1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Jan Komasa - okno z możliwościami

Jan Komasa - okno z możliwościami

Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Nominacja do Nagrody Akademii Filmowej dla „Bożego Ciała” katapultowała Jana Komasę do oscarowej ligi. "Nigdy nie bałem się wyzwań, ale boję się, że nie wykorzystam w pełni tej chwili" – mówił nam przed uroczystością. Dziś premiera jego kolejnego filmu, "Sala samobójców. Hejter". 

Oscary, Hollywood, szampan, złoto i światowi celebryci – zmiana w życiu?
Na pewno, choćby pod tym względem, że teraz przez parę miesięcy, przynajmniej do ogłoszenia kolejnych oscarowych nominacji za rok, ludzie chcą bardziej niż kiedykolwiek słuchać, co mam do powiedzenia. Mam na myśli głównie producentów. To jest ten moment, w którym każdy filmowiec, by pracować dalej, powinien skupić się i wykorzystać szansę: otwiera się portal z możliwościami. Normalnie trzeba się przebijać, chodzić, znajdować, szukać własnego „momentum”. A teraz ta chwila jakby sama do mnie przyszła. już nominacja do Oscara to rodzaj paszportu – „byłeś w tej stawce; liczysz się bardziej”.

Jesteś w tej „stawce”, czyli „oscarowej lidze”, jednym z młodszych.
Jeżeli chodzi o Polaków, zazwyczaj nominowani byli twórcy już jakoś uznani. I dobrze. Skądinąd w ciągu ostatnich dziesięciu lat mieliśmy jeden z lepszych okresów w polskiej kinematografii – Oscar dla „Idy” i Pawła Pawlikowskiego był tego ukoronowaniem.

Twoje „Boże Ciało” wykracza poza tu i teraz. Teoretycznie jest filmem bardzo polskim: kościół katolicki, wiara, domowy fałsz w małej społeczności i tak dalej. A jednocześnie – co, jak myślę, zostało zauważone przez akademię Filmową – jest filmem uniwersalnym. Wyczuwałeś to już na poziomie scenariusza czy temat „rósł ci w rękach”?
Pamiętam twojego lakonicznego SMS-a po premierze „Bożego ciała”: „Dotknąłeś!”. I o to chodzi – ja chcę dotykać; dotykać różnych trudno wyrażalnych spraw, dotykać widzów, robić wszystko, by odbiorcy filmów nie pozostawali obojętni, bez względu na to, skąd są i gdzie mieszkają. Nigdy się nie kieruję jakimś konkretnym punktem widzenia, czy socjologicznym, czy politycznym. Nie uprawiam publicystyki. Staram się podążać właśnie za tematem uniwersalnym czy raczej za tym, co w danym temacie jest uniwersalnego. Na przykład „Miasto 44” to dla mnie nie jest opowieść tylko o powstaniu warszawskim, chociaż tak się o tym filmie mówi, ale o nienawiści, jej narodzinach, o tym, co wyczynia z ludźmi i jak łatwo można wpaść w szaleństwo wojny. Tak samo jest z „Bożym Ciałem” – to od początku był dla mnie film o jakimś terrorze bycia w grupie, o tym, co sobie robimy, że definiujemy się nawzajem jako lepszych i gorszych, kierując się pozorami, etykietkami, że główny bohater skazany już w zasadzie na niebyt społeczny nagle poprzez oszustwo uzyskuje to, że ludzie go słuchają, a ma coś do powiedzenia. Wystarczy zmienić jedną składową w łańcuszku kłamstw i świat się odmienia, i tak dalej…

I że wartości czasem są tam, gdzie nikt, kierując się społecznymi schematami, by ich nie szukał.
Tak jest. Ta nasza umowa społeczna jest absolutnie manewrowalna – na dobre i na złe, a władzę dzierży ten, kto dzierży narrację. Oczywiście, dochodzi do tego opowieść o duchowości, o jej potrzebie. To nie jest uzależnione od religii czy kraju… Niedawno, kilka dni temu, Koreańczycy zainteresowali się „Bożym Ciałem”, być może będą robić remake.

„Sala samobójców. Hejter” to twój nowy film. Młody chłopak z prowincji, zakompleksiony, ale ambitny, nie może przebić warszawskiego szklanego sufitu. Jego frustracja prowadzi do nieszczęścia. Film o wykluczeniu, o nienawiści rodzącej się z wykluczenia?
Wydaje mi się, że jest to zdanie tyleż celne, co zwodnicze. Oczywiście, do pewnego stopnia jest to film o wykluczeniu, ale mnóstwo ludzi jest wykluczonych, a nie zabijają. Zatem ten film jest rodzajem prowokacji – chciałem go zrobić, żeby przestraszyć wszystkich tym, jak kruche jest to, co tworzymy wokół siebie: wartości, kręgi zaufania. Cały czas interesują mnie wątki, które pojawiają się w „Mieście 44” czy w pierwszej „Sali samobójców” – wątki apokaliptyczne. Bez względu na to, czy apokalipsa nadciąga nad całe miasto, czy nad rodzinę (kiedy widzimy jej rozkład; na marginesie, zawsze bardzo mocno przemawiał do mnie „American Beauty” Sama Mendesa). Interesowało mnie pokazanie owej apokalipsy w różnej skali, przewrotnie, bo z punktu widzenia twórców tego końca świata, ludzi go wywołujących – w przypadku „Hejtera” poprzez użycie social mediów i podobnych narzędzi.

Jan Komasa na planie filmu 'Sala samobójców. Hejter'. (Fot. Jarosław Sosiński) Jan Komasa na planie filmu "Sala samobójców. Hejter". (Fot. Jarosław Sosiński)

Bohater „Hejtera” zrozumiał, że pewnych rzeczy nie „przeskoczy”. Choćby skończył Harvard, zawsze będzie człowiekiem spoza „elity”.
Tak. Tylko, jak powiedziałem, nie każdy z podobnego powodu zabija. To, oczywiście, jest ważny wątek: historia to potwierdza, i to nie raz – wśród tych wykluczonych znajdzie się czasem ktoś, kto się nie zatrzyma. I to jest przerażające, i również dlatego trzeba walczyć z wykluczeniem. Przecież – to skrajny przykład – Adolf Hitler (studiowałem wczesny, „formatywny” okres jego życia), kiedy był nastolatkiem, próbował się rozbijać po salonach Wiednia, gdzie jego rówieśnicy i ludzie trochę starsi byli dobrze zakorzenieni. Chodził na rauciki, imprezy w tym „wiedeńku”, odpowiedniku naszej warszawki, i niby tam był, niby aspirował, wydawał pieniądze rodziny, by zaistnieć, jednak ciągle miał nad sobą szklany sufit. Ściskano mu rękę, mówiono, jak jest fajnie, a jednak drabina była tak wysoka, że byłoby mu potrzebne pokolenie lub dwa, żeby naprawdę stał się dla tych salonów partnerem. To rodziło uraz, frustrację prowadzącą do obsesji, której skutki były straszliwe.

Czy to jest do uniknięcia? Czy takie szklane sufity jak ten oddzielający twojego bohatera Tomka Giemzę od rodziny państwa Krasuckich mogą w ogóle zniknąć?
Nie chcę narzucać swojej interpretacji, jest ona tylko jedną z wielu możliwych: uważam, że trudno tego uniknąć. Możemy próbować być otwarci jak tylko się da, ale czasem – i jest to straszne, i prowokacyjne – nawet dobre odruchy mogą okazać się destrukcyjne, zabójcze. To sytuacje bez wyjścia, jak z tragedii greckiej – pewne rzeczy zdają się nie do uniknięcia. W koszmarze sennym widzimy zbliżającego się potwora i nic nie możemy zrobić, mamy nogi jak z ołowiu. Poprzez taką piętrową prowokację chciałbym filmem wywołać rozmowę, dyskusję.

Po sukcesie „Bożego Ciała” wyprowadzisz się, uciekniesz, wyemigrujesz – Kalifornia wzywa?
Propozycji jest dużo. Amerykański rynek nie jest dla mnie aż taką nowością, jeżdżę tam – właściwie tylko do Los Angeles – od dziesięciu lat co roku na co najmniej kilka tygodni. Teraz rzeczywiście otworzyło się okno z możliwościami. Dla Amerykanów już sama oscarowa nominacja to dużo, bo stawia człowieka na liście reżyserów różnych projektów, czy to filmów kinowych, czy seriali. I, oczywiście, poważnie rozważam jakiś rodzaj przeprowadzki, niczego nie wykluczam, ponieważ perspektywa robienia czegoś po angielsku zawsze była dla mnie nęcąca. Choć szczególnie pociągająca byłaby sytuacja, gdyby zadziało się to w Polsce, to znaczy, gdyby te hollywoodzkie pieniądze trafiły tu do nas, gdyby projekty z amerykańskimi lub angielskimi środkami i aktorami, przy polskim współudziale, mogłyby być realizowane u nas. Taką międzynarodową formułę kina zawsze miałem gdzieś w głowie, zawsze mi imponowała. Bardzo cenię filmowców, którzy potrafili przekroczyć granicę pomiędzy ambitnym kinem lokalnym a angielskojęzycznym, nie tracąc na poziomie. Oczywiście, są też przykłady tego, jak ktoś został zjedzony przez Hollywood, jak talent czy kreatywność zdezawuowały się, spaliły w zderzeniu z tym „wielkim przemysłem”.

Boisz się?
Boję się tylko, że nie wykorzystam w pełni tych otwartych dzisiaj drzwi. Naprawdę mam tak „przestawiony wektor”, że lubię dużo pracować i nigdy nie bałem się wyzwań, lubiłem się mierzyć z rzeczami, które wydają się poza zasięgiem. Przyzwyczaiłem się też do odrobiny szaleństwa – bo na przykład w takim projekcie jak „Miasto 44” szaleństwo było potrzebne, by taki film w ogóle zrobić, więc… poświęcenie mnie stymuluje. Takie miesiące jak te ostatnie, kiedy masę czasu spędziłem w LA na chodzeniu, spotykaniu się, rozmawianiu z największymi producentami stojącymi za wieloma ważnymi filmami, które czytelnicy „Zwierciadła” widzieli w ostatnich latach w kinach – to zaczęło mnie motywować. Zresztą okazało się, że to są tacy sami producenci jak tutaj, ekipy działają na podobnych zasadach jak u nas, a koniec końców liczy się to, co masz do powiedzenia i czy potrafisz to powiedzieć.

Tego ostatniego – rzemiosła – uczysz studentów.
Chcę przekazywać moim studentom także rodzaj wrażliwości, choć nie wiem, czy mi się to uda, bo jako wykładowca zawalam terminy, zwłaszcza ostatnio. Z bólem, ale coś za coś. Może zdobędę jakąś wiedzę, którą będę mógł się dzielić trochę później. Uważam, że największym moim życiowym odkryciem czy wartością jest potrzeba dzielenia się. Wiesz, polskie środowisko filmowe, zresztą nie tylko polskie, przez wiele lat cierpiało na coś w rodzaju syndromu oblężonych twierdz, pewnych baniek, w których filmowcy się zamykali… Pamiętam – to mnie uderzało, kiedy zaczynałem – potworną nieufność w biznesie filmowym. Mam taką naiwną nadzieję, że udaje się to zmieniać, że można się dzielić wiedzą, kontaktami, możliwościami, rozdawać to wszystko, bo przecież jako twórcy musimy się uczyć ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Nie można tego robić, zamykając się. O, takie misyjne mam podejście, może naiwne, ale ono daje mi spokój ducha w zakręconym dla mnie czasie.

Tak zakręconym, że aż trafiłeś do kalifornijskiego szpitala.
Kamienie nerkowe. Bolało. Akurat po nominacji się zaczęło. Wcześniej nic nie czułem, więc podejrzenia były różne, niepokojące. Spędziłem kilka dni, łykając środki przeciwbólowe, jednocześnie wokół te splendory… Czyli były udręka i ekstaza – „jakie to katolickie…” – tak powiedział jeden ze znajomych producentów.

Jak rodzina przyjęła sukces? Żona, dzieci, siostra?
Spore obciążenie. Oczywiście, oprócz radości. Pewnie to minie, uspokoi się. Choć przy okazji poprzednich produkcji już poznałem trochę, co to jest popularność czy waga pewnego sukcesu. I wiem, że człowiek, jego ciało, zawsze reaguje, czy to sukces, czy porażka, napina się podobnie, stresuje się fizycznie i szczęściem, i nieszczęściem. Mam już pewne doświadczenie i mam nadzieję, że potrafię do wszystkiego podejść z dystansem większym niż kiedyś. I że w jakimś spokoju będę razem z żoną wychowywał dzieci dalej, choć nie jest to łatwe, kiedy dużo pracy, kiedy tyle się dzieje. Już od momentu trafienia na tę oscarową short listę mój syn na treningach piłkarskich słyszał: „Tata jest w Hollywood”, córka też jest pytana na imprezach o ojca. No cóż, to normalne, byle jakoś nie przesadzić.

„Młody reżyser z Polski” – tak pisano w nagłówkach zagranicznych gazet przy okazji nominacji. Fajnie. Może już nigdy nie przestaniesz być młody? Dorian Gray przemysłu filmowego. Nie irytuje cię to trochę?
[Śmiech]. Myślę o sobie wciąż jak o młodym człowieku. Mam takie trochę podwójne życie, bo niby młody, ale już 19-letnia córka, czyli teoretycznie mógłbym być dziadkiem (choć córki nie namawiam), z drugiej strony… W jednym życiu jestem przed czterdziestką – pamiętam, kiedy zaczynałem w 2001 roku szkołę filmową, normą było, że reżyserzy debiutują w wieku 40 lat – „w drugim życiu” mam przecież już spore doświadczenie. Ale do każdego projektu podchodzę, jakbym był na początku drogi. Może to dobre połączenie rozdwojenie? Czuję oddech czterdziestki na plecach, czekam na nią, choć pewnie tak jak po trzydziestce – nie zmieni się wiele, może tylko kamienie nerkowe rozbite laserowo znowu się zmaterializują. Nie mam już takiego organizmu, który bezstresowo przejdzie przez dwumiesięczną kampanię oscarową, przez okres bez snu. Kiedyś imprezowałem z moimi młodymi aktorami, żeby ich poczuć, złapać ich energię i żeby przenieść ją na ekran. Teraz czuję się już nieco głupio, jak starszy brat, który nieproszony przysiadł się z piwem (choć nie piję). Ta rola zaczęła być już odrobinę żenująca, zacząłem to wyczuwać…

Pan Jan Komasa, oscarowy reżyser. Dziękuję.
Nie przesadzaj!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.