1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Renata Przemyk i mężczyźni

Renata Przemyk i mężczyźni

Renata Przemyk (fot. Celestyna Król)
Renata Przemyk (fot. Celestyna Król)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia

Właśnie wydaje płytę, w głowie ma już następną. Renata Przemyk. Na muzycznej scenie od 30 lat. To dla niej, także życiowo, długa droga. Dziś mówi: – Miłość jest taką siłą, dzięki której możemy całkowicie zmienić życie, i ja jestem teraz kompletnie innym człowiekiem.

Trzynaście piosenek z różnych momentów twojej kariery i trzynastu gości. Dlaczego nagrałaś płytę z samymi mężczyznami? Bo postanowiłam przeprowadzić coś w rodzaju badań terenowych. Chciałam przyjrzeć się relacjom damsko-męskim w muzyce. Mężczyzna, przyznaję, nadal stanowi dla mnie wielką zagadkę. A mężczyzna artysta zawsze był dla mnie szczególnie ciekawy. Długo wzbraniałam się przed oddaniem mu części pola w piosence. W życiu zresztą też.

Rzeczywiście dowiedziałaś się czegoś nowego o relacjach? Przede wszystkim w wielu przypadkach na nowo usłyszałam teksty, które wykonuję od 20 czy 30 lat. Mogłam się przejrzeć w czyichś oczach. Kiedy z Grzegorzem Turnauem śpiewamy „Zazdrosną”, to dla mnie to jest bardzo bliskie, bo to temat, który w swoim czasie intensywnie przeżywałam. Nie umiałam znaleźć granicy, za którą kończy się zdrowe zainteresowanie drugą osobą, a zaczyna zawłaszczenie. Cudowny duet wyszedł z Czesławem Mozilem. We wspólnym „Makijażu twarzy” wychodzi bardzo wrażliwa strona Czesława. Marek Dyjak zaśpiewał „Babę zesłał Bóg” – po warunkach [śmiech]. Z kolei z Wojtkiem Waglewskim nagraliśmy nową wersję „O 7.05”. Utwór, który Wojtek sam napisał dla mnie 25 lat temu.

Tyle ciekawych męskich osobowości, temperamentów. Śmieję się, że takie doświadczenie przychodzi do mnie trochę późno, przydałoby się, kiedy miałam dwadzieścia parę lat. Pootwierały się nowe emocje. Ciężko o tym mówić, żeby nie otrzeć się o banał, patos, ckliwość. Przy nagraniach z Buslavem pojawiły się łzy, po obu stronach.

Kiedy śpiewam solo, biorę na siebie cały ciężar, który tu rozkłada się na dwoje. Do tego dochodzi przyjemność współbrzmienia.

Jaka jest ta najważniejsza różnica między śpiewaniem w pojedynkę a z kimś? Taka jak w byciu w związku a byciu samotnikiem, introwertykiem. To moje solowe istnienie było spowodowane nawet nie tym, że nie chciałam dzielić z kimś sceny. Raczej nie umiałam. Taki rodzaj niepełnosprawności socjalnej. Autystyczna zosia samosia.

Mocne słowa. Ale to w gruncie rzeczy prawda. W życiu też nie czułam się bezpiecznie w relacjach, uwielbiałam być sama. Nawet jeśli miałam ochotę coś zmienić, jakoś się „wystawić”, wyjść do ludzi, to i tak szybko wracałam do miejsc i sytuacji dla mnie komfortowych, bo to było zwyczajnie łatwiejsze.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Od ponad 30 lat się wystawiasz, wychodzisz do ludzi, występujesz przed tłumami. Muzyka zawsze była dla mnie schronem. Bałam się tłumu, więc wybrałam idealną pozycję. Na scenie, naprzeciwko, w bezpiecznej odległości. Zresztą dobrze pamiętam, jakie na początku towarzyszyły mi sny i wizje. Wychodzę do publiczności i nie działa mi mikrofon. Zapominam tekstu. Albo mam wykonać piosenkę, której nie znam. Albo że spada mi spódnica. Dopadał mnie paraliżujący strach. Nie potrafiłam się nakręcić pozytywnie. Potrzeba kontroli i perfekcji była przemożna.

Taki strach się dziedziczy? A może to coś niezależnego od genów, wychowania, domu, w którym się wyrasta? Wpadła mi jakiś czas temu w ręce książka o WWO – wysoko wrażliwych osobach. Wychodzi na to, że kimś takim jestem. Takie niedostosowanie, nadwrażliwość zżerają cię od środka. Dosłownie. Nigdy nie miałam problemów z wagą. Spalam się. Coś, co dla innych jest zwyczajne, mnie kosztuje bardzo dużo energii.

W domu było dużo emocji. Tata zdecydowanie ekstrawertyczny, towarzyski. Mama delikatna, uczuciowa, religijna. Zamartwiała się o nas na wyrost. Że coś się wydarzy, że ktoś czegoś nie zrobi wystarczająco dobrze. Jestem mieszanką wybuchową ich sprzecznych cech.

Moi rodzice to dzieci wojny, oboje urodzili się na samym początku lat 40. Tata niedaleko Bielska, gdzie dorastałam. Natomiast mama pochodzi z kresów, z okolic Lwowa. Miała kilkanaście lat, kiedy przyjechała ze Związku Radzieckiego do Polski. Zawsze była niesamowicie zaradna, w naszym domu nie marnował się żaden okruszek, żadna tasiemka. Nauczyła mnie wielu rzeczy. Na studiach mogłam dorobić, szyjąc ciuchy dla koleżanek, a nawet dużo wcześniej, jak miałam z 11, 12 lat, robiłam dla innych dziewczynek takie dziergane torebeczki na sznurku, takie portfeliki do noszenia na szyi, zapinane na guziczek.

Dla moich rodziców najważniejsze było, żeby mnie i braci wychować na ludzi, którzy poradzą sobie w życiu. Wpajali nam, że trzeba być porządnym człowiekiem, uczciwie pracować. Dzisiaj wiadomo, że to nie wystarczy. Skromność, skarb dziewczęcia – miałam być przede wszystkim skromna. Czytaj: nie wychylać się. A ja, ze swoją wrażliwością, potrzebowałam wiedzieć, że jestem w czymś dobra, ładna, że jestem fajna. To, co chciałby w tym wieku usłyszeć każdy młody człowiek bez wzlędu na płeć.

Skąd się wzięła muzyka? Do tej pory mam kontakt z panią Halinką, która była moją wychowawczynią w przedszkolu. To ona odkryła, że mam dobry słuch i pamięć. Odwiedziła nawet moich rodziców, próbując ich namówić, żeby mnie zapisali do szkoły muzycznej.

Po czasie zdaję sobie sprawę, że zachwyt, jaki widziałam w oczach pani Halinki, rozbudził we mnie egocentryzm. Odkryłam, jakie to przyjemne. A potem przedszkole się skończyło i zaczęło się zwyczajne szare życie.

Nie masz żalu, że nie poszłaś do szkoły muzycznej? Wtedy pewnie miałam do rodziców pretensje, teraz widzę to inaczej. Szkoła na drugim końcu miasta, oni zapracowani, próbowali przetrwać. Mieszkaliśmy w takim dwupiętrowym bloku z cegły, budowanym przez wojsko. Jeszcze ze schronami, w których się bawiliśmy. Wszyscy się znali, bo to byli ludzie przesiedleni ze wsi Zarzecze, którą zalano, żeby powstawało Jezioro Goczałkowickie. Było u nas trochę jak w serialu „Alternatywy 4”. Ktoś hodował w piwnicy króliki, ktoś inny kury, były ziemniaki na zimę, kompoty, beczki z kiszoną kapustą, którą udeptywałam stopami. Było wspólne oglądanie meczów. Wesoło, ale też panowała straszliwa ciasnota. Powojenne zasiedlanie: na jeden pokój przypadała jedna rodzina. U nas na 50 metrach, w dwóch pokojach, mieszkały dwie. Plus babcie, nasza i nie nasza. Brakowałoby do tego jeszcze mnie piłującej na skrzypcach!

Za to później, w podstawówce, należałam do Grupy Apostolskiej. Ksiądz, który nas prowadził, wspaniały człowiek, potrafił nam przekazać, że cała idea chrześcijaństwa tkwi w pomaganiu.Właśnie tam rozwijałam też skrzydła wokalnie. Kolega z osiedla umiał grać na gitarze. Tak nam dobrze szło, że zamarzyliśmy o śpiewaniu w kościele, do którego w pewnym momencie wnieśliśmy wzmacniacze. Nasz proboszcz był konserwatywnym człowiekiem. Stwierdził, że to już za wiele i nas wywalił [śmiech].

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

W 1989 roku wygrałaś Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, co utorowało ci drogę do kariery. A w festiwalowej gazetce FAM-y, na którą zaraz potem pojechałaś jako laureatka z Krakowa, pisano o tobie: „Dziewczyna z kamienną twarzą”. Trafnie? Faktycznie, stałam jak słup soli. Żadnej ekspresji, choreografii. Z zespołem i ze Sławkiem Wolskim – którego poznałam rok wcześniej – dostaliśmy potem również zaproszenie do Jarocina. Sławek powiedział, że w życiu tam nie pojedzie. Że nas tam zabiją, zjedzą. Saksofon, kontrabas i akordeon to nic, ale ja tego nie udźwignę. Może i było we mnie sporo strachu, ale też od zawsze była we mnie przekora. Jak mi ktoś mówił, że czegoś się na pewno nie da zrobić, robiłam wszystko, żeby udowodnić, że się jednak da. Wymyśliłam sobie, że jeśli uda mi się ten Jarocin przeżyć, to uda się wszystko.

Jakoś przekonałam Sławka. Było lepiej, niż mogłam sobie wymarzyć. Nie chcieli nas wypuścić, skandowali o bis. Pokochali nas, z muzyką kompletnie inną niż ta, którą się tam grało.

Zaraz potem nagraliście płytę „Ya Hozna” z piosenką „Babę zesłał Bóg”, która bardzo szybko stała się hymnem feministycznym. A ty jedną z twarzy polskiego feminizmu. Dla mnie to było bardzo proste. Od zawsze byłam wyczulona na wszelką niesprawiedliwość, a sytuacja kobiet podpadała pod tę kategorię. Bracia byli wychowani inaczej niż ja. Mnie uczono zajęć domowych, zaganiano do pracy, chłopaków nie. A więc obserwacja, potem literatura, m.in. oczywiście „Własny pokój” Virginii Woolf. Miałam coraz większą świadomość nierówności i głośno mówiłam, że to jest nie fair. Opinia feministki szybko do mnie przylgnęła. Te 20, 30 lat temu to był grząski grunt, w jeden worek z feminizmem wkładano stwierdzenia typu: „Ona nienawidzi mężczyzn”. Dyskredytowano walkę o prawa kobiet, sprowadzając ją do walki płci. Znalazłam się nagle na sztandarach i poczułam, że się mnie zawłaszcza bardziej, niż bym chciała. Publicystyka w muzyce mnie nie interesuje. Inni robią to lepiej.

Po drodze stałaś się także ikoną LGBT. W czasach przedinternetowych nie od razu wszystko do mnie docierało. Nie miałam męża, dzieci i zdjęć rodzinnych w pismach. Długo byłam samotną matką i opowiadałam, jaką pomoc i oparcie znajduję w przyjaźni. Każdy ma swoją drogę. Ja na swojej spotkałam w końcu Krzysztofa i mam prawie zwyczajne życie rodzinne. Przy mojej pracy to „prawie” robi dużą różnicę [śmiech]. Mieszkamy razem od czterech i pół roku, pracujemy i rozumiemy się jak „kobieta z przeszłością i mężczyzna po przejściach”.

Złości cię, że twój wizerunek rozjeżdża się z życiem? Buntowałam się, bo czułam, że w ten sposób przestaję należeć do siebie. Ale też tak gdzieś koło 20-lecia mojego bycia na scenie zaczęłam sobie różne rzeczy inaczej układać w głowie. Zmieniałam się, otwierałam. Poczułam, że to, co daję, ma moc, a ja dostaję od ludzi w zamian dobrą energię, której tak potrzebuję. To był czas, kiedy po koncertach zaczęłam wychodzić do fanów, podpisywać płyty, słuchać tych, którzy do mnie przychodzą i chcą rozmawiać. Słuchałam, że ludzie obchodzą rocznice związków na moich koncertach, że z tych związków urodziły się dzieci. Albo że moje piosenki podnosiły kogoś z depresji. Dotarło do mnie, że tym, co robię, mogę się dzielić mniej lub bardziej serdecznie.

Wiesz, skąd wzięła się ta zmiana w myśleniu? Coś się wyraźnie ruszyło, drgnęło w momencie, kiedy pojawiło się dziecko. Wiem, że miłość jest taką siłą, dzięki której możemy całkowicie zmienić życie, i ja jestem teraz kompletnie innym człowiekiem. Przede wszystkim mam nieporównywalnie większą cierpliwość. Klara nauczyła mnie wybaczać. Wcześniej wszystko było dla mnie czarno-białe. Jak mnie ktoś zawiódł, zrobił dużą przykrość, to koniec. Przede wszystkim nie umiałam wybaczać samej sobie.

Mogłabym powiedzieć, że dzięki dziecku zrozumiałam znaczenie słowa „kompromis”, ale to też nie oddaje całego ciężaru tego, o czym mówię. Może najprościej: oswoiłam się z ludźmi. Także z tym człowiekiem we mnie. Doszłam do tego, że miłość jest wtedy, kiedy masz poczucie, że ktoś jest ważniejszy od ciebie. Przy córce poczułam to po raz pierwszy.

Zdecydowałaś się na adopcję. Jak długo się podejmuje tak poważną decyzję? Mam raczej wrażenie, że stało się coś, co się miało stać. Ręka boska. Boska reżyseria. Marzyłam o rodzinie, ale też ucinałam każdą relację, jak tylko zaczynała być kłopotliwa. Pamiętam, że nawet miałam przez pewien czas wrażenie, że może jest we mnie rodzaj jakiejś blokady i że nie umiem tak naprawdę kochać. Że na scenie może jedynie wyobrażam sobie miłość.

Po drodze zdecydowałam się na przeprowadzkę na wieś. Dom w bezpiecznej odległości od innych zapewniał mi komfort pracy. Miałam „własny pokój”, ukochaną muzykę, słuchaczy i jakąś tęsknotę, której nic nie mogło uciszyć. Życie od płyty do płyty, od koncertu do koncertu, skończyłam 36 lat i zaczynało do mnie docierać, że za chwilę będzie na niektóre rzeczy zwyczajnie za późno. Dom był już wybudowany, było lato, siedzieliśmy na werandzie z przyjaciółmi i rozmawialiśmy o życiu, o jego sensie. Powiedziałam wtedy coś takiego, że patrząc maksymalnie obiektywnie, w moim życiu wydarzyło się bardzo dużo dobrego i że jestem w stanie zaakceptować, że już nie trafi mi się książę na białym koniu, który spełni moje wygórowane oczekiwania, ale gdybym miała dziecko, które mogę kochać miłością bezwarunkową, to uznałabym swoje życie za sensowne i spełnione.

Od tamtego momentu już się potoczyło samo. To znaczy przeszłam dużo skomplikowanych procedur, badania psychologiczne, rozmowy. I nagle przyszła wiadomość, że jest dziecko zostawione w szpitalu. Że można je przyjąć do domu, a potem będzie czekanie. Rozprawa sądowa dopiero po kilku miesiącach. Zdecydowałam w sekundę.

Nikt nie mówił, że zwariowałaś? Prawie wszyscy tak mówili.

A ty? Byłam pewna, że to właściwy krok. Nigdy w życiu, ani wcześniej, ani potem, nie miałam aż takiej pewności do czegokolwiek. Oczywiście, przeżywałam momenty trudne, kiedy byłam przemęczona i niewyspana. Jest cały wachlarz sytuacji, które mogą wystawić miłość rodzicielską na próbę. Takie z serii „Gdybyś nie kochała, tobyś udusiła” [śmiech]. Trzeba było sprostać, czasem nawet przeprosić dziecko za własne zachowanie, jeśli nie zapanowałam na czas nad siłą głosu.

Dziecko zmieniło moje podejście do życia w wielu kwestiach. Na przykład takie proste rzeczy – wcześniej chodziłam tylko na czarno, a Klara uważała, że różowy jest ładniejszy. Prosiła, kupmy sobie takie same sukienki i spinki. I ja to zakładałam, do ludzi, do miasta. Przestałam się przejmować. Jakie to ma znaczenie, co ktoś sobie pomyśli? Ona była szczęśliwa i ja przy niej coraz bardziej. Zresztą często wygłupiałam się pod pretekstem, że robię to dla Klary, a przeżywałam takie dzieciństwo, jakiego sama nie miałam.

Twoja córka ma już prawie 18 lat. Wyjechała, żeby uczyć się w szkole średniej w mieście. Cierpisz na syndrom opuszczonego gniazda? Nie. Nie jesteśmy tak daleko od siebie, mamy stały kontakt. Jak są słabsze momenty, robimy sobie babskie wieczory. Oczywiście, kwoczę czasem, martwię się. Widzę, że jest wrażliwa, wiem, co może przeżywać. Próbuję sobie wtedy powtarzać, że nawet najbliższe osoby nie są w stanie uspokoić wszystkich twoich smutków, nie da się żyć za kogoś.

Myślę, że zaczęłam o sobie czulej myśleć, bo dbam, bądź co bądź, o matkę swojej córki. Zawsze interesowałam się książkami o duchowości i przekonuje mnie to, co pisze Anthony de Mello o dobrej miłości. Trafną metaforą jest tu sytuacja, kiedy w samolocie w przypadku awarii zakładamy maskę najpierw sobie, a potem dopiero dziecku. Żeby komuś coś zapewnić, trzeba samemu być w dobrej formie.

Krzysiek się czasem ze mnie śmieje: „Uważaj, maska!”. Granice w relacjach z innymi to jest nadal dla mnie coś trudnego, nadal uczę się, żeby się nie spalać, dawać tyle, ile wynika ze mnie, nie oczekiwać wdzięczności, żeby nie musiało być zwrotu. To znaczy jak będzie, to super, ale jak nie, też nic się nie stanie. Sama widzisz, teoretycznie jestem świetnie przygotowana do życia [śmiech].

Ze zmianą w głowie zmieniło się podejście do ciała? Masz w sobie większy luz i akceptację? Takiego pełnego luzu nigdy nie będzie. Zawsze mi wchodzą w ciało emocje. Ale też życie mnie nauczyło, że ze złych doświadczeń wynikają czasem dobre rzeczy.

W 2007 roku miałam operację. Ale zanim do niej doszło, usłyszałam diagnozę, że nigdy nie będę już śpiewać. Kiedyś się wymądrzałam: „Bez śpiewania też bym sobie poradziła, umiem szyć, jestem po liceum ekonomicznym, po bohemistyce, pracowałam w fabryce zapałek, składałam gorące brzeszczoty do pił w fabryce narzędzi, mam żółty pas w karate. A jakby co, mogę przecież pisać piosenki dla innych”. Ale kiedy przyszła diagnoza, zrzedła mi mina. Wyszłam od lekarki na parking do samochodu. Siedziałam i godzinę płakałam.Na szczęście okazało się, że diagnoza była nietrafna, że to nie jest nieodwracalne. Ta choroba to było kolejne w moim życiu otwarcie. Pozwoliłam sobie pomóc, ale też poznałam przy okazji m.in. świetnego chirurga szczękowego. Zaprzyjaźniliśmy się, zaczęłam spędzać czas z ludźmi spoza branży muzycznej, zobaczyłam trochę inne życie. Krótko po tym dostałam propozycję z Teatru Rozrywki w Chorzowie, żeby wystąpić w „Terapii Jonasza” jako aktorka. Napisałam muzykę do dziewięciu spektakli, ale to było jednak zupełnie co innego. Trzeba robić tak wiele rzeczy naraz.

Trudne było też to, że aktorzy i tancerze przebierali się za kulisami. Z początku stałam skonsternowana, w życiu przy obcych bym się nie rozebrała. Ale musiałam się przemóc, na przebiórkę była chwila i z powrotem na scenę. Nosiłam gorsety, poduchy w biodrach, wywozili mnie na scenę w wannie, pierwszy raz w życiu chodziłam w szpilkach.

Musiało minąć tyle lat, żebym dostrzegła, że do tej pory używałam swojego ciała, ale go nie lubiłam. Teraz patrzę na swoje stare zdjęcia i myślę: „Głupia byłam, o co mi chodziło?”.

(Fot. Celestyna Król) (Fot. Celestyna Król)

Świętujesz 30 lat na scenie. Jaki to moment w twoim życiu? Myślę, że słowo „dojrzałość” jest tu na miejscu.

I jak ta dojrzałość smakuje? Kiedyś to słowo kojarzyło mi się ze starością, teraz zupełnie tak o tym nie myślę. To rodzaj harmonii, której kiedyś bym się nie spodziewała. Mam rodzinę, stabilizację, odchowane dziecko, fajny moment zawodowy. Teraz wychodzi płyta „Renata Przemyk i mężczyźni”, a ja już myślę o nowej, autorskiej, na którą mam wiele pomysłów. Jestem w najbardziej dojrzałym związku, w jakim w życiu byłam. Oczywiście, mam poczucie, że to dopiero początek drogi. Ale najważniejsze, że to początek dobrej drogi, a ja się już mniej boję. λ

Renata Przemyk, rocznik 1966. W 1990 roku rozpoczęła karierę solową. Ma na koncie 15 płyt studyjnych. Najnowsza „Renata Przemyk i mężczyźni” ukazała się 20 marca. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.