1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Poznaj uczestników IV edycji Warszawskiego Dnia Kapelusza

Poznaj uczestników IV edycji Warszawskiego Dnia Kapelusza

fot. DAMOSFERA
fot. DAMOSFERA
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Wielbiciele kapeluszy i pięknych stylizacji zdominowali w niedzielę Rotundę na warszawskim torze wyścigów konnych na Służewcu, gdzie odbyła się już IV edycja Warszawskiego Dnia Kapelusza organizowanego przez Damosferę (Kasię, Edytę i Justynę). Na ulicach o tej porze roku dominują szarości, a patrząc na uczestników konkursu na najpiękniejszą stylizację można było się przekonać jak piękny staje się świat, kiedy nosimy eleganckie stroje i obowiązkowo nakrycia głowy! Było kolorowo i klasycznie! W jury konkursu zasiadła Eliza Gwiazda i Jerzy Petersburski.

Tor Służewiecki  to miejsce z historią i tradycją. W okresie międzywojennym przeżywał on na pewno swoją największą świetność, ale obecni włodarze dążą do tego, by i teraz stał się miejscem weekendowych spotkań Warszawiaków. Nie tylko dzięki temu urokliwemu miejscu było zachwycająco niezwykle elegancko, ale również dzięki znakomitym gościom i naszym partnerom.  zadbał o aranżację przestrzeni i komfort nas wszystkich,  dostarczyła przepysznej i zdrowej wody dla spragnionych gości, zaś  zadbał o winną oprawę serwując wyśmienite wina ze swojej oferty.  jak zawsze przekazał dla finalistów konkursu piękny i najwyższej jakości sprzęt, zaś  wykonała wspaniałe makijaże organizatorkom wydarzenia, ale również paniom odwiedzającym WDK.

Tylu pięknie ubranych osób dawno nie widzieliście na pewno już od dawna! Na ulicach o tej porze roku dominują szarości, a patrząc na uczestników konkursu na najpiękniejszą stylizację podczas  można było się przekonać jak piękny staje się świat, kiedy nosimy eleganckie stroje i obowiązkowo nakrycia głowy! Było kolorowo i klasycznie!

Podziwiamy piękno i lubimy je obserwować. Jury, jak co roku, wybierając najpiękniejsze styliacje zwracało uwagę na całość. Czy np. kapelusz pasuje do twarzy, czy nakrycie głowy jest zupełnie oddzielnym elementem stroju.

Patrząc na naszych pięknych uczestników można było się przekonać, że kochają nakrycia głowy, a kapelusze, toczki i fascynatory to ich wielka miłość i pasja!

Bardzo lubię chodzić w kapeluszach i jeśli można dodatkowo połączyć to z dobrą zabawą – zawsze biorę w niej udział – mówiła jedna z uczestniczek.

Wyjątkowo czujemy się nosząc kapelusze,  a uczestnicy konkursu podkreślali, że ich stylizacje pochodzą z ich wewnętrznej potrzeby wyrażenia się za pomocą stroju, a nakrycie głowy  jeszcze bardziej podkreśla ich charakter. Gratulujemy, bo by pokazać kim się jest naprawdę potrzeba odwagi.

Nie trzeba czekać na sylwestra czy konkursy takie, jak  ten w Dniu Kapleusza, by się ubrać elegancko i zgodnie z własną osobowością. Każdy dzień jest po to, by nosić się tak, jak chcemy! A odpowiednie nakrycie głowy bardzo nam pomoże wyrazić siebie.

Zapraszamy do obejrzenia zdjęć w galerii poniżej.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Życie w czasie pandemii koronawirusa [FOTOREPORTAŻ]

Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Życie w Warszawie w czasie pandemii koronawirusa toczy się wolniej (Fot. Marta Rybicka)
Zobacz galerię 24 Zdjęcia
Nasze życie od kilku tygodni zmieniło się diametralnie. Miasto, które normalnie tętni życiem, opustoszało, a życie toczy się w nim zupełnie innym trybem. Wolniej, ciszej, na odległość.

Zobaczcie niezwykły fotoreportaż Marty Rybickiej, dokumentujący codzienność w Warszawie w czasie trwania epidemii koronawirusa.

Wstałam wcześnie rano. Obejrzałam wiadomości z Hiszpanii i Włoch. To dzieje się tu i teraz. Szybko wybiegam z domu, jak zwykle z aparatem. Do kieszeni wkładam maseczkę i rękawiczki. Ulica. Pusta. A przecież słonecznie i ciepło. Przecież wiosna. Wsiadam do metra, ludzie podejrzliwe patrzą na siebie. Niektórzy w maskach. Pan na końcu wagonu delikatnie chrząknął. Spore poruszenie. Mnie nie wystraszył, ale od jutra będę jednak jeździć wyłącznie samochodem.

Nie trzeba być fotografem, żeby widzieć jak wiele się zmieniło. Nagle nasze przyzwyczajenia nie do końca pasują. Nawet nasz kot nie wie, skąd taki tłok w domu. Każdy próbuje zaadoptować swój świat do rzeczywistości.

Wszystko nagle podlega weryfikacji – nasz styl życia, nasze potrzeby, nasze relacje. W czasie, kiedy powinniśmy być blisko, musimy trzymać dystans – najlepiej dwa metry.

Marta Rybicka, fotografka

  1. Styl Życia

Top 5 miejsc, które warto poznać w Warszawie

fot. materiały prasowe restauracja PAM PAM
fot. materiały prasowe restauracja PAM PAM
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Nasza stolica z roku na rok staje się coraz bardziej atrakcyjnym miejscem dla mieszkańców i turystów. Już od dawna Warszawa to nie tylko Pałac Kultury i Nauki, Łazienki Królewskie i Stare Miasto. Miasto tętni życiem - co chwila na mapie stolicy pojawiają się nowe inicjatywy, przedsięwzięcia i miejsca, w których chcemy przebywać. Kwiaciarnie, hotele, butiki, restauracje - Warszawa to nie tylko rozbudowywanie korporacji i same szklane budowle. Coraz więcej miejsc przekonuje nas do siebie swoją kreatywnością, innowacyjnością i stylem. Oto miejsca, które ostatnio zrobiły na nas największe wrażenie i które odnoszą sukcesy nie tylko u nas, ale głośno o nich także na świecie.

1. Restauracja "PAM PAM", ul. Emilii Plater 9/11 - niedawno powstała na jednej z popularniejszych obecnie ulic w Warszawie, przyciąga wyjątkowym designem i niebanalnymi potrawami. Dawno nie trafiliśmy do tak udanego lokalu, który zachwycił nas nie tylko klimatem, ale także profesjonalną obsługą (nie spodziewaliśmy się, że kelnerzy są przygotowani nawet na najdrobniejszy szczegół) i oryginalnymi potrawami. Plusem jest to, że menu nie jest ogromne, dzięki czemu wszystkie dania przygotowywane są na bieżąco, są świeże i smakują dokładnie tak, jak sobie tego wyobrażamy. W ofercie pojawiają się także sezonowe pozycje (wszelakie wykorzystanie szparagów), dzięki czemu kuchnia jest zróżnicowana, a kompozycje smakowe wyjątkowo dobrane. O smak dba tu Paweł Rumowski - Szef Kuchni z wieloletnim doświadczeniem i licznymi nagrodami na koncie, który słynie z upodobania do lokalnych produktów i stawiania wyłącznie na to, co sprawdzone i świeże. Wśród absolutnych "perełek" jedzeniowych restauracji "PAM PAM" znajduje się przede wszystkim assiette pomidorowe z mini burratą, verbeną cytrynową i czosnkiem niedźwiedzim, czyli wariacja na temat pomidorów wszelkiego rodzaju (słodkich, suszonych, koktajlowych itp.), filet z dubiela z sałatą rzymską, awokado, boczniakiem i sosem z zielonego curry i crème brûlée z malinami i karmelizowanym popcornem. Dla lubiących mięso polecamy tatar wołowy z salsą verde i musztardą pommery - najlepszy w stolicy! Dodatkowy plus za niezwykle kameralny wystrój i idealne dostosowanie lokalu do spotkań firmowych czy biznesowych rozmów - w restauracji znajduje się specjalnie wydzielona część salki, która zapewnia komfort rozmowy.

 

2. Puro Hotel, ul. Widok 9 - w ścisłym centrum Warszawy całkiem niedawno pojawił się jeden z najbardziej designerskich hoteli. Puro to sieć hoteli, które w Polsce mieszczą się także w Gdańsku, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi. Wnętrza zaprojektowane w nowoczesnym, minimalistycznym stylu to znak rozpoznawczy eleganckiego hotelu, który warto odwiedzić także jako miejsce na konferencję czy biznesowe spotkania. W hotelu mieści się także restauracja, która w porze lunchowej serwuje ogromny wybór antipasti i dań głównych. Warto odwiedzić!

3. Hotel Bristol, ul. Krakowskie Przedmieście 42/44 - najstarszy działający hotel w stolicy doczekał się wielu wyróżnień. Ostatnio został uznany przez czytelników portalu Travel Leisure jednym z najlepszych hoteli świata i jednym z dziesięciu najlepszych hoteli w Europie! To ogromne wyróżnienie - czytelnicy oceniają bowiem wszystkie możliwe aspekty funkcjonowania tego typu miejsc - wnętrza, lokalizację, jakość posiłków, obsługę, a nawet propozycje, jakie hotel przygotowuje dla turystów. Hotel Bristol to absolutna gwiazdka wśród warszawskich hoteli - z tak bogatą historią, jako wieloletnie miejsce spotkań bohemy to miejsce, które z pewnością trzeba odwiedzić choć raz w życiu! Dodatkowo w Hotelu Bristol na dachu otworzono niedawno champagne bar Belle Epoque, z którego rozciąga się przepiękny widok na Trakt Królewski i panoramę Warszawy. Naprawdę warto.

4. DobryDesign.pl, ul. Plac Konesera 3 - w Centrum Praskim Koneser znajduje się miejsce poświęcone absolutnie niesztampowym rzeczom - unikatowym meblom, perełkom wnętrzarskich dodatków i po prostu pięknym rzeczom. To miejsce, w którym na spokojnie dowiesz się, co będzie pasowało do twojego wnętrza i jak podkreślisz piękno swojego mieszkania. Gwarantujemy, że znajdziesz tu nie tylko oryginalne dekoracje i meble, ale także niezwykły klimat.

5. Auris Garden, ul. Tamka 45B - miejsce, które powstało z miłości do roślin. Znajdziemy tu ogromny wybór roślin doniczkowych, kwiatów, w sezonie dostępne są także rośliny zewnętrzne. Każdy kto odwiedził tę przystań dla roślin choć raz wie, że panuje tu wielki szacunek dla naszych zielonych przyjaciół - jedną z możliwości jest także zostawienie własnych roślinek pod opieką pracowników Auris Garden na czas wyjazdu czy jakiejkolwiek nieobecności w domu. Poza sprzedażą roślin doniczkowych i omówieniem zielonych aranżacji, na miejscu możesz nabrać roślinnych inspiracji, skonsultować swoją hodowlę zielonych przyjaciół, otrzymać porady dotyczące roślin, napić się kawy i pooddychać czystym powietrzem.

 

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.