1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Rozdano nagrody Emmy

Rozdano nagrody Emmy

Po raz 63. rozdano nagrody Emmy, zwane telewizyjnymi Oscarami. Wśród nagrodzonych m.in. Martin Scorsese, Kate Winslet oraz seriale „Współczesna rodzina” i Mad Men”.

Martin Scorsese otrzymał nagrodę za najlepszą reżyserię pilotowego odcinka serialu „Zakazane imperium” stacji HBO. Serial ten zgarnął największą liczbę statuetek, bo aż 8. 5 nagród zdobył mini-serial „Mildred Pierce” z Kate Winslet w roli głównej, która otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki w mini serialu lub filmie telewizyjnym.

Za najlepszą aktorkę pierwszoplanową w serialu dramatycznym uznano Juliannę Margulies za rolę w serialu „Żona idealna”, a najlepszym aktorem w tej samej kategorii został Kyle Chandler.

Za najlepszy serial roku uznano po raz kolejny „Mad Men” stacji AMC.

Poniżej lista nagrodzonych w najważniejszych kategoriach:

NAJLEPSZY SERIAL DRAMATYCZNY

"Mad Men"

NAJLEPSZY SERIAL KOMEDIOWY

"Współczesna rodzina"

NAJLEPSZY MINISERIAL LUB FILM TELEWIZYJNY

"Downton Abbey"

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA W SERIALU DRAMATYCZNYM

Julianna Margulies - "Żona idealna"

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY W SERIALU DRAMATYCZNYM

Kyle Chandler - "Friday Night Lights"

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA W SERIALU KOMEDIOWYM

Melissa McCarthy - "Mike & Molly"

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY W SERIALU KOMEDIOWYM

Jim Parsons - "Teoria wielkiego podrywu"

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA W MINISERIALU LUB FILMIE TELEWIZYJNYM

Kate Winslet - "Mildred Pierce"

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY W MINISERIALU LUB FILMIE TELEWIZYJNYM

Barry Pepper - "The Kennedys"

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA W MINISERIALU LUB FILMIE TELEWIZYJNYM

Maggie Smith - "Downton Abbey"

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY W MINISERIALU LUB FILMIE TELEWIZYJNYM

Guy Pearce - "Mildred Pierce"

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA W SERIALU DRAMATYCZNYM

Margo Martindale - "Justified"

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY W SERIALU DRAMATYCZNYM

Peter Dinklage - "Gra o tron"

NAJLEPSZY REŻYSER SERIALU DRAMATYCZNEGO

Martin Scorsese - "Zakazane imperium", odc. Pilot

NAJLEPSZY SCENARIUSZ MINISERIALU, FILMU TELEWIZYJNEGO LUB DRAMATYCZNEGO PROGRAMU SPECJALNEGO

"Downton Abbey"

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Jak zmieniły się role w rodzinie?

Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Świat stanął na głowie? Kiedyś role w rodzinie były jasno określone. Dziś stają się płynne, czasem wydają się karykaturalne, co rodzi niepokój o przyszłość rodziny. Czy istotnie jest się czego bać?

Co jak co, ale zmiany mamy ostatnio jak w banku. To, co wczoraj wydawało się stałe, dzisiaj już nie obowiązuje. Zawirowania, często radykalne i dotąd nie do pomyślenia, to globalny trend we wszystkich dziedzinach życia – od polityki po rodzinę. Zanim zdążymy je oswoić, już musimy konfrontować się z kolejnymi. Bo świat pędzi dziś w niespotykanym dotąd tempie i niespecjalnie ma ochotę się zatrzymać. A wraz z nim galopuje rodzina. No a galopując – co nieuniknione – zbacza z utartego szlaku. To z kolei wywołuje obawy, że oto upada podstawowa komórka społeczna.

Rodzina nie ma końca

Spokojnie. Kasandryczne przepowiednie wieszczące koniec rodziny słychać było już na początku ubiegłego wieku. Słynny przedwojenny socjolog Stanisław Rychliński, stypendysta Fundacji Rockefellera, po powrocie ze Stanów przestrzegał przed amerykańskim trendem, polegającym na rozluźnieniu rodzinnych więzów i na osłabieniu grup oraz instytucji stojących na straży rodziny. Z niepokojem punktował odpowiedzialne za to amerykańskie zjawiska społeczne. Jakie? Dobrze nam teraz znane. Atomizację życia, osłabienie nakazów moralnych i sąsiedzkiej wspólnoty, zawodową pracę kobiet, odciągającą matki i żony od domowych powinności, słabą kontrolę rodziców nad dziećmi, upadek autorytetu matek i ojców. W ten sam ton uderzała w latach 60. Barbara Łobodzińska, autorka książki pod wymownym tytułem „Manowce małżeństwa i rodziny”.

I co? Rodzina przetrwała. Czy ma się dobrze? Ma się inaczej. W tym czasie przeszła długą drogę od modelu wielopokoleniowego do dwupokoleniowego. Musiała przyswoić równouprawnienie kobiet i mężczyzn, rewolucję obyczajową, seksualną i kulturową. Zmieniła formę – kiedyś tworzyło ją małżeństwo, dziś coraz częściej są to luźne związki. Skorygowała też cele – kiedyś chlubiła się licznym potomstwem, dziś w planach jest jedno, co najwyżej dwójka dzieci, a bywa, że para decyduje się na bezdzietność. Dawniej małżeństwa trwały dozgonnie, dziś jedna trzecia kończy się rozwodem. I zmiana zasadnicza, czyli dotycząca ról w rodzinie – kiedyś ojciec decydował, miał posłuch, uczył, jak żyć, matka zajmowała się domem i dziećmi, a dzieci nie miały prawa głosu. Dziś to one są w centrum, one decydują, dyktują warunki, mówią „nie”, a nawet uczą rodziców.

Przełomowa w pojmowaniu roli rodziców okazała się książka amerykańskiego psychologa i psychoterapeuty Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek” i jego słynne zdanie: „Rodzice są ludźmi, a nie bogami”. Gordon napisał coś, co nie mieściło się dotąd w głowie – dziecko nie jest niczyją własnością i jako odrębna jednostka ma prawo do prywatności, samodzielności, rozwoju. Otwarcie skrytykował dotychczasowe sposoby rozwiązywania konfliktów między rodzicami a dziećmi, oparte na schemacie: zwycięzca – pokonany. „Wychowanie bez porażek” to prawdziwa biblia dla rodziców. Wprawdzie bezpowrotnie ich zdetronizowała, ale najważniejsze jest to, że przeorała ich świadomość.

Z kolei współczesny autorytet pedagogiczny Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta rodzinny, autor świetnych książek na temat wychowania, uważa, że największą zmianą, jaka kiedykolwiek dokonała się w obrębie rodziny, jest to, że teraz dwoje ludzi ma duże oczekiwania wobec siebie nawzajem. W książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze: „To, że życie w parze ma ludzi wzbogacać, jest całkiem nowym wymaganiem, zjawiskiem i miernikiem. Nasi dziadkowie tak nie myśleli”. To dobrze czy źle? Z jednej strony dobrze, bo ludzie dbają o swój rozwój. A z drugiej – niekoniecznie, bo jeśli partner tego oczekiwania nie spełnia, to drugi traci motywację do bycia razem.

Natomiast największą zdaniem Juula zmianą w sytuacji dzieci w ostatnim 30-leciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Dawniej mały człowiek kształtował swoje kompetencje społeczne w zabawie z rówieśnikami. Teraz nie ma już takiej możliwości, bo nawet kiedy przebywa w grupie, to pod czujnym okiem dorosłych, którzy do wszystkiego się wtrącają. „Niewesoło być dzisiaj dzieckiem z takimi dorosłymi, którzy nie odstępują go na krok” – konstatuje Juul.

Ale rodzice zwiększają przecież kontrolę nie bez powodu, między innymi dlatego, że świat staje się mniej bezpieczny. Tak więc zarówno nowy kurs w wychowaniu, jak i w pojmowaniu, praktykowaniu ról w rodzinie wymyka się jednoznacznym ocenom. Jedno jest pewne – zmiany są nieuchronne, nie ma więc co się na nie obrażać. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom.

Mamo, zacznij mnie wreszcie wychowywać

Relacja matka – córka w naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli – mówi Anna Janko, pisarka, matka Andrzeja (35 lat) i Rózi (30 lat).

Urodziłam córkę o bardzo silnym charakterze. Zdecydowaną, mającą od dzieciństwa plan na siebie. Być mamą córki to szczególne uczucie, córkę kocha się zupełnie inaczej niż syna, tak jakby ona była częścią własnej żeńskiej tożsamości… Rózia od urodzenia wydawała mi się kimś bardzo znajomym. Gdy patrzyłam na nią, dwuletniego szkraba biegającego po domu, zadawałam sobie pytanie, skąd ja znam tę dziewczynkę. Bo miałam wrażenie, że znam ją całe swoje życie... Od początku nie chciałam łamać jej charakteru, mimo że jako dziecko impulsywne, z nadmiarem energii bywała naprawdę trudna, a w tamtych czasach nie zajmowano się dziećmi z ADHD. Radziłam sobie intuicyjnie, nie zmuszałam do przepisywania po sto razy zeszytów, nie katowałam siedzeniem cicho. „Najważniejsze, żeby mnie kochała”, tak myślałam. Obawiałam się, że jak będę zakazywać i wymuszać, to zniszczę nasze uczucie. Matka daje na coś szlaban, a dziecko wykrzykuje: „Nienawidzę cię!” – takiego scenariusza nie chciałam najbardziej na świecie.

Zamiana ról między nami polegała na tym, że ona od początku sama decydowała, co będzie robić, jak się ubierze, a ja się na to godziłam. Gdy czegoś chciała, robiła to tak czy owak, od razu albo sposobem. A gdy czegoś nie chciała, to nie było mowy, żeby ją przekonać. Przyszła na świat z gotowym modelem siebie, nie do korekty. A ja się bałam, że jak będę ją chciała prostować, to złamię. Podobało mi się to dziecko takie, jakie było.

Kiedy rozstawałam się z ojcem moich dzieci, podział na role w teatrze życia codziennego okresowo nie działał w ogóle... Najpierw wyprowadziłam się do innego mieszkania i podjęłam pracę w innym mieście, musiałam tam dojeżdżać na dwa dni w tygodniu. Dzieci (miały wtedy 16 i 11 lat) musiały więc radzić sobie same z pomocą sąsiadki. Same rano wybierały się do szkoły, robiły śniadanie, odrabiały lekcje, same się pilnowały… Taka dawka wolności to dla nich była rewolucja. A Rózia, przecież jeszcze mała, tęskniła. Nie zapomnę do końca życia takiej sceny: Wracam z podróży, oni oboje są w szkole, wchodzę do mieszkania, a tam w fotelu ktoś siedzi w moich spodniach, bluzie, adidasach. Szok. Ujrzałam sobowtóra. Zrobili manekina z moich wypchanych ubrań, z włosami z włóczki. To była inicjatywa Rózi. Bardzo za mną tęskniła. Dzisiaj mówi, że nie było mnie rok, a to trwało tylko od 1 maja do 10 czerwca, w poniedziałki i wtorki…

Po tym incydencie zabrałam ją ze sobą na stałe. Jednak nic nie zrobiło się dla mnie prostsze, nie umiałam zdecydować raz na zawsze, że odchodzę od męża, rozbijam rodzinę i zakładam nową z nowym mężczyzną. Wyrzuty sumienia kompletnie mnie demobilizowały. Wahałam się, zmieniałam zdanie, wracałam i uciekałam. Wydawało mi się chwilami, że wariuję. Pamiętam taki poranek, gdy wstałam z przeświadczeniem, że nie mogę tego zrobić, że trzeba wracać do domu, do dawnego życia. Zabrałyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy na przystanek tramwaju jadącego na dworzec. Siedzimy tam. Ja w stanie jakiejś pokazowej dezintegracji przepuszczam tramwaj za tramwajem, bo znów nie wiem, bo znów mam wrażenie, że powinnam jednak zostać. Obok na ławce Rózia cierpliwie siedzi, nogami majta. „Dziecko wie – gdy wali się świat, trzeba czekać” – napisałam potem w powieści, w której umieściłam tę scenę. A wtedy wydawało mi się, że tkwię pomiędzy dwiema katastrofami! – Co robić, powiedz, co ja mam robić? – pytam nagle tę dziewczynkę, która jest moją małą córką. A ona odpowiada jak doświadczona kobieta, jak mądra matka: – Zostań z tym, kogo kochasz. Odpowiada spokojnym głosem jak dziecko prorok? Duch świata? Oprzytomniałam w tamtej chwili.

Relacja matka – córka

W naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli, że może w poprzednim życiu to ona była moją matką. Albo byłyśmy siostrami… Czasami wyobrażałam sobie siebie na jej miejscu i… nie umiałam być „dla siebie” taka surowa! Pamiętam na przykład, jak kiedyś po powrocie ze szkoły czymś zniecierpliwiona Rózia pyta: „Kiedy ty mnie wreszcie zaczniesz wychowywać?”. To był dla mnie jakiś komunikat. Że ma za małe poczucie bezpieczeństwa? Że wolność jest za trudna? Albo że chciałaby dla urozmaicenia posmakować choćby małej opresyjki…

Pamiętam jeszcze inną sytuację, która coś mi uświadomiła: Jedziemy razem tramwajem, Rózia, wtedy 17-latka, przed chwilą wróciła z podróży, zmęczona, głodna, ledwie żywa, ale mówi: – Jadę do koleżanki na wieś, teraz. Próbuję ją przekonywać: – Całą noc nie spałaś, przyjedziemy do domu, zjesz obiad, wyśpisz się i rano pojedziesz. Ona: – Nie, chcę od razu. Na co ja stanowczo: – Wysiadamy i idziemy do domu.

I wtedy ona wstaje i grzecznie idzie razem ze mną. Oczom nie wierzyłam. Ta wojowniczka! Zrozumiałam, że mogłam inaczej, że jeśli tylko bym pokonała to coś miękkiego, defensywnego w sobie, to byłoby normalne wychowywanie jak u ludzi… Tylko czy naprawdę można coś robić latami wbrew własnej naturze?

Gdy Rózia miała 14 lat, wyjechałam na sześciomiesięczne pisarskie stypendium do Niemiec. Zostawiłam z tatą dziewczynkę z warkoczami, w sukienusi, a po powrocie zastałam zmienioną nie do poznania fighterkę. Ojca owinęła sobie wokół palca, zmieniła szkołę na taką o artystycznym profilu, wolnościową, ścięła włosy i pomalowała je na zielono. Koła w uszach, kolczyk w nosie, glany. Byłam w rozpaczy. A ona mnie pocieszała, jakbym to ja zrobiła sobie krzywdę: – Nie martw się, mamo – powtarzała – przejdzie mi, to taki bunt młodzieńczy, za dwa lata mi przejdzie. (Ona to mówiła mnie!). Nie przeszło.

Nauczyłam się lubić styl, jaki wybrała, nauczyłam się rozumieć także kulturę squatterską. Bo jakby tego było mało – na pięć miesięcy przed maturą zamieszkała na squacie. Zdezerterowałam jako matka? Absolutnie tak. Wiedziałam, że sobie nie radzę, że oddaję pole metr za metrem. Ale przynajmniej starałam się z nią rozmawiać o konsekwencjach kolejnych decyzji. I wkładałam do głowy, że skoro tak, to musi wziąć odpowiedzialność za siebie, że rozsądek ponad wszystko, bo inaczej będzie bolało. Nas obie. Najważniejsze było dla mnie to, żeby nie stracić kontaktu. Dlatego szukałam dobrych stron jej wyborów. No i nic złego się nie stało, choć, wiadomo, obawiałam się narkotyków, alkoholu i wszelkich niebezpieczeństw czyhających na młode dusze. A ona właśnie wtedy prowadziła warsztaty, urządzała koncerty, gotowała dla bezdomnych. Maturę zdała, studia skończyła. Poznałam paru z jej squatterskich przyjaciół. Świetni, twórczy ludzie.

Teraz Rózia jest dojrzałą kobietą (zawsze była?), potrafi spawać, kłaść papę, oprawiać futryny, rąbać drewno. Podróżuje po świecie albo mieszka na wsi. Mamy wspólne zainteresowania: literaturę, kulturę. Piszemy mejle. Gdy przyjeżdża, dużo rozmawiamy. Widać, że czuję dumę, prawda? Że jest właś­nie taka: dzielna, odważna, realizuje swoje pasje, nawet te odlotowe, i zawsze jest sobą. O wiele bardziej niż ja. Zazdroszczę jej charakteru? Właśnie. Z siebie jako matki dumna nie jestem, rzecz jasna. Nie wypełniałam swojej roli wzorcowo… Jednak klęski jakimś cudem nie poniosłam. Z inną córką to by się mogło nie udać…

Gdybym mogła wrócić do początków, postępowałabym chyba tak samo. Bo czy można udawać w relacji z drugim człowiekiem kogoś, kim się nie jest? Nie można. Zresztą akurat dziecko zwykle wyczuwa fałsz szóstym zmysłem. A już życie w fałszu uważam za najbardziej destrukcyjne dla psychiki. Natomiast zrobiłabym wszystko, żeby spędzać z dziećmi więcej czasu. Bo one były puszczone trochę samopas. Teraz na pewno byłabym bardziej skupiona na nich, z większą uważnością współ­byłabym z nimi. Tego mi żal – wspólnego czasu, którego było za mało. Tak, uważność to jest ten klucz, którego nie znałam. Bez niepokoju nie ma rozwoju

 

  1. Psychologia

"Nie-swoi” ojcowie "nie-swoich" dzieci

Mężczyźni powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcą być dla „nie-swoich” dzieci. (Fot. iStock)
Mężczyźni powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcą być dla „nie-swoich” dzieci. (Fot. iStock)
Wiążą się z samotną matką, która wnosi do związku własne dziecko. Jednak po rozstaniu z partnerką mężczyzna musi się rozstać także z owym „nie-swoim” dzieckiem, które zdążył pokochać. „Nie-swój” ojciec miewa poczucie winy lub po prostu tęskni do relacji z dzieckiem, chce pielęgnować tę zażyłość. W jaki sposób mądrze poradzić sobie z taką sytuacją? 

Sytuacji, w których mężczyzna związał się emocjonalnie z dzieckiem swojej partnerki i pragnie utrzymywać z nim kontakt, nawet jeśli w dorosłym związku wszystko poszło nie tak, jest coraz więcej. Bo też zmienił się model rodziny. I coraz częściej, zamiast ślubować sobie miłość, wierność oraz obecność na dobre i na złe, składamy obietnice na: „Zobaczymy, jak będzie”.

Problem jednak w tym, że w takiej sytuacji prędzej czy później padamy ofiarami tymczasowości. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby dorośli wcześniej, myśląc o dobru dziecka, rozwiązali sprawę opieki nad nim formalnie.

– Uczucia i ból mężczyzn, „nie-swoich” ojców, są ważne, ale najważniejsze jest to, czego potrzebują i co czują same dzieci, wrażliwsze i bardziej podatne na zranienie niż dorośli – mówi Anna Cwojdzińska, psycholog, psychoterapeuta systemowy w poznańskiej poradni zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. – Szanując ból tych panów, zastanawiam się, czy realizowanie ich tęsknoty jest korzystne dla dziecka, czy o dobro dziecka najbardziej im chodzi.

Właśnie z uwagi na dobro dziecka mężczyzna, który nadal chce się nim opiekować, powinien sobie odpowiedzieć na pytania, czy może się w tej kwestii dogadać z byłą partnerką oraz dlaczego kontynuacja tego kontaktu jest dla niego ważna. Do czego ma on doprowadzić.

Serce na dłoni to za mało

Robert, „nie-swój” ojciec Mateusza, dziewięciolatka, pół roku po rozstaniu z Beatą, jego matką, mówi, że czuje się odpowiedzialny za chłopaka, który ewidentnie się do niego przywiązał. Nie może go ot tak porzucić, bo przez trzy lata, gdy próbowali zostać rodziną, razem zaplanowali całkiem spory kawałek przyszłości, np. wspólne chodzenie po górach, podróże. W pewnym momencie chłopak zaczął ubierać się jak Robert, czytać bajki, o których razem rozmawiali. Poza tym Mateusz daje mu impuls do działania – pozwolił odkryć w sobie uczucia „tacierzyńskie”, bo Robert nigdy nie miał własnych dzieci. Po rozstaniu z Beatą chciałby teraz te relacje oprzeć na przyjaźni dorosłego z dzieckiem i uważa, że to możliwe. Jednak Beata twierdzi, że Robert nie powinien mącić Mateuszowi w głowie. W końcu prędzej czy później oni, dorośli, zwiążą się z kimś innym. Jest przekonana, że zerwanie tej relacji to najwłaściwsze rozwiązanie.

Mariusz, „nie-swój” ojciec dziesięcioletniej Majki, coraz rzadziej widuje się z jej matką Iwoną. Mają za sobą półtora roku związku, ale Mariusz spodziewa się, że ich relacja nie przetrwa. Boi się tego, bo przywiązał się do Majki, a ona do niego. Nie chce stracić tej bezwarunkowej miłości, niewystawionej na namiętności dorosłych.

Maciej, „nie-swój” ojciec Mikołaja, siedmiolatka, którego mama Ania zginęła w wypadku, mówi, że przez dwa i pół roku udało im się stworzyć prawdziwą rodzinę. Z tej perspektywy błędem było niesformalizowanie związku (nieprzysposobienie dziecka), ale o śmierci nikt przecież nie myślał. On po prostu chce wychowywać Mikołaja i uważa, że dziadkowie, ludzie starej daty, nie zapewnią mu odpowiedniego rozwoju. Największym problemem Macieja jest to, że po śmierci Anny sąd rodzinny przyznał opiekę nad dzieckiem właśnie dziadkom (biologiczny ojciec już na samym początku zerwał z nim relacje), a ci nie chcą, żeby te kontakty były realizowane. Uważają, że uczucia Macieja są nieautentyczne, bo przecież nie jest prawdziwym ojcem Mikołaja.

– Chylę czoła przed tymi mężczyznami, kochającymi „nie-swoje” dzieci. Ale obawiam się, że to wszystko jest takie trochę „na teraz”. Z sercem na dłoni. „Bo ja chciałbym się spotykać”. Niestety, z dzieckiem nie można się tylko spotykać – mówi Anna Cwojdzińska. – Wielu z tych ojców niech odpowie sobie na pytanie, kim chciałoby być dla dziecka: mentorem, przyjacielem, starszym kolegą? Tylko czy jest możliwe stworzenie koleżeńskiej więzi między 40- a dziesięciolatkiem? – pyta retorycznie psycholog. – To relacja między dorosłym a dzieckiem, z gruntu asymetryczna. Dobrze, jeśli dziecko ma mentora – kogoś, kto je wspiera, pomaga mu rozwijać osobowość i pasję. Mentorem jednak może być też ktoś inny z rodziny dziecka (dziadek, wujek) lub nauczyciel, trener. Trener np. mówi: „Świetnie grasz w piłkę, będziesz dobrym zawodnikiem”. I taki kontekst spotkań jest o wiele jaśniejszy.

Randka z dzieckiem w tle

U „nie-swoich” ojców dzieci wyzwoliły uczucia, o które wcześniej by się nie podejrzewali, wyciągnęły z nich coś pięknego, choć trwało to dość długo. „Nie-swoi” oswajali się z myślą, że wiążąc się z atrakcyjną dla siebie partnerką, wchodzą w bliskie relacje także z jej dzieckiem. Uczyli się nowej roli.

– Tata biologiczny jest dany. W przypadku kolejnego mężczyzny zawsze mamy do czynienia ze swoistym „castingiem”. I od tego, czy dziecko zaakceptuje partnera, czy nie, często zależy jakość związku pomiędzy dorosłymi – wyjaśnia Anna Cwojdzińska. – Początek takich relacji dla młodszego dziecka bywa bardzo przyjemny. Bo przychodzi fajny pan, z którym można pograć na komputerze albo pójść do kina. Pan chce zrobić wrażenie na mamie, więc dba o to, by także dziecko spędziło miło czas. Później wszystko zależy od tego, w jaką ten pan wejdzie rolę. I też w jaką rolę pozwoli mu wejść matka dziecka.

Mariusz przyznaje, że Majka początkowo była „przystawką” do związku i utrudnieniem w realizacji namiętności. Ale kiedy już zaskoczyło, to na całego. Między nim a dziewczynką szybko zawiązała się nić porozumienia. Ta zażyłość nie była idealna, często słyszał: „Nie jesteś moim ojcem”. Odpowiadał wtedy: „I dobrze, bo nie muszę cię kochać. Ale mogę i bardzo mi na tobie zależy”. Zwykle kończyło się wspólnym śmiechem. Szybko też zaczął odprowadzać dziewczynkę do szkoły i odbierać ją stamtąd. Po roku poczuł, że stają się rodziną.

Robert na początku związku widział, że Beata ma opory przed jego kontaktami z Mateuszem. Blokowała bliższą relację z dzieckiem, nie chciała, żeby syn się przyzwyczajał do jej kolejnego partnera, bywała przewrażliwiona, a nawet miał wrażenie, że chroniła chłopca przed nim, odsyłając syna do biologicznego ojca zawsze wtedy, gdy miała się z Robertem spotkać. To prowadziło do napięć, bo często złościła się, że jej były jest złym opiekunem. Z czasem się to zmieniło. Robert zaczął zostawać na noc, na weekend, razem z Mateuszem odrabiali lekcje, opowiadali sobie na dobranoc zmyślone historyjki lub wyszukiwali komiczne filmiki w Internecie i śmiali się z nich do rozpuku. Zaczęli wyjeżdżać we trójkę na wycieczki za miasto. Później za granicę. W końcu zaczął Mateusza uwzględniać we wszystkich swoich planach. Beata nie miała nic przeciwko temu. Tylko… coraz częściej zwracała Robertowi uwagę, że w określonych sytuacjach zachował się niewłaściwie. Z jednej strony chciała, żeby był wzorem dla małego, z drugiej – przy dziecku krytykowała, że robi coś źle. Jak wtedy, gdy Robert postanowił Mateusza nauczyć jeździć na rowerze. Mały trochę się bał, Robert namawiał go, żeby się przełamał. Dziecko upadło. Niegroźnie, ale natychmiast wkroczyła mama i miłe popołudnie skończyło się awanturą. Przez jakiś czas Mateusz znów częściej bywał u biologicznego ojca. Podczas spotkań z Beatą Robert zaczął się dopominać o obecność chłopca, co dodatkowo rozdrażniało jego partnerkę. Któregoś dnia jechali do wspólnych znajomych. W trakcie jazdy Beata zatrzymała samochód i kazała Robertowi wysiadać. Przy Mateuszu, który się rozpłakał. Poszło o drobiazg: chłopiec marudził, a Robert zwrócił mu uwagę. Może zbyt ostro. Samochód zahamował w szczerym polu. Tam też skończył się ich związek.

Co dalej po rozstaniu?

Gdy rok miodowy Mariusza i Iwony przeszedł w miesiące lodowe, usłyszał: „Cóż, nie układa się nam”. Niedawno wyprowadził się od niej, ale chciałby widywać Majkę. To, że namiętności między dorosłymi wygasają, nie musi automatycznie oznaczać zerwania więzi z dziećmi. Nawet „nie-swoimi”. Partnerka unika tematu, jednak Mariusz ma nadzieję, że gdy emocje opadną, Iwona pozwoli mu na kontakty z dzieckiem. Wierzy, że się dogadają. Przecież oboje chcą dobrze dla Majki.

– To nie takie proste – mówi Anna Cwojdzińska. – Dla dziecka dobre jest to, co sprawia, że ono czuje się bezpieczne i kochane. I jeśli np. dochodzi do sytuacji, w której trzeba się spotykać z byłym partnerem mamy w tajemnicy przed nią, to czy ta sytuacja dobrze wpłynie na poczucie bezpieczeństwa dziecka? Moim zdaniem niekoniecznie.

A jednak do tych spotkań dochodzi. Niedawno Robert spotkał Mateusza na osiedlowym placu zabaw. Świetnie już jeździł na rowerze. Padli sobie w ramiona i – jak za dawnych czasów – zaczęli się wygłupiać. Do zabawy dołączyły inne dzieci. Kolega Mateusza zapytał: „Kiedy znowu przyjdziesz z tatą?”. Mateusz odpowiedział, że to nie jest jego tata. „Jesteśmy kumplami”, szybko dodał Robert. I serce mu pękło. Nie dlatego, że zabolało go słowo „kumpel”. Zawsze powtarzał Mateuszowi, że nie zastąpi mu taty, ale że będą najlepszymi przyjaciółmi. Zabolało go to, że nie wie, kiedy będzie to możliwe.

Anna Cwojdzińska: – O charakterze relacji po rozstaniu decyduje to, jakie one były przed nim. Najlepiej, gdyby były konsekwencją ustaleń pomiędzy dorosłymi. Ważne, by w pierwszej kolejności to właśnie dorośli wiedzieli, czego oczekują od siebie nawzajem, a także czego oczekują od dzieci. I żeby zastanowili się, czy spełnienie tych oczekiwań jest możliwe. Dzieci potrzebują poczucia bezpieczeństwa i wiary, że są kochane. Warto się zastanowić, czy decyzje dorosłych wzmacniają to poczucie w nich, czy też je podkopują. Najpierw więc to dorośli powinni wspólnie zdecydować, czy ich zdaniem taki kontakt to dobry pomysł, w jakiej formie powinien się odbywać i czy są w stanie zadbać o odpowiedni klimat emocjonalny ewentualnych spotkań. Dopiero potem można o tym porozmawiać z dzieckiem – również wspólnie. Nie należy się jednak spodziewać spokojnej, zrównoważonej reakcji dziecka na informacje o rozstaniu ludzi, którzy są mu bliscy. Często też taka rozmowa to w istocie seria kilku spotkań, kilku rozmów, w czasie których mogą pojawiać się nowe wątki, pytania, wątpliwości i refleksje. Warto nie myśleć o tym jak o jednorazowym wydarzeniu, ale jak o pewnym procesie i dać także dziecku czas na przemyślenie i możliwość powrotu do tematu, gdy będzie tego potrzebowało. Jeśli jednak dorośli w czasie rozmowy między sobą stwierdzą, że nie są w stanie zgodzić się co do tego, czy dalszy kontakt jest dobrym pomysłem, to… nie za bardzo jest chyba o czym rozmawiać.

  1. Seks

Seks na dużym ekranie - przegląd najsłynniejszych scen erotycznych

Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w
Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w "Angielskim pacjencie" (fot. Image Capital Pictures/Forum)
Sex coach Marta Niedźwiecka wzięła pod lupę najgorętsze sceny erotyczne w amerykańskich filmach. Udało jej się znaleźć kilka prawdziwych perełek, które naprawdę warto zobaczyć. 

Moje spontaniczne poszukiwania sensownych filmów z dobrą sceną erotyczną wcale nie są takie łatwe. Ciężko do przełomowych lub chociaż interesujących przedstawień napięcia erotycznego między ludźmi zaliczyć "Przeminęło z wiatrem", "Casablankę", czy znakomite, ale bardzo przyzwoite w obrazach "Pożegnanie z Afryką". To prawda, Redford tak zmysłowo myje jej włosy, ale to nadal nie jest erotyka.

Obecna w amerykańskim kinie autocenzura obyczajowa redukuje śmiałe eksperymenty, zarówno z ukazywaniem nagości, jak i współżycia damsko-męskiego, że o współżyciu osobników płci jednakiej nie wspomnę. Wystarczy przypomnieć zapowietrzenie, jakie szanowne gremia zaliczyły na okoliczność "Brokeback Mountain", w którym to filmie więcej dzieje się w wyobraźni widza niż na ekranie. Cóż, Ameryka Północna to nie Azja i kult ciała ma tam zupełnie inne znaczenie.

Amerykańskie kino mainstreamowe tematu erotyki nie realizuje prawie wcale. Wolą albo pławić się w wyśnionej, wymarzonej wersji relacji międzyludzkich, albo pokazywać, jak bardzo dalekie od naszych marzeń pozostają związki. W pierwszej kategorii można odnaleźć można wszystkie fatalne komedie romantyczne, w drugiej od lat króluje Woody Allen ze swoją neurotyczną wizją miłości, seksu i związków.

Kristin Scott Thomas i Ralph Fiennes w "Angielskim pacjencie"

Scena, która zaczyna się spoliczkowaniem Fiennesa, a kończy w wannie, na pewno powinna trafić do naszego zestawienia. Chociażby za umiejętną realizację oldschoolowości i dosłowności. Pełna napięcia atmosfera końca wojny, zniekształcone ogniem ciało mężczyzny, który nic nie pamięta, a gdy sobie przypomina, wolałby stracić pamięć. Miłość w czasach zarazy wewnątrz Afryki.

Halle Berry i Billy Bob Thornton w "Czekając na wyrok"

Wdowa po mężczyźnie, na którym sam wykonałeś wyrok, prosi cię, żebyś jej dogodził z całej siły. A ty jesteś twardzielem, którego syn właśnie popełnił samobójstwo. A ta kobieta to Halle Berry. Poruszający, mocny film, w którym scena seksu odkrywa więcej niż ludzką seksualność - rasowe podziały, linie demarkacyjne wyznaczane przez nienawiść i nietolerancję.

Kevin Spacey w "American Beauty"

Sceny masturbacji nie zdarzają się tak często. Sceny masturbacji egzystencjalnej w wykonaniu mężczyzny przeżywającego kryzys wieku średniego to rarytasy. No i sam Kevin Spacey, który po wyjściu z łazienki deklaruje, że oto skończyła się najlepsza część jego dnia. W dokach na przedmieściu, gdzie spotyka potencjalną Lolitę, emocjonalną pustkę i pozbawiony polotu seks klasy średniej, nie ma wolnej miłości.

Charlize Theron i Christina Ricci w "Monster"

Fakt, że ten film w ogóle trafił do oscarowej selekcji, zakrawa o cud. Pokazanie zmasakrowanej psychicznie prostytutki, która broniąc siebie, mści się na mężczyznach za swoje krzywdy i jednocześnie znajduje czułość i miłość w lesbijskim związku z nieźle zwichrowaną młodą Ricci. W dodatku tą prostytutką jest posągowo piękna Theron, która dała się dramatycznie uczłowieczyć na potrzeby tej roli. W scenach seksu między paniami znowu odkrywa się więcej niż jedynie ludzkie ciało.

David Kross i Kate Winslet w "Lektorze"

W zasadzie można powiedzieć, że podobają mi się tylko filmy o miłości i wojnie, gdyby nie to, że w "Lektorze" jest tak wiele. Wspaniale pokazane jest uczucie młodego prawnika, który - zafascynowany starszą kobietą - wchodzi w świat namiętności, by po kilku latach rozpoznać swoją ukochaną na ławie oskarżonych w procesie zbrodniarzy wojennych. Sceny między młodym Krossem a dojrzałą Winslet są wzruszające, świeże i piękne.

Jack Nicholson i Jessica Lange w "Listonosz zawsze dzwoni dwa razy"

Ona - znudzona żona swojego męża, on - od razu widać, że ladaco i kawał łobuza. Razem zechcą wyprawić małżonka na tamten świat, ale przedtem zaserwują nam pierwszorzędny seks na kuchennym stole. Żeby nie wspomnieć plotek, że Jessica i Jack, zrobili "to" naprawdę na planie.

Mila Kunis i Natalie Portman w "Czarnym łabędziu"

Natalie nie ma wprawy w graniu ról niegrzecznych dziewczynek. W scenie zbliżenia z mroczną konkurentką do roli Łabędzia, cóż ... utrzymuje fizjonomię, jakby rodziła bliźnięta Vaderowi. Ale ten moment, kiedy muzyka wchodzi w crescendo, a wystraszona Portman patrzy w dzikie oczy Kunis, jest wart punktacji.

Gwyneth Paltrow i Joseph Fiennes w "Zakochanym Szekspirze"

Co prawda, młody Joseph Fiennes to nie to co stary Fiennes. Ale jest coś uroczego w tym filmie o życiu miłosnym największego dramaturga naszego kontynentu, nawet jeżeli to coś to jedynie bajkowość. Bo oto, trawiony niemocą twórczą, Szekspir podczas przesłuchania do sztuki poznaje cud-dziewczynę przebraną za chłopaka. Ich romans dodaje mu skrzydeł, dzięki czemu możemy cieszyć nasze serca historią Romea i Julii. Pierwszy raz pisarza i szlachcianki rozpoczyna się dobrze - od rozplątania pięknej Violi z bandaża krepującego biust, potem jest niestety tylko trywialnie.

Holly Hunter i Harvey Keitel w "Fortepianie"

Oni się nie kochają, nie uprawiają seksu, oni się konsumują. To poruszająca historia miłości wrażliwej niemowy Ady, która pragnienia wyraża przez muzykę, i prostego gburowatego Bainesa, granego przez Kaitela tak, że ciary przechodzą. Miłość romantyczna nie ma szans na nowozelandzkim odludziu. Wśród wielu dramatycznych wydarzeń, które będą konsekwencją cudzołóstwa, widz zobaczy parę gwałtownych zbliżeń pomiędzy kochankami.

Naomi Watts i Laura Harring w "Mulholland Drive"

W tym niesamowitym, onirycznym filmie dwie kobiety - Betty i Ritta - idą do łóżka dwa razy. Za każdym razem w inny sposób. Raz czule i nieśmiało, raz gwałtownie i dramatycznie. Lynch nie specjalizuje się w scenach erotycznych, ale myślę, że nawet jakby kręcił dokument o budowie warszawskiego metra, to i tak by to było podniecające.

Daniel Day-Lewis w "Nieznośnej lekkości bytu"

Erotyczne peregrynacje praskiego lekarza, poszukującego prawdy o życiu w seksie z Terezą, Sabiną i wieloma innymi. Cały film jest najeżony świetnymi scenami zbliżeń. Dobrze, że dostał w 1989 roku nominację do Oscara za scenariusz adaptowany oraz zdjęcia.

  1. Kultura

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.