1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Robert Więckiewicz - "Skłaniam się ku ascezie"

Robert Więckiewicz - "Skłaniam się ku ascezie"

(Fot. Jacek Poremba)
(Fot. Jacek Poremba)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Robert Więckiewicz - aktor kameleon. Potrafi wiarygodnie zagrać każdego, nawet Wałęsę czy Hitlera. Po najnowszym filmie będzie uchodził zapewne za dyrektora Pałacu Kultury. Wywiadów udziela niechętnie. Uważa, że wystarczająco dużo mówi na ekranie. Niedawno  można było go oglądać w thrillerze „Ukryta gra” , nakręconym po angielsku, z międzynarodową obsadą.

Rozumiem, że zaczyna pan międzynarodową karierę.
[Śmiech]. A tak to wygląda?

Trochę, oczywiście, żartuję, ale nie do końca. „Ukrytą grę” będzie się pewnie oglądać na całym świecie.
Zatrudnienie amerykańskich aktorów i realizacja filmu w większości po angielsku to jest potencjał, który można wykorzystać, i przy dobrych wiatrach, szczęściu, sprzedać film na wiele rynków. Ale podjąłem się tej roli z innego powodu – bo sam pomysł wydał mi się bardzo ciekawy.

Dałam się nabrać, że to prawdziwa historia.
Miałem podobnie, czytając scenariusz. To dowodzi, że historia jest na tyle wiarygodna i wciągająca, że zastanawiamy się, czy to zdarzyło się naprawdę. Pomysł Łukasza Kośmickiego, żeby pokazać głównych antagonistów zimnej wojny, czyli Amerykanów i Rosjan, w pojedynku swoich mistrzów szachowych i w dodatku umieścić mecz w Warszawie – to wyśmienity koncept!

Grał pan ze świetnymi amerykańskimi aktorami: Williamem Hurtem, który z powodu wypadku musiał przerwać zdjęcia, i zastępującym go Billem Pullmanem. Były bariery?
Na początku była tylko albo aż relacja czysto ludzka. Pierwsze spotkanie z Williamem Hurtem zaczęło się od tego, że on po prostu mnie objął i przytulił. Wtedy od razu znikają bariery. Myślę, że zarówno William, jak i Bill mają świadomość, że są z innego świata, że ich obecność może powodować u niektórych aktorów jakiś rodzaj spięcia, więc siłą rzeczy chcą je na początku zniwelować.

A pan był spięty?
Nie, nie odczuwam tego, co Amerykanie nazywają star-struck, czyli paraliżu w kontakcie ze znaną osobą, chyba jestem na to za stary. A poza tym miałem już okazję spędzić prywatnie trochę czasu z kilkoma wielkimi zagranicznymi aktorami. Natomiast sposobność podpatrywania ich i budowania relacji na planie, poza planem również, to dla mnie wielka przyjemność. I tak było tym razem. Każdy z nich to zupełnie inna osobowość. Aleksiej Sieriebriakow na przykład, wybitny rosyjski aktor, znany chociażby z „Lewiatana”, jest bardziej zamknięty niż Hurt czy Pullman.

Praca z nimi różni się czymś od tej z polskimi partnerami?
W Polsce rynek filmowy jest niewielki, wszyscy się właściwie znamy. Oczywiście, każdy kolejny scenariusz jest innym wyzwaniem, opowiada inną historię, ale wszystko odbywa się w tym samym, dobrze znanym kręgu. A czasami dobry jest dopływ świeżej krwi, kogoś zupełnie nowego.

Co tu było nowego poza aktorami?
Skala i jakość przedsięwzięcia. Mieliśmy do czynienia z dużym budżetem, to jest w zasadzie taki amerykańsko-polski film. Podstawową różnicą było jednak to, że cały praktycznie film był grany po angielsku.

Trudno uwierzyć, że partnerowanie takim gigantom pana nie ekscytowało.
Nie była to jednak ekscytacja z samego faktu, że stoję naprzeciwko Williama, Billa czy Aleksieja, ale z powodu całego bagażu ich ról, które znam i podziwiam. I nagle muszę dokonać w sobie metamorfozy, czyli wyjść z roli widza i wejść w rolę partnera. To ciekawy proces, nie powiem.

Ponieważ Williama Hurta zastąpił Bill Pullman, miał pan okazję doświadczyć współpracy z dwoma partnerami w tej samej roli.
Taka sytuacja zdarza się rzadko, mnie zdarzyła się po raz pierwszy. Zrealizowaliśmy kilka scen z Williamem Hurtem i nagle się okazało, że wypadek – poza planem – uniemożliwił mu granie. Byłem, jak chyba wszyscy, zrozpaczony. Na szczęście udało się szybko zatrudnić Billa Pullmana. Tydzień później realizowaliśmy jeszcze raz te same sceny. Dało mi to możliwość zobaczenia, jak każdy z tych aktorów zupełnie inaczej interpretuje postać, którą ma zagrać, i jak odmiennymi środkami do tego dochodzi.

(Fot. Krzysztof Wiktor/ Watchout Studio) (Fot. Krzysztof Wiktor/ Watchout Studio)

Zmiana partnera wymusiła zmianę pana gry?
Trudność polegała na tym, że z Billem Pullmanem weszliśmy przed kamerę niejako z marszu. Inaczej niż z Williamem Hurtem, z którym mieliśmy sposobność odbycia wielu spotkań. William pierwszy raz przyjechał do Polski na rok przed zdjęciami, chciał zobaczyć miasto, poznać ludzi. To było dokładnie 4 stycznia 2017 roku. Rozmawialiśmy wtedy kilka godzin [Robert Więckiewicz pokazuje w telefonie zdjęcie z tego spotkania – przyp. red.]. Kiedy po raz drugi przyjechał do Polski miesiąc przed zdjęciami, codziennie spotykaliśmy się i toczyliśmy rozmowy dosyć luźno związane ze scenariuszem, ale mocno z życiem. Zostaną mi na długie lata. Z Billem spotkaliśmy się tylko raz, przegadaliśmy nasze sceny, wyznaczyliśmy główne kierunki gry, a poznawaliśmy się tak naprawdę na planie. Od początku złapaliśmy dobry kontakt. Okazał się niesamowicie otwartym, miłym człowiekiem. Ukłony, że zgodził się wejść w coś z jego punktu widzenia ryzykownego. Bo trzeba pamiętać, że przyjechał do kraju, którego nie znał, w środku zimy, w dodatku grać w filmie debiutanta. W trakcie pracy przekonał się, że otaczają go profesjonaliści.

Spotkałam się z opinią, że zmiana aktorów wyszła filmowi na dobre.
Gdyby Mansky’ego zagrał William Hurt, byłby to zapewne inny film. Ktoś trafnie powiedział, że różnica nie polega na tym, że jeden aktor jest lepszy, a drugi gorszy, tylko na tym, że osobowość jednego może pociągnąć film w określonym kierunku, a osobowość drugiego – w zupełnie innym. Wybór między dwoma świetnymi aktorami to nie jest wybór między umiejętnościami, talentem, ale między energią, sposobem spojrzenia na graną postać, czyli czymś, co siłą rzeczy promieniuje na resztę obsady, bo ta reszta musi się jakoś wobec tej energii ustawić.

Zapytam raz jeszcze: to doświadczenie zachęciło pana do zainteresowania się zagranicznymi propozycjami?
One nie leżą na ulicy.

Ale czy pan chce wyjechać i powalczyć o role? Bo wszystkie atuty pan ma, w tym znajomość języka.
Miałem takie myśli siedem lat temu, gdy byłem z Agnieszką Holland na Oscarach z filmem „W ciemności”. Zobaczyłem wtedy mniej więcej, o co chodzi w całym tym biznesie – że trzeba być tam obecnym, mocno zabiegać o role. Jestem na to za stary. Nie wyobrażam sobie, że miałbym wyjechać na stałe z Polski, choć czasami mam takie myśli, jak patrzę na to, co się tu dzieje. Ale żeby zaczynać od zera?! A poza tym, czy ja tego tak naprawdę chcę, żeby zagrać tam rosyjskiego szpiega?! Czasami dzwoni ktoś z zagranicznej agencji, zwłaszcza odkąd zagrałem w serialu „1983” dla Netflixa. Jak coś ciekawego się pojawi, to podejmę taką próbę. Ale nie zabiegam. Wolę po parku Skaryszewskim pobiegać dla zdrowotności.

W myśl zasady, że jak się człowiek nie napina, to samo przychodzi?
Może i tak. Zdaję sobie sprawę z tego, że czas biegnie. Ale jak patrzę na takiego Javiera Bardema czy na Penélope Cruz, to im, oczywiście, udało się zagrać w filmach amerykańskich, ale głównie komercyjnych, natomiast artystyczne kino robią u siebie, w ojczystym języku, bo tylko w tym języku mogą siebie wyrazić w stu procentach. Coś w tym jest. Pamiętam, jak Agnieszka Holland powiedziała: „Najpierw musisz pokazać, co tu jesteś wart, to wtedy tam też cię docenią”.

12 lat temu w rozmowie ze mną powiedział pan, że jest taką maszyną, która jak się rozpędzi, to nie może wyhamować, ale jak stanie, to ciężko ją uruchomić. Coś się zmieniło?
Nic. Gdy ta maszyna dostaje wysokiej jakości paliwo, to pracuje ochoczo i na najwyższych obrotach. No, a kiedy paliwo jest kiepskie, to nie rusza. Pomijam fakt, że jestem dosyć leniwy, że lubię nic nie robić. Jeśli więc mam na przykład wybór między projektem, do którego nie jestem przekonany, a perspektywą czytania książki, to wybieram to drugie.

Co jest w stanie rozpędzić na nowo tę maszynę? Zwłaszcza teraz, gdy dookoła zimno i szaro.
Liczę wtedy na to, że – pach – i pojawi się superscenariusz. Natychmiast siadam do czytania. Pierwsza strona, piąta, 30. I już zaczynam myśleć, w którym kierunku pójść. Gdy widzę, że to będzie długa, fantastyczna podróż, wtedy całe moje lenistwo i rozterki w ogóle przestają mieć znaczenie. Uruchamia się proces, od którego jestem uzależniony, wytwarzają się substancje podobne do narkotycznych. Wyobrażam sobie, że stoję przed kamerą i zaczynam kombinować, jak to zagrać.

Ten etap kombinowania jest najfajniejszy?
To część procesu, cały jest fajny. Każdy z nas ma chyba w życiu coś, co sprawia mu radość, co powoduje, że jest podekscytowany, że wtedy wszystkie jego problemy znikają. Dla mnie tym czymś jest właśnie moment, kiedy dostaję propozycję roli. Wtedy zaczyna się ten proces, który kończy się z ostatnim dniem zdjęciowym.

A nie z pierwszym?
Nie, bo to nie jest tak, że w momencie rozpoczęcia zdjęć ja już wszystko wiem. Granie to dla mnie rodzaj permanentnego odkrywania tu i teraz, znajdowania reakcji nieoczywistych, konstruowania postaci, która nie jest do końca gotowa. Jeślibym wszystko sobie wymyślił i z gotową koncepcją wszedł na plan, to gdzie byłby element kreacji? To byłoby nudne. Najbardziej ekscytujące jest powoływanie nowego bytu, ale to jest możliwe, gdy dostaję dobry scenariusz.

Co to znaczy dobry?
Musi mieć świetnie napisaną, wciągającą historię z ciekawymi, niejednoznacznymi bohaterami. Z aktorskiego punktu widzenia dobry scenariusz to taki, w którym zawarta jest większość informacji potrzebnych do wykreowania postaci. Nie tylko tych podanych wprost, czyli jak bohater wygląda, porusza się, mówi, ale i tych zakamuflowanych, na przykład dlaczego coś mówi. Bo to, co mówi – słyszymy. Ale ja bym chciał się dowiedzieć, czego nie mówi i dlaczego. Te pytania, które sobie zadaję, kiedy zaczynam go oglądać z różnych stron i kiedy potem powołuję go do życia.

Nigdy pan się nie pomylił w ocenie propozycji?
Oczywiście, nieraz szedłem na kompromis, ale jakichś ewidentnych wpadek w ostatniej dekadzie chyba nie zaliczyłem. Za każdym razem szukam powodów, dla których warto się danej pracy podjąć. I często je znajduję. Ale żeby maszyna zupełnie nie zardzewiała, czasami trzeba rozruszać ją czymś mniej wymagającym [śmiech].

Myśli pan czasem: „Zagram w tym filmie, np. w »Klerze«, bo może mieć duży rezonans społeczny, da ludziom do myślenia”?
Nie, najpierw historia musi mnie samego zainteresować. Skupiam się na bohaterze, kim on jest, dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Weźmy taki „Wymyk” [film Grega Zglińskiego z 2011 r. – przyp. red.]. Mój bohater – ze swoją słabością, skomplikowaniem – był tak interesujący, że chciałem się z nim zmierzyć.

Ten bohater, Alfred, nie reaguje, gdy jego brata atakują bandyci. Aktor, jak adwokat, ma za zadanie takiego bohatera obronić?
Chcę go najpierw zrozumieć. Na ogół mamy tendencję, żeby takie zachowanie oceniać jako niewłaściwe. A może warto zadać sobie pytanie: „Czy gdyby wstawił się za bratem i wyrzuciliby z pociągu obu, to byłoby lepiej?”. Moim zadaniem jest taką postać uwiarygodnić i sprowokować widza do zastanowienia się, co by w takiej sytuacji zrobił.

Czym dla pana jest aktorstwo?
Nieustannym dialogiem z samym sobą. Przynajmniej ja tak mam, że swoimi rolami rozmawiam ze sobą. Moim zdaniem nie da się zupełnie oderwać postaci od siebie.

Wielu pana kolegów mówi, że aktorstwo to rzemiosło.
Z całą pewnością również. [Długi namysł]. Chciałbym też jednak, żeby to, co robię, czemu poświęcam czas, energię, nie było czymś mało znaczącym. Nie chcę mieć poczucia straconego czasu. Mam ten komfort, że nie muszę robić niczego wbrew sobie.

Skąd się wie, co jest wbrew sobie, a co nie?
W pani pytaniu jest założenie, że człowiek nie wie, nie wie, w końcu się dowiaduje i już wie. To tak nie działa. To proces, który trwa całe życie. Skąd wiem? Ze wszystkiego, z moich 52 lat. Ale też nie wiem. Jak już jednak podejmę decyzję, to nie rozpamiętuję, że mogłem podjąć inną. Jestem szczęściarzem. Mogę gadać i żyć, jak chcę, ponieważ skutkiem różnych okoliczności z moim udziałem doszedłem do miejsca, w którym jestem.

Gdzie pan szuka tej siły, która prowadzi, daje odpór pokusom?
Pyta mnie pani de facto, jak żyć. Nie mam pojęcia. Trzeba rano wstać, umyć twarz, pościelić łóżko, zjeść śniadanie… Ciągle szukamy w życiu sensów, co bywa i trochę śmieszne, i trochę żałosne. Skoro wybieramy życie, to trzeba jakoś żyć.

Dlaczego tak nie lubi pan wywiadów?
Bo co to ludzi obchodzi? Moja wypowiedź jest na ekranie. Moim ideałem jest, żeby być tylko tam i nigdzie indziej. Do tego dążę i to się stanie, już się dzieje.

Czyli to ostatni pana wywiad?
Tak to się chyba nie da [śmiech]. Ale teraz wybieram tylko te, w których mogę mówić o pracy. Może już dosyć tych moich wynurzeń. Jest taka piękna anegdota o Konwickim: Jako zapalony kibic zapytany, czy ogląda polską piłkę nożną, odpowiedział: „Tak, ale gardzę sobą”. Też mam teraz takie poczucie.

I to ma być puenta?
Mam teraz znacznie mniejsze potrzeby, nazywam to redukcją. Skłaniam się ku ascezie. Wszystkiego jest dla mnie za dużo. Czuję, że jestem w trybie zstępującym. Kiedy jesteśmy w trybie wstępującym, to chcemy wszystko chwytać, ładować w siebie. Bodźce, pracę, wywiady też. Zawsze dużo myślałem o starości. Starość ma tę przewagę nad młodością, że widzi swoją młodość, a młodość nie widzi swojej starości. Próbuję więc destylować, odparowywać, szukać esencji, ekstraktów. Nie jest źle.

Robert Więckiewicz, aktor teatralny i filmowy, absolwent PWST we Wrocławiu (1993). Zagrał wiele charakterystycznych ról, m.in. w filmach: „Vinci”, „Odwróceni”, „Wszystko będzie dobrze”, „Pod Mocnym Aniołem”. „W ciemności”, „Wałęsa”. Laureat wielu nagród w Polsce i za granicą, m.in.: czterech Orłów Polskiej Akademii Filmowej, dwóch Złotych Lwów, nagród dla najlepszego aktora na międzynarodowych festiwalach filmowych w Tokio i Chicago.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Polskie kino dokumentalne na 14. Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” w Moskwie

W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym.
Już 20 maja w Rosji rozpoczyna się święto polskiego kina. W programie 14. edycji Festiwalu Polskich Filmów „Wisła” znalazły się dwie sekcje poświęcone filmom dokumentalnym – „Spojrzenie na świat” i „Spojrzenie na kobietę”.

Sekcja „Spojrzenie na świat”

Sekcja „Spojrzenie na świat” to produkcje polskich reżyserów, których historie, dziejących się w innych krajach. W jej ramach wybierzemy się m.in. na... Syberię. Maciej Cuske w filmie „Wieloryb z Lorino” dotarł do osady w tytułowym Lorino na Półwyspie Czukockim. Mieszkańcy, czyli Czukcze, Inuici i Rosjanie trudnią się polowaniem na wieloryby. Zbiorowy rytuał połowu dostarcza im pożywienia i pozwala przeżyć w trudnych warunkach, jest nadzieją na przetrwanie kolejnej zimy. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. Film kontempluje wpisaną w porządek natury codzienność Półwyspu Czukockiego i odsłania najbardziej brutalne strony życia w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Zdobywca Nagrody za Najlepszy Film Polski Millenium Docs Against Gravity 2020 i Nagrody Specjalnej KFF za najlepszy montaż na 14. Festiwalu Filmów Polskich „Wisła".

Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)Bohaterami filmu Macieja Cuske „Wieloryb z Lorino” są mieszkańcy osady na Półwyspie Czukockim, którzy zajmują się polowaniem na wieloryby. To opowieść trudnej relacji człowieka z naturą. (Fot. materiały prasowe)

Jeśli macie ochotę na wyprawę, z nami nie trzeba daleko jechać! Ściana cieni” Elizy Kubarskiej to zapis wyprawy alpinistów (Polak Marcin Tomaszewski oraz Rosjanie Dmitrij Gołowczenko i Sergiej Nilow) na szczyt góry Kumbhakarny w nepalskich Himalajach, liczącej niemal osiem tysięcy metrów. Góra Kumbhakarna to jedna z ostatnich świętych gór Szerpów, nazwana na cześć mitycznego giganta. Dokument jest opowieścią o zderzeniu dwóch kultur. Zachodni alpiniści uznają szczyt za jeden z najtrudniejszych na świecie, a dla nepalskich Szerpów to miejsce zamieszkane przez bogów i ludzie nie mogą wchodzić na jej teren. Do zespołu dołącza miejscowy Nada, który łamie lokalne prawo, by zarobić na edukację swojego syna. Zdjęcia do filmu powstawały w warunkach himalajskiej zimy na wysokościach do 7400 metrów. Reżyser Eliza Kubarska oraz realizatorka dźwięku Zofia Moruś wraz z ekipą spędzili trzy tygodnie na lodowcu u podnóża góry, a Nepal odwiedzili trzykrotnie.

Któż piękniej nie opowiadał o zagranicznych przygodach niż Tony Halik? Podróżnik, dziennikarz, filmowiec jest bohaterem filmu Marcina Borchardta. Prywatny pilot Evity Peron, dziennikarz NBC, laureat Pulitzera. Mieszkaniec komunistycznej Polski, w której ludzie nie posiadali paszportów. „Tu byłem – Tony Halik” - każdy zna ten tekst, nawet jeśli nie pamięta jego programów w telewizji. Poza Polską praktycznie nieznany, w latach 60-80-tych w jakiś dziwny sposób pojawiał się wszędzie tam na świecie, gdzie działo się coś ważnego. Film zawiera niepublikowane filmowe materiały archiwalne, nakręcone przez Halika podczas niezliczonych podróży po całym świecie oraz wywiad z synem podróżnika.

Na Festiwalu przypomniana zostanie filmowa ballada „Happy Olo – pogodna ballada o Olku Dobie” w reżyserii Krzysztofa Pawła Bogocza i Marcina Macuka, utrzymaną w konwencji kina drogi o jednym z najwybitniejszych polskich podróżników - Aleksandrze Dobie, który zmarł 22 lutego tego roku na Kilimandżaro w Tanzanii. Film kręcony jest w trakcie podróży, której celem jest transport kajaka przez pełne uroku polskie krajobrazy, a tytułowy Olo w niebanalny i charakterystyczny dla siebie sposób opowiada swoje historie. Opowieściom tym towarzyszą szalone fragmenty filmów z jego wypraw transatlantyckich, a przygody ilustrują animacje przeplatane piosenkami.

Sekcja „Spojrzenie na kobietę”

W sekcji filmów dokumentalnych „Spojrzenie na kobietę” w centrum opowieści znajduje się płeć piękna. Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei pt. „Lekcja miłości” jest nieco ekscentryczna 70-letnia Jola (aktorka i śpiewaczka Jolanta Janus), matka sześciorga dzieci i żona porywczego mężczyzny. Przez całe życie robiła to, czego oczekiwali od niej inni i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pewnego dnia coś w niej pękło. Uciekając od nieudanego małżeństwa, z Włoch przeprowadza się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. Marząc o pięknej miłości, której – jak uważa – nigdy nie doświadczyła, poznaje starszego od siebie Wojtka. Czy będzie miała odwagę otworzyć się na nowe uczucie?

Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)Bohaterką filmu Małgorzaty Goliszewskiej i Katarzyny Matei „Lekcja miłości” jest 70-letnia Jola, która pewnego dnia postanowiła uciec od nieudanego małżeństwa. Z Włoch przeprowadziła się do rodzinnego Szczecina, gdzie wreszcie żyje tak, jak zawsze chciała. (Fot. materiały prasowe)

Film Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej – położnej w byłym niemieckim nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Leszczyńska – nazywana mamą – przyjęła w obozie ponad 3 tys. porodów. Podczas jej, często całodobowych, dyżurów nie umarła ani jedna rodząca kobieta oraz ani jedno dziecko, które przyszło na świat. Bohaterka ratowała życie nowonarodzonych dzieci pomimo rozkazu doktora Mengele, który brzmiał, by zabijać wszystkie noworodki. Narratorem opowieści jest Elżbieta Wiatrowska, wnuczka Stanisławy Leszczyńskiej. Dla reżyserki bohaterka filmu była cioteczną babcią. W filmie przedstawione zostały relacje ludzi, którzy przeżyli obóz koncentracyjny dzięki Leszczyńskiej oraz archiwalne materiały, ilustrowane muzyką Michała Lorenca.

Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)Film „Położna” w reżyserii Marii Stachurskiej jest opowieścią o Stanisławie Leszczyńskiej, położnej w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. materiały prasowe)

Moskiewska edycja Festiwalu „Wisła” odbędzie się w trybie stacjonarnym od 20 do 30 maja w kinach: "5 gwiazd na Pawieleckiej", "Moskino Kosmos" i "Moskino Bieriozka". Następnie Festiwal wyruszy w podróż do 20 rosyjskich miast m.in. do Soczi i Kazania.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.