1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Holland laureatką Nagrody Wolności im. Jana Karskiego

Holland laureatką Nagrody Wolności im. Jana Karskiego

materiały prasowe
materiały prasowe
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Reżyser Agnieszka Holland została laureatką tegorocznej edycji Nagrody Wolności im. Jana Karskiego, przyznawanej przez ambasadę USA za wybitne zasługi na rzecz demokracji i praw człowieka na niwie politycznej, społecznej i kulturalnej.

Ambasador USA w Polsce Lee A. Feinstein podkreślił: „Filmy Agnieszki Holland podejmują złożoną tematykę Holokaustu. W swych dziełach oddaje hołd ofiarom a także zwykłym ludziom, którzy podejmowali ogromne ryzyko próbując ocalić swych sąsiadów. Przybliżając tę prawdziwą historię milionom ludzi, Agnieszka Holland kontynuuje myśl Jana Karskiego, który miał odwagę mówić prawdę w czasach, gdy tylko nieliczni chcieli jej słuchać”.

„Jestem zaszczycona przyznaniem mi nagrody im. Jana Karskiego, który był dla mnie ważnym wzorcem i ukształtował moją wizję odwagi. Jego dziedzictwo jest ważne nie tylko dla Polski, ale i dla całego świata” – skomentowała Agnieszka Holland po rozmowie z ambasadorem Feinsteinem, który zadzwonił do laureatki osobiście, by poinformować o nagrodzie.

Ciesząca się międzynarodowym uznaniem reżyser Agnieszka Holland jest autorką filmu "W ciemności", nominowanego do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny. W filmach takich jak "Gorzkie żniwa", "Europa, Europa" oraz "W ciemności" Agnieszka Holland w bezkompromisowy sposób podejmuje moralne kwestie, jakie niesie ze sobą doświadczenie Holokaustu.

Oficjalna uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się wiosną tego roku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland? Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino? Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu? Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu. Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy? Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie? Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą? Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach? Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem? Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał? Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem? Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać? Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty. Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ? Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła? Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton: urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

  1. Zwierciadło poleca

Agnieszka Holland i Kasia Adamik: Blisko, ale oddzielnie

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak
Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Nie byłam matką o wielkiej cierpliwości, która poświęca dziecku dużo uwagi. Raz, że byłam zapracowana, a dwa, że nie mam temperamentu opiekuńczo-macierzyńskiego. Wiedziałam jednak, że dziecko ma różne okresy rozwojowe, że manifestuje swoją tożsamość i niezależność, co może być irytujące i męczące, ale trzeba to przeczekać. Naczytałam się Korczaka, więc ideologicznie miałam opracowane, że dziecko jest człowiekiem, podmiotem. Ale kiedy Kasia miała około trzech lat, zrobiłam coś, czego się wstydzę do dziś. Nie mogła chodzić do żłobka, bo miała powiększoną grasicę i jak tylko poszła, natychmiast chorowała, więc odwoziłam ją do opiekunki. Miała wtedy okres nieznośnych zachowań – na przykład jak szłam w prawo, to ona w lewo. Musiałam przyjmować strategię, że jak chciałam iść w prawo, to szłam w lewo. Któregoś dnia Kasia tak się zaparła pośrodku placu Konstytucji, że nie mogłam jej podnieść, więc dałam jej po łapach. Podniosła główkę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jakim prawem mnie bijesz?”. To zdanie było dla mnie szokujące. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam coś okropnego i że nigdy już jej nie uderzę.

Kobieta samotna?

Do dziewiątego roku życia wychowywaliśmy Kasię z Laco [Adamikiem, reżyserem, z pochodzenia Słowakiem – przyp. red.]. Kasia może zawsze liczyć na ojca, mówię to gwoli sprawiedliwości, bo to nie jest tak, że zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dopóki byliśmy w Polsce, pomagała mi także rodzina, przede wszystkim mama.

W 1981 roku musiałam się rozstać z Kasią na dziewięć miesięcy. Gdy wprowadzono stan wojenny, byłam w Szwecji z promocją mojego filmu „Kobieta samotna”. Wiedziałam, że jak wrócę, to mnie internują. Pojechałam do Paryża. To był trudny psychicznie okres dla nas wszystkich. Kiedy zorientowaliśmy się, że to potrwa dłużej, zaczęły się starania, żeby Kasia z Laco mogli do mnie przyjechać. Bardzo pomógł nam Krzysiek Kieślowski. W rezultacie przyjechali do Paryża w sierpniu ’82 roku.

Dla Kasi rozstanie ze mną było traumatyczne. Telefony odcięte, brak kontaktu – myślała, że umarłam i że ją okłamują. Początki w Paryżu też były dla niej trudne. Laco po miesiącu zdecydował się wracać do Polski, nie czuł się na siłach na kolejną emigrację, i Kasia znów przeżywała rozstanie, tym razem z tatą. Zostałyśmy same. Na dokładkę nie znałam francuskiego, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Całe szczęście, że przyjechali Wajdowie, bo Andrzej szykował „Dantona”, i bardzo mi pomogli.

Szkoły francuskie okazały się dobre, radziły sobie nawet z dziećmi imigrantów nieznających języka. Pojechaliśmy pierwszego dnia z Laco po Kasię do szkoły, czekamy w niepokoju, czy cokolwiek zrozumiała z tego, co się tam działo. A ona wychodzi i mówi nam, co trzeba przynieść następnego dnia.

W ciągu dwóch pierwszych tygodni Kasia wykazywała wielką nerwowość przed każdym pójściem do szkoły, a właściwie do szkolnej toalety. Dopiero po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, o co chodzi. Wyglądała jak chłopczyca: krótko obcięta, sportowe ubranie, więc dzieci brały ją za chłopca, w związku z czym dziewczynki nie wpuszczały jej do toalety, a ona nie była w stanie wytłumaczyć im w ich języku, że nie jest chłopcem. Po dwóch tygodniach na matematyce przerabiano zbiory i nauczyciel podzielił klasę na zbiór chłopców i dziewczynek. Kasia poszła do dziewczynek, ale one zaczęły ją wypychać. Wtedy zareagował nauczyciel i tak zyskała status dziewczynki.

Długo miała autystyczne symptomy – z jednej strony niechęć do komunikacji, zamknięcie, a z drugiej – agresję nakierowaną bardziej do wewnątrz. Czułam, że jest jej źle, że jest trochę taką tykającą bombą.

To było spowodowane, oczywiście, emigracją i związaną z tym doświadczeniem traumą. Nagle straciła wszystkich bliskich, świat ograniczył się do mnie. A ja byłam napięta, bo nie wiedziałam, co z nami będzie, czy zarobię na życie, czy będę mogła kręcić filmy.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zapisać ją na dżudo. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Wykazała ogromny talent, ale też wyładowała emocje. Została mistrzynią grupy, a potem w swojej kategorii zdobyła ogólnoparyskie medale. Pewnego dnia przyszła do ich grupy mistrzyni Francji w dżudo. Trener wyciągnął Kasię i powiedział: „To jest przyszła mistrzyni Francji”. Walczyła tak zacięcie, że rzucała po macie dwa razy większych chłopców. Miała aparat ortodontyczny na zębach, który w czasie walki przecinał jej dziąsła i czasem dosłownie broczyła krwią. Myślę, że wypluła z siebie całą złość i poczucie obcości. Dżudo okazało się dla niej zbawienne, a kiedy w końcu zaczęła mówić po francusku, wreszcie poczuła się dobrze. Oczywiście, to był długi proces. Dużo czasu spędzała sama, bo w Paryżu dzieci po szkole nie chodziły bawić się na podwórko jak w Polsce. Rysowała albo oglądała filmy, na szczęście nie było gier komputerowych.

W obronie indywidualności

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne, o czym Kasia zresztą chętnie opowiada. W pewnym momencie zorientowałam się, że wpada w pułapkę imigranckiego konformizmu. Jak wiadomo, dzieci chcą się upodobnić do grupy, a dzieci imigrantów mają dodatkowo ten problem, że ich rodzice są inni, nie tacy jak rodzice koleżanek. Postanowiłam jeszcze mocniej zaakcentować naszą inność. I na przykład w metrze w godzinach szczytu brałam Kasię mocno za rękę i bardzo głośno piałam. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. Rzeczywiście było to ryzykowne, bo mogłam ją dodatkowo straumatyzować. Ale chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się inności, żeby była z nią solidarna. Bałam się, że zbytni konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, jest niebezpieczny, szczególnie dla ludzi twórczych.

Bardzo długo nie wyrażała chęci, żeby zająć się reżyserią. Jej pasją było rysowanie komiksów, miała osiem lat, kiedy powiedziała, że to będzie jej zawód. Kiedy robiłam „Tajemniczy ogród”, a ona studiowała na pierwszym roku studiów plastycznych w Brukseli, zaproponowałam jej, że jeżeli nauczy się dobrze angielskiego, to może być moją asystentką biurową. Poszła na kurs, nauczyła się języka, zaczęła pracę. Miałam na planie bardzo dobrego storyboardzistę. Kasię wciągnęło to, co robił, sama narysowała kilka pięknych rysunków. I tak połknęła haczyk. Po studiach zorientowała się, że trudno będzie wyżyć z komiksów, szczególnie że jej prace były inne niż te modne wtedy w Belgii czy we Francji. No i ze swoją przyjaciółką Elisabeth z liceum plastycznego, zdolną dziewczyną z Martyniki, przyjechały do Los Angeles i postanowiły, że będą robiły storyboardy. Pracowały częściowo u mnie: na planie „Całkowitego zaćmienia”, „Placu Waszyngtona”, „Trzeciego cudu”, a potem u innych reżyserów. Wymyślanie wizualnych scen filmowych to jest coś, w czym była mocna. Jako storyboardzistka zrobiła w Stanach karierę. Ale często jej świetne pomysły były psute przez średnich reżyserów, więc narastała w niej frustracja. Kiedy producent zaproponował jej wyreżyserowanie niezależnego filmu, to przyjęła propozycję i zrobiła bardzo dobry film „Szczek” [„Bark!”].

Bunty? Owszem, były, rozciągnięte na lata. Za każdym razem, gdy była w niezgodzie ze sobą albo coś jej się nie udawało, to cierpiały nasze stosunki, co, oczywiście, jest naturalne. Kasia musiała sobie wywojować swoją przestrzeń, bo ja jestem dość ekspansywna. Często pracowałyśmy razem, a w pracy nasze relacje były harmonijne i partnerskie. I właśnie dlatego, że zgodnie pracowałyśmy, to dla Kasi było bardzo ważne, żeby prywatnie postawić mi granice. Bo czasem za bardzo chciałam jej pomóc, za bardzo być obecną w jej życiu. I wtedy dostawałam sygnał, żeby się wycofać.

Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas. W Los Angeles mieszkałyśmy w jednym domu podzielonym przez kuchnię, ona ze swoją dziewczyną i ja żyłyśmy trochę w komunie. Choć uważałam, żeby nie wchodzić w jej przestrzeń, pojawiały się pewne napięcia. Od tej pory nie mieszkamy już razem, choć na przykład w Bretanii oddziela nas tylko droga. Myślę, że blisko, ale oddzielnie to jest dobre rozwiązanie, ułatwia technikę życia, szczególnie że mamy tych domów kilka i rzadko jesteśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie, więc świadczymy sobie pewne usługi [śmiech].

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik, fot. Weronika Ławniczak

Akceptacja i wymagania

Spodziewałam się coming outu Kasi. Od dziecka była inna – nie nosiła sukienek, lubiła chłopięce zabawy. Powiedziała mi, że chyba jest homoseksualna, kiedy studiowała w Brukseli. A już zdecydowanie się tak określiła, kiedy miała pierwszy poważniejszy związek z Amerykanką Sue. Dla mnie to nie był żaden problem. To znaczy – dla matki zawsze jest problem, czy dziecko będzie szczęśliwe, akceptowane, spełnione. Na szczęście mieszkałyśmy wtedy nie Polsce, tylko w Stanach, gdzie następowały duże zmiany, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób homoseksualnych. Ale nie było jeszcze takiej otwartości jak teraz.

Co jej wtedy powiedziałam? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno nie to, że jest super, że się cieszę. Raczej że to między nami niczego nie zmienia i że zawsze będę ją kochać i wspierać. Oczywiście, potem pojawiają się problemy takie jak w każdej rodzinie, kiedy rodzice widzą, że dziecko wchodzi w związek, który nie wydaje im się najlepszy. Starałam się uważać, żeby nie dać jej do zrozumienia, że mam obawy, bo wiedziałam, że potrzebuje przede wszystkim mojej akceptacji.

Uważam, że jeśli partner dziecka nam się nie podoba albo inaczej go sobie  wyobrażaliśmy, to – o ile nie mamy do czynienia z jakąś psychopatią, przemocą – powinniśmy ugryźć się w język. Bo to życie dziecka, nie nasze. Próbując narzucić mu swoje widzenie, możemy zepsuć stosunki nawet na zawsze.

Kasia nie planowała publicznego coming outu, stało się to przy jakiejś okazji. Przyjechała do Polski pracować przy moim serialu „Ekipa” i poznała Olgę (Chajdas, reżyserkę, jesienią wszedł do kin jej debiut reżyserski „Nina”). Ich związek trwa szczęśliwie do dziś. To, że Kasia wtedy go nie ukrywała, było czymś naturalnym. Według mnie jest coś głęboko toksycznego w podwójnym życiu, szczególnie jeśli nie mamy się czego wstydzić, bo przecież nie można wstydzić się miłości. Oczywiście, ujawnienie się wymaga pewnej odwagi, ale to o wiele łatwiejsze, gdy funkcjonuje się w środowisku, w rodzinie, w których inność jest akceptowana. Kasia miała pełną akceptację nie tylko z mojej strony, lecz także ze strony całej rodziny.

Kiedy mówię o akceptacji dziecka, to myślę o czymś istotniejszym, czyli o tożsamości, natomiast codzienne zachowania czy obowiązki egzekwowałam w miarę możliwości od najmłodszych lat. Moja najbliższa przyjaciółka uważa, że nie ma prawa niczego wymagać od dzieci. Ja uważałam, i to dość wcześnie – może dlatego, że było mi ciężko, również finansowo – że mam prawo wymagać od Kasi, na przykład sprzątania. Wyrażałam też poglądy na temat jej zachowań, jeżeli uważałam, że są niewłaściwe. Ale też zostawiałam jej, częściowo z konieczności, częściowo, bo tak uważam, dużą sferę wolności i samodzielności.

Co mi się udało?

To, że się przyjaźnimy, że ze sobą twórczo współpracujemy we wzajemnym poszanowaniu inności i czerpiąc wzajemnie ze swoich mocnych stron. Dużo nas łączy, ale w wielu sprawach Kasia ma inne gusta albo umie co innego niż ja.

Wzajemnie się uzupełniamy. Także w życiu. Kasia ma w sobie odwagę cywilną i jasność oglądu tego, co dobre, a co złe. A jednocześnie nie ma temperamentu politycznego takiego jak ja. Bardziej obchodzą ją podwórko i dzielnica, w której mieszka, co jest typowe dla młodszych pokoleń. Ma zdecydowanie bardziej eskapistyczne podejście do polityki niż ja, bo ja staram się czytać i słuchać racji różnych stron, a ona tego unika. Chyba jest bardziej wrażliwa niż ja i boi się, żeby to jej to nie zniszczyło. Moja odwaga polityczna bywa trochę tania. Jeżeli nie mogę kręcić filmów po polsku – co uwielbiam – to kręcę za granicą. Za moje zaangażowanie płacą Kasia czy moja siostra Magda.

Na pewno popełniałam błędy wychowawcze. Trzeba by spytać Kasię, jaką cenę zapłaciła za to, że nie poświęciłam moich zawodowych spraw dla bycia z nią albo dla jej poczucia bezpieczeństwa. Wydaje mi się jednak, że niespełniona i sfrustrowana matka nie może być dobrą matką. No, ale być może mogłam poświęcać jakieś swoje sprawy dla niej. Trudno to wyważyć. Wspierałam ją we wszystkim, co ją pasjonowało, nie pchałam jej w żadną stronę, także w życiu prywatnym. Kocham ją taką, jaka jest, i chcę, żeby czuła się spełniona.

  1. Kultura

Powstaje nowy serial twórców "Dark". W obsadzie zobaczymy polskiego aktora

Kadr z serialu
Kadr z serialu "1899". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Ruszyły prace nad nowym serialem twórców wielokrotnie nagradzanej produkcji "Dark". Serial "1899" będzie międzynarodową, wielojęzyczną opowieścią, a w jego produkcji wykorzystano najnowocześniejsze technologie. 

Netflix oraz Dark Ways, nowo założona spółka producencka, na której czele stanęli Jantje Friese i Baran bo Odar (twórcy niemieckiego serialu "Dark"), ogłosili start prac na planie serialu „1899” – kolejnej produkcji własnej Netflixa. Serial ma być międzynarodową i wielojęzyczną opowieścią, w której nie zabraknie polskiego akcentu. Zagra w nim bowiem Maciej Musiał. Oprócz niego w "1899" zobaczymy: Emily Beecham, Aneurin Barnard, Andreas Pietschmann, Miguel Bernardeau, Lucas Lynggaard T0nnesen, Rosalie Craig, Clara Rosager, Maria Erwolter, Yann Gael, Mathilde Ollivier, Jose Pimentao, Isabella Wei, Gabby Wong, Jonas Bloquet, Fflyn Edwards, Alexandre Willaume i Anton Lesser.

– "1899" ma być serialem prawdziwie europejskim, a jego bohaterowie pochodzący z różnych krajów będą używać ojczystych języków. Jesteśmy dumni z tego, że udało nam się zaprosić do udziału w tym ekscytującym przedsięwzięciu utalentowane osoby z całego świata - mówi scenarzystka, producentka i showrunnerka nowej produkcji, Jantje Friese.

Serial ma być wyjątkowy również ze strony technologicznej. Będzie bowiem kręcony na wybudowanym specjalnie na jego potrzeby wirtualnym planie filmowym. Największy w Europie wirtualny plan filmowy wykorzystujący ekrany LED typu „Volume”  zapewnia twórcom filmowym ogromne możliwości i umożliwia opowiadanie historii w zupełnie nowy, innowacyjny sposób. – „1899’” stał się pionierską produkcją, zarówno w kontekście Niemiec, jak i całego regionu. Stworzona na potrzeby naszego serialu infrastruktura to niezwykle nowoczesna innowacja na niemieckim rynku produkcji filmowej, która może przynieść ogromne kreatywne korzyści filmowcom i innym twórcom na całym świecie - mówi reżyser i producent, Baran bo Odar.

https://www.youtube.com/watch?v=x5MuFjoU_BQ

O czym będzie opowiadał serial „1899”? To rozpisana na osiem odcinków historia tajemniczych losów statku z imigrantami, który płynie z Europy do Nowego Jorku. Pasażerowie reprezentują różne środowiska i narodowości, ale wszyscy mają te same marzenia i nadzieję na odmianę losu w nowym stuleciu oraz nowe życie za granicą. Gdy niespodziewanie na otwartym morzu napotykają drugi statek, który od miesięcy uważano za zaginiony, zdarzenia przybierają nieoczekiwany obrót. To, co znajdują na pokładzie drugiego statku, zamieni ich podróż do ziemi obiecanej w przypominającą koszmar łamigłówkę, w której skupiają się tajemnice przeszłości łączące wszystkich bohaterów. Data premiery "1899" na platformie Netflix nie jest jeszcze znana.

  1. Kultura

Co czytać w najbliższych miesiącach? Polecamy najciekawsze pozycje

Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 7 Zdjęć

Co będziemy czytać w nadchodzących miesiącach? Oto propozycje, które warto poznać.

"Dziewczyna, kobieta, inna" B. Evaristo

"Siostrom, sistas, sistahs, siostrzeństwu, kobietom, womxn, wimmin, womyn, braterstwu, braciom, bredrin, bruvs, naszym mężczyznom i facetom, a także wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie" - taką dedykacją zaczyna swoją oszłałamiającą opowieść o dwunastu różnych kobietach B. Evaristo, za którą została nagrodzona m.in. Nagrodą Bookera w 2019 r. Od niedawna możemy przeczytać ją także po polsku w tłumaczeniu Agi Zano, która wykonała mistrzowską robotę w przełożeniu tego żywego języka (unikającego znaków interpunkcyjnych jak ognia). "Dziewczyna, kobieta, inna" to historie dwunastu kobiet i ich życiowej podróży, w której pojawia się wiele wątków - miłość, zdrada, niezrozumienie, poszukiwanie własnej tożsamości i wyobcowanie. Wszystkie łączy to, że są czarnoskóre, o czym kobiety mówią często nie wprost, nie dosłownie, czasem dając jedynie przykład rasistowskiej odzywki czy zachowania, z którymi musiały borykać się przez całe życie. To wyjątkowa pozycja dla wszystkich fanek dobrej i mądrej lektury - nie tylko tych, które interesuje feminizm, zwłaszcza że Evaristo maluje jego różne oblicza, nie zawsze skłaniające się ku tezie, że "feminizm to suma doświadczeń wszystkich kobiet". To pozycja obowiązkowa.

'Dziewczyna, kobieta, inna' Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie "Dziewczyna, kobieta, inna" Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie

 

"Proszę bardzo" A. Rottenberg

Autobiografia znanej polskiej historyczki sztuki, krytyczki i publicystki, a także wieloletniej dyrektorki Galerii Sztuki "Zachęta". W wydanej ponownie opowieści o swoim życiu Rottenberg szczerze i bez tajemnic mówi m.in. o wątku zaginionego syna, dziejach rodziny, szukaniu korzeni i własnej drogi. Jest tu też mowa o depresji, samotności i wielu innych ciężkich momentach w życiu, a także łączących autorkę więziach z najbliższymi - ojcem, matką, synem. Historię Rottenberg czyta się z ogromnym zaciekawieniem, nie tylko dlatego, że opowiadając historię własnej rodziny, autorka niejako tworzy historyczny obraz XX w., ale także ze względu na to, że stworzył ją osoba całe życie obcująca ze sztuką, kulturą, której wpływ czuć tu na każdej stronie. Urozmaicona ilustracjami i anegdotami opowieść o odkrywaniu siebie, otwieraniu nie do końca zabliźnionych ran, przepracowywaniu własnej traumy to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.

'Proszę bardzo' Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy "Proszę bardzo" Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy

"Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet

Świetnie opisana przez dziennikarkę Monę Chollet historia polowań na czarownice, która wbrew pozorom miała ogromny wpływ na mizoginiczne poglądy o kobietach funkcjonujące dalej we współczesnym świecie. Użycie przez nią figury czarownicy stara się uświadomić nam, jak - wbrew pozorom - wiele i niewiele zmieniło się od czasów, gdy za bycie kobietą - zwłaszcza taką, którą swoją postawą jakkolwiek wykraczała poza przyjęte schematy i granice - można było zostać spalonym żywcem. Chollet bezbłędnie nakreśla też, jak sposób, w jaki wychowywane są wciąż młode dziewczęta nie sprzyja ich rozwojowi, wierze w ich możliwości, własne siły, bycie niezależnymi i posiadającymi własne zdanie. Inny aspekt, który analizuje dziennikarka to stereotyp kobiety bezdzietnej, która w społeczeństwie wciąż często postrzegana jest jako osoba, która utraciła coś na zawsze, traktowana jako "niespełniona", nieszczęśliwa. Pasjonujący esej, w którym autorka pokazuje, jak wielowieczna dyskryminacja kobiet i ich wykluczenie wpłynęły na dalszy rozwój zachodniego świata.

'Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet' M. Chollet, Wydawnictwo Karakter "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet, Wydawnictwo Karakter

"Świat bez kobiet" A. Graff

Kolejne wydanie "Świata bez kobiet" autorstwa Agnieszki Graff - znanej polskiej kulturoznawczyni, tłumaczki i publicystki, w którym ukazuje najnowszą historię Polski z perspektywy feministycznej. Choć wydawać by się mogło, że współczesny feminizm nie ma już tak "mocnych" haseł i stał się zjawiskiem masowym, który nie budzi kontrowersji, Graff wskazuje nam, jak bardzo wciąż narażony jest na kontrdziałania i nienawiść. Autorka śledzi to, jak bardzo współczesna kobieta jest wciąż nieobecna w życiu publicznym i dalej chce się decydować za nią w każdym aspekcie. Przejawia się to w każdej dziedzinie - od polityki, przez kulturę, religię, zwyczaje.

'Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym' Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy

"Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" H. Kelaher

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta. Przyjaźń to jedno z najważniejszych uczuć w życiu każdego człowieka - mówi się, że ludzie pozbawieni przyjaciół są samotni i sfrustrowani. Ale jak pozyskać przyjaciół prawdziwych? Takich, którzy będą oddani, lojalni i godni zaufania? I przede wszystkim - jak zrobić to w późniejszym czasie, kiedy wiele osób ma już swoje towarzystwa i niechętnie nawiązuje nowe, zwłaszcza silne relacje. Poradnik w ciekawy i przystępny sposób pomaga dowiedzieć się, jak rozmawiać, by wyjść poza "small talk", jak zbudować i pielęgnować krąg własnych znajomych oraz jak rozróżniać zdrowe i toksyczne relacje.

'Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia' Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło "Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło

"Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" M. Wójcik

Michał Wójcik w książce "Zemsta..." poruszył mało znane, bądź rzadko wspominane fakty dotyczące żydowskiego oporu stawianego w obozach koncentracyjnych. Autor rozprawia się tu z mitem ofiar jako osób, które nie stawiały oporu i nie sprzeciwiały wobec dramatycznego losu. We wszystkich obozach - Auschwitz-Birkenau, Treblince, czy Sobiborze istniała konspiracja, która doprowadzała do zbrojnych wystąpień i buntów. "Dzięki heroicznej postawie więźniów, walczących z minimalną ilością broni, często na noże i gołe pięści, dwa z nich uwieńczone zostały spektakularnym sukcesem. Również za sprawą kobiet - żydowskich bohaterek". O tym trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać.

'Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady' Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie "Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.