1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Judi Dench: „Nie zamierzam iść na emeryturę”

Judi Dench: „Nie zamierzam iść na emeryturę”

W wieku 81 lat za namową córki Finty zrobiła sobie tatuaż „Carpe diem” na prawym nadgarstku. (Fot. East News)
W wieku 81 lat za namową córki Finty zrobiła sobie tatuaż „Carpe diem” na prawym nadgarstku. (Fot. East News)
„Młodość nie jest kwestią wieku biologicznego, a stanem umysłu” – mówi aktorka Judi Dench. W wieku 85 lat jest nie tylko nadal aktywna zawodowo, ale też najbardziej doceniana i samoświadoma.

W ostatnim czasie dała się namówić nie tylko na ponowne wejście w szpiegowski świat, ale i na rozmowę o radości życia oraz korzyściach z późnych początków.

Joan Stanley, tytułowa bohaterka w filmie „Tajemnice Joan” (w polskich kinach mogliśmy go oglądać w czasie wakacji) zostaje aresztowana za szpiegostwo na rzecz Rosji. Jest przesłuchiwana przez wywiad brytyjski. Jakie to uczucie dla M, czyli byłej szefowej Jamesa Bonda?
Dość zabawne. Tym razem byłam po drugiej stronie lustra w pokoju przesłuchań. Ale nie spędza mi to snu z powiek (śmiech). Pamiętam za to, że kiedy grałam M, to zostałam zaproszono na lunch do słynnego budynku agencji wywiadu brytyjskiego MI5 na South Bank w Londynie. Gdy zapytałam, o której godzinie mam przyjść, powiedziano mi, że służby wywiadowcze wyślą po mnie samochód. I proszę sobie wyobrazić, że… nie mogli znaleźć mojego domu. Szukali przez trzy kwadranse, zanim w końcu do mnie dotarli!

Nie lubi pani powtarzać się w swoich rolach?
Tak, to ostatnia rzecz, jakiej pragnę. Często zadaję mojemu agentowi pytanie, kiedy wreszcie znajdzie mi rolę afgańskiej kobiety, która uczy się chodzić po linie, a na koniec zamienia się w smoka…

Joan w smoka się nie zamienia, co zatem zaintrygowało panią w tej postaci?
Zgodziłam się ją zagrać z kilku względów. Po pierwsze towarzyskich – Trevor Nunn, autor książki, na podstawie której powstał scenariusz, to przyjaciel z czasów moich początków w Royal Shakespeare Company. Zrealizowaliśmy wspólnie wiele spektakli. Poza tym producentem „Tajemnic Joan” jest David Parfitt, także mój stary przyjaciel. Drugi powód był taki, że zafascynowała mnie ta historia. Pierwowzorem mojej postaci jest Melita Norwood, która pracowała dla wywiadu KGB. Bohaterka jest zwyczajną kobietą, która dokonuje nadzwyczajnych rzeczy.

Nie taką zwyczajną. W młodości studiowała w Cambridge, a tuż przed wybuchem II wojny światowej pracowała w ośrodku badań nad bombą atomową…
Kiedy jej ukochany prosi ją o przekazanie Rosjanom tajnych akt, Joan staje przed wielkim dylematem. Musi wybierać między miłością do mężczyzny a zdradą kraju, między nielojalnością wobec bliskich a ich ocaleniem. W efekcie przez prawie 
40 lat przekazywała KGB informacje objęte tajemnicą państwową. Kiedy zdemaskowano Melitę Norwood, w wywiadzie dla „The Times” stwierdziła, że nie czuje się winna, bo pomagając Rosji, nie zdradzała swojego kraju... To, co robiła, było dla niej wybieraniem mniejszego zła.

Jej tłumaczenie nie wszystkich przekonało. Czy ta opowieść może być aktualna także dziś?
Dla wielu ludzi Joan była szpiegiem, ale ja tak nie uważam. Naprawdę! Myślę, że ona była kimś, kto wierzył, że nie jest właściwe, by uzbrajać jeden kraj kosztem innych, bo w ten sposób dochodzi do zachwiania równowagi militarnej, a to sprzyja pokusom ataku ze strony kraju silniejszego na słabsze. Joan była idealistką i osobą, która w swoim myśleniu zachowała pewien rodzaj czystości, niewinności. Podziwiam ją za to. Ona nie była wcale naiwna i doskonale zdawała sobie sprawę z realiów. Na pewno była nietuzinkową postacią. Była wewnętrznie rozdarta, niejednoznaczna. W tym sensie to bohaterka jak najbardziej uniwersalna i współczesna.

Żyjemy w czasach, w których stereotypowe postrzeganie innych coraz częściej zawodzi. Trudne wybory, tragiczne dylematy, w których nie ma dobrych rozstrzygnięć, to wcale nie są odosobnione przypadki.

Judi Dench jako Joan w 'Tajemnicach Joan' w reż. Trevora Nunna (Fot. Nick Wall/ materiały prasowe) Judi Dench jako Joan w "Tajemnicach Joan" w reż. Trevora Nunna (Fot. Nick Wall/ materiały prasowe)

Zostańmy jeszcze w klimacie szpiegowskim. Wystąpiła pani w siedmiu filmach o przygodach agenta Jej Królewskiej Mości. Następny film o Bondzie będzie reżyserował Amerykanin Cary Fukunaga. I znów nie będzie w nim pani…
Zagrałam u Cary’ego w „Jane Eyre” i uważam go za absolutnie słodkiego człowieka. Jestem pewna, że wniesie do serii coś nowego i odświeżającego. I zrobi to doskonale. A M zagra, jak się spodziewam, ponownie Ralph Fiennes…

Ciężko było rozstać się z M?
Nie. W rzeczywistości zagrałam nie w siedmiu, ale w ośmiu Bondach, wliczając „Spectre”, choć w tym odcinku pojawiłam się epizodycznie. Pewnie panią zdziwię, ale do tej pory nie widziałam go na dużym ekranie.

A nie uważa pani, że Bonda powinna wreszcie zagrać kobieta?
Jeżeli tylko będzie dobra w profesji agenta, to nie widzę przeszkód, byśmy doczekali się żeńskiej wersji Bonda.

Pani w swojej profesji jest świetna. Kiedy poczuła pani po raz pierwszy, że chce zostać aktorką?
Nie było jakiegoś szczególnego i jednego momentu. Uczyłam się scenografii teatralnej. W połowie lat 50. przyjechałam do Stratfordu i wzięłam udział w przygotowaniu spektaklu „Króla Leara” z Michaelem Redgrave'em. To była najbardziej niezwykła inscenizacja, nad jaką pracowałam, i najbardziej szalony projekt, w jakim wzięłam udział. Decyzje zapadały często w nocy. To była wyczerpująca, ale i fascynująca przygoda – wtedy zakochałam się w teatrze. Starszy brat chciał być aktorem i właściwie on mnie przekonał, żebym poszłam do szkoły dramatycznej. Moją pierwszą poważną rolą była Szekspirowska Ofelia w teatrze Old Vic. Niestety, zostałam za nią dosłownie zmiażdżona przez krytyków. Na szczęście byłam już wtedy zatrudniona na kilka sezonów do przodu. To był oczywiście wielki cios dla mnie, ale zawzięłam się i postanowiłam udowodnić, jak bardzo krytycy się pomylili. Ostro wzięłam się do pracy i dopięłam swego.

Co oznacza dla pani sukces? Jego definicja zmieniała się w ciągu kilkudziesięciu lat pani kariery?
Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie… To, jak wiele znaczyło i dalej znaczy dla mnie moja praca, pokazuje chyba ten moment, gdy popłakałam się na dzień przed premierą „Komedii pomyłek”…

Dlaczego? Co się wtedy stało?
Kończył mi się kontrakt w teatrze i bałam się, że nikt mnie więcej nie zaangażuje, a ponieważ już połknęłam bakcyla sceny, nie wyobrażałam sobie życia bez grania. I do dziś ten lęk we mnie pozostał. Przyjaciele ciągle mnie pytają, dlaczego nie idę na emeryturę. Ale w mojej rodzinie w ogóle nie istnieje takie słowo. Zwykle osoby starsze przechodzą na emeryturę z myślą, że wreszcie będą miały czas na swoje, dotąd nierealizowane pasje – hobby, coś, co lubią lub kochają – a z różnych względów nie mogły ich realizować. To może być malowanie, podróże albo chodzenie na długie spacery. Dla mnie pasją i miłością jest moja praca. Uwielbiam się uczyć i spotykać nowych ludzi. Gdyby mi to odebrano, nie wiem, co bym zrobiła.

Czy dla dojrzałych aktorek są dziś dobre role? Jest pani zadowolona ze scenariuszy, jakie pani otrzymuje?
Cóż, mój telefon ciągle dzwoni… Otrzymuję naprawdę różne propozycje, ale może mam w tej kwestii dużo szczęścia… W końcu nie codziennie dostaje się do zagrania szefową krasnoludków w nowym filmie Kena Branagha „Artemis Fowl”, realizowanym dla Disneya. Ale tak, mam poczucie uprzywilejowania. Dojrzałych aktorek w wieku 60+, których telefon nie milczy, jest zaledwie kilka: Hellen Mirren, Maggie Smith, Meryl Streep. Jestem więc szczęśliwa i spełniona.

Podobno miała pani tremę, grając prawdziwą Filomenę Lee w filmie „Tajemnica Filomeny”. Czy to możliwe dla tak doświadczonej i znakomitej aktorki?
Im jestem starsza, tym bardziej się stresuję… To pewnie kwestia większej świadomości siebie, a doświadczenie nie ma tu nic do rzeczy. Każdą nową rolę traktuję, jakby była pierwszą. Kiedy grałam królową Elżbietę albo w ogóle wcześniej w teatrze kobiety Szekspirowskie – to byłam bardziej wyluzowana. W przypadku filmu „Tajemnica Filomeny” musiałam się zmierzyć z żyjącą postacią. To wielka odpowiedzialność.

Dla tych, którzy kojarzą panią głównie z roli szefowej Bonda, kreacja Filomeny, ale też wcześniej role w „Notatkach ze skandalu”, w „Iris” czy w realizowanej niedawno drugiej części „Hotelu Marigold” mogą być szokiem, a co najmniej zaskoczeniem.
Dlaczego pani tak myśli?

Bondowska M sprawia wrażenie kobiety zimnej, powściągliwej, do bólu profesjonalnej, podczas gdy bohaterki „Tajemnicy Filomeny”, ale i „Tajemnic Joan” są rozedrgane, dziecięco naiwne i rozbrajające.
Ależ M to wulkan emocji, tylko głęboko schowanych! Maska, gra pozorów, ukrywająca kruchą kobietę. Oczywiście przy Bondzie nie może się rozkleić. W końcu jest agentką i jego szefową. To jedyna kobieta w serii o przygodach agenta 007, która potrafiła wygarnąć Bondowi jego męski szowinizm, egoizm albo mocno pojechać mu po ambicji. Jestem dumna, że zagrałam w tej serii w aż siedmiu odcinkach: czterech z Piercem Brosnanem i trzech z Danielem Craigiem. Odtąd zaczęłam podpisywać autografy kolegom mojego 15-letniego wnuczka Sama. Jego przyjaciele uznali, że jestem „cool”. W moim wieku!

No właśnie. Nie żałuje pani, że karierę filmową rozpoczęła w wieku, w którym inne aktorki odchodzą na emeryturę? Gdy zadebiutowała pani na dużym ekranie filmem „Pokój z widokiem”, to, przepraszam że to wypominam, skończyła pani 51 lat.
Nie, nie żałuję, że tak się potoczyła moja kariera, bo zawsze kochałam i nadal kocham teatr. W nim zagrałam najwspanialsze role, a poza tym ma on coś, czego na planie mi brakuje – kontakt z żywym widzem. W teatrze każdy spektakl jest inny, bo każdego wieczoru przychodzi inna publiczność. My, aktorzy, już po kilku minutach rozpoznajemy, z jakim rodzajem widza mamy do czynienia, i też inaczej gramy, zaskakując często samych siebie – na tej nieprzewidywalności i spontaniczności polega magia teatru. Nie czekałabym tak długo na debiut filmowy, gdyby nie mój pierwszy casting. Producent powiedział, że kamera kompletnie nie czuje mojej twarzy, że nie łapię z nią kontaktu. A że byłam ambitną osobą – nigdy więcej nie poszłam na żaden casting.

Czasem żartuję sobie, że skoro późno rozpoczęłam przygodę z kinem, to nie mogę jej wcześnie zakończyć. Choć stuknęło mi 85 lat, to wciąż czuję w sobie energię i potrzebę działania. Może to wynika z poczucia, że gdybym teraz nagle zrobiła sobie przerwę, to potem już nie byłabym w stanie znów wziąć się do pracy. Od kiedy mój mąż zmarł na raka płuc, a stało się to w 2001 roku, pracuję więcej. Dzięki temu nie rozpamiętuję samotności i opuszczenia, odsuwam od siebie myśli o śmierci i mniej dotkliwie odczuwam dolegliwości starzenia się. Mam, jak każdy człowiek w moim wieku, problemy ze wzrokiem, pamięcią czy chodzeniem, ale się nie poddaję. I na razie nie zamierzam iść na emeryturę…

Musi panią irytować, że młodzi ludzie traktują osoby starsze jak zbędne i kłopotliwe albo postrzegają je jedynie w charakterze babć i dziadków.
Tak. I to bardzo. Nie wiem, kto dał im do tego prawo. Tak łatwo zapomina się, że ludzie – dopóki żyją – mają takie same potrzeby i pragnienia. Wszyscy. W „Notatkach ze skandalu” sportretowałam samotną, dojrzałą kobietę, która pod wpływem skandalu obyczajowego odkrywa z zażenowaniem graniczącym z ciekawością swoją własną tłumioną przez lata seksualność. Z kolei w filmie „Hotel Marigold” gram wdowę, która choć już na nic w życiu nie liczyła, spotyka mężczyznę, z którym nie łączy ją namiętność, ale przyjaźń, przywiązanie i bliskość psychiczna. W hotelu dla emerytów odnajduje towarzystwo, którego od śmierci męża bardzo jej brakowało. Ma z kim pójść do teatru, na spacer, wypić kawę.

Bo miłość nie ma terminu przydatności do spożycia. Podobno dostaje pani listy miłosne od swoich fanów?
Tak. I zapewniam, że są wśród nich także całkiem młodzi mężczyźni. To nie są wprawdzie płomienne wyznania, raczej słowa sympatii dla mojej pracy i ról, ale to szalenie budujące. I dodaje energii. Wie pani, myślę sobie, że młodość nie jest kwestią wieku biologicznego, a stanem umysłu. Oczywiście nie ja pierwsza doszłam do tego wniosku, ale im dłużej żyję, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. I dopóki my sami, czyli ludzie dojrzali, nie uświadomimy sobie tego, nie oczekujmy, że młodzi zaczną nas partnersko traktować w naszych pragnieniach, potrzebach i marzeniach. To my najpierw musimy sobie przyznać do nich prawo.

Judi Dench
ur. 2 grudnia 1934 roku w Yorku jako Judith Olivia Dench. Jej matka pochodziła z Dublina, ojciec z Dorset w Anglii. Przez wiele lat była aktorką teatralną Royal Shakespeare Company, National Theatre i Old Vic Theatre. Dziesięciokrotna laureatka brytyjskiej nagrody BAFTA (w tym za serial „A Fine Romance”, w którym grała ze swoim mężem Michaelem Williamsem).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Iza Kuna: "Romansowałam za mało"

Iza Kuna: Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. (Fot. Justyna Dudek)
Iza Kuna: Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. (Fot. Justyna Dudek)
Pełna sprzeczności. Lubi być osobna, a potem prosi ukochanego: „Przytul mnie”. Mówi: „Mam gdzieś pięćdziesiątkę”, a po chwili wpada w rozpacz: „Kiedy to minęło?”. Postanawia: „W pandemię nie kupię nowego ciucha”, a potem tłumaczy: „Nie mogłam się oprzeć”. U Izy Kuny nie ma nic pośrodku.

Można się cieszyć, mając pół wieku na karku?
Nieszczególnie. Pamiętam, jak przed laty pewna starsza aktorka powiedziała mi: „Do pięćdziesiątki żyjesz. A potem cię nie ma”. Przyjęłam to bez emocji, paląc papierosa, pijąc wino i mając wszystko w dupie. Ale rok temu byłam w Londynie u mojej przyjaciółki Izy Zwierzyńskiej, szłyśmy ulicą i widziałam, że mężczyźni patrzą tylko na nią. Wiadomo, jest młoda i śliczna. Wtedy zrozumiałam, że kobiety w pewnym wieku stają się po prostu niewidzialne. Wczoraj obejrzałam pierwszy odcinek czwartego sezonu „The Crown”. Uśmiechnęłam się, kiedy mąż Margaret Thatcher powiedział: „Dwie kobiety z menopauzą będą rządzić Anglią”. To cieszy, ale potem zrobiło mi się smutno. Że mniej niż połowa życia mi została. I mniej mężczyzn się za mną ogląda [śmiech].

Menopauza przeraża?
Wyrosłam w przekonaniu, że wszystko związane z ciałem jest wstydliwe, zatem pojawienie się okresu nie było radością, a jego zakończenie wiązało się z poczuciem, że przestajesz być kobietą. W moich czasach to było tabu. Nie pamiętam, żeby przyjaciółki mamy o tym rozmawiały. Byłam obecna, kiedy piły kawę i plotkowały, a nie zanotowałam nigdy słowa „menopauza”. To było zbyt intymne. Takich tematów, jak dojrzewanie, seks, pierwsza miesiączka i ostatnia, po prostu się nie poruszało. O tym rozmawiałam z koleżankami, a i to z wypiekami na twarzy. Dziś nareszcie bez wstydu możemy mówić o tym, co się z nami dzieje. Chociaż mam wrażenie, że ciągle za mało.

I jak to jest, gdy ma się 50 lat?
Najbardziej smuci mnie to, że wielu rzeczy już nie zrobię, bo jest za późno. Nie urodzę dziecka, nie zatańczę w balecie, nie nauczę się biegle mówić w kilku językach, nie zagram na pianinie, nie zrobię kariery w Ameryce jako 20-latka i nie wygładzę sobie szyi… Ale nie poddaję się, zdobędę Amerykę po pięćdziesiątce!

Możesz też wstrzyknąć botoks albo kolagen czy pójść do chirurga plastycznego.
Babcia Aniela mówiła: „Nie pomoże puder róż, kiedy dupa stara już”, ale ja nie zamierzam starzeć się z godnością. Zamierzam starzeć się fajnie. Dzisiaj przeczytałam, że Amerykanie wynaleźli eliksir młodości. Ciągnie mnie do Ameryki, widzisz?

W filmie „Wielkie piękno” stary pisarz celebryta mówi: „W wieku 60 lat zrozumiałem, że nie mam czasu tracić go na robienie tego, na co nie mam ochoty”. U ciebie ta pięćdziesiątka coś zmieniła?
Nie zmuszam się już do robienia niczego, na co nie mam ochoty albo co nie przynosi mi radości. Nie chcę już grać ról, które mnie nie rozwijają, bo przez lata przetarzałam się przez drugie plany, czekając na pierwsze, myślałam, że w tym jest jakaś logika, ale nie ma. Kiedyś cieszyła mnie każda propozycja roli, dziś mam poczucie, że zasługuję na coś więcej. Chodzi mi o czas, który pozostał – chciałabym go przeżyć jak najlepiej, żeby zadowolić siebie, żeby decydować o sobie, a nie czekać na nie wiadomo co, nie chcę się powtarzać, marnować. Mniej też baluję, i to nie tylko z powodu pandemii. To kwestia moich wyborów. Tyle mam rzeczy do zrobienia, a czasu tak mało, że muszę go uważniej dzielić. Zresztą już nie mam siły balować jak dawniej do białego rana, a potem iść do pracy. Muszę odpoczywać. Chcę pobyć w domu.

„Teresa, ty amerykański gamoniu! Skończyłam 50 lat i mam wszystko w dupie…” – piszesz w cyklu swojej instagramowej korespondencji z siostrą. Naprawdę masz wszystko gdzieś?
I tu znowu odzywa się ta moja nieznośna niespójność. Jak to Marek powiedział: „Iza, u ciebie nie ma nic pośrodku. Albo wpadasz w euforię, albo w rozpacz”. I tak jest z moją pięćdziesiątką. Raz mówię: „Pier… to wszystko. Teraz mogę już robić, co chcę”, ale po chwili jest mi smutno, mam lęki, nie mogę spać, boję się, co dalej. I chyba byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie zależy mi na tym, co inni o mnie myślą. Zależy, tylko trochę mniej. Zależy mi, co myślą o mnie moje dzieci, Marek, moi studenci.

Kłócicie się z Markiem?
Jesteśmy typem włoskiego małżeństwa. Ja reaguję spontanicznie, Marek histerycznie [śmiech]. W rodzinnym domu w Tomaszowie wciąż słyszałam: „Nie krzycz, bo sąsiedzi słyszą, nie krzycz, bo co inni pomyślą, nie wolno tak się zachowywać przy gościach”. Dziś liczy się tylko to, żeby jak najszybciej wyjaśnić sytuację. Wszyscy nas znają i wiedzą, że jak się ma coś wydarzyć, to się wydarzy. I żadne z nas nie będzie czekać, aż wszyscy pójdą do domu [śmiech]. I uważam, że to jest lepsze niż udawanie, że nic się nie stało. Dobre wychowanie można pomylić z zakłamaniem.

Nadia wcześnie wyprowadziła się z domu. Nie bałaś się o nią?
No pewnie, że się bałam, wciąż się boję, choć ma już 24 lata. Zawsze byłam matką nadopiekuńczą, nadgorliwą. Mój ojciec stał nade mną i wspierał we wszystkim, i taka chciałam być dla moich dzieci. Wychowywałam Nadię sama bardzo długo, chciałam zrekompensować jej to, że rozpadła nam się rodzina. Nadia nauczyła mnie, że w pewnym momencie dzieci trzeba zostawić samym sobie. Uświadomił mi to jej wyjazd do Australii. Cieszę się, że jest niezależna i samodzielna, ma własne zdanie na każdy temat i nie boi się go powiedzieć. Rozmawiamy o wszystkim. Cieszę się, że kiedy marudzę czasem na swój wygląd lub życie, potrafi sprowadzić mnie na ziemię: „Mamo, nie pier... Czy nie widzisz, jak pięknie wyglądasz? Jak wiele osiągnęłaś?”. Nie miałam takiego porozumienia ze swoją mamą. To były inne czasy, tak zwanego zimnego chowu. Nie było za dużo czułości, przytulania, pochylania się nad dzieckiem. Kiedyś miałam do niej o to żal, ale dziś myślę, że dała mi tyle, ile mogła dać. Ojciec dawał mi w dwójnasób miłość i czułość. Z domu wyniosłam też radość życia. Rodzice lubili chodzić na dansingi, takie dansingi urządzali też w domu. Nasz dom był otwarty. Wciąż ktoś przychodził. Ojciec wyciągał wtedy jedzenie z lodówki, a mama nakrywała do stołu i zabawiała gości. A potem ja urządzałam imprezy w domu i tańce do białego rana. Nawet gdy już goście wyszli, Marek sprzątał, leżałam na podłodze, paliłam papierosa, słuchałam muzyki i płakałam przy Annie Jantar i przy „Nie spoczniemy, nim dojdziemy”. A czasem długo jeszcze tańczyłam sama. „Marek, tak dawno nie tańczyliśmy” – powiedziałam wczoraj, bo tęsknię za tymi czasami.

Na instagramowym profilu określasz siebie: koleżanka Marka.
Marek zawsze śmiał się, gdy przedstawiałam go znajomym: „Mój kolega Marek”. No ale jak mam na niego mówić? Mąż? Nie jesteśmy małżeństwem. Konkubent? Okropnie brzmi. Narzeczony? Przyjaciel? Banał. Może brat?

A właściwie, dlaczego nie mąż?
Marek oświadczał mi się dwa razy. Raz już było nawet blisko. Nadia zrobiła długą listę gości, zaplanowaliśmy nawet, gdzie będą spać, wszystko opracowane było w najdrobniejszych szczegółach. Ale coś poszło nie tak. A teraz chyba oboje nie widzimy powodu, dla którego na starość mielibyśmy zmieniać coś, co od 17 lat jakoś funkcjonuje. Ale może na starość ja się oświadczę i to będzie impreza staruszków, jakiej świat nie widział.

Lubię oglądać wasze „scenki małżeńskie” na twoim Instagramie. Zaprzeczacie regule, że im dalej, tym… zwyczajniej.
Powiedziałabym nawet: Im dalej, tym jest dużo zwyczajniej [śmiech]. Może dlatego urozmaicamy sobie życie zabawami na Instagramie. Bo my się dobrze bawimy ze sobą. A #maareek i #izamarek to już brand [śmiech].

Jak przeżyć z jednym facetem tyle lat i wciąż chcieć ze sobą być?
Nie ma sensu robić, jak to mówią, z igły widły. Nasz staż nie jest znowu aż tak imponujący, żeby się wymądrzać. Ale chciałabym przeżyć z Markiem 30 lat albo i więcej. To moje marzenie.

Jesteś o niego zazdrosna?
Podoba mi się to, że Marek podoba się kobietom. Kiedyś miałam narzeczonego, który nie podobał się nikomu, raz nawet usłyszałam od Gabrysi Kownackiej: „Dziecko, Pan Bóg cię opuścił?”. No to wolę, żeby mój chłopak się podobał. Marek bardzo lubi kobiety. Podobnie jak ja lubię mężczyzn i nigdy nie ukrywaliśmy przed sobą naszych chwilowych fascynacji. Lubię flirtować z mężczyznami, on – z kobietami. Ale tak, jestem zazdrosna.

To po czym poznajesz, że ciebie kocha?
Że ciągle wraca do domu [śmiech].

W dodatku sprząta, zmywa, pierze… W przeciwieństwie do ciebie [śmiech].
Marek to lubi.

A ty od czego jesteś w domu?
Marek mówi, że w domu jestem panią dyrektor. „Dziś mamy to, Staszek idzie tu, na obiad zrobię lub zamówię to…” – to jestem cała ja. Wszystko muszę mieć pod kontrolą, a najlepiej o tydzień wcześniej. Lubię organizować dzień i życie. Choć już zdarza mi się zapominać, co zaplanowałam [śmiech].

Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek) Iza Kuna: Prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”. (Fot. Justyna Dudek)

Co oznacza dla ciebie bycie w związku?
Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że wszędzie chodzą z mężem razem, w kinie śmieją się w tych samych momentach i myślą identycznie na każdy temat. Najciekawsze w tym zwierzeniu było to, że za jakiś czas się rozstali z hukiem. Ja rzadko chodzę z Markiem do kina, bo lubię sama, mam swoich znajomych, Marek ma swoich, nie wisimy sobie na ramieniu. Nawet zakupów nie robimy wspólnie. Przez 17 lat może dwa razy byliśmy razem w sklepie. Myślę, że Marek jest nawet bardziej osobny niż ja. To moje słynne: „Porozmawiaj ze mną, przytul mnie”, świadczy o tym, że bardziej potrzebuję towarzystwa niż on. Jego autonomia jest poważniejsza niż moja. Jesteśmy różni – Marek nie lubi hałasu, ja uwielbiam, Marek nie lubi bałaganu, ja się w nim znakomicie odnajduję, Marek mniej lubi towarzystwo ludzi niż ja. Jednak lubię nasz związek. Ale może na tym poprzestańmy, bo zawsze takie zachwyty kończą się rozwodem albo spektakularną zdradą, czego chciałabym uniknąć [śmiech].

Co lubisz w sobie najbardziej?
Lubię swoje poczucie humoru, dystans, cięte riposty, odrobinę złośliwości, którą mam, i analizę, którą często przeprowadzam. Ale dawniej nie lubiłam siebie aż tak bardzo. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że jestem nie dość dobra. Wszystko, co robiłam, robiłam źle, a nawet jak zrobiłam dobrze, mogłam zrobić lepiej. Wciąż czułam się jak koń wyścigowy, który cały czas musi biec, pokonywać kolejne przeszkody i najlepiej, żeby do mety dobiegł jako pierwszy. Nigdy nie byłam z siebie zadowolona. Polubiłam siebie po rozwodzie, ale prawdziwa akceptacja przyszła dopiero przed czterdziestką. Nauczyłam się myśleć: „Zrobiłam tyle, na ile mnie było teraz stać, najlepiej jak mogłam. Jestem fajna”.

W młodości często porównywałaś się do innych? Zazdrościłaś czegoś koleżankom?
Oczywiście. Głównie zabawek. Zawsze marzyłam o domku z mebelkami dla lalek. Ale za to byłam ładnie ubrana. Mama miała świetny gust. Projektowała ubranie, a potem niosła do pani Lodzi, krawcowej, żeby to uszyła. Pani Lodzia szyła również dla mnie, a pan Pawełek szył nam płaszcze. Stylu uczyłam się od mamy. Nie przeszkadzało mi to, że nie mieliśmy dużo pieniędzy, bo na wszystko nam starczało, tylko rzeczywiście zazdrościłam dzieciom zabawek. I zwierząt. Chciałam mieć psa.

Na co nie żałujesz pieniędzy?
Na nic. Uwielbiam wydawać. Jak tylko mam pieniądze, natychmiast ich nie mam. Nie wiem, w kogo się wrodziłam, jak to mówią. Jestem hojna, co w sobie lubię, bo uwielbiam sprawiać prezenty, obdarowywać, opiekować się, karmić. Wystarczy, że ktoś powie, że mu się coś podoba, mówię: „To sobie weź”. Lubię sprawiać radość innym.

A co mówi Marek, gdy wchodzisz obładowana torbami z zakupami?
Śmieje się. Ale może się śmieje, bo to nie są jego pieniądze. Podczas pandemii postanowiłam jednak, że nie kupię sobie nic. Nie jestem taką kretynką, żeby kupować, skoro nie zarabiam. I chociaż często mi się zdarzało, że kupowałam za pożyczone, to zawsze miałam perspektywę szybkiego zarobku. Pandemia zmieniła sytuację. Ale kiedy znów zaczęłam zarabiać, wróciły dawne nawyki. „Nie powinnam, ale nie potrafiłam się oprzeć” – mówię do Marka. „Dobrze, kochanie” – słyszę. Albo gdy coś mi się podoba, po prostu płaci. „Marek, jaka ładna sukienka” – mówię, a on na to: „To ja ci kupię”.

Pieniądze kojarzą ci się z bezpieczeństwem?
Bardziej z luksusem. Ale nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Może dlatego, że nigdy nie miałam ich aż tyle, żeby mnie zepsuły. I zawsze ciężko pracowałam, żeby je mieć.

Podczas pandemii nie pomyślałaś: „Czemu nie oszczędzałam całe życie? Dziś mogłabym być spokojna”.
Nie pomyślałam tak, bo to, że nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby oszczędzić, nie było moją winą. Poza tym lubię pracować, praca daje mi poczucie, że jestem potrzebna. Ten czas, kiedy nagle wszystko stanęło i zostaliśmy zamknięci w domach, był trudny. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że na kilka miesięcy utknę bez pracy, nie uwierzyłabym, że mogę to przetrwać. Tymczasem okazało się, że dałam radę. „Usiadłam na dupie”, jak to mówią. Napisałam doktorat, skończyłam kolejną książkę, zajęłam się Stachem i sobą. Myślę o kolejnych projektach. Nie marudzę.

Zaczęłaś też pisać na Instagramie „Listy do siostry”. To właściwie pełna humoru i czułości saga rodzinna.
Nigdy nie lubiłam mówić o sobie i mocno chroniłam prywatność, tymczasem znalazłam formę, w której doskonale się odnajduję. Robię to, co chcę, to mi sprawia przyjemność. Lubię te nasze instagramowe scenki, które pokazują kawałek naszego życia, ale z przymrużeniem oka. Odpowiadam na wszystkie komentarze.

Masz na to czas?
Nie mam, ale jak ktoś do ciebie pisze list, trzeba odpowiedzieć. To kindersztuba wyniesiona z domu i po pięćdziesiątce miałabym to zmieniać!? Zresztą bardzo to lubię. „Listy do siostry” narodziły się w mojej głowie w naturalny sposób – po prostu chciałam być Teresą. To jest kobieta, która ma wszystko, czego ja nie mam. Każdy takie relacje ma w swojej rodzinie. Ciotka Lutka, babcia Aniela, matka – to kobiety, które każdego z nas otaczały w różnych momentach życia. Spoglądam na moją rodzinę delikatniej niż kiedyś, nie obarczam rodziców winą za wszystkie moje błędy i niepowodzenia. Żal staram się zastąpić humorem i czułością. Jeśli się da.

Pandemia zmieniła spojrzenie wielu z nas na rodzinę i związki.
Pandemia zatrzymała mnie w domu, zbliżyła do rodziny. Wreszcie mogłam być cały czas z dzieckiem. Ten nieustanny kontakt ze Staszkiem, na który wcześniej brakowało mi czasu, to najpiękniejsze, co mogło mi się przytrafić. Marek na szczęście pracował dużo, więc aż tak się nie zbliżyliśmy, może i dobrze.

Coś nowego odkryłaś w waszej relacji z Markiem, czego w tym pędzie nie zauważałaś?
Że wciąż go lubię i mi się podoba. Jest mi z nim bardzo dobrze. Marek jest pierwszym mężczyzną, poza moim ojcem, który jest dla mnie dobry, co w moim życiu nie było takie oczywiste. Nigdy nie starałam się go zmienić, przerobić według swoich oczekiwań, podobnie zresztą Marek zawsze dawał mi wolność i akceptował we mnie wszystko. Są rzeczy, które wkurzają nas w sobie nawzajem na maksa, ale nauczyliśmy się z tym żyć. Ludzie się nie zmieniają i nie należy ich do tego zmuszać, lepiej się przyzwyczaić albo dać sobie spokój. Praca nad związkiem kojarzy mi się źle.

Gdybyś mogła przeżyć jedno życie na brudno, a drugie na czysto, coś byś zmieniła?
Jeśli prawdziwa jest teoria, że przeżywamy swoje życie w ten sam sposób, to wyboru nie mam, ale gdyby jednak inny wybór w jakimś momencie życia miał doprowadzić do innego finału, tobym się nie zdecydowała. Moje obecne życie bardzo mi się podoba.

A co byś powiedziała dzisiaj 20-letniej Izie Kunie?
Żeby się nie bała. I że da sobie radę sama. I żeby bardziej w siebie wierzyła. Że jest fajna. I ładna. I zgrabna. I mądra. I bystra. I żeby chodziła w krótkich spódniczkach. Żeby żyła i bawiła się.

Do jakiej fantazji byś ją namówiła?
Powiedziałabym jej, żeby wdawała się w romans za romansem. Ja romansowałam za mało.

Izabela Kuna, ur. w 1970 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Jest wykładowcą w Akademii Teatralnej w Warszawie. Popularność przyniosła jej rola w filmie „Lejdis”, potem były między innymi: „Galerianki”, „Supermarket”, „Pod Mocnym Aniołem” czy „Wołyń”. Nie unika telewizji, teraz możemy ją oglądać w serialu TVN „Nieobecni”. Jest autorką książki „Klara” i scenariusza „Czwarta godzina”, za który otrzymała Nagrodę Hartley-Merrill. Prowadzi instagramowego bloga – rodzajowe scenki z Markiem i „Listy do siostry”. Prywatnie związana ze scenarzystą i lekarzem Markiem Modzelewskim. Wychowuje z nim syna Stanisława i córkę z pierwszego małżeństwa – Nadię.

  1. Kultura

Maria Pakulnis - parę osób, mały czas

Maria Pakulnis: Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)
Maria Pakulnis: Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. (Fot. Szymon Szcześniak/LAF)
Aktorka brawurowa. Gra kobiety wyraziste, mocne, pewne siebie. Niosą tajemnicę, którą ona przez lata skrywała. Maria Pakulnis w serialu „Osiecka” gra zranioną mamę Agnieszki, chodzące dobro, jakby próbowała przytulić świat.

Oglądając pani wspaniałą rolę matki Agnieszki Osieckiej, zastanawiałem się, skąd pomysł na obronę jej beznadziejnej miłości do porzucającego ją męża.
Znam obyczajowość epoki, w której się wychowała, dokładnie pamiętam takie panie z sąsiedztwa. Ludzie przeżywali ze sobą piekło, ale się nie rozstawali. Żony nie godziły się na rozwód, bo nie umiały zostać same. Maria Osiecka, ta z serialu, wciąż mogłaby dźwignąć nowe życie. A nawet nie chciała wyjść z domu. Uznała, że jeśli ludzie nie będą jej widywać, to nie będą mówić. Na początku jeszcze się ubierała, ale potem została w koszuli nocnej i szlafroku. Dzisiaj umielibyśmy rozpoznać w tym jeden z objawów depresji. Panią Osiecką widziałam może ze dwa razy, odwiedzając Agnieszkę, przemykającą w szlafroku do kuchni, kłaniałam jej się z daleka.

Gra ją pani tak, jakby zawsze była gotowa do stworzenia domu, cokolwiek by się stało.
Żyła nadzieją, że stanie się cud i może Wiktor chociaż na Wigilię przyjdzie. Zostały same. Kiedy Agnieszka się wyprowadzała, Maria próbowała wywierać na niej presję. „Nie zrobisz mi tego” – mówiła. Kiedy Agnieszka tłumaczyła, że ma prawie 30 lat, usłyszała od matki: „A ja 70”.

Kim była dla pani Agnieszka Osiecka?
Kiedy ją poznałam, miałam 28 lat, ona 48. Poznałyśmy się u mnie w domu, bo Krzysztof [Zaleski, mąż] zaprosił ją, aby porozmawiać o przedstawieniu „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, bardzo chciał je wyreżyserować. Potem bywała u nas często – nie tylko kiedy pracowali nad scenariuszem. Przesiadywała ze mną w kuchni, podpierając głowę, rozmawiałyśmy na różne tematy, a ja patrzyłam na jej piękne dłonie. Podjeżdżała swoim autem, myśmy nie mieli samochodu, żyliśmy skromnie, i zarządzała spontaniczne wycieczki. Pamiętam taki wyjazd nad morze. Była jesień, ale wciąż jeszcze ciepły dzień, leżeliśmy na piasku na zupełnie pustej plaży. Snuliśmy rozmowy, spokojne, ciche. Czułam się jak w sztuce Czechowa. Jej piękno udzielało się światu. Spotkania z nią były dla mnie kojące. Była właściwie ptakiem, sfruwała do nas, ale nie pozwalała się schwycić. Byłam młoda, zapatrzona w jej naturalność. Nigdy nie była umalowana, czasami z jakiejś okazji używała czerwonej szminki. Nie farbowała włosów. Eteryczna, zjawiskowa. My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent.

A jednak każda z was miała swój styl.
Miałyśmy poczucie estetyki dzięki obracaniu się w specyficznym środowisku. Docierały do nas modowe nowinki ze świata, a musiał wystarczyć bazar w Rembertowie, gdzie zresztą ubierały się głównie panie śpiewające na estradach. Można tam było kupić trochę odważniejsze ciuchy. Od czasu do czasu jeździłyśmy po pończochy. Ale podstawowe to było mieć małą czarną, która służyła nam przez lata. Pamiętam, że jako dziewczyna bardzo długo zbierałam pieniądze, żeby kupić do niej klasyczne szpilki.

W jednym z wywiadów mówiła pani, że w szkole teatralnej urodziła się na nowo. To co było przed?
To ogromna cezura. Byłam w mojej rodzinie pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Rodzina, ze strony ojca i matki, mieszkała na Litwie. Uciekali do Polski przed „ruskimi”. Osiedlili się na Mazurach, w Giżycku, wtedy dość szarym miasteczku. Były prawdziwe zimy i piękne lata. Jeziora i lasy. Nic się właściwie nie działo do powstania słynnego kina Fala, którego kierownikiem został nasz sąsiad. My, dzieci, chodziliśmy na poranki filmowe. To była mała społeczność, skupiona wokół jednej ulicy, która nas wychowywała, bo nikt się specjalnie dziećmi nie przejmował, nie organizował nam czasu. Starsze dzieci nas edukowały, wymyślały dla nas zabawy. Ktoś postanowił, że zrobimy cyrk, fajnie, może nawet zarobimy, sprzedając bilety po złotówce.

Dlaczego cyrk?
Bo czasem przyjeżdżał do Giżycka prawdziwy cyrk z oświetloną areną, artystami w kolorowych kostiumach, orkiestra gra, gaśnie światło i jest magia. Siedziało się na drewnianych ławkach. Ktoś z rodziców pracował w wojsku, a była w Giżycku duża jednostka, i załatwił ogromny namiot. Pinezkami przywiesiliśmy plakaty na naszej lipowej alei. W namiocie był zawieszony trapez, na którym ćwiczyłam w stroju wyszytym cekinami. Miałam pewnie siedem lat. Na głowach grzywy z białej bibuły, bo przygotowaliśmy też taniec koników. Zrobiła się potem afera, że to nielegalne.

Pani rodzice, którzy zostawili wszystko na Litwie, umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
Poznali się na Litwie, byli bardzo młodzi. Zakochali się w sobie. Wojna to pokrzyżowała. Mój ojciec był w wileńskim AK razem ze swoim starszym bratem Henrykiem, który kończył prawo na Uniwersytecie Wileńskim [do 1939 roku Uniwersytet Stefana Batorego – przyp. red.]. Henryk jako oficer został zastrzelony w Katyniu. Mój ojciec ukrywał się w lasach. Ujawnił się, kiedy przyszedł nakaz NKWD – groził wywiezieniem na Syberię, jeśli tego nie zrobi. Więc się ujawnił i wywieźli go na Workutę. Dziadkowie uciekli do Polski. Dziadek, który znał się na kolejnictwie, znalazł pracę w Giżycku. Nie wiedział, co stało się z jego synem. Kiedy po paru latach wypuścili ojca z obozu pracy, odnalazł rodzinę przez Czerwony Krzyż. Wysiadł w Giżycku z pociągu, rodzony ojciec go nie rozpoznał, tak był zniszczony. Tymczasem rodzina mojej mamy osiadła pod Wrocławiem. Tam odnalazł ją mój tata. Zeszli się. Przywiózł mamę do Giżycka, założyli rodzinę. Ale było ciężko. Zwłaszcza mamie, bo była daleko od swoich bliskich.

Doświadczenia wojenne pani ojca miały wpływ na życie rodziny?
Mogę się tylko domyślać, bo sam nie chciał opowiadać. Może nie mógł? Bał się? Był przystojnym, wysportowanym mężczyzną. Miał dużo energii. Ale nie do końca się pozbierał po wojnie. Pił. Nie potrafili się z mamą porozumieć. Możliwe, że mama była w głębokiej depresji. Dzieci tego nie wiedzą, prawda? Dzieci chcą być bezpieczne, czuć się potrzebne.

A pani tego nie czuła?
Nie, nigdy. Ale może pewnych spraw nie rozumiałam? Na pewno czułam się gorsza i jakaś taka… Jednocześnie miałam poczucie dumy, więc bardzo wiele chowałam w sobie. Wiedziałam, że nikt za mną nie stoi, bałam się, a byłam po prostu małym człowiekiem. Nie przeszła mi przez głowę myśl, że moje życie mogłoby inaczej wyglądać. Mogłam jedynie o czymś marzyć, coś sobie wyobrażać.

O czym pani marzyła?
O jasności, cieple, miłości…

Żeby ktoś przytulił?
Żeby ktoś przytulił. Tak było… Gdyby nie pojawiło się aktorstwo, to byłabym wspaniałą pielęgniarką w szpitalu w Giżycku. Przez pięć lat na praktykach w liceum pielęgniarskim robiłam z pasją to, co mi kazano. Byliśmy uczeni oddania drugiemu człowiekowi. To była szkoła z dyscypliną, jak zakon. Nosiłyśmy szare fartuszki z białym kołnierzykiem, białymi mankietami, czepkiem, który trzeba było codziennie ręcznie prać, krochmalić i prasować. Pielęgniarstwo wydawało mi się świetnym fachem, chciałam jak najszybciej pójść do pracy i na siebie zarabiać. Dobrze, że mogłam skończyć takie liceum. W nim wzięła mnie pod swoje skrzydła polonistka, pani Krystyna Drab, zasugerowała, że mogłabym zdawać do szkoły teatralnej. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłam specjalnie otwarta. Należałam do tych, które z boku obserwują. Widocznie zobaczyła to coś, co ukrywałam. W tym czasie jej syn zdawał na reżyserię dźwięku, więc przywiozła nas do Warszawy na egzaminy. Była pierwszą, która się mną zaopiekowała. To ona znalazła mnie na liście przyjętych na studia. To było wielkie szczęście. Mogłam zacząć stawać się dojrzałym człowiekiem.

To był pani anioł?
Tak, zdarzył się cud.

Jeszcze na studiach zagrała pani w filmie „Dolina Issy”. Kogo pani widzi, gdy patrzy na siebie tamtą?
Siebie, która rodzi się na Litwie. Wtedy zadawałam sobie pytanie: jak by wyglądało moje życie? Przecież mogłam się tam urodzić. Mała wieś, domy rozrzucone po pagórkach, rzeczki. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z pracy. Do tego reżyserował pan Tadeusz Konwicki – cudny, ciepły człowiek, też z Litwy, i jak ja – zodiakalny Rak.

Co by pani powiedziała tej dziewczynie?
Śmiej się z głupot. Nie bierz wszystkiego do siebie. Nie bój się. Jeżeli przychodzi złe, a do każdego przychodzi, to odejdzie. Na końcu jest światło. Póki człowiek żyje, daje radę. Czasem trzeba popełnić głupstwo, podjąć trudną decyzję, zaryzykować.

Tak zaryzykowała pani tuż po szkole teatralnej, wyjeżdżając do Słupska. Skąd taki pomysł?
To było rok przed stanem wojennym. Marek Grzesiński, który reżyserował nasz dyplom, wyjeżdżał objąć tam teatr, montował drużynę. Mieliśmy robić wielkie rzeczy. Całą grupą zdecydowaliśmy, że jedziemy. Tymczasem dostałam telefon z Teatru Współczesnego. Poszłam na spotkanie i powiedziałam dyrektorowi Maciejowi Englertowi, że jestem po słowie z ludźmi z mojego roku. W tamtej sekundzie nie pomyślałam, jaką szansę mi daje. To do mnie dotarło, kiedy wyszłam z teatru. Wpadłam w rozpacz. Powiedziałam kolegom, że chyba zostanę w Warszawie. Odpowiedzieli, że wobec tego też nie jadą. Poczułam odpowiedzialność za wszystkich, ale byłam załamana. Nie było nikogo, kto by mi poradził. Wtedy zadzwonił dyrektor Englert i powiedział, że rozumie, bo sam był kiedyś w podobnej sytuacji. „Do zobaczenia za rok” – usłyszałam. To był moment euforii. Wyjechaliśmy. Wytrzymaliśmy jeden sezon. Kiedy zrobiła się zupełna beznadzieja, podobnie jak wszędzie, zrozumieliśmy, że coś się szykuje, że trzeba szybko wracać. Tak się szczęśliwie złożyło, że Maciej Englert po roku przyjął mnie do zespołu. Bardzo szybko zrozumiałam, że najważniejszy jest start przy wybitnych artystach, mistrzach.

Krzysztof Zaleski powiedział pani, co pomyślał, widząc panią po raz pierwszy?
Myśmy o sobie nie mówili. Bankietowaliśmy, szczególnie w stanie wojennym, bo kiedy chcieliśmy się wieczorem spotkać i pogadać, to musieliśmy siedzieć do rana z powodu godziny policyjnej. Kiedy Krzysztof mnie zobaczył, byli wokół mnie ludzie, to było spontaniczne spotkanie. Słuchaliśmy świetnego jazzu, rozmawialiśmy o spektaklu, do którego się szykował. Lubiłam go, bardzo mi się podobał, ale zakochaliśmy się w sobie jakoś tak po drodze. Tak wówczas było – chemia między ludźmi rodziła się z rozmów, poznawania się. Krzysztof był erudytą, rozmowy z nim były fascynujące. W ogóle tyle brało się z bycia z ludźmi. To było najważniejsze. Pierwszy festiwal filmowy odbywał się jeszcze w Gdańsku, nie było czerwonych dywanów, przebierania się. Liczyły się filmy. Po projekcjach były nasiadówki albo spacery. Pamiętam, jak Sławek Idziak prowadził nas, wesołą grupę, nocnym Gdańskiem. Taki był nasz świat, prosty, zwyczajny. Trzymaliśmy się razem, bo byliśmy na siebie zdani. Filmy powstawały bez gonitwy, szarpania się. Naszą świętością był teatr. Każde słowo wypowiadane ze sceny coś znaczyło.

Aktorstwo to terapia?
Oczywiście, bardzo mi pomogło, bo długo nie wiedziałam, kim jestem. Bywałam różnymi postaciami. Mierzyłam się z psychiką obcych postaci, wchodziłam w nią głęboko, stawałam się nimi i w ten sposób szukałam swojej tożsamości. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Grając, mogłam pewne sprawy wykrzyczeć, wypowiedzieć, przeżyć. Kim jestem? To pytanie nieustannie we mnie było. Co ty, człowieku, możesz dać drugiemu i sobie?

Pani mąż mówił, że można być pokonanym, ale nie zwyciężonym.
Teraz, po tylu latach, osiągnęłam już pewien spokój i pełną świadomość tego, na co mnie stać. Ale na pewno przez całe życie przepracowywałam masę tematów. To za długa rozmowa by była… Pewność siebie i swoich decyzji zabija wrażliwość. Kiedy urodziłam syna, uczyłam się relacji z tym małym człowiekiem, uczyłam się tak patrzeć, żeby go zrozumieć i coś mu przekazać. Zalewałam małego Jasia miłością, jakiej sama nie miałam. Byłam już dojrzałą matką, najstarszą na oddziale położniczym. Miałam 33 lata i byłam starą pierworódką. Wiedziałam, że skoro zdecydowałam się na dziecko, to teraz będę je kochać, kochać, kochać.

A kiedy syn się do pani przytulał?
Rozpływałam się szczęśliwa. Nawet dzisiaj to czuję, kiedy mój wyższy ode mnie i dorosły syn obejmuje mnie ramieniem i mówi: „Matka, kocham cię. Jesteś moim największym przyjacielem”. Pamiętam, kiedy pierwszy raz powiedział do mnie: „Mama”. Narodziło się uczucie nie do opisania.

Zawsze była pani gotowa tworzyć dom, dawać go innym? Pytam o to, pamiętając pani rolę Marii Osieckiej.
Nigdy nie skupiałam się na tym, żeby leżeć, pachnieć i uczyć się ról. Twardo chodzę po ziemi. Musiałam wszystko zabezpieczyć, tak by dom w pełni funkcjonował. U mnie zawsze wszystko było przygotowane, zorganizowane, łącznie z wakacjami. Zawsze ogarniałam wiele frontów. Pełna logistyka – zakupy, gotowanie, żeby ugościć przyjaciół, uszczęśliwić, dawać dobro, tak, dawać dom.

A za panią ktoś ogarniał sprawy?
Niekoniecznie.

Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak) Maria Pakulnis: My, dziewczyny tamtego czasu, byłyśmy naturalne. Nie wymyślałyśmy siebie. Ważniejsze było to, co w środku – wrażliwość, delikatność, talent. (Fot. Szymon Szcześniak)

Widziałem panią w teatrze Komedia. Ma pani frajdę z dawania radości widzom?
Ostatnią moją rolą w teatrze Ateneum była matka, która straciła dziecko, w „Trash Story”, dojmującym spektaklu. Mam piękne wspomnienia z tej pracy, bo spotkałam Jadzię Jankowską-Cieślak, która zawsze była dla mnie mistrzynią. Ale był to czas, kiedy odchodził mój mąż. Przez dwa lata zajmowałam się nim. Moje umiejętności pielęgniarskie bardzo się przydały. Po śmierci Krzysztofa poczułam się psychicznie zmuszona do odejścia z teatru. Podjęłam wielkie ryzyko, po 20 latach na etacie, ale poczucie krzywdy, niezgoda na to, jak mnie potraktowano, i duma Litwinki wzięły górę. Zostałam sama z dzieckiem i musiałam na nowo zbudować rzeczywistość. Moim jedynym zabezpieczeniem było mieszkanie. Wpadłam w panikę. Wtedy Tomasz Dutkiewicz zaproponował mi udział w spektaklu „Dziewczyny z kalendarza” w teatrze Komedia. Znałam film, tekst był dobry. Z przyjemnością zagrałam. Spektakl bardzo podobał się publiczności. Pojawiły się kolejne lekkie role. Każde zadanie traktowałam zawsze jako kształtowanie warsztatu. Jestem wdzięczna Tomkowi, dzięki niemu mogłam żyć normalnie i się rozwijać. Umiem przekazać głębokie treści, ale też widza rozśmieszyć, co jest jeszcze trudniejsze, by po sekundzie go wzruszyć, pozwolić mu w siebie zajrzeć.

Do stawania się dojrzałym człowiekiem potrzeba wybaczenia?
Oczywiście. Dawno wybaczyłam wszystkim, którzy mnie skrzywdzili, niesprawiedliwie oceniali. Sama nauczyłam się nikogo nie oceniać.

Pani zajmowała się mamą pod koniec jej życia.
Tak.

Wyjaśniłyście to sobie?
Nie umiałyśmy nawiązać kontaktu. Po prostu wypełniałam obowiązki. Nie wiem, na czym polegała ta przepaść między nami. Może nie umiała inaczej?

Powiedziała jej to pani?
Cały czas żyła tak, jakby nie opuściła Litwy. Nie musiała tego mówić. Wiedziałam, co się dzieje. Była tylko tęsknota. To życie tu, teraz nie liczyło się. Wspominała piękne dzieciństwo, młodość, spotkania, powozy, przyjęcia… To był jej świat. Też mam bardzo pojemną pamięć, ale żyję tu i teraz. Niczego nie żałuję. Po prostu kocham żyć. 

Maria Pakulnis aktorka. Była związana z warszawskimi teatrami: Współczesnym, Dramatycznym, Ateneum. W kinie debiutowała na studiach („Dolina Issy”). Ważniejsze role stworzyła w filmach: „Bez końca”, „Dekalog III”, „Jezioro Bodeńskie”, „Obywatel Piszczyk”, „Konsul”, „Pajęczarki”, „Bezmiar sprawiedliwości”, a także w serialach: „Ekstradycja”, „Tylko miłość”, „Prawo Agaty”, a ostatnio także „Osiecka” i „Żywioły Saszy”. Laureatka nagród: im. Zbigniewa Cybulskiego, aktorskiej na MFF w Taorminie, Brązowych Lwów na FPFF w Gdańsku, Złotego Ekranu, Wielkiego Splendoru, a także za kreację aktorską na festiwalu Dwa Teatry.

  1. Kultura

Beata Poźniak - zdobywczyni Voice Arts Award, najlepszy polski głos w Amercyce

Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Beata Poźniak, Polka w Hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Dykcja, akcent, melodia i tempo mówienia – jest pani na takie rzeczy wyczulona, zwraca pani na nie szczególną uwagę?
Faktycznie, zwracam. Szukam emocji, jakiejś prawdy w głosie. Spotykam się ze znajomymi, ktoś coś w specyficzny sposób powie, głos mu ciekawie zadrży, a ja od razu robię sobie notatkę w głowie, myślę, jak tę rzecz można dodać do postaci, nad którą pracuję.

Jest pani zdobywczynią Voice Arts Award. Wśród laureatów i nominowanych do tych nagród, wręczanych między innymi za audiobooki i dubbing, znaleźli się: Holly Hunter, Tom Hanks czy Cate Blanchett. Dotąd nikomu, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem, nie udało się zdobyć tej statuetki. W dodatku w jednym roku nominowano panią w aż trzech kategoriach.
Byłam bardzo wzruszona i szczęśliwa. Zdarzały się wcześniej nagrody dla aktorów urodzonych w innych krajach. Ale te osoby wyemigrowały na tyle wcześnie, żeby szkoły kończyć już w Stanach albo w Anglii. A ja przyjechałam tu z Polski w wieku 25 lat, po studiach na filmówce w Łodzi, ukształtowana, dorosła kobieta. I to, nieskromnie powiem, wzbudza tutaj szacunek [śmiech].

Z jaką umiejętnością języka przyjechała pani do Stanów?
W Polsce uczyłam się angielskiego w szkole, podobały mi się amerykańskie filmy, muzyka. Ale początki tutaj były bardzo trudne. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe włączyłam telewizor, żeby obejrzeć newsy, i rozumiałam może co trzecie słowo.

Pewnie sporo osób chciałoby wiedzieć, co zrobić, żeby dojść do takiej perfekcji. Co pomaga, rozwija językowe umiejętności?
Moi studenci czasem o to pytają, a ja wzruszam ramionami. Chciałabym odpowiedzieć coś fajnego, mądrego, ale najbardziej szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Każdy z nas ma inne predyspozycje, każdy musi znaleźć własną drogę. Mam wrażenie, że w moim przypadku to się po prostu stało. Nagle. Moment, i jesteś po drugiej stronie.

Dykcja, język to jedno, ale w pani przypadku możemy mówić też o głosie w zupełnie innym kontekście. Głos w słusznej sprawie – od dawna działa pani na rzecz kobiet. Gloria Allred, feministka, prawniczka znana z najgłośniejszych w Stanach spraw, choćby ostatnio przeciwko Harveyowi Weinsteinowi, publicznie nazwała panią bohaterką. Przyczyniła się pani do tego, że w USA zaczęto obchodzić 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet, który stał się pretekstem do spotkań i dyskusji. Skąd wziął się ten projekt?
Chciałam wspierać kobiety, wydobyć ich historie. Dlatego stworzyłam ten ruch. Nazwałam go Women’s Day USA, bo uznałam, że Międzynarodowy Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby coś ważnego powiedzieć. Zaczęłam organizować coroczne zjazdy, gale, na które zapraszamy wyjątkowe prelegentki. Gościła u nas między innymi Japonka, która przeżyła w czasie drugiej wojny światowej obóz internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia. Dolores Huerta, przywódczyni amerykańskich związków zawodowych, matka 11 dzieci. Mae Jemison, pierwsza czarnoskóra kobieta, która poleciała w kosmos. Mogę tak wymieniać bez końca.

Wspomniane wystąpienie Glorii Allred miało miejsce w latach 90., krótko po pani udziale w „JFK” Olivera Stone’a. Zagrała tam pani Marinę Oswald, rosyjską imigrantkę, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. To właśnie ta rola była iskrą do powstania ruchu?
„JFK” był spełnieniem snu, wreszcie mogłam zobaczyć, jak to jest w tym prawdziwym Hollywood. Moja pierwsza filmowa rola w Stanach, trochę drzwi rzeczywiście się potem otworzyło. W dodatku, ku mojemu zaskoczeniu, kiedy się do filmu przygotowywałam, udało mi się namówić prawdziwą Marinę na spotkanie. Wcześniej konsekwentnie wszystkim odmawiała. Miało być „szybkie pół godzinki”, ale najpierw się przedłużyło, potem spotkałyśmy się znowu i znowu, już bez jej obstawy. Nawet u niej pomieszkiwałam, chyba żadna z nas nie spodziewała się, że tak się do siebie zbliżymy. Niesamowita przygoda i doświadczenie aktorskie: zagrać postać historyczną, która nadal żyje i którą się osobiście poznało. Ale ruch kobiecy to był w moim życiu niezależny wątek. Który urodził się wcześniej, krótko po przyjeździe, kiedy trafiłam do Nowego Jorku. Chciałam wtedy podjąć jakąkolwiek pracę, żeby się utrzymać, ale gdziekolwiek poszłam, to mi odmawiali. W końcu zebrałam się na odwagę i za którymś razem zapytałam, dlaczego nie chcą mnie na taki basic job. Usłyszałam, że jestem over­qualified, za wysoko wykwalifikowana. Błędne koło. Szukałam tu w Stanach nowej tożsamości i coraz wyraźniej coś do mnie docierało. Często się mówi, że USA to kraj imigrantów. Tak, ale to nie jest kraj imigrantek. Wszystkie te nazwiska imigrantów, które wypowiada się z dumą, to nazwiska mężczyzn: Einstein, Pulitzer. Zaczęłam robić research, Internetu nie było, siedziałam w bibliotekach nad mikrofilmami. Nie wiem, czy pamięta pani, że istniało coś takiego [śmiech]?

Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe)

No dobrze, ale jak dziewczynie, która świeżo przyjechała z Polski, udało się rozkręcić społeczny projekt, który wkrótce nabrał takiego rozpędu?
Wiele rzeczy stało się możliwe już po przeprowadzce do Los Angeles. Mówi się, że Nowy Jork to teatr, głównie Broadway, a Hollywood – kino i telewizja. Coś w tym jest, chociaż to oczywiście bardziej skomplikowane. Ja pojechałam do Los Angeles z myślą o filmach i telewizji, ale też od razu po przyjeździe założyłam własny niezależny, eksperymentalny teatr Discordia. Spotkałam też Kazimierza Brauna, który reżyserował tutaj w amerykańskiej obsadzie „Szewców” i od razu zaproponował mi rolę Księżnej. W tym czasie niezależnie pracowałam nad kobiecym projektem, szukałam imigrantek z ciekawą historią. W pewnym momencie ktoś opowiedział o moich poszukiwaniach żonie konsula Finlandii. Ta do mnie zadzwoniła, mówiąc, że takie inicjatywy są jej bardzo bliskie, i pytając, czy nie wpadłabym do niej pogadać. Nie marnując ani minuty, wsiadłam w samochód i pół godziny później byłam u niej. Przywitała mnie z grupą koleżanek bardzo, powiedziałabym, po fińsku. Z lampką wina i w saunie. Z tego spotkania wyniknęło wiele przyjaźni i cennych kontaktów, zaczęła się rozrastać sieć, ktoś polecił kogoś, ktoś inny słyszał, że gdzieś mieszka pani, którą można by zaprosić. Dzięki kobietom poznanym wtedy u pani konsul zaczęłam też inaczej myśleć o Dniu Kobiet. Ja, wychowana w PRL, gdzieś z tyłu głowy nadal miałam goździki i pończochy z zakładu pracy. A tu nikt nie miał takiego obciążenia. Wtedy na spotkaniu w saunie była też na przykład Australijka, dla której ważny był temat Nowej Zelandii, gdzie obywatelkom przyznano prawo głosu już w 1893 roku. Dla nich Dzień Kobiet to było święto wolności, wzajemnego wsparcia i równouprawnienia.

Spotykamy się w szczególnym momencie. Rządy zaczyna wiceprezydentka Kamala Harris. Jest szansa na przełom? Uważa pani, że Harris będzie rzeczniczką praw amerykańskich obywatelek?
Przekonamy się w praktyce. Jestem szczęśliwa za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś kobieta zostaje head [szefem, liderką], nieważne, czy to polityka, biznes, czy branża filmowa. Działając w ruchu, współpracowałam z obydwiema opcjami politycznymi, byłam wyróżniona i przez burmistrza demokratę, i przez republikanina, i głęboko wierzę, że jak się uważniej przyjrzeć, zawsze wyjdzie na to, że mimo różnic w poglądach więcej nas łączy, niż dzieli. To, że Kamala Harris doszła do takiej pozycji, jest nieprawdopodobnym sukcesem. Pokazała dziewczynom w całym kraju, że to możliwe, że jest szansa dla przyszłych pokoleń. Ale też marzę o takim dniu, kiedy już nikt nie będzie mówił „pierwsza prezydentka USA” czy „pierwsza prezydentka Warszawy”, że nie będą miały znaczenia ani płeć, ani rasa, tylko kompetencje. Może nadejdą takie czasy, że Dzień Kobiet w ogóle nie będzie potrzebny.

Kto jest pani największą idolką?
Mama. Dorastając, obserwowałam, jak sama mnie wychowuje, bez żadnego wsparcia. A wychowałam się w czasach, kiedy samotne macierzyństwo nie było powodem do dumy. Mama, z zawodu lekarka, nie tylko sobie radziła, ale też, od kiedy pamiętam, pomagała innym. Zawsze miała ze sobą w torbie leki w razie nagłych przypadków. Insulinę dla cukrzyków, coś na serce. I nieraz byłam świadkiem, jak ratowała kogoś na ulicy, zanim przyjechała karetka. Przez jakiś czas pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Wybrzeże”. Siedziała po godzinach, pamiętam, jak przychodziłam do niej po szkole i jak odrabiałam u niej w gabinecie lekcje. Pamiętam też, jak mnie wysyłała pod bramę stoczni. Bo nasz dom na Piwnej w Gdańsku stał ciekawie: akurat między siedzibą ZOMO a stocznią, do której chodziłam na piechotę i zanosiłam strajkującym papierosy i kiełbasę ręcznie robioną przez mamę. Potem ktoś po latach, jak już żyłam w Stanach, zapytał mnie, czy wiem, że widać mnie w „Człowieku z żelaza”, w tych dokumentalnych fragmentach. Nakręcili mnie, chociaż bez przerwy słyszałam od mamy, żebym tylko uważała, czy nie kręcą [śmiech]. Jeszcze inny obrazek z Gdańska: „Znam Beatę z podwórka. Jej mama była damą, co odziedziczyła też Beata. Kiedyś ich bokser zwiał, zaprowadziłem uciekiniera do właścicielki”. Ten komentarz znalazłam w sieci. Domyśla się pani, kto go napisał? Niestety nie, ale rzeczywiście miałyśmy boksera. A nawet dwa – suczkę Brendę i Feniksa Otago Konrada [śmiech], medalistę. Byłam w nim tak zakochana, że w czasie jednego z konkursów recytowania poezji specjalnie wybrałam sobie „Listy do pani Z.” Kazimierza Brandysa i taki fragment o bokserku [śmiech]. A mama rzeczywiście jest bardzo kobieca, elegancka z tymi włosami uczesanymi do góry, porównywali ją do Sophii Loren. Ona dama, wysokie obcasy, ale ja byłam zupełnie inna, raczej typ tomboy. Wołali na mnie Pippi Långstrump, bo piegi i rude włosy, bujna wyobraźnia. Jak koleżanki chciały iść oglądać ciuchy, ja wolałam lecieć na podwórko z kolegami pokopać nawet jakąś znalezioną puszkę, to mnie dużo bardziej interesowało. Byłyśmy kompletnie różne, ale do tej pory mama jest moją największą przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon codziennie, chociaż po kilka minut, żeby powiedzieć, co u której słychać.

Już na studiach obsadzili panią w serialu „Życie Kamila Kuranta”, zagrała pani u Wajdy w „Kronice wypadków miłosnych”. Dlaczego pani wyjechała?
Przede wszystkim przyjechałam do ojca. Wysłał mi bilet, myślałam, że w końcu odnalazłam rodzinę, że to jest szansa na pojednanie. Rzeczywistość okazała się inna, ojciec znowu zniknął z mojego życia. Musiałam sobie poradzić.

„JFK” i „Dzikie palmy” Olivera Stone’a, „Kroniki młodego Indiany Jonesa” George’a Lucasa, „Melrose Place”. Pani hollywoodzki sen się spełnił? Ma pani poczucie satysfakcji czy niedosytu?
Na pewno lubię iść tam, gdzie ścieżki mam jeszcze niewydeptane. To normalne, że człowiek chce się powtarzać, wracać do tego, co bezpieczne, co się okazało sukcesem, tak jesteśmy zbudowani. Ale dla mnie bardziej ekscytujące jest próbować czegoś, czego zupełnie nie znam, zaryzykować.

A jak pojawiły się w pani życiu audiobooki?
Aktorstwo dźwiękowe to w Stanach cała osobna gałąź. Jedni aktorzy specjalizują się w audiobookach, inni w dubbingu, jeszcze inni w background voices. Ten odłam ma swoje gwiazdy, to są osoby, które mają na koncie po kilkaset tytułów, choć oczywiście wydawnictwa i twórcy gier wideo zapraszają też znanych aktorów z przemysłu filmowego, żeby wystąpili w ich produkcjach. U mnie to był przypadek. Nie znałam tej branży, nigdy nie starałam się o takie zlecenie. Właściwie to kiedy się do mnie odezwali, myślałam, że koledzy robią mi dowcip.

Dlaczego?
Wiedzą, że jestem znana z ról bojowych i silnych kobiet. I jak producenci wysyłają mi scenariusz i pytają, którą rolę chciałabym zagrać, to mnie interesuje bardziej „John” niż „Mary”, bo „John” ma coś do powiedzenia i do zagrania, a ona zwykle jest tylko ozdobnikiem. Poza tym w Hollywood trzeba iść na casting, potem czekasz na odpowiedź, a tu od razu przyszła mejlem konkretna propozycja: czy chciałabym nagrać audiobooka o jednej z najbardziej wpływowych kobiet świata, Katarzynie Wielkiej. Podpisano: „Wydawnictwo Random House”, gigant na rynku. Do tego tylko numer telefonu. Oddzwaniałam z myślą: „Ciekawe, który to dowcipniś mnie podpuszcza”. Wystukuję numer, mówię rozbawiona do słuchawki: „No halo, halo…”, na co odzywa się kobiecy głos. Tu się już mocno zdziwiłam. Usłyszałam: „Czy ta propozycja pani odpowiada? Pasują pani terminy?”. Dowiedziałam się, że producentka widziała mnie w roli prezydentki świata w „Babylon 5” i jak obalam rząd w serialu George’a Lucasa. Najpierw mnie zatkało, a potem wielka radość! Rzuciłam się na głęboką wodę. To audiobook kolos, trwa 19 godzin. 78 postaci do zinterpretowania!

Mieszka pani w Beverly Hills. To miejsce, które wydaje się kwintesencją pewnego stylu życia: śnieżnobiałe uśmiechy, filozofia sukcesu, walka o siebie, niezrażanie się porażkami, pozytywne myślenie. Dla pani to było zderzenie kulturowe?
Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. A walka o siebie, niezrażanie się porażkami? Myślę, że niezależnie od miejsca ludzie starają się tak żyć. Ale u nas na pytanie: „Jak tam u ciebie?”, raczej nie odpowiadamy „Świetnie”. Lubimy sobie ponarzekać, kultura polskiego small talku też nie jest szczególnie rozwinięta. Mnie to sobie trudno wyobrazić, bo ja zawsze zagadam kogoś na ulicy i strasznie lubię, jak mnie zagadują. Nieważne, czy o pogodę, czy że kwiaty takie piękne wokoło. A narzekanie? Szkoda życia, w tym czasie to ja zdążę wiersz napisać.

Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta) Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Wiersze, scenariusze, telewizja, audiobooki, ruch kobiecy, obrazy i własne wystawy; zajęła się pani też produkcją eksperymentalnych filmów. Próbuję zrozumieć, jak pani jest w stanie łączyć wszystkie te rzeczy i skąd ta potrzeba.
No tu odpowiem pani bardzo po amerykańsku: Why not?

A jednak sporo projektów, którymi się pani zajmuje, ma związek z Polską. Voice Arts Awards dostała pani za użyczenie głosu postaci z gry „Mortal Kombat”, ale pozostałe nominacje dotyczą czytanej po angielsku poezji Wisławy Szymborskiej oraz książki o Stefanii Podgórskiej, która w czasie wojny w Przemyślu ukrywała Żydów. Wcześniej dostała pani Earphones Award za „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.
Dlaczego się nie pochwalić naszą kulturą za oceanem? To dla mnie tak samo ważne i oczywiste jak to, że mojego syna (w domu mówimy po angielsku, ponieważ mój mąż jest Amerykaninem) zapisałam do weekendowej polskiej szkoły, do której chodził przez dziesięć lat i zdał egzamin państwowy. Dzięki temu mówi płynnie po polsku, wie, kim są Kościuszko, Brzechwa, Skłodowska-Curie, no i teraz też Tokarczuk [śmiech]. Rylan jest nastolatkiem, stypendystą filharmonii w Los Angeles i byłam z niego bardzo dumna, kiedy skomponował własne wariacje na temat muzyki Chopina, miał premierę w Walt Disney Hall.

Trochę trwało, zanim się umówiłyśmy na rozmowę. Mam wrażenie, że także czas lockdownu jest dla pani bardzo pracowity.
Bez przerwy coś się dzieje. Skończyłam nagrywać nowy audiobook „A Wolf for a Spell”, zaraz wyjdzie antologia poezji poświęconej wolności wydawana w ramach akcji Black Lives Matter, zostałam poproszona o udział i napisałam o kobietach i ich prawie do głosu. A właśnie teraz kończę bardzo osobisty rodzinny projekt. Mój syn napisał do niego muzykę. I to znowu jest opowieść o niezwykłej kobiecie. Historia sprzed trzech lat: pojechałam do Polski, żeby zagrać u Agnieszki Holland w „Obywatelu Jonesie”. W drodze do Katowic, gdzie kręciliśmy, wpadłam do Warszawy, żeby spotkać się z moją krewną Barbarą. I Basia przekazała mi swoje zapiski, wiersze. Nie miałam pojęcia, że cokolwiek pisze. Powiedziałam jej nawet: „Basia, ty?! Specjalistka od liczb i finansów?!”. „Przekazuję, zobacz, co o tym myślisz”. W pociągu do Katowic zaczęłam czytać i niesamowicie się wzruszyłam. Pojechałam na plan, kręciliśmy, a w tym czasie Basia umarła. Ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy o tym myślę, bo to było tak nagłe i niespodziewane. Może coś przeczuwała? Basia się przyznała, że chciała zostać pisarką, ale nie miała odwagi, życie się inaczej ułożyło. Ciągnę tę jej nitkę twórczą, wydaję audiobook i e-book „Chwile zamyślenia”. Do wierszy napisałam wstęp z przesłaniem, żeby niczego nie odkładać. Jeśli jest jakiś czas na to, żeby odrobić zaległości, to teraz. Żeby powiedzieć najbliższej osobie „kocham cię”. Potraktować to życie w pandemii nie jak wymówkę, tylko okazję. 

Beata Poźniak, rocznik 1960. W grudniu 2020 roku przyznano jej Voice Arts Award za rolę Krwawej Królowej w grze „Mortal Kombat”. Do tej pory była do tej nagrody nominowana pięciokrotnie. „Washington Post” wyróżnił ją za nagranie najlepszego audiobooka roku 2015 w USA. W Polsce jako aktorka debiutowała w serialu „Życie Kamila Kuranta”, a w Stanach w filmie „JFK”. Ma na koncie role w teatrze telewizji („Hamlet we wsi Głucha Dolna”) i w serialach („Melrose Place”, „Złotopolscy”, „Ojciec Mateusz”). Za kampanię na rzecz ustanowienia Dnia Kobiet oficjalnym świętem w USA została wyróżniona w amerykańskim Kongresie.

  1. Kultura

Monica Bellucci i jej manifest dojrzałości

Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Monica Belluci: Ciała aktorów to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. Wybieram takie role, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale też w widzu. (Fot. East News)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Udowadnia, że uroda nie tylko nie przemija z wiekiem, ale zyskuje nowy wymiar. Jej droga z małego miasteczka w Umbrii na światowe ekrany i festiwale sama mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu. Monica Bellucci to dziś ikona kina na miarę Sofii Loren czy Moniki Vitti. W wieku 56 lat pozostaje symbolem seksu, elegancji i wyrafinowania. Oto jej manifest dojrzałości.

Cicha, nieśmiała. Generalnie – nic specjalnego. Spokojna jedynaczka, która ze zdziwieniem zauważyła, że kiedy z przeciętnej dziewczynki zaczęła wyrastać na piękną nastolatkę, ludzie zaczęli być dla niej milsi.

– Nie rozumiałam, dlaczego do tej pory to ja musiałam o wszystko się starać, a potem, w ciągu jednego roku, nagle stałam się popularna.

Lokalny entuzjasta fotografii poprosił, aby pozowała mu do zdjęć, kiedy miała 13 lat. Wiadomo, że tylko dla zabawy – Monica miała poważne plany, bo chciała zostać prawniczką, a nie wdzięczyć się do aparatu za pieniądze.

Studia na uniwersytecie w Perugii dowiodły jednak, że kiedy z braku pieniędzy trzeba jeść najtańszy makaron, a można dorobić sobie modelowaniem, to należy przynajmniej spróbować. Zaproszenie do Mediolanu i podpisanie kontraktu z agencją Elite zmieniły jednak wszystko. Może zabawa w modę – koncept nieznany w jej rodzinnym Città di Castello – nie jest jednak złym pomysłem, przynajmniej na jakiś czas? Skoro płacą jej tylko za to, jak wygląda, a przy okazji świetnie się bawi na sesjach u Dolcego i Gabbany, głupotą byłoby zmarnować tę okazję. W ciągu dwóch lat była już znana po obu stronach oceanu, a jej twarz znalazła się na okładkach „Elle”, „Esquire” i „Maxima”.

Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News) Monica Bellucci wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. (Fot. East News)

Bellucci chciała się jednak rozwijać, więc zaczęła chodzić na lekcje aktorstwa. Po dwóch mniejszych rolach przyszedł przełom – nagroda dla najlepszej aktorki drugoplanowej w filmie „Apartament”. Film zdobył BAFT-ę, Monica umocniła swoją pozycję w show-biznesie, a poznany na planie francuski gwiazdor Vincent Cassel trzy lata później został jej mężem.

Kto wciąż kojarzył Bellucci tylko z reklam, wybiegów i okładek, w 2000 roku musiał już ją znać jako „Malenę” – rola w tym filmie przyniosła jej międzynarodową sławę. Po niej mogła na zawsze zostać w szufladzie śródziemnomorskiej piękności, na której widok mężczyźni tracą głowę i zatrzymuje się ruch uliczny. Dlatego kinomani ze zdziwieniem przyjęli jej udział w „Nieodwracalnym” – dziele Gaspara Noégo, w którym postać grana przez Bellucci zostaje brutalnie zgwałcona. Film wywołał skandal, krytycy wychodzili z kin. Obraz stał się przedmiotem publicznej debaty, w której dyskutowano zasadność pokazywania tak drastycznych scen.

To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW) To kreacja tytułowej „Maleny” (2000) w reżyserii Giuseppego Tornatorego, w filmie, który zdobył Złoty Glob i dwie nominacje do Oscara (za muzykę i zdjęcia), przyniosła Bellucci międzynarodową sławę i zrobiła z niej symbol seksu. (Fot. BEW)

– Aktorzy nie decydują o tym, jakie role im się oferuje. Jedyny sposób kierowania naszą karierą to wybór tych, które chcemy zagrać. Ja dokonuję wyborów, które mają mnie rozwijać i pomagać pokonywać granice, te we mnie, ale i w widzu – mówiła Monica magazynowi „The Film Review”. – Nasze ciała to instrument pracy, podobnie jak ciała tancerzy. One pozwalają nam wyrażać wizję scenarzysty i reżysera. Jeżeli sceny przedstawiają coś, co prywatnie kwestionuję, proszę reżysera o uzasadnienie. Ten film, swego czasu uznany za skandaliczny, dziś ma status kultowego i omawia się go w szkołach filmowych. Dlatego trzeba szukać nowych rozwiązań, pokazywać coś inaczej, prowokować do myślenia, a czasem wywoływać oburzenie.

Kobieta, nie dziewczyna

– Jestem Włoszką i jak dla wszystkich Włochów najważniejsi są dla mnie przyjaciele, dobre jedzenie i rodzina. Bardzo chciałam mieć dzieci, ale wiedziałam też, że najpierw muszę zbudować karierę, aby później móc spokojnie poświęcić się ich wychowaniu – mówiła w jednym z wywiadów. – Patrzyłam na koleżanki aktorki, które musiały zostawiać dzieci z nianiami na długie tygodnie, kiedy trzeba było wyjechać na zdjęcia. Obiecywałam sobie wtedy, że ja zorganizuję to inaczej.

Na planie kontrowersyjnej „Pasji” Mela Gibsona, w której grała Marię Magdalenę, była w ciąży. – Ciąża to nie choroba, a skoro zobowiązałam się, że zagram w tym filmie, to przecież nie mogłam odmówić – mówiła. Pierwszą córkę, Devę, urodziła, kiedy miała 40 lat. Zanim druga, Leonie, przyszła na świat pięć lat później, jej mama zdążyła wystąpić w kilkunastu filmach. Gdyby jej kariera oparta była tylko na hollywoodzkich produkcjach, prawdopodobnie przestałaby dostawać w tym wieku propozycje ról. Na szczęście mieszka we Francji, gdzie aktorki, takie jak Catherine Deneuve, Isabelle Huppert czy Charlotte Rampling, wciąż przyciągają publiczność, a ich agenci mają pełne ręce roboty. Praca jest ważna, ale dzieci były ważniejsze.

– Nie przesadzajmy, że udział w dwóch projektach rocznie to taka ciężka praca – mówiła aktorka przy okazji wywiadów do filmu Emira Kusturicy „Na mlecznej drodze”. – To nie praca w fabryce. Ja przecież jestem szczęściarą, a nie bohaterką, jak miliony innych kobiet.

„Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW) „Pasja” (2004). W tym kontrowersyjnym filmie Mela Gibsona zagrała Marię Magdalenę, w dodatku w języku aramejskim. (Fot. BEW)

Czasem trzeba wyjechać, ale jej dzieci mają dwoje rodziców, więc któryś może przejąć pałeczkę. Gdy nie była na zdjęciach, nie było dnia, żeby nie odprowadziła córek do szkoły, nie zrobiła im kanapek, obiadu, nie odrobiła z nimi lekcji. Jak większość matek, jeśli tylko mają na to czas. Ewentualna rezygnacja z pracy nigdy nie była tematem do rozważania, bez względu na to, czy ją na to stać, czy nie. Artysta musi pracować, bo proces kreatywny potrzebny mu jest do życia. A matka musi wpoić swoim córkom, najlepiej na własnym przykładzie, że tylko praca i realizacja własnych pasji są paszportami do lepszego, spełnionego życia. Małą Devę zabierała ze sobą przez cztery lata na każdy plan filmowy, dopóki mała nie zaczęła szkoły. Kiedy na świat przyszła jej młodsza siostra, pora było zmienić styl życia. Dopiero wtedy zdecydowała się zamieszkać na stałe w Paryżu. Aktorka strzeże prywatności swojej rodziny i nigdy nie karmi mediów plotkami. Gdy siedem lat temu pytano ją o to, jak radzi sobie jako singielka po rozwodzie z Casselem, odpowiadała: „Czuję się doskonale. Samotność nie powinna nas przerażać. Zwłaszcza po wielu latach małżeństwa czy bycia w związku nie ma nic lepszego niż pobyć samemu ze sobą”. Zawsze też podkreśla, że jej córki mają świetny kontakt z ojcem. Zeszłoroczną, wiosenną kwarantannę spędzili wszyscy razem w okolicach Biarritz, gdzie Cassel ma dom. Monica przeniosła się tam na kilka miesięcy, żeby – z zachowaniem zasad bezpieczeństwa – dziewczynki mogły się z nim widywać. Ona nadzorowała ich lekcje przez Internet i gotowała.

Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok. Monica Bellucci na wybiegu podczas pokazów kolekcji Dolce & Gabbana wiosna/lato 2019. oraz w akcji wspierającej stowarzyszenie Corri la Vita działające na rzecz kobiet dotkniętych rakiem piersi, 2020 rok.

Bellucci dziewczyną Bonda? Chyba komuś się coś pomyliło – spekulowała prasa plotkarska, gdy wyszło na jaw, że Monica ma zagrać obiekt pożądania Daniela Craiga w „Spectre”. – Kiedy Sam Mendes zadzwonił do mnie z propozycją, myślałam, że mam przejąć rolę po Judi Dench, która zmarła w poprzedniej części przygód agenta 007 – śmiała się aktorka. – Gdy wyznał, że chodzi mu o „dziewczynę Bonda”, uświadomiłam mu prostą rzecz: film wejdzie na ekrany, kiedy będę miała 51 lat. Ja nie jestem już dziewczyną, więc sam pomysł jest kuriozalny. Ale kobieta Bonda – proszę bardzo!

„Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW) „Spectre” (2015) – w objęciach Daniela Craiga jako kobieta Bonda. (Fot. BEW)

Mendes chciał wywołać ferment w filmowym światku i z pewnością mu się udało. Reakcje w Europie były entuzjastyczne. W Hollywood – niekoniecznie. – Świat wciąż urządzany jest przez mężczyzn – tłumaczyła to Bellucci w wywiadzie dla „Guardiana”. – To oni trzymają władzę: w dziennikarstwie, bankach, finansach, edukacji. Prawo też jest tworzone przez mężczyzn. I oni myślą, że kobieta, która nie może już mieć dzieci, jest stara. Powinna być niewidzialna. Co jest bzdurą, bo takie kobiety są wciąż wspaniałe. Dlatego myślę, że Mendes, wybierając dojrzałą kobietę do tej roli, wywołał małą rewolucję. A ja uważam, że Bond jest najwspanialszym mężczyzną. Dlaczego? Bo nie istnieje!

Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images) Podczas festiwalu w Cannes w 2006 roku aktorka była członkinią jury, na czerwonym dywanie z ówczesnym mężem Vincentem Casselem. (Fot. Getty Images)

Wieczór z Marią Callas

Bellucci nie byłaby sobą, gdyby spoczęła na laurach i przykleiła sobie etykietkę „tej seksownej aktorki po pięćdziesiątce”. Uważa, że upływ czasu wyzwala nas, kobiety, z wdrukowanego nam kulturowo obowiązku podobania się mężczyznom. Choć podwalinami jej kariery z pewnością była uroda, przez ponad 20 lat pracowała nad tym, aby zbudować własną pozycję, majątek i mieć zawodową wolność w angażowaniu się w projekty, które ją interesują, bez względu na wypłatę. Teraz zbiera żniwo tej strategii. Aby zagrać w filmie Emira Kusturicy, nauczyła się serbskiego, w filmie irańskim grała po persku.

Od kilku lat, zgodnie z duchem zmieniających się mediów, próbuje zasmakować nowej zawodowej przygody, grając w serialach HBO, Netflix czy Amazon Prime, takich jak: „Mozart w miejskiej dżungli”, „Gdzie jest mój agent?” czy nowa wersja „Twin Peaks”. Jeszcze kilka lat temu zarzekała się, że granie w teatrze zupełnie jej nie interesuje. Tym większą sensację wywołała zeszłoroczna premiera sztuki Toma Volfa w paryskim teatrze Bouffes-Parisiens, w której Bellucci wciela się w rolę samej Marii Callas. Spektakl oparty jest na listach i wspomnieniach słynnej śpiewaczki. Pokazuje prawdziwą kobietę za maską diwy światowej sławy. Sztuka cieszyła się uznaniem krytyków i publiczności, ale Monica twierdzi, że było to najtrudniejsze zawodowe zadanie, z którym się zmierzyła, bo co wieczór musiała walczyć z potwornymi atakami tremy.

– To czysty, paraliżujący strach. Fizycznie się trzęsłam – mówiła agencji AFP. – Zmuszanie się do wyjścia na scenę było jak akt przemocy, który sama sobie zadawałam. W filmach gra się pojedyncze sceny, człowiek jest jak w bańce, chroniony od świata. W teatrze oddychasz tym samym powietrzem co twoja publiczność, czerpiesz od nich energię. I ani przez chwilę nie możesz się rozproszyć.

W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News) W zeszłym roku Bellucci wystąpiła w teatrze w roli samej Marii Callas. (Fot. East News)

Jej najnowszy projekt to przybliżenie telewidzom postaci Tiny Modotti – włoskiej modelki, aktorki i fotografki, która przed pierwszą wojną światową wyemigrowała do USA i do Meksyku i została komunistką. Ten projekt, meksykański miniserial, z racji pandemii wciąż czeka na realizację. Bellucci od dawna zafascynowana jest Modotti, która była nie tylko niezwykłą artystką, ale przede wszystkim kobietą, która żyła na własnych warunkach, i jedną z ikon feminizmu.

Chciałaby przekazać swoim córkom to, czego nauczyła ją jej długa kariera. Powiedzieć im, że pewnego dnia spojrzą za siebie i będą się zastanawiać, dlaczego przejmowały się drobiazgami. Chce też przekonać je, że najważniejsza jest wiara w siebie, a jeśli jej brak, to dobra fasada zupełnie wystarczy – ważne, żeby reszta świata uwierzyła, że ją masz, a życie stanie się prostsze.

Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana. Deva Cassel, córka Moniki Bellucci i Vincenta Cassela, w kampanii perfum Dolce & Gabbana.

– Przeraża mnie świat mediów społecznościowych, w którym moje dziewczynki biorą udział – mówiła niedawno magazynowi „Glass”. – Tłumaczę im, że na Instagramie ludzie sprzedają ułudę, że każdy może się wykreować na to, co chce, a co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ja przecież coś wiem o sprzedawaniu marzeń – byłam i wciąż bywam modelką. Czy naprawdę ktoś myśli, że na co dzień wyglądam tak jak na reklamach? One, widząc mnie rano w szlafroku czy w dresie, najlepiej wiedzą, że to tylko gra złudzeń. Muszę im jednak pozwolić na znalezienie własnej drogi – tak jak moi rodzice pozwolili mnie. Moja rola to być oparciem i drogowskazem. I zawsze, zawsze kochać.

Monica Bellucci ma 56 lat, urodziła się w Città de Castello w Umbrii. W trakcie studiowania prawa zaczęła zarabiać jako modelka i przeprowadziła się do Mediolanu, jej agencją jest Elite. Rzuciła studia i w ciągu dwóch lat zrobiła karierę po obu stronach oceanu. Do dziś jest jedną z ulubionych modelek Diora i Dolce & Gabbana oraz ambasadorką kosmetyków tej marki i biżuterii Cartier. Na początku lat 90. zaczęła grać w filmach, rola w „Apartamencie” przyniosła jej nagrodę Cezara, a za „Malenę” trafiła do niej Europejska Nagroda Filmowa (nagroda publiczności). Wybiera różnorodne role, unikając zaszufladkowania, gra po angielsku, francusku i włosku, nauczyła się też ról po aramejsku, serbsku i persku. Przez 14 lat była żoną aktora Vincenta Cassela, z którym ma dwie nastoletnie córki. Na stałe mieszka w Paryżu.

  1. Kultura

Carey Mulligan: "Chcę wpadać w zachwyt"

Carey Mulligan, brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”. (Fot.
Carey Mulligan, brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”. (Fot.
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jest gwarancją dobrego kina. Bo jeśli Carey Mulligan pojawia się na ekranie, wiadomo, że i jej bohaterka, i cała historia są nietuzinkowe. Dotyczy to także najnowszej roli w filmie „Wykopaliska”. Kameralnej historii o dużej sile rażenia.

Zanim w pani ręce trafił scenariusz „Wykopalisk”, ile pani wiedziała na temat opisanych w nim wydarzeń?
Byłam świadoma, że jest coś takiego jak Sutton Hoo [stanowisko archeologiczne i odnaleziony skarb, anglosaska łódź-grobowiec, jedno z najcenniejszych odkryć tego typu w Europie – przyp. red.]. W Anglii jest to temat omawiany na kursie do egzaminów kończących szkołę średnią. Wydaje mi się, że jako dziewczynka byłam też z klasą w muzeum, gdzie wystawiane są znalezione w łodzi eksponaty, widziałam maskę i hełm, zestaw, który wyświetli się pani pewnie w Google po wpisaniu hasła „Sutton Hoo”. Można więc powiedzieć, że zanim przeczytałam scenariusz, wiedziałam, że gdzieś dzwoni, ale w którym kościele już nie bardzo [śmiech].

Wy, tworzący ten film, odkłamujecie historię. Opowiadacie o ludziach, bez których tytułowego wykopaliska by nie było, tyle że ich zasługi przypisali sobie inni, „poważni” naukowcy. Nie tacy amatorzy jak pani bohaterka Edith Pretty i genialny archeolog samouk, „człowiek z ludu” Basil Brown [w tej roli Ralph Fiennes – przyp. red.]. W jego przypadku chodzi jeszcze o pochodzenie. Jako ktoś z niższej klasy społecznej bez mrugnięcia okiem został pominięty, wymazany z historii.
Dzieci wychowywano wówczas w przekonaniu, że istnieje coś takiego jak „ich miejsce” w społecznej tkance – i było to miejsce bardzo ciasne i precyzyjnie określone. Nie kwestionowano tego. Dziś oficjalnie takie przekonania uznaje się za dyskryminację, ale to, że w XXI wieku już „nie wypada” tak myśleć, nie znaczy, że klasizm zniknął. Istnieje, tyle że za zamkniętymi drzwiami. Kiedy z ciekawości sprawdziłam, w podręczniku znalazłam o Basilu Brownie taki mikroskopijny [Mulligan pokazuje palcami odcinek około pięciu centymetrów] ustęp. Dla kogoś zainteresowanego tematem znalezienie informacji o nim do niedawna nie było łatwe. Z kolei rolę Edith Pretty, właścicielki terenu, na którym odkryto anglosaską łódź, umniejszano, bo była kobietą. Edith fascynuje mnie na równi z Basilem.

Co w niej zaintrygowało panią najbardziej?
Była skrępowana więzami czasów, w których przyszło jej żyć. Na planie filmowym cały czas miałam poczucie, że ona nie chce być damulką siedzącą w wiklinowym fotelu i obserwującą, jak inni się pocą. Że sama najchętniej złapałaby za szpadel i wykopała z błota ten skarb.

Widać, że jest przedsiębiorcza, silna psychicznie, konkretna. Kiedy na Basila Browna spada góra osuwającej się ziemi, ona – delikatna, filigranowa, słabego zdrowia – reaguje szybko i skutecznie, żeby uratować postawnego mężczyznę.
Na marginesie dodam, że scena z odkopywaniem Ralpha była bardzo stresująca. Oczywiście uniosłam się dumą i nie chciałam oddać zadania kaskaderowi, Ralph też nie. Robiliśmy wiele dubli, Ralph raz za razem lądował pod górą ziemi, a ja byłam odpowiedzialna za odkopywanie jego twarzy, nozdrzy. W pewnym momencie w moich rękach było więc życie skarbu brytyjskiej kinematografii! Śmieję się, ale wtedy to było mało zabawne. A wracając do Edith – proszę zauważyć, że tak, była głodna przygody, ale jednocześnie pozostawała niezwykle skromna, pokorna, empatyczna.

Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie 'Wykopaliska'. (Fot. materiały prasowe Netflix) Carey Mulligan i Ralph Fiennes w filmie "Wykopaliska". (Fot. materiały prasowe Netflix)

Na ile jest pani podobna do tej postaci? Chodzi mi o jej pasję odkrywczyni. W dzieciństwie wśród pani planów i marzeń nie znalazło się przypadkiem także to o byciu archeolożką?
Chciałam być fryzjerką. I strażakiem. A potem, mniej więcej od siódmych urodzin, już tylko aktorką. Wiem, mało w tym tajemnicy, ale taka jest prawda. Faktycznie, po pracy przy „Wykopaliskach” myślę sobie, że i ja chcę znajdować w swoim życiu więcej czasu na zachwyt. „To przecież jest łodź!” – zdanie wypowiadane w filmie przez moją bohaterkę jest dla mnie kwintesencją „Wykopalisk”. Edith, jej synek i Basil wychodzą we trójkę na pole, stają przed stanowiskiem archeologicznym i nagle przychodzi oświecenie: „To jest łódź!”. Człowiek znajdzie na spacerze zagubiony kolczyk albo monetę na plaży i to już jest miłe uczucie: „O rety! Jestem odkrywcą, a to kawałek czyjejś historii”. A znaleźć na własnym polu anglosaską łódź? Która okazuje się grobowcem króla przeciągniętym z wody na pole przez setki ludzi tysiące lat temu? Czy potrafi sobie pani wyobrazić, jakie to uczucie? Ja – nie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałam na ekranie tak pięknie uchwycone uczucie zachwytu, cudownego zadziwienia. Coś tak rzadkiego, niecodziennego przesyca cały nasz film. To zasługa reżysera, Simona Stone’a, który nigdzie się nie spieszył. Nie zależało mu na efekciarskim montażu, Simon pozwala filmowi i widzom kontemplować w ciszy wiele pięknych ujęć, co, uważam, wspaniale się sprawdza, ale też świetnie oddaje dynamikę postaci, bo Edith i Basil w pewnym momencie rozumieli się już tak dobrze, że mogli razem siedzieć w milczeniu.

To także film o tym, że czas płynie nieubłaganie. Macie go coraz mniej. I pani bohaterka, i reszta postaci.
Prawdziwa Edith Pretty zmarła w 1942 roku, nigdy nie doczekawszy wystawienia znalezisk w British Museum. Skarb znaleziono krótko przed atakiem Hitlera na Polskę, potem bezpiecznie przeczekał całą wojnę schowany pod ziemią, na stacji metra. Podczas wojny teren wykopalisk był wykorzystywany przez wojsko jako poligon ćwiczeniowy, więc żołnierze, gdyby stanowiska archeologicznego nie zasypano, wszystko by zadeptali. Gdyby nie rozsądne szybkie działanie, świat w ogóle nie dowiedziałby się o pradawnej łodzi ze szczątkami króla Rædwalda zakopanej w środku pola. Bohaterowie filmu wiedzą, że wojna zbliża się nieubłaganie, codziennie czytają o tym w gazetach. Pamiętam, jak na planie któregoś dnia w moje ręce wpadł rekwizyt: odtworzona gazeta z lata 1945. Znajdował się tam artykuł o ewakuacji londyńskiego zoo. Niektóre zwierzęta miały być odesłane, inne czekała śmierć. Wyobraziłam sobie ten widok, strzelanie do zwierząt. Wstrząsające. Powietrze musiało dosłownie pachnieć wojną, nie można było zrobić kroku, by nie natrafić na zakrojone na szeroką skalę przygotowania, jakieś przegrupowania, apele, samoloty nad głową. A przecież spora część ekipy pracującej przy Sutton Hoo miała już na koncie doświadczenie wojny. Nie umiem sobie wyobrazić, jak musieli się czuć, wiedząc, że zaraz czeka ich znowu to samo. Mam wrażenie, że ludzi zaangażowanych w wykopaliska w Suffolku cechowały cicha odwaga i stoicyzm. Mimo że to był wyścig z czasem. Musieli się zjednoczyć jako zespół i ukończyć swoje zadanie. I jeszcze choroba Edith. Moja bohaterka zdawała sobie sprawę ze swojego stanu. Ona musiała zdążyć, zanim umrze, inni – zanim znowu zapali się świat.

„Wykopaliska” to kolejny film, w którym wraca pani do przeszłości. Londyn lat 60. w „Była sobie dziewczyna”, południe Stanów Zjednoczonych zaraz po wojnie w „Mudbound”, Nowy Jork lat 20. w „Wielkim Gatsbym”. Pani szczególnie ceni sobie role w kostiumowych dramatach?
Na pewno taka wyprawa przez epoki to za każdym razem ogromny przywilej. Na krótką chwilę mogę zostać w tamtym czasie, realiach, wyobrazić sobie, jakby to było, gdybym rzeczywiście wtedy się urodziła. Tak, nie bez powodu w moim dorobku dominują takie filmy: to tam kryją się najciekawsze historie. Mnie osobiście najciekawszy wydaje się chyba okres walki o prawa wyborcze kobiet. Przed udziałem w „Sufrażystce” wyobrażałam sobie te protesty jako jakąś pokojową, delikatną rewolucję. Kwiatki, marsze, i załatwione. W szkole niestety ledwie się tego tematu dotyka, nie wchodzi się w szczegóły. Zetknięcie z wymagającymi realiami tamtych czasów, z trudem i znojem, koszmarnymi przeciwnościami losu, z jakimi codziennie mierzyły się kobiety, było dla mnie wielkim i ważnym doświadczeniem. W gruncie rzeczy interesują mnie historie, w których jest prawda, życie. Chcę zobaczyć na kartach scenariusza kogoś, z kim poczuję więź, kogo jestem w stanie zrozumieć. Nawet jeśli nie zgadzam się z tej osoby postępowaniem.

Widać, że uwielbia pani swoją pracę.
Jestem wdzięczna losowi, że dane jest mi nie tylko wykonywać zawód, który dla większości jest marzeniem ściętej głowy, ale wykonywać go z sukcesami od kilkunastu lat. Dostawać zlecenie za zleceniem, być aktorką aktywnie pracującą. Mówiłyśmy o „Wykopaliskach” w kontekście klasowym, przywilejów. I ja doskonale wiem, że na pierwsze przesłuchanie zaproszono mnie tylko dlatego, że w szkole poznałam kogoś, kto miał znajomości wśród aktorów i polecił mnie organizatorom castingu [w 2004 roku, mając 18 lat, Mulligan zadebiutowała jako czwarta córka państwa Bennet w „Dumie i uprzedzeniu” u boku Keiry Knightley, a pomogła jej dyrektorka szkoły średniej, która skierowała dziewczynę do znajomego scenarzysty Juliana Fellowesa. Po spotkaniu z Mulligan żona Fellowesa umówiła ją na rozmowę z osobą odpowiedzialną za casting – przyp. aut.]. Czyli, w pewnym sensie, był to taki łańcuch przywilejów, tylko nie wynikających z mojej klasy społecznej, ale z innych przesłanek. W środowisku aktorów takie zależności są bardzo istotne. Przywilej to aktorska codzienność. Poza naszą bańką większość ludzi nie może sobie pozwolić na takie funkcjonowanie: ciągłe próbowanie, tracenie zleceń, czekanie na to, aż w końcu może się uda. Czyli de facto przez ogromną część czasu niepracowanie. W tym sensie kategoria przywileju ma przełożenie na nasze życie.

Czyli równe szanse w branży kinowej to nadal, niestety, mit.
Proszę zauważyć, że w „Wykopaliskach” mamy w centrum relację damsko-męską, która nie jest miłosna ani erotyczna. To relacja intelektualna, oparta na dzielonej pasji. Nadal trudno znaleźć scenariusze, w których kobieta nie jest definiowana jako czyjaś żona czy dziewczyna, a do działania nie napędza jej romantyczna miłość.

Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW) Carey Mulligan w filmie „Obiecująca. Młoda. Kobieta.”. (Fot. BEW)

Ta zależność rzadko kiedy dotyczy granych przez panią bohaterek. Przełamuje pani w kinie ten stereotyp. Z niecierpliwością czekam na kinową premierę „Obiecującej . Młodej. Kobiety”. W filmie pani Cassandra staje się głosem tych, których wcześniej nie słuchano: ofiar seksualnej przemocy i victim blamingu [kiedy ofiara jest obwiniana, sugeruje się, że „sama jest sobie winna” – przyp. red.].
W tej opowieści nie ma ani jednego przykładu przemocy i prób jej usprawiedliwiania, którego ja czy moje znajome nie znałybyśmy z własnych doświadczeń lub z doświadczeń innych bliskich nam kobiet. Albo same coś takiego przeżyłyśmy, albo dotknęło to kuzynkę, przyjaciółkę, sąsiadkę. O przemocy seksualnej i jej konsekwencjach mówi się często, ale trochę tak, jakby to było coś wstydliwego. A to nie żadne tabu. Powodem do wstydu jest, że w „Obiecującej. Młodej. Kobiecie” opowiadamy o czymś boleśnie prawdziwym i boleśnie powszechnym.

Carey Mulligan, rocznik 1985. Brytyjska aktorka znana między innymi z ról w takich filmach, jak: „Była sobie dziewczyna”, za którą nominowana była do Oscara, Złotego Globu i dostała nagrodę BAFTA, „Wstyd”, „Drive”, „Wielki Gatsby” i „Kraina wielkiego nieba”.