood czy Australijkę Lindy Chamberlain niesłusznie oskarżoną o zamordowanie dziewięciomiesięcznej córeczki.

Znakiem firmowym gwiazdy jest niesamowity dar naśladowania akcentów. Polskiego („Wybór Zofii”) nauczyła się od Elżbiety Czyżewskiej. Irlandką została na potrzeby „Chwastów” i „Dancing at Lughnasa”. Włoskim posługiwała się w „Co się wydarzyło w Madison County”. Duńskim oczarowała publiczność jako Karen Blixen („Pożegnanie z Afryką”). O jej oksfordzkiej wymowie z „Żelaznej Damy” zachwycony krytyk „Guardiana” Xan Brooks pisał: „Arcydzieło mimikry!”.

Haniebne nadużywanie władzy

W kraju, gdzie banknoty oznajmiają: „Pokładamy ufność w Bogu”, prezydenci składają przysięgę na Biblię, zaś ateizm jest synonimem moralnej zgnilizny, aktorka otwarcie przyznaje, że religia to nie jej bajka. I żałuje swojej laickości. Dorastając w New Jersey, często chodziła z koleżankami na niedzielne msze, bo pociągał ją „duchowy ład oferowany przez Kościół”. „Nie potrafię uwierzyć w sens modlitwy czy w to, że nasze losy kształtuje siła nadprzyrodzona – powiedziała dziewięć lat temu "The Sunday Telegraph". – Dla myślącego, czującego, marzącego człowieka czymś potwornym jest wyrzucenie poza nawias tej sfery”. Jak w takim razie znajduje pocieszenie? „Nie wiem, czy go potrzebuję. Wierzę w miłość, nadzieję, optymizm, które są tak zwykłe i magiczne równocześnie. Nie umiem powiedzieć, skąd się biorą. Ani skąd biorą się ci, którzy chcą innym robić krzywdę”.

Każdy szanujący się hollywoodzki aktor z czymś walczy – z wycinką puszczy amazońskiej, samochodami na benzynę, łowieniem wielorybów, cukrzycą – na plakatach, w reklamówkach, wywiadach. Streep, zamiast epatować wizerunkiem, woli działać. Własnoręcznie napisała 535 listów do członków Kongresu, by przedłużyli termin ratyfikowania konstytucyjnej poprawki o równouprawnieniu płci. Dzięki jej zakulisowym naciskom na możnych tego świata broniąca praw reprodukcyjnych kobiet organizacja CRR dostała więcej pieniędzy, niż o to prosiła. Meryl jako jedna z pierwszych gwiazd potępiła publicznie producenta Harveya Weinsteina, który przez dekady molestował swoje podwładne i znane aktorki. Pokreśliła, że wbrew sensacyjnym doniesieniom mediów bynajmniej nie wszyscy ludzie w branży rozrywkowej wiedzieli o „haniebnym nadużywaniu przez Weinsteina władzy”. Na przykład ona nie wiedziała, bo gdyby było inaczej, protestowałaby już dawno temu. Podkreśliła, że biznes filmowy pozostaje „piaskownicą chłopców tak samo jak Senat, Izba Reprezentantów, rady nadzorcze korporacji”.

W „Czwartej władzy” Stevena Spielberga aktorka gra Katharine Graham, legendarną wydawczynię dziennika „The Washington Post”, który w 1971 r. ujawnił tajne raporty o sytuacji w Wietnamie zwane dokumentami Pentagonu (Pentagon Papers), a dowodzące, że rząd kłamie. Próby wstrzymania publikacji zawiodły. Choć szef kampanii wyborczej Richarda Nixona John Mitchell ostrzegał Graham, że „wkręci sobie cycki w wyżymaczkę”, wydawczyni poleciła drukować informacje naruszające – według administracji – bezpieczeństwo państwa. Wbrew sądowemu zakazowi i w momencie, gdy gazeta wchodziła na giełdę. Ostatecznie Sąd Najwyższy uznał, że miała do tego prawo na mocy konstytucyjnej klauzuli o wolności słowa. A dziennik nagłośnił wkrótce potem aferę Watergate, która zmusiła Nixona do ustąpienia.

Zatrudniony przez Spielberga jako konsultant były publicysta „The Washington Post” Richard Cohen powiedział reporterom, że obserwując aktorkę na planie, przecierał oczy ze zdumienia, tak genialnie wcieliła się w jego dawną szefową. „Po zakończeniu jednej ze scen podszedłem do niej i poprosiłem o podwyżkę – mówi Cohen. – A ona zareagowała identycznie, jak zrobiłaby to Kay: "Zapomnij!".

Meryl Streep, amerykańska aktorka filmowa i teatralna. Urodziła się w 1949 roku, w 1971 roku zadebiutowała na scenie, sześć lat później na dużym ekranie – w filmie „Julia” Freda Zinnemanna. Zaledwie rok potem uhonorowano ją pierwszą nominacją do Oscara za rolę w „Łowcy jeleni” Michaela Cimina. Od ponad 40 lat jest żoną Dona Gummera, mają syna i trzy córki.

  1. Styl Życia

Niech żyje wolność! Z wizytą u projektantki wnętrz Cathy-Anne Gerulewicz

Po lewej: Cathy-Anne Gerulewicz. Po prawej: wejście do salonu jej paryskiego mieszkania na warszawskim Powiślu. (Fot. Jakub Pajewski, Stylizacja: Basia Dereń-Marzec)
Po lewej: Cathy-Anne Gerulewicz. Po prawej: wejście do salonu jej paryskiego mieszkania na warszawskim Powiślu. (Fot. Jakub Pajewski, Stylizacja: Basia Dereń-Marzec)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Każdy z nas jest inny, więc i każde wnętrze powinno być inne. Unikajmy szablonów, nie bójmy się zmian, łączenia stylów. Ważne, żebyśmy we własnym domu czuli się dobrze, to przecież nasz kokon – mówi Cathy-Anne Gerulewicz, Francuzka od 20 lat projektująca wnętrza w Polsce.

Cathy-Anne Gerulewicz projektuje wnętrza i importuje do Polski tkaniny, przedmioty oraz meble. To zawód i biznes, ale tak naprawdę dużo więcej, czyli misja.

Cathy-Anne Gerulewicz w swoim paryskim mieszkniu na warszawskim Powiślu. (Fot. Jakub Pajewski, Stylizacja: Basia Dereń-Marzec) Cathy-Anne Gerulewicz w swoim paryskim mieszkniu na warszawskim Powiślu. (Fot. Jakub Pajewski, Stylizacja: Basia Dereń-Marzec)

Cathy-Anne chce pokazać Polakom, na czym naprawdę polega francuski styl dekoracji, i zachęcić do stosowania jego zasad. „Bo wie pani, że nie chodzi o to, żeby wnętrza były szaro-białe z przecieranymi, bielonymi drewnianymi meblami?” – pyta z nadzieją w głosie. Niby wiem, ale lepiej sprawy doprecyzować. Więc na czym polega ten francuski styl?

Po pierwsze, na swobodzie. Na tym, że zestawiamy stare z nowym, klasykę z nowoczesnością, luksusowe ze zwyczajnym, efektowne ze skromnym.

Na ścianach przedpokoju szarobłękitna tapeta Memoires firmy Elitis, inspirowana zwierzęcą sierścią. (Fot. Jakub Pajewski) Na ścianach przedpokoju szarobłękitna tapeta Memoires firmy Elitis, inspirowana zwierzęcą sierścią. (Fot. Jakub Pajewski)

Po drugie, na oryginalności, na tym, że chcemy, żeby nasze mieszkanie wyglądało inaczej niż wszystkie mieszkania.

W wejściu do salonu zestaw zaskoczeń: obraz Lecha Batora, biała kolia z muszli i motyle pod szklanym kloszem. (Fot. Jakub Pajewski) W wejściu do salonu zestaw zaskoczeń: obraz Lecha Batora, biała kolia z muszli i motyle pod szklanym kloszem. (Fot. Jakub Pajewski)

Po trzecie, na zmienności, wiemy przecież, że nic nie jest na stałe, i wnętrza jak my sami też mogą się zmieniać, choćby wtedy, kiedy się nam znudzą.

Kanapę wykonano na zamówienie i obito tkaniną Casamance, a kolorowe poduchy są z materiałów Misia, Elitis, Le Manach. Salon oświetla żyrandol Grand Nuage projektu Hervego Langlais'go. W roku stoi przedmiot mityczny - kupiony na aukcji stary kufer podróżny Louis Vuitton. (Fot. Jakub Pajewski) Kanapę wykonano na zamówienie i obito tkaniną Casamance, a kolorowe poduchy są z materiałów Misia, Elitis, Le Manach. Salon oświetla żyrandol Grand Nuage projektu Hervego Langlais'go. W roku stoi przedmiot mityczny - kupiony na aukcji stary kufer podróżny Louis Vuitton. (Fot. Jakub Pajewski)

„Przecież inaczej się ubieramy, jak mamy 20 lat, a inaczej, kiedy mamy 40, ja nie noszę już mini, a kiedyś nosiłam, z wnętrzami dzieje się podobnie”, dodaje Cathy-Anne. Zmiany niekoniecznie muszą być rewolucyjne, ale już nowa tapeta, poduszki na kanapie czy lampa potrafią nieźle namieszać.

Konsola z bibelotami. Na zdjęciu złota lampa Fractale. (Fot. Jakub Pajewski) Konsola z bibelotami. Na zdjęciu złota lampa Fractale. (Fot. Jakub Pajewski)

Konsola z bibelotami. Na zdjęciu pamiątki rodzinne - świeczniki łosie i stare bombki. (Fot. Jakub Pajewski) Konsola z bibelotami. Na zdjęciu pamiątki rodzinne - świeczniki łosie i stare bombki. (Fot. Jakub Pajewski)
„Przecież wnętrza mają żyć, nie mogą pochodzić z katalogu, nie mogą być sztywne, bo powinny wyrażać nas. Jeśli tak się nie stanie, to jak możemy czuć się dobrze we własnym mieszkaniu?”, pyta właściwie retorycznie Cathy-Anne.
W Polsce mieszka od 20 lat. Dekorowanie wnętrz i swoją życiową misję znalazła dopiero tutaj, wcześniej studiowała zarządzanie w Paryżu, Nowym Jorku i Tokio. Niezawodny gust wyniosła z rodzinnego domu. W Warszawie założyła firmę SML Concept, showroom i została przedstawicielką francuskich firm z najwyższej dekoratorskiej półki. Reprezentowany przez nią producent tkanin Pierre Frey należy do stowarzyszenia Comité Colbert, tak jak Hermès, Chanel, Louis Vuitton – to śmietanka francuskiego piękna i jakości. „Jakość jest nam potrzebna, warto doceniać firmy i produkty, które istnieją od dziesięcioleci, a posługują się technikami znanymi od wieków. Pierre Frey ma w swoim katalogu osiem tysięcy pozycji! Tkaniny nie są tanie, ale to inwestycja w niezwykłą jakość i piękno, które będą trwały”, tłumaczy Cathy-Anne.

Ściany sypialni zdobi okleina Chance firmy Elitis, do złudzenia przypominająca paryskie stukaterie. Kontrastujące zasłony z tkaniny Zadig firmy Elitis, poduszki z tkanin Pierre Frey i Le Manach. (Fot. Jakub Pajewski) Ściany sypialni zdobi okleina Chance firmy Elitis, do złudzenia przypominająca paryskie stukaterie. Kontrastujące zasłony z tkaniny Zadig firmy Elitis, poduszki z tkanin Pierre Frey i Le Manach. (Fot. Jakub Pajewski)

Jej mieszkanie to wizytówka pełnego eleganckiej swobody stylu, który projektantka propaguje. I bez wątpienia ona sama czuje się w nim dobrze. „Uwiodły mnie te deski na podłodze, szerokie, zwyczajne, pokryte patyną – dodaje gospodyni. – Kiedy weszłam pierwszy raz, od razu wiedziałam, że chcę tu mieszkać”. Jesteśmy w dużym mieszkaniu w Warszawie, na Powiślu, w jednej z najpiękniejszych tutejszych starych kamienic. Eleganckiej, z wieloma klatkami, o paryskim charakterze, z ogrodem w podwórzu. Przez wielkie balkonowe okno widać właśnie to podwórko, do innych w mieście niepodobne, służące przyjemności, odpoczynkowi, a nie parkowaniu samochodów. „Lubię tę dzielnicę, mieszkam tu od 12 lat. Wisła jest blisko, mam swoje sklepy i bary, tu trwa prawdziwe, a nie anonimowe życie”, mówi projektantka.

Drewniana bieliźniarka pochodzi z domu babci gospodyni. (Fot. Jakub Pajewski) Drewniana bieliźniarka pochodzi z domu babci gospodyni. (Fot. Jakub Pajewski)

Figurki na parapecie pochodzą z Afryki. (Fot. Jakub Pajewski) Figurki na parapecie pochodzą z Afryki. (Fot. Jakub Pajewski)

Mieszkanie Cathy-Anne zaskakuje różnorodnością stylów, jest pełne życia i fantazji. Jedna ze ścian dużego salonu została wyłożona lustrami, na drugiej, pokrytej tapetą, przypominającej pałacową boazerię, wiszą stare ikony i telewizor, na trzeciej – nowoczesne i kolorowe obrazy, a czwarta jest widokiem na podwórko, ramą obrazu latem ozdobioną barwnymi hortensjami.

Charakter salonowi nadaje tapeta Pleats firmy Elitis. (Fot. Jakub Pajewski) Charakter salonowi nadaje tapeta Pleats firmy Elitis. (Fot. Jakub Pajewski)

Charakter salonowi nadaje tapeta Pleats firmy Elitis. (Fot. Jakub Pajewski) Charakter salonowi nadaje tapeta Pleats firmy Elitis. (Fot. Jakub Pajewski)

Wszystko to tworzy wnętrze jedyne w swoim rodzaju. Zgodne z zasadą, że prawdziwa elegancja to nonszalancja, a nie ostentacja. A doskonałość? Doskonałość, jak mówi Cathy-Anne Gerulewicz, nie istnieje i w ogóle jej do niczego nie potrzebujemy. Ważna jest wolność i osobowość. I w życiu, i we wnętrzach.