1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Czułość to szukanie podobieństw". Wywiad z Olgą Tokarczuk o jej najnowsze książce "Czuły narrator"

"Czułość to szukanie podobieństw". Wywiad z Olgą Tokarczuk o jej najnowsze książce "Czuły narrator"

Olga Tokarczuk. (Fot. Łukasz Giza)
Olga Tokarczuk. (Fot. Łukasz Giza)
„Zebrałam kilkanaście tekstów, starszych, nowszych i zupełnie nowych, napisanych już z myślą o tej książce. Kryterium wyboru było zaskakująco proste: to musiały być dla mnie teksty ważne” — mówi Olga Tokarczuk w  wywiadzie poświęconym jej najnowszej książce. Czuły narrator już w księgarniach.

Na początku chcę zapytać o emocje – konkretnie dwie: czułość i gniew. Ten tytuł – Czuły narrator – brzmi dziś prawie prowokacyjnie. Jeśli wyglądam za okno albo skroluję Facebooka, to myślę, że czułość to coś, co do tego naszego świata zwyczajnie nie pasuje. Moment jest taki, że niesamowicie nam jej brakuje – w tym, jak się komunikujemy, w tym, jak na siebie patrzymy, w tym, co i jak mówimy. Piszesz, że czułość to „szukanie podobieństw” i przyglądanie się „z uwagą i skupieniem” temu, co nie jest nami.
Pomyślałam teraz, że pierwsza odruchowa ocena tych dwóch emocji nawiązuje bardzo głęboko do podstawowego paradygmatu cywilizacji, w której się wychowaliśmy – żeby wszystko traktować binarnie, w opozycjach. Czułość i gniew jawią się wtedy jak emocje sobie przeciwne. Ale można na to spojrzeć inaczej – to raczej emocje, które są częścią tego samego kontinuum, zaangażowania się, przejęcia czymś, głębokiego uczestnictwa w jakimś wydarzeniu, procesie, relacji. Czułość to wejście w relację z kimś, kto nie jest mną, oparte na współodczuwaniu, dzieleniu się, rozumieniu i bezwarunkowej akceptacji. To także, a może przede wszystkim, przeczucie, że dzielimy wspólny los, zatem czułość wzbogaca też tego, kto ją odczuwa.

Czy myślisz, że możemy jeszcze odzyskać czułość?
Z jednej strony jest to coś przyrodzonego naszemu gatunkowi, z drugiej zaś indywidualnie kształtowanego w relacjach ze światem. Pamiętam, jak jakiś czas temu oglądałam w muzeum bardzo stare kamienie nagrobne z Grecji i sama byłam zaskoczona, że przedstawienie swoich bliskich zmarłych i umiejętność przekazania w wyrzeźbionym epitafium swojej wobec nich czułości może tak niezmiennie wzruszać aż do dziś. Czułość wydaje się więc dużo bardziej naturalną postawą w stosunku do świata i życia niż cokolwiek innego. To poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim, co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem się” nad innym, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa nawet bardziej intelektualna niż emocjonalna.

 A gniew? Piszesz, że niesłusznie traktujemy go jako coś wyłącznie negatywnego, bo ma także pozytywną stronę – może być narzędziem przywracania godności, pozytywnej rebelii, zmian i że jego rewersem jest współczucie.
Gniew rozumiem jako uczucie niezbędne do rozwoju, do przechodzenia z jednego etapu na drugi. Podobno po raz pierwszy objawia się u niemowlęcia spowodowany poczuciem unieruchomienia. Zresztą tak najłatwiej sprowokować gniew u człowieka, właśnie unieruchamiając go. Jest to więc swoista emanacja energii wolności, ruchu, prawa do zmiany. Gniew pojawia się także, gdy jesteśmy świadkami jakiejś niesprawiedliwości albo przemocy. To potężna energia, która często każe zapomnieć o samym sobie i staje się paradoksalnie emocją jednoczącą ludzi. Kiedy jednak wymknie się spod kontroli, ma tendencje do autoeskalacji. Dlatego instynktownie czujemy, żeby nie igrać z gniewem. Kobietom wręcz zakazuje się gniewu. Nasz gniew bywa demonizowany – taka kobieta staje się wściekłą Bachantką, Walkirią, Meduzą – podczas gdy u mężczyzn jest akceptowany, a nawet hołubiony. Dobrze to ilustruje przykład Jezusa, który gniewnie wypędza kupców ze świątyni. W popkulturze mamy setki męskich bohaterów, którzy posługują się jeszcze mroczniejszą odmianą gniewu – zemstą, odwetem – i uchodzi im to na sucho. Ten kulturowy brak przyzwolenia na gniew kobiet uświadomiłam sobie przy okazji Prowadź swój pług przez kości umarłych. Wielu pierwszych czytelników było po prostu zniesmaczonych bohaterką tej książki, Janiną Duszejko. Stara baba i się buntuje. Żałosne. Nasza kultura ma ogromny kłopot z emocjami kobiet, a najbardziej z ich gniewem. Kobiety, które protestują na ulicach w obronie swojego prawa do godnego życia są nazywane „wściekłymi babonami” albo „dziuniami”.

A co cię ostatnio rozgniewało? To, co większość mieszkańców kraju – wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zakazu aborcji.
Cynizm rządu. Chciało mi się kląć.

 Przeklinająca noblistka – toż to herezja prawie… Miałaś ochotę wyjść i krzyczeć razem z ludźmi, którzy maszerowali polskimi ulicami?
Chciałam, ale nie mogłam; jestem w samoizolacji z powodów rodzinnych. Tak, przekleństwa należą do słownika gniewu, bo przecież każda emocja szuka swojego języka. Moja mama, która jest polonistką, powtarza, że w przekleństwach nie ma niczego złego, bo służą artykulacji skrajnych emocji. Język byłby kaleki, gdyby je wyrugować zupełnie. I że można ich używać, choć ostrożnie i ze świadomością, co się mówi, ponieważ mają wielką siłę. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam na ekranie transparent z napisem „Wypierdalać”, wstrząsnęło to mną – takie słowo, tak jawnie obecne wielkimi, czerwonymi literami w przestrzeni publicznej. Szybko się jednak przyzwyczaiłam, uznawszy, że tych emocji inaczej wypowiedzieć już się nie da. W chwili gdy zrywa się w społeczeństwie komunikacja między dwiema stronami konfliktu i ludzie nie słyszą się i nie rozumieją, kiedy wręcz nie chcą usłyszeć i zrozumieć, co do siebie wzajemnie mówią, a ich słowa pochodzą z zupełnie różnych idiolektów – wtedy pozostają tylko przekleństwa. Myślę też, że jest to, częściowo – pewnie wynikający z innej składowej gniewu: bezsilności – język radykalny tylko doraźnie, który zmieni się, kiedy sprawy przejdą do następnego etapu: negocjacji, ustalania nowego porządku i nowych zasad.

A gdybyś miała transparent, co byłoby na nim napisane?
Naprawdę nie potrzebowałabym wymyślać nic swojego, bo kreatywność, poczucie humoru i jakaś taka ironiczna lekkość haseł na demonstracjach autentycznie mi zaimponowała. Jakie to twórcze pokolenie – pomyślałam – od razu stworzyło swój indywidualny i unikatowy język ekspresji, logo, swoje znaki i zasady porozumiewania się, i swoje symbole, dowcipy, piosenki. Na naszych oczach, w bardzo krótkim czasie, powstała cała kultura tego protestu. Ja jednak wolałabym epicko: rządzący PIS hołduje anachronicznym, absolutnie oderwanym już od rzeczywistości sposobom myślenia: dogmatyzuje własne wyobrażenie tradycji i wartości, które nazywa chrześcijańskimi, choć w gruncie rzeczy jest to narodowo-katolicki i patriarchalny system opresji i skomplikowanych metod wykluczania różnych grup ludzi w zależności od koniunktury politycznej i widzimisię partii rządzącej. Ten rodzaj myślenia doprowadził do utraty kontaktu z rzeczywistością, a władza trwa jedynie dzięki rozdawnictwu, cynicznej dystrybucji strachu i bucie. Protesty, które widzimy na ulicach, są czymś więcej niż tylko sprzeciwem wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Tu zaczęła się zmiana cywilizacyjna. Dlatego protestują głównie ludzie młodzi. Przyjmuję to z pewną ulgą, ponieważ już straciłam nadzieję, że młodych w ogóle interesuje realny świat. Z ulgą także dlatego, że są zdolni do rozpoznania oraz przeciwstawienia się hipokryzji i konformizmowi. Dzięki ich protestom po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się dobrze we własnym kraju, bo ta nieznośna sytuacja, w której rząd i ludzie PiS-u mogą zrobić wszystko, nie bacząc na jakiekolwiek zasady i dobro całego społeczeństwa, była już nie do zniesienia. Chciałabym, żeby ten kraj był rządzony przez rozumnych, wrażliwych i uczciwych ludzi, którzy potrafią postawić dobro obywateli ponad swoje własne, którzy byliby kompetentni i rozumieli, że zagrożeniem nie jest jakiś wymyślony śmieszny gender, ale wycinka lasów, kolaps klimatyczny i zanieczyszczenie polskich miast, a także powrót idei faszystowskich, nacjonalistycznych i ksenofobicznych. To, w największym skrócie, znalazłoby się na moim transparencie.

Pytałam o gniew, więc zapytam o spokój. Czy po „gorączce noblowskiej” nadszedł taki moment, kiedy wreszcie go miałaś?
Za mało. Mam stale narastające zapotrzebowanie na spokój. Zauważyłam, że z wiekiem coś dziwnego dzieje się z moją percepcją czasu. Minuty trwają zaledwie osiemdziesiąt procent tego, co kiedyś. Godziny odczuwam jak kiedyś trzy kwadranse. W ciągu dnia ta utrata się kumuluje i brakuje czasu na życie. Dziwny stan. W remontowanym domu postanowiłam „zafundować” sobie, a także przyszłym rezydentom, bibliotekę z prawdziwego zdarzenia, skrupulatnie więc doglądam wszystkich prac. Założyłam fundację i to dodało mi, nam, mnóstwo nowych obowiązków. Działamy też lokalnie. Z pomocą inżynierów z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, zbudowaliśmy ultranowoczesną i ekologiczną hydrofitową oczyszczalnię ścieków, której funkcjonowanie mnie fascynuje. Teraz chciałabym przywrócić naturze zniszczone stawy i zaprosić do nich żaby i inne żywe „stawopławne” istoty. Z pomocą specjalisty udało się nam rozmnożyć stare, ledwie żywe poniemieckie jabłonie. Dużo się dzieje.

Miałaś, jak się wydaje, spełnione, spokojne życie. Co ten Nobel dał, co zabrał? Zastanawiam się, czy po czymś takim można po prostu wyjść po papierosy…
Kochana, to zabrzmiało tak, jakby moje życie właśnie dobiegało końca. Dla kogoś, kto jest młodszy o pokolenie, tak to może wyglądać, ale nie mam jeszcze poczucia kresu czy spełnienia. Może trochę? Wszystko jakoś zaskakująco zostało po staremu. Pandemia unieważniła wszelkie wyjazdy, wykłady, spotkania i niejako przywróciła mnie na stare tory. Nie było specjalnie okazji do celebrowania tej nagrody. Właściwie to może i dobrze. Ja sama nie czuję w sobie większych zmian, a ludzie zajęli się już innymi sprawami. Ważniejszymi. Udało mi się chyba wymeldować z roli dyżurnej komentatorki obecnej rzeczywistości, i uważam to za wielkie osiągniecie. Często niezbyt dobrze rozumiem, co się dzieje tu i teraz. Lepiej się czuję, patrząc wstecz lub do przodu.

Myślę, że Nobel to coś, co z jednej strony sprawia, że nagle się żyje bardzo mocno, intensywnie, z drugiej nie można już być tak po prostu dziewczyną z sąsiedztwa…
Mogę. Jestem. To kwestia perspektywy. Z im bliższego dystansu mnie widzisz, tym bardziej jestem tą dawną osoba. Tylko z daleka wyglądam jak noblistka.

„Dziś towar to samo pisarskie «ja»” – stwierdzasz w jednym z esejów. Opowiadasz o szoku, jakiego doznałaś dawno temu, po raz pierwszy w życiu widząc twarz Kafki nadrukowaną na kubkach. Czy jesteś przygotowana na twarz Olgi Tokarczuk nadrukowaną na T-shirtach i czy w ogóle rozpoznajesz się w tej – ikonicznej już nieco – kobiecie z dredami, która patrzy na nas z billboardów, wystaw, okładek magazynów?
Daj spokój! Mądry człowiek wie, że nie ma jednego „ja”, że mniej lub bardziej świadomie poruszamy się po szachownicy życia za pośrednictwem rożnych swoich awatarów i że dzisiaj rzeczywistość jest zbyt skomplikowana i ciężka, żeby odpowiedzialność za jej rozumienie zrzucić na drobne barki jakiegoś małego ego. Ta kwestia mnogich osobowości też zresztą pojawia się w esejach. Dzisiejsze czasy niejako zachęcają do tego, by żyć w kilku postaciach. Zaczyna się od gier, kont i profili w mediach społecznościowych, a czym się skończy? To zobaczymy.

Czuły narrator przynosi bardzo wiele niepokoju. Można go znaleźć w wielu miejscach tej książki, jeśli trochę mocniej się wczytać. Piszesz: „coś jest ze światem nie tak”. Czy Olga Tokarczuk stała się pesymistką?
Optymizm, pesymizm. Za proste. Zresztą, kto dzisiaj jest optymistą? Witajcie w ciężkich czasach. Trudno coś zaplanować, zagrożenie czai się w powietrzu, często dosłownie, bo wielka cześć populacji żyje w wiecznym smogu – to rodzi niepokój i lęk na skalę globalną. Poza tym ostatnio wszyscy staliśmy się śmiertelni. To efekt uboczny pandemii. A trochę o tym zapomnieliśmy. Pandemia przypomniała nam, że mamy kruche, podatne na zniszczenie ciała, nie możemy wszystkiego kontrolować, a w dobie planowania wypraw na Marsa można się przypadkiem zarazić na klatce schodowej i po prostu umrzeć. Że przesadziliśmy z wiarą we współczesną medycynę, a rządzący wiedzą i mogą niewiele więcej od nas. Że autorytety bywają na wyrost, a niektóre z nich są żałosnymi nagimi królami. Że w czasie świetnej zabawy wyniszczyliśmy ogromną liczbę gatunków. I jeszcze – popsuliśmy delikatny, wrażliwy samoregulujący się mechanizm planety i naszym dzieciom i wnukom zgotowaliśmy straszne życie. Bywam czasami zła na ludzi – na myśliwych, którzy dokarmiają zwierzynę, żeby potem do niej strzelać i dla przyjemności mordować. Na tych, którzy w wyborach głosowali na jakąś opcję, a potem się skarżą, że im się nie podoba. Na hipokryzję, konformizm i słomiany zapał – trzy polskie grzechy. Ale mam też coś w rodzaju łagodnego sndromu Pollyanny – spontanicznie doszukuję się dobrych stron niedobrych sytuacji czy zdarzeń. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, może stać się przyczyną szybkiego porzucenia tej niedojrzałej, nieodpowiedzialnej postawy. Po chaosie i gniewie może przyjść czułość i odpowiedzialność.

W swojej najnowszej książce z jednej strony piszesz o mocy fikcji – o tym, że daje możliwość wchodzenia w skórę postaci, patrzenia innymi oczami, doświadczania różnych możliwości siebie… Z drugiej – wybierasz formę eseju i wykładu. Co ona daje? Czy pozwala powiedzieć coś, czego nie da się powiedzieć w powieści czy opowiadaniu?
Forma dyskursywna odwołuje się do prostego bezpośredniego intelektu. To w tej formie dyskutujemy ze sobą o świecie, pokazujemy, jak myślimy. Może jest to komunikacja trochę powierzchowna, ale szybka i dość skuteczna. Potrzebowałam jej także dla siebie. Chciałam być świadoma tego, jak pracuję, co się ze mną dzieje, kiedy piszę, co to w ogóle jest owo pisanie. Taka autoanaliza, którą prowokuje siedzący naprzeciwko słuchacz, bardzo poszerza świadomość. Zebrałam kilkanaście tekstów, starszych, nowszych i zupełnie nowych, napisanych już z myślą o tej książce. Kryterium wyboru było zaskakująco proste: to musiały być dla mnie teksty ważne. Są tam stare Maski zwierząt, esej, który był już publikowany w Momencie niedźwiedzia, ale i mowa noblowska, a także np. Ognozja – tekst napisany kilka tygodni temu, i część projektu Ex-centrum, który miał swój pierwodruk w tygodniku „Polityka”. Są też wykłady, które wygłosiłam w 2018 roku na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Bardzo ciekawe doświadczenie. Mówienie swojego tekstu do ludzi, którzy po prostu słuchają – to zupełnie nowe przeżycie. Te wykłady to rodzaj introspekcyjnej autoanalizy procesu własnego pisania, mierzenia się z obrazami, językiem i narzędziami.

W wykładach poruszasz kwestie kluczowych kategorii, tłumaczysz, jak rozumiesz narratora, postać literacką czy proces twórczy. Jednocześnie mówisz, że za dwa, trzy pokolenia przestaniemy czytać i prognozujesz „koniec tej literatury, jaką znamy”. Czujesz się jak przedstawicielka wymierającego zawodu?
Trochę tak. Dzisiaj o wiele ważniejsi niż pisarze czy pisarki są scenarzyści. To oni formatują zbiorową świadomość ludzi. W większości przypadków praca pisarza jest niewspółmierna do efektów, jakie może osiągać. Nie ma też piorunującego wymiaru finansowego. Komuś ambitnemu i twórczemu chyba jednak nie rekomendowałabym pisarstwa. Tu musi być jakaś szczególna mieszanina introwersji i chęci rozmowy z innym, szczypta narcyzmu, wyobraźnia borderline, kompetencje językowe (wrodzone?) i być może, przede wszystkim, umiejętność czekania na efekty swojej pracy. Poczułam się trochę jak szewc, który umie robić buty, a nawet zdobył pewną klientelę. Chciałby się podzielić tym, czego się nauczył, bez względu na to, co z tą wiedzą zrobią czeladnicy. Może pójdą do fabryki albo zlecą robotom pracę za nich. Teraz jednak, kilka dni po złożeniu tego tekstu, kiedy siedzę zamknięta na wsi, zaczynam podejrzewać, że papierowe książki, klasyczne długie powieści, które można czytać przy świecy, mogą wrócić. Każda papierowa biblioteka może stać się skarbem. Młodsi ludzie bez wątpienia myślą inaczej i będą inaczej pisali swoje powieści. Prawdą jest także to, że ogromna część literatury zwyczajnie się starzeje, niektórych książek niegdyś głośnych nie da się już czytać po kilkudziesięciu latach. Nie chcę podawać przykładów, bo to smutny proces, ale w gruncie rzeczy wiele książek po prostu umiera, także tych kiedyś podziwianych i hołubionych. A inne trwają i można podejść do regału, wyciągnąć jedną z nich, położyć się na kanapie – i czytać. Tak wyobrażam sobie raj. Jeżeli coś takiego istnieje, to składa się z miliardów kanap, na których leżą Sprawiedliwi, a anioły donoszą im kolejne dobre książki, filiżanki z herbatą i kieliszki z odrobiną likieru wiśniowego. Myślę jednak, że literatura taka, jaką znamy, powoli się zwija.

Warto jeszcze wychowywać ten literacki narybek, skoro to wszystko i tak za chwilę się skończy?
Niewielu rzeczy jestem pewna tak jak tego, że czytanie stanie się jeszcze bardziej elitarnym zajęciem, niż jest teraz. Większość ludzi w ogóle nie rozwinie w dzieciństwie takiej potrzeby i umiejętności. Przyczyny będą różne – na przykład takie, że za późno poszli do szkoły i nauczyli się czytać dopiero w wieku ośmiu lat, jak to się teraz dzieje, że wcześniej zdobywali już informacje i wiedzę z innych niż książka źródeł i na nich bardziej będą polegać. Nie wykształcą więc rytuałów czytelniczych albo nie będą mieć takich wzorów w rodzinie, wybiorą film czy gry komputerowe niż drukowany tekst. Prawdopodobnie będzie to więc sztuka dla tych kilku procent jeszcze czytających i może dla scenarzystów i filmowców, którzy przerobią to na serial albo grę.

W książce dostajemy rozbudowany wykład twojej (chyba mogę tak powiedzieć) metafizyki literackiej. Mamy więc z jednej strony współczesny świat – skończony, opisany, klaustrofobiczny i dostępny na wyciągnięcie ręki za pomocą smartfona, a z drugiej jakąś ogromną tęsknotę za tajemnicą, tym, co nazywasz bizarnym, ekscentrycznym, niesamowitym. Jeśli za tym tęsknimy (a przecież chyba tęsknimy), to gdzie i jak możemy tego szukać?
Myślę, że tu chodzi o sens, o znaczenie. Dziś chyba nikt nie ma złudzeń, że co prawda świat szybkiego dostępu do informacji, świat na smartfonach, zaspokoił nasz głód wiedzy i jesteśmy w stanie śledzić milion wydarzeń, ale jest to mało wartościowe pożywienie dla naszych umysłów. Fast food. Nie umiemy nadać temu znaczenia sensu, nie widzimy całości i te rzeki widoków, obrazów, relacji, muzyki nie stają się naszym doświadczeniem. Pozostają tłem. Jesteśmy jak sita, to wszystko przez nas przelatuje. Kiedyś religia dawała takie poczucie sensu. Ale dzisiaj te religie, które znamy, też są fast foodem – zdogmatyzowanymi, anachronicznymi, w większości także seksistowskimi, sztywnymi pakietami sprzecznych ze sobą informacji, pełnymi hipokryzji i konformizmu, opartymi na jakichś kompletnie niewiarygodnych instytucjach podobnych do korporacji i mafii. Religie przyniosły światu wiele zła. Lecz z drugiej strony zaspokajały potrzebę tworzenia sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym, czego nie potrafimy zrozumieć. Nie uważam, że same w sobie religie są dobre albo złe. To zależy, jak się nimi posługujemy. Chyba najbardziej odrażającą formą używania religii jest taka, która wykorzystuje ją do wykluczania innych ludzi i w walkach o władzę i dominację. W każdym razie chcę powiedzieć, że literatura, opowieść, także ta oglądana i czytana, pomaga tworzyć jakąś wspólną wizję świata, wyrazić lęki, skomunikować nas ze sobą, uzgodnić to, co jawi się nam we fragmentach. To nie jest żadna czcza rozrywka. To wielka ciężka praca zbiorowej świadomości.

W twoich książkach (także w tej) co jakiś czas pojawia się taka mała, fascynująca figura – Kairos, „bóg okazji, przemijającej chwili, niesamowitej możliwości”. I jeśli tę okazję przegapimy, tracimy szansę na przemianę, metanoję. To bóg decydującego momentu. Chciałam zapytać o taki moment w twoim życiu – o moment, kiedy pojawił się Kairos, złapałaś go za grzywkę i poczułaś, że wszystko się zmienia…
Miałam kilka razy w życiu taką kairotyczną chwilę, ale są one zbyt prywatne, żeby o nich opowiadać publicznie. Mam nad biurkiem małą płaskorzeźbę z tym szybkim bóstwem, które mija nas ciągle w pośpiechu. Fascynujące jest, że grecka mitologia (inne też) w obrazowy spersonifikowany sposób opisuje całe nasze doświadczenie i nawet trudne do opisania, wyjątkowe momenty, których nie umielibyśmy nazwać. To jest potęga. Taki Kairos, postać stworzona przez naszych przodków tysiące lat temu, staje się metaforą i pozwala nam zrozumieć nasze własne doświadczenie.

Jeśliby szukać nerwu tej książki, to jest nim być może tęsknota za całością – narratorem „panoptycznym”, „czwartoosobowym”, który widzi szeroko (trochę jak Bóg?). Po co nam taki sposób patrzenia, taki sposób pisania?
Patrząc z góry, z szerokiej perspektywy, zawsze dostrzega się związki i relacje niewidoczne z innej. Uważam, że straciliśmy taki ogląd całości świata, staliśmy się ślepi na jego skomplikowanie, głębię, wieloznaczność, złożoność. Często o kimś niemądrym mówi się, że jest ograniczony, co znaczy, że widzi tylko blisko, że jakieś przeszkody nie pozwalają mu spojrzeć szerzej, że jest coś dla niego ukryte za tą zasłoną. Jesteśmy ograniczeni wąską perspektywą, punktami widzenia, które nie są ani wielostronne, ani wielopłaszczyznowe. To współczesny rodzaj intelektualnej zaściankowości. Ograniczenia mogą się brać ze złej edukacji, z ubogiego intelektualnie środowiska, w końcu też z wyboru. Łatwiej jest ogarniać mniej niż więcej. Takie poszukiwanie pełni i znaczenia to chyba jedna z najsilniejszych i najważniejszych motywacji intelektualnych człowieka. Jestem agnostyczką, nie mam więc ani „pocieszenia”, ani nie otrzymałam gotowych rozwiązań ze strony jakiejś religii. Sama sobie muszę wytłumaczyć świat. Pomagała mi w tym bardzo literatura, pokazując, jak inni ludzie widzą, czują, co myślą.

A czy czasem nie jest tak, że tu właśnie „wchodzi” literatura – ta wymierająca sztuka dla ekscentryków przyszłości? W tym tomie wydajesz się mówić: My jej tak naprawdę bardzo potrzebujemy.
Także i z tego względu, że literatura często bywa profetyczna, to znaczy wyobraźnia pisarska potrafi wysnuwać zaskakująco prawdziwe wnioski z teraźniejszej sytuacji i projektować je na przyszłość. Dla dobrej literatury czas jest zaledwie jedną z wielu zmiennych. Przeczytałam niedawno Nie opuszczaj mnie Kazuo Ishiguro. To jest książka, która odsłania jedną z możliwych odnóg przyszłości. Można tę powieść nazwać science fiction, ale to techniczne i porządkujące słowo, pozwalające raczej umieścić ją na jakiejś półce w księgarni. W gruncie rzeczy opowiada o możliwym rezultacie naszych wyborów tu i teraz. Co by się stało, gdyby nasze parlamenty zdecydowały o legalności i potrzebie klonowania ludzi w celach medycznych. To wizja, która mieści się już w naszej w przestrzeni, która co prawda jeszcze nie istnieje w rzeczywistości, ale w jakiś sposób już jest. Dla tej przestrzeni ukułam pojęcie „Kraina Metaksy”, jakby swego rodzaju wymiaru, w którym żyje to, co wymyśliliśmy, to, czego się boimy, co metaforyczne, symboliczne.

Prawie od początków refleksji nad literaturą pojawia się jedno pytanie: jak sprawić, by ona coś nam o świecie mówiła, odzwierciedlała go, dotykała nerwu współczesności. W tytułowym wykładzie noblowskim mamy takie niesamowite stwierdzenie: „Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz i będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne”. Wiem, że to karkołomne pytanie, ale czy ostatnio trafiłaś na coś (lub kogoś) odrobinę zbliżającego się do tego w gruncie rzeczy chyba nieuchwytnego pułapu? To nie jest pytanie do mnie. Zapytaj kogoś, kto czyta dużo współczesnej literatury z całego świata. Może niepotrzebnie to uprościłam, pisząc: „jakiś geniusz”, a przecież to może być proces i wiele pisarek i pisarzy rozwijających, doskonalących, przeczuwających. Historia literatury to naprawdę fascynująca dziedzina. Pokazuje bowiem, że literatura to proces zbiorowy, prawie organiczny, biologiczny
epoki, języki, kultury, jednostki opowiadają siebie i świat w różnych formach i na przeróżne sposoby, ciągle nawiązując do tego, co już napisano: reakcją i relacją, przechodzeniem na inny poziom i wiecznym poszukiwaniem metody. Jedne sposoby umierają, zostają zapomniane i przestają istnieć, inne zanikają na chwilę, żeby potem powrócić. Gdzieś tam (często na peryferiach) tworzą się zupełnie nowe, prą do przodu, stabilizują się albo trwają tylko przez chwilę, efemerydy. Na literaturę trzeba patrzeć jak na naturalny żywioł, bez którego nie bardzo możemy w pełni istnieć.

Myślę, że twoi narratorzy są w gruncie rzeczy ogromnie czuli. Wywołują zmarłych z niepamięci, przywracają głos tym, którzy go nie mają, scalają, ukazują podobieństwa. Jak się żyje z narratorem, który każe przepuszczać przez siebie te wszystkie rzeczy – boli czy raczej uszczęśliwia?
Narratorzy to są jakieś modalności, które mogą ujawnić się nie tylko w pisaniu, w codziennym życiu też jest dla nich miejsce. Są innymi punktami widzenia niż ten mój własny, jednostkowy. Poszerzają świadomość, sprawiają, że widzimy szerzej i kojarzymy odległe od siebie fakty. Budują w nas zdolność do empatii. Taki narrator ani nie boli, ani nie uszczęśliwia, ponieważ jest jak regulowanie ostrości obrazu, kiedy to niewyraźna plama zamienia się w postać, a rozmyte smugi stają się ciągiem liter niosącym jakieś znaczenie.

„Czuły narrator”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe) „Czuły narrator”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Katarzyna Kantner literaturoznawczyni, copywriterka. W 2016 roku na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego obroniła pracę doktorską na temat twórczości Olgi Tokarczuk. Jest autorką książki „Jak działać za pomocą słów? Proza Olgi Tokarczuk jako dyskurs krytyczny” (wyd. Universitas).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Najlepsze powieści obyczajowe - 5 nowości wydawniczych, które warto przeczytać

Polecamy najlepsze powieści obyczajowe  - 5 nowości wydawniczych. (Fot. materiały prasowe)
Polecamy najlepsze powieści obyczajowe - 5 nowości wydawniczych. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wielowątkowe historie, wzbudzające cały wachlarz emocji oraz ciekawi bohaterowie i ich przeżycia, które mogłyby się przytrafić każdemu z nas. Powieści obyczajowe pokocha każdy, kto chce oderwać się od swojej szarej codzienności w inną, mniej lub bardziej, szarą codzienność. Polecamy dobre książki obyczajowe - 5 nowości wydawniczych. 

"Zjadacz czerni 8" Katarzyna Grochola

Katarzyna Grochola, 'Zjadacz czerni 8', Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe) Katarzyna Grochola, "Zjadacz czerni 8", Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Najlepsze książki obyczajowe - jaki autor jako pierwszy przychodzi na myśl? Z pewnością Katarzyna Grochola! Jej najnowsza powieść "Zjadacz czerni 8", która swoją premierę będzie miała 10 lutego, to historia oczywiście o miłości. Misterna mozaika postaci, miejsc i zdarzeń. Zaskakujący splot ludzkich losów, których tylko z pozoru nic nie łączy. I ON – zjadacz czerni. I tajemnicze 8. Historie bohaterów łączą się we wzór, który dla nich pozostaje nierozpoznany, a mimo to ma sens, jak wiele sytuacji, miejsc i zdarzeń w naszym życiu. Miłość nie jest jednowymiarowa, określona i zamknięta w ramie. Nie sprowadza się tylko do tęskniących za czułym dotykiem kochanków. Jest szansą na człowieczeństwo, mimo wszystko i na przekór. I jeśli podejmiemy próbę zrozumienia drugiego człowieka, może zdarzyć się cud. I o tym jest ta poruszająca powieść obyczajowa. O tęsknocie, nadziei i głębokim sensie przypadków, za które nie zawsze jesteśmy wdzięczni losowi.

"Droga, którą przeszłam" Agata Przybyłek

Agata Przybyłek, 'Droga, którą przeszłam', Wydawnictwo Czwarta Strona. (Fot. materiały prasowe) Agata Przybyłek, "Droga, którą przeszłam", Wydawnictwo Czwarta Strona. (Fot. materiały prasowe)

"Zamruczę ci" Agata Bieńko

Agata Bieńko, 'Zamruczę ci', Wydawnictwo Kobiece. (Fot. materiały prasowe) Agata Bieńko, "Zamruczę ci", Wydawnictwo Kobiece. (Fot. materiały prasowe)

Pod kołami samochodu Pauli ginie czarny kot, któremu niechcący odebrała ostatnie – siódme – życie. Właścicielka kota, stara cyganka, rzuca na dziewczynę klątwę. Z początku ta nic sobie z niej nie robi, jednak po roku ma za sobą trzy nieudane związki, niezliczone kłótnie, a do tego jej młodsza siostra właśnie planuje ślub! Nawet jej najlepsza przyjaciółka i współlokatorka Zosia, która „zna się na takich rzeczach”, niewiele może zdziałać. Grzegorz jest cenionym i zabójczo przystojnym ginekologiem mającym wokół siebie wianuszek kobiet także po pracy. To typowy gracz, który nie potrafi i nie chce zaangażować się w poważny związek. Dla Pauli miał być przygodą na jedną noc pozwalającą chociaż na chwilę odpędzić jej ponure myśli. Los jednak sprawia, że ciągle na siebie wpadają, mimo tego, że kompletnie nie potrafią się dogadać. Grzegorz nie zamierza stracić z oczu pięknej Pauli, a ta planuje wykorzystać go w nieustającej wojnie z matką, która nie chce dać jej spokoju. "Zamruczę ci" to powieść obyczajowa z przymrużeniem oka i nutką erotyzmu.

"Rozmowy z przyjaciółmi" Sally Rooney

Sally Rooney, 'Rozmowy z przyjaciółmi', Wydawnictwo W.A.B. (Fot. materiały prasowe) Sally Rooney, "Rozmowy z przyjaciółmi", Wydawnictwo W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Najnowsza powieść Sally Rooney, irlandzkiej pisarki, której międzynarodową sławę przyniosła książka "Normalni ludzie", na podstawie której powstał serial dostępny na platformie HBO. "Rozmowy z przyjaciółmi" to pozycja na pograniczu powieści obyczajowej i literatury pięknej. Mieszkająca w Dublinie Frances ma dwadzieścia jeden lat i chłodny umysł obserwatorki. Jest studentką i początkującą pisarką; ze swoją najlepszą przyjaciółką i byłą dziewczyną Bobbi występuje na slamach poetyckich. Przypadkowa znajomość z Melissą, popularną dziennikarką, której mąż Nick jest aktorem, otwiera im drzwi do świata pięknych domów, hałaśliwych przyjęć i wakacji w Bretanii. Gdy Frances i Nick niespodziewanie zbliżają się do siebie, błyskotliwa i stroniąca od uczuć Frances musi po raz pierwszy zmierzyć się ze swoimi słabościami. Premiera książki odbędzie się 24 lutego.

"Powrót" Nicholas Sparks

Nicholas Sparks, 'Powrót', Wydawnictwo Albatros. (Fot. materiały prasowe) Nicholas Sparks, "Powrót", Wydawnictwo Albatros. (Fot. materiały prasowe)

Nicholas Sparks - mistrz romantycznych historii oraz autor, którego praktycznie każda pozycja reprezentuje najlepsze książki obyczajowe. Jego najnowsza powieść "Powrót" utrzymana jest w duchu "I wciąż ją kocham" i "Pamiętnika". Ukrywający się przed światem lekarz i dwie kobiety, których sekrety zmienią jego życie… Trevor Benson nie zamierzał wracać do miasteczka New Bern w Karolinie Północnej. Głównie dlatego, że nie przewidywał, że podczas misji wojskowej, gdzie był lekarzem, dojdzie do tak strasznego wypadku jak ten, w którym został ranny. A wtedy stara, odziedziczona po dziadku chata, wydała mu się idealnym schronieniem. Trevor zdecydowanie nie przewidywał też, że w New Bern znajdzie kogoś, kto poruszy jego serce. Kiedy jednak spotyka Natalie, zastępczynię miejscowego szeryfa, nie może przejść obok niej obojętnie. Ale nawet gdy wydaje się, że Natalie odwzajemnia jego uczucia, nadal pozostaje zadziwiająco odległa… A Trevor zastanawia się, co kobieta ukrywa. Jego pobyt w New Bern dodatkowo komplikuje obecność ponurej nastolatki, Callie, która mieszka w przyczepie kempingowej przy drodze. Trevor ma nadzieję, że Callie wie coś o tajemniczej śmierci jego dziadka i za wszelką cenę próbuje wyciągnąć od niej wskazówki, które mogłyby rzucić na nią nowe światło. Nieustępliwa chęć poznania prawdy pozwoli Trevorowi zrozumieć prawdziwe znaczenie miłości i przebaczenia. I da mu ważną lekcję – o tym, że w życiu, aby iść naprzód, często musimy wrócić do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.

  1. Kultura

Autor kryminałów Bernard Minier o swoich książkach i procesie twórczym

Francuski pisarz kryminałów Bernard Minier zadebiutował w 2011 roku bestsellerową powieścią „Bielszy odcień śmierci”, w której powołał do życia komendanta Martina Servaza. „Dolina” to siódma część cyklu. (Fot. Joel Saget/AFP/East News)
Francuski pisarz kryminałów Bernard Minier zadebiutował w 2011 roku bestsellerową powieścią „Bielszy odcień śmierci”, w której powołał do życia komendanta Martina Servaza. „Dolina” to siódma część cyklu. (Fot. Joel Saget/AFP/East News)
Bernard Minier, autor serii kryminałów o komendancie Martinie Servazie w roli głównej, kładzie duży nacisk na prawdopodobieństwo wydarzeń. Każdą powieść dokładnie dokumentuje, a szczegóły śledztwa omawia z policjantami. Pytamy go o wydaną ostatnio „Dolinę” oraz o to, jak jego bohater i cała Francja zmieniły się przez dekadę, która upłynęła od premiery pierwszej części cyklu.

„Dolina” to siódma część cyklu kryminałów Bernarda Miniera z komendantem Martinem Servazem w roli głównej (wszystkie ukazały się nadkładem wyd. Rebis). (Fot. materiały prasowe) „Dolina” to siódma część cyklu kryminałów Bernarda Miniera z komendantem Martinem Servazem w roli głównej (wszystkie ukazały się nadkładem wyd. Rebis). (Fot. materiały prasowe)

W pańskich książkach mamy całą plejadę złożonych charakterów i temperamentów. Począwszy od głównego bohatera – komendanta Martina Servaza. Czytelnicy musieli czekać prawie osiem lat, żeby poznać jego historię. Czy pan od początku wiedział, jaki dokładnie będzie, czy także ewoluował on w pańskiej wyobraźni?
Jeśli dobrze pamiętam, bo seria ma już 10 lat, przeszłość Servaza została przywołana już w pierwszej książce z cyklu, „Bielszy odcień śmierci”. Dowiadujemy się tam, że jego rodzice już nie żyją, zresztą matka zmarła w dość przerażających okolicznościach. To stało się bez wątpienia traumą towarzyszącą bohaterowi przez całe życie, bo nigdy tak do końca nie wyrastamy z dzieciństwa, zwłaszcza po takich doświadczeniach. Oczywiście Servaz ewoluuje w miarę rozwoju fabuły, nie przygotowałem dla niego ścieżki rozwoju, bo nie planuję dokładnie, co będzie w kolejnych książkach. To zależy także w dużej mierze od osób, które spotyka na swojej drodze, jak w ostatnio wydanej „Dolinie”, gdzie wreszcie u jego boku pojawia się kobieta, Léa. To tak jak w życiu, nie wiemy, co przydarzy się nam jutro, kogo poznamy, w którą stronę skręcimy. I staram się zachować taką spontaniczność i pewną niewiadomą także w powieściach. Wracając do naszego bohatera, to od czasów „Kręgu” wiemy także, jak skończył jego ojciec, który nigdy nie doszedł do siebie po śmierci żony. Wpadł w alkoholizm i popełnił samobójstwo. To syn znalazł jego ciało. Czyli historię Servaza znamy tak naprawdę dość dobrze od dawna.

Tak, ale dopiero w „Siostrach” poznajemy początki jego kariery.
Owszem, w pierwszej części powieści jesteśmy świadkami pierwszego śledztwa, w którym uczestniczy Servaz. Zresztą jego zawodowym mentorem jest dość niepoprawny policjant, cierpiący na pewną odmianę borderline. Servaz – co zawsze podkreślam – to ktoś zwyczajny, normalny, kto zostaje skonfrontowany z nadzwyczajnymi okolicznościami. Chciałem w ten sposób uniknąć, mówiąc w dużym uproszczeniu, stereotypowego bohatera kryminału, czyli detektywa pijaka, przemocowego, który ciągle balansuje na krawędzi. Nie, Servaz jest kimś, kogo moglibyśmy mieć w rodzinie czy wśród przyjaciół. Czytelnik mógłby powiedzieć, że zna kogoś takiego. Mimo to oczywiście jest stawiany w sytuacjach, które same z siebie popychają go do ostateczności. Praca w policji, zwłaszcza w wydziałach kryminalnych, pozwala poznać najbardziej brutalną i mroczną część natury ludzkiej, co oczywiście nie pozostaje bez wpływu na osobowość. Nie można się nie zmienić, pozostać nienaruszonym, pracując przez lata w takich warunkach.

Jednak pański bohater zachowuje dużo wrażliwości. Kobieta, z którą spotyka się w „Dolinie”, jest lekarką, pracuje na oddziale dziecięcym, gdzie spotyka się z wszelkimi odmianami cierpienia. Martin zastanawia się, jak Léa jest w stanie to znieść, choć przecież jako policjant wiele widział.
Mimo że sami możemy unieść pewne rzeczy, zastanawiamy się, jak inni to robią. Martin kocha tę kobietę, a kiedy kogoś kochamy, bardziej niepokoimy się o niego niż o siebie samych. Léa jest silna, stanowi dla Martina opokę, punkt zaczepienia. Ma wreszcie kogoś, na kim może się oprzeć. I dlatego myśli: „ja dam radę, ale jak ona może znieść takie rzeczy?!”. Nie uważam się za kogoś nadwrażliwego, jednak, myśląc o lekarzach w szpitalach dziecięcych, zastanawiam się, jak oni są w stanie być świadkami takiego cierpienia, dzień po dniu. To wymaga bardzo silnej konstrukcji psychicznej.

W otoczeniu Servaza jest wiele innych silnych kobiet.
To nie było zamierzone, w trakcie pisania zorientowałem się, że w książce jest sporo silnych postaci kobiecych, które pojawiły się spontanicznie. W „Dolinie” mężczyźni są słabsi od kobiet, to one nadają kierunek wydarzeniom. Mamy Irène z żandarmerii, którą znamy z „Bielszego odcienia śmierci”, jest pani mer miasteczka, która o nie walczy,  jest Léa, która wspiera Servaza. Sam znam wiele silnych kobiet, jednak nie chcę w żaden sposób generalizować, bo literatura opiera się na jednostkach, ich życiu społecznym, prywatnym, intymnym. A jednostki to przeciwieństwo ogółu. To one zwyciężają w powieściach.

Jednostka żyje w społeczeństwie, w określonym środowisku. Życie bohaterów „Doliny” też jest zanurzone w rzeczywistości. Porusza pan aktualne problemy społeczne we Francji, jak agresja wobec policji, dewastowanie kościołów.
Chciałem przedstawić, co zresztą znajdzie się także w kolejnej części cyklu, którą właśnie piszę, obraz dzisiejszej Francji. Nie zapominajmy, że pod koniec 2018 roku i w 2019 roku przeżyliśmy bardzo poważny kryzys społeczny, nazywany ruchem żółtych kamizelek. Demonstracje w całym kraju obywały się w weekendy przez całe miesiące. W Paryżu doszło do zamieszek, zniszczono Łuk Triumfalny, Pola Elizejskie. Manifestacja mieszkańców zamkniętej doliny, którzy zaczynają się burzyć, to odbicie tych wydarzeń.

Zależy panu, żeby fikcja była silnie osadzona w rzeczywistości, a czy także z punktu widzenia geografii? Dorastał pan w Pirenejach, czy dobrze zna pan okolice, o których pisze, czy to raczej wytwór wyobraźni?
Bardzo dobrze znam Pireneje, u ich podnóży spędziłem pierwsze 18 lat życia. Studiowałem w Tuluzie, często tam wracam, znam tamtejszą komendę, regularnie spotykam się z miejscowymi policjantami. Często wymyślam miejsca, które nie istnieją, ale są podobne do prawdziwych, ponieważ te nigdy do końca nie odpowiadają moim potrzebom. Puszczam wodze wyobraźni, ale zawsze na bazie tego, co istnieje w naturze. Na przykład elektrownia wysoko w górach, która pojawiła się w „Bielszym odcieniu śmierci” funkcjonuje naprawdę, jednak gdzie indziej. Generalnie bardzo inspiruję się rzeczywistością, tyle że potem robię syntezę.

Zanim zaczął pan pisać, pracował pan w urzędzie celnym. Czy tamte doświadczenia przydają się jakoś w pisaniu?
Nie, w żaden sposób się do nich nie odnoszę. Przede wszystkim dlatego, że to zupełnie inny rodzaj pracy, inne uprawnienia. A poza tym działanie policji bardzo zmieniło się od tego czasu. To część administracji, która przeszła największą transformację. Widać to bardzo dobrze w „Siostrach”, które toczą się w dwóch epokach. Pierwsza część to lata 90., kiedy śledztwa były bardziej tradycyjne – są przesłuchania, przyznanie do winy. Natomiast w drugiej, rozgrywającej się obecnie, liczą się przede wszystkim ślady DNA, nagrania z kamer czy analiza połączeń komórkowych.

Pracuję w ten sposób, że zbieram informacje, robię dokumentację, rozmawiam z aktywnymi policjantami, pytam ich o szczegóły, które planuję, a oni mi mówią, czy to jest możliwe, czy nie. A jeśli jest możliwe, to jak to przeprowadzić. W „Dolinie” na przykład opisuję przesłuchanie przed komisją dyscyplinarną w policji. I w rzeczywistości wygląda ono tak jak w książce, rozmawiałem z policjantami, którzy mają za sobą takie przesłuchania, i opowiadali mi szczegółowo, jak wygląda procedura i jak silnej przemocy psychicznej byli poddawani. Panuje atmosfera strachu. Odniesienie do faktów jest dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza jeśli chodzi o śledztwo.

A na czym polega relacja policji i żandarmerii? W Polsce nie mamy takiego rozróżnienia, a w pańskich powieściach pojawia się rodzaj napięcia między nimi.
W uproszczeniu policja działa w miastach, żandarmeria – na wsiach, choć są od tego wyjątki. I jeszcze do niedawna jedni podlegali pod ministerstwo spraw wewnętrznych, drudzy – pod ministerstwo obrony. Zdarzają się wspólnie prowadzone śledztwa, ale w zasadzie obie służby bardzo ze sobą rywalizują i wzajemnie opowiadają kawały o sobie. Żandarmi to wojskowi, są postrzegani jako bardziej zdyscyplinowani, dwa najbardziej znane dziś laboratoria są w strukturach żandarmerii, nie policji. Jeśli w powieściach − co podkreślam − policja jest postrzegana lepiej, to dlatego, że żandarmeria mimo wszystko zachowuje image z czasów Louisa de Funèsa i żandarmów z Saint-Tropez sprzed 50 lat. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, ale pokutuje.

Wracając do „Doliny”, to mam wrażenie, jakby Servaz odnalazł wreszcie trochę spokoju, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi powieściami, gdzie cały czas się o niego bałam, z pewnością nie jako jedyna. Bo co jeszcze mu się przydarzy...
Oczywiście musi przejść swoje, ale zaczyna żyć spokojniej. Ma koło siebie synka Gustava, więc zajmuje się chłopcem, co składa na niego nową odpowiedzialność, poza tym jest Léa. Tak, mniej się boi, jest mniej samotny. Wcześniej był jak pies czy kot bez właściciela, sam postrzegał siebie jak bezdomne zwierzę. Chciałem dać mu towarzyszkę, dom, trochę życia rodzinnego. Dlatego też, że nie mam ochoty pisać ciągle tego samego, ale i − jak powiedziałem – w życiu wszystko się zmienia i tak musi być też w książkach.

Rzeczywiście, od kiedy się pojawił, minęła dekada.
I nie można zapominać, jak bardzo zmieniła się przez te lata Francja. To już nie ten sam kraj, co w „Bielszym odcieniu śmierci”. Tytułowa „Dolina” to swoisty mikrokosmos, w którym są i piekarnia, i księżna de Guermantes. Odzwierciedla podzieloną Francję, w której społeczeństwo jest rozrywane z każdej strony. Mnożą się podziały społeczne, religijne, polityczne, to zresztą nie tylko problem Francji.

Zawsze zazdrościłam Francuzom umiejętności spokojnego dyskutowania mimo dzielących ich różnic.
To się skończyło. Widać to na przykładzie coraz bardziej agresywnych manifestacji czy w Internecie. W mediach społecznościowych pojawiają się tylko przeciwstawne wizje świata, kiedy ktoś wyraża jakąś opinię, jest dosłownie rozszarpywany przez tych, którzy myślą inaczej. Nie ma mowy o dialogu, od razu pojawiają się groźby, obelgi. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce...

Podobnie, co oczywiście nie jest żadnym pocieszeniem. Powiedział pan, że pisze kolejną książkę. Czy będzie się odnosić do czasów pandemii?
Tak, toczy się obecnie, podczas drugiej fali lockdownu we Francji. Wszyscy noszą maseczki, zatem i policjanci. Oczywiście nie bez przerwy, ale często, i podczas pisania uświadomiłem sobie, jakie to rodzi trudności. Wcześniej pisałem na przykład, że ktoś się uśmiechnął, a dziś nie mogę, bo przecież ukrywa to pod maską. Pozostaje tylko kontakt wzrokowy.

I kiedy ta powieść się ukaże?
Wiosną 2021 roku, kiedy będziemy już po drugiej fali.

„Dolina” także miała się ukazać wczesną wiosną, ale premiera została przesunięta.
Tak, ale miałem dużo szczęścia, bo sezon był bardzo krótki. Książka wyszła w maju jako pierwszy tytuł autora bestsellerów, zaraz po zakończeniu izolacji. Nie wiem, jak w Polsce, bo na przykład w Hiszpanii było inaczej, ale we Francji ludzie się wprost rzucili do księgarń. Pewnie już ich zmęczyło oglądanie seriali, więc sprzedaż książek była bardzo dobra. I to trwało przez całe lato, ale jesień znów przyniosła zamknięcie księgarń, więc premiery wrześniowe nie miały tyle szczęścia. A książka ma bardzo krótki żywot, nie da się już tego nadrobić.

Bernard Minier, francuski pisarz kryminałów. Zadebiutował w 2011 roku bestsellerową powieścią „Bielszy odcień śmierci”, w której powołał do życia komendanta Martina Servaza. „Dolina” to siódma część cyklu (wszystkie ukazały się nadkładem wyd. Rebis). W 2019 roku Minier został laureatem Honorowej Nagrody Wielkiego Kalibru na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.

  1. Kultura

Paszporty Polityki 2020. Oto najciekawsze osobowości minionego roku

Laureatami 28. edycji Paszportów Polityki zostali: Piotr Domalewski (film), Justyna Sobczyk (teatr), Mira Marcinów (literatura), Małgorzata Mirga-Tas (sztuki wizualne), Ania Karpowicz (muzyka poważna), duet Siksa (muzyka popularna) oraz Different Tales (kultura cyfrowa). (Fot. Polityka/Leszek Zych)
Laureatami 28. edycji Paszportów Polityki zostali: Piotr Domalewski (film), Justyna Sobczyk (teatr), Mira Marcinów (literatura), Małgorzata Mirga-Tas (sztuki wizualne), Ania Karpowicz (muzyka poważna), duet Siksa (muzyka popularna) oraz Different Tales (kultura cyfrowa). (Fot. Polityka/Leszek Zych)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Dziś wieczorem po raz 28. wręczono Paszporty Polityki, jedne z najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród w świecie kultury. Kogo wyróżniono w tym roku? Prezentujemy pełną listę laureatów. 

Paszporty Polityki to prestiżowa nagroda przyznawana przez tygodnik "Polityka" od 1993 roku. Wymyślił ją wieloletni szef działu kultury Zdzisław Pietrasik. Od 28 lat wręczana jest każdego roku młodym twórcom za wybitne osiągnięcia artystyczne. Artyści nagradzani są w następujących kategoriach: film, teatr, literatura, sztuki wizualne, muzyka poważna, muzyka popularna oraz, od 2016 roku, kultura cyfrowa. Od 2002 roku przyznawana jest także nagroda specjalna dla Kreatora Kultury. To wyróżnienie otrzymują osoby lub instytucje, które w sposób szczególny i niestandardowy przyczyniają się do krzewienia kultury polskiej w kraju i na świecie. W tym roku ogłoszono również wyjątkową Nagrodę Specjalną Kultura Zdalna 2020. Wszystkich laureatów wyłania specjalna kapituła składająca się z dziennikarzy tygodnika "Polityka".

Tegoroczna edycja Paszportów Polityki z pewnością przejdzie do historii. Większość zaplanowanych na 2020 rok wydarzeń kulturalnych odwołano, przesunięto, a w najlepszym razie przeniesiono do sieci. Ucierpieli zatem wszyscy zatrudnieni w tej branży ludzie. Najbardziej – ci najmniej widoczni. Wśród artystów szczególnie mocno dotknięci zostali debiutanci wchodzący do rywalizacji o uwagę w potrzaskanym sezonie oraz ci, którzy są w najlepszym momencie swojej kariery, a ich najwybitniejsze osiągnięcia trafiają do zamrażarki albo prezentowane są na sali z ograniczoną widownią. Widząc, w jak dramatycznej sytuacji są twórcy kultury, tygodnik "Polityka" postanowił zatem  podwyższyć finansowy wymiar nagrody i po raz pierwszy w historii przyznać w tym roku paszportowe „diety” nie tylko nagrodzonym, ale również nominowanym we wszystkich kategoriach.

Wśród nominowanych do Paszportów Polityki w 2020 roku znaleźli się:
  • film: Jan Holoubek, Maciej Cuske, Piotr Domalewski;
  • teatr: Maciej Pesta, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima, Teatr 21;
  • literatura: Igor Jarek, Mira Marcinów, Patrycja Sikora;
  • sztuki wizualne: Małgorzata Mirga-Tas, Karol Palczak, Joanna Piotrowska;
  • muzyka poważna: Ania Karpowicz, Krystian Lada, Martyna Pastuszka;
  • muzyka popularna: 1988 (Przemysław Jankowiak), Marek Pędziwiatr, duet Siksa;
  • kultura cyfrowa: Different Tales, One More Level, Ovid Works.

Nazwiska zwycięzców ogłoszono 26 stycznia 2021 roku, podczas gali transmitowanej na żywo przez telewizję TVN. Wręczenie nagród ze względów bezpieczeństwa odbyło się bez udziału publiczności i mediów.

Paszporty Polityki 2020. Najciekawsze osobowości minionego roku według tygodnika "Polityka"

Film: Piotr Domalewski

Reżyser, scenarzysta, dramaturg, aktor (rocznik 1983). Pochodzi z Łomży. Ukończył z wyróżnieniem Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie oraz reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Zaczynał jako aktor Teatru Wybrzeże, grając m.in. w spektaklach Anny Augustynowicz. Występował na deskach Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu oraz w warszawskim Teatrze Roma. W 2017 roku jego pełnometrażowy debiut reżyserski „Cicha noc” (na podstawie własnego scenariusza) zdobył Złote Lwy na festiwalu w Gdyni, 10 Orłów i był nominowany do Paszportu Polityki. „Jak najdalej stąd” potwierdza jego autorską oryginalność, wyrażając zbiorowe odczucia Polaków AD 2020.

Piotr Domalewski - laureat Paszportu Polityki 2020w kategorii film. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Piotr Domalewski - laureat Paszportu Polityki 2020w kategorii film. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Teatr: Justyna Sobczyk (Teatr 21)

Aktorami Teatru 21 są osoby z zespołem Downa i autyzmem. Bazując na własnych doświadczeniach, poddają krytycznej analizie status prawny i społeczny osób z niepełnosprawnościami w Polsce. Unikatowym treściom towarzyszy równie oryginalna forma, co razem uczyniło z Teatru 21 jedną z najbardziej cenionych grup teatralnych w kraju. Powstała w 2005 roku, ma na koncie kilkanaście różnorodnych, nierzadko brawurowych i dowcipnych spektakli, wyreżyserowanych przez swoją założycielkę Justynę Sobczyk i zrealizowanych z różnymi instytucjami i artystami. Od 2020 roku Teatr 21 prowadzi Centrum Sztuki Włączającej – społeczną instytucję kultury poświęconą twórczości artystów z niepełnosprawnościami i włączaniu w pole sztuki, kultury i nauki różnorodnych grup społecznych.

Justyna Sobczyk, założycielka Teatru 21 - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii teatr. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Justyna Sobczyk, założycielka Teatru 21 - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii teatr. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Literatura: Mira Marcinów

Filozofka i doktor psychologii. Urodziła się w 1985 roku w Szczecinku. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. W 2017 roku ukazał się tom 1. jej „Historii polskiego szaleństwa”. Wcześniej opublikowała „Na krawędzi wolności: szaleństwo jako wybór w filozofii Henryka Struvego” i – wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim – „Niezabliźnioną ranę Narcyza: dyptyk o nieświadomości i początkach polskiej psychoanalizy”. Rok temu została finalistką Nagrody Naukowej Polityki, a w tym roku otrzymała nominację za swój debiut prozatorski „Bezmatek” (wyd. Czarne), napisaną wyjątkowym, zarazem dzikim i precyzyjnym językiem opowieść o relacji córki i matki.

Mira Marcinów - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii literatura. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Mira Marcinów - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii literatura. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Sztuki wizualne: Małgorzata Mirga-Tas

Mówi o sobie, że ma trzy tożsamości: artystki, Polki i Romki. I ta ostatnia, konsekwentnie znajdująca wyraz w jej sztuce, ujmuje widzów swą autentycznością. Urodziła się w 1978 roku, ukończyła ASP w Krakowie i po studiach powróciła w rodzinne strony; mieszka w Czarnej Górze, na granicy Spisza i Podhala. Z czasem wypracowała własny, charakterystyczny styl malarski charakteryzujący się bogactwem wyrazistych kolorów, mnogością ornamentów, dekoracyjnością, czerpiącą z etnograficznego dorobku wspólnoty. A równocześnie są to prace niezwykle narracyjne, niemal reporterskie sceny rodzajowe z życia rodziny, sąsiadów, romskich społeczności.

Małgorzata Mirga-Tas - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii sztuki wizualne. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Małgorzata Mirga-Tas - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii sztuki wizualne. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Muzyka poważna: Ania Karpowicz

Flecistka i organizatorka. Urodzona w 1983 roku w Warszawie, studiowała w Łodzi i Detmold. W latach 1999–2015 nagradzana na ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach. W latach 2006–2008 członkini European Union Youth Orchestra. W 2013 roku założyła kooperatywę muzyczną Hashtag Ensemble; zespół występuje na większości festiwali nowej muzyki w Polsce. Inicjowała szereg koncertów i festiwali, w tym WarszeMuzik, w ramach którego na podwórkach kamienic–ostańców getta warszawskiego grane są utwory kameralne kompozytorów – Żydów polskich. Jako solistka w swoim repertuarze kładzie szczególny nacisk na muzykę XX i XXI w. Angażuje się też w promocję twórczości kobiet.

Ania Karpowicz - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka poważna. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Ania Karpowicz - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka poważna. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Muzyka popularna: Siksa

Duet określany często jako punkowo–performerski, utworzony w 2014 roku przez wokalistkę, aktorkę i poetkę Alex Freiheit oraz basistę Buriego. Grupę założyli w Toruniu, mieszkają w Gnieźnie, a zagrali wspólnie ponad 250 koncertów w całej Polsce i za granicą. Ich występy to monologi Alex na tle przesterowanej gitary basowej. W interakcji z publicznością nabierają oryginalnych walorów dramatycznych. Nominację przyniósł im najnowszy album „Zemsta na wroga”, jak poprzednie podejmujący tematy seksistowskiej opresji. W proroczo gorącym, prowokującym, niestroniącym od wulgaryzmów stylu konfrontuje perspektywę feministyczną z postawami prawicowego radykalizmu.

Duet Siksa - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka popularna. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Duet Siksa - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka popularna. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Kultura cyfrowa: Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales)

W deklaracji, jaką niesie nazwa studia Different Tales, nie ma cienia przesady. To są rzeczywiście Inne Opowieści. Odmienne formą, jak i intencją, od tradycyjnych gier wideo – to interaktywna proza, ilustrowana statycznymi głównie obrazami, z dźwiękowym pejzażem w tle. Jak znakomite rezultaty można osiągnąć, podążając tą ścieżką, dowodził już debiut studia: „Wanderlust: Travel Stories”, który zaowocował nominacją do Paszportów w roku ubiegłym. Tym razem o nominacji przesądziła opowieść „Werewolf: The Apocalypse – Heart of the Forest”, historia studentki z USA, która przybywa do Puszczy Białowieskiej w poszukiwaniu swoich korzeni.

Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales) - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii kultura cyfrowa. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales) - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii kultura cyfrowa. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Nagrodę Specjalną Kultura Zdalna otrzymał Artur Liebhart, dyrektor Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity, natomiast tytuł Kreatora kultury przyznano Bożenie i Lechowi Janerkom. 

  1. Kultura

Książki, na które czekamy w 2021 roku

10 książek, na które czekamy w 2021 roku. (Fot. materiały prasowe)
10 książek, na które czekamy w 2021 roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Literatura pomaga przetrwać nawet najtrudniejsze czasy. Bieżący rok będzie obfitował w nowości wydawnicze, na które warto zwrócić uwagę już teraz. Przedstawiamy nasz wybór 10 książek, na które czekamy w 2021 roku. Od fascynujących biografii, poprzez powieści i opowiadania, aż po ważne książki o tematyce ekologicznej i feministycznej. 

"Ziemia obiecana" Barack Obama, Wydawnictwo Agora

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

To bezapelacyjnie jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Książka, która w Stanach Zjednoczonych tydzień po premierze sprzedała się w 1,7 mln egzemplarzy. "Ziemia Obiecana" to autobiograficzna książka Baracka Obamy, pierwszego czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Barack Obama jest człowiekiem bardzo otwartym. To polityk dojrzały, którego ukształtowały różne sytuacje, z którymi przyszło mu zmierzyć się podczas piastowania najwyższego stanowiska w Białym Domu. Jako prezydent Stanów Zjednoczonych przeszedł ogromną przemianę. Z młodego, poszukującego własnego miejsca na arenie politycznej człowieka zmienił się w przywódcę światowej potęgi. To autobiograficzna, refleksyjna, a miejscami bardzo osobista historia – wycinek z życia Baracka Obamy. Polskie wydanie książki ukaże się 17 marca nakładem Wydawnictwa Agora.

Sigrid Nunez, "Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag", Wydawnictwo Pauza

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

"Mój rok relaksu i odpoczynku" Otessy Moshfegh był jedną z najpopularniejszych książek w okresie pandemii. Tym razem Wydawnictwo Pauza wyda zbiór jej opowiadań. „Tęsknota za innym światem” ukaże się najprawdopodobniej w maju. To trzecia książka amerykańskiej pisarki, która ukaże się w polskim tłumaczeniu. W 2015 roku pisarka znalazła się w finale Nagrody Bookera za powieść „Byłam Eileen”.

"Dzienniki 1956-1958" Agnieszka Osiecka, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Na każde wydanie "Dzienników" Agnieszki Osieckiej czekam równie niecierpliwie. "Dzienniki 1956-1958" to ostatni tom jej młodzieńczych zapisków autobiograficznych. To świadectwo pokolenia ogołoconego przez okupację i stalinizm z dziecięcej beztroski, to wypowiedź dziewczyny, która straciwszy najlepsze lata na zebraniach ZMP-owskich, bardzo nie chciała, a w końcu też nie umiała dorosnąć. "Jestem młodą kobietą, a koło mnie tylu jest zmarłych, jakby przetoczyło się przez moje łóżko powstanie listopadowe" - pisała Osiecka. W zapiskach autobiograficznych z lat 1956–1958 i z 1970 roku Agnieszka Osiecka dokonuje bezlitosnej autoanalizy i psychoanalizy własnego pokolenia. Rozlicza się ze światem, stawia sobie niewygodne pytania, nie unika gorzkich diagnoz, wreszcie też – pisze testament. I nie są to gesty jednokrotne, tylko "typowe" dla niej sposoby rozładowywania napięcia i radzenia sobie z bólem i smutkiem. Lata 1957 i 1970 to dla autorki "Okularników" czasy szczególnie trudne - szósty tom dzienników i zapisków zbiera życiowe doświadczenie Agnieszki Osieckiej w opowieść zaskakującą: pełną nieoczekiwanych kontrapunktów i jeszcze bardziej niespodziewanych puent.

"Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzy", Lisa Appignanesi, Wydawnictwo Marginesy

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Historia narzucanych kobietom norm, podwójnych standardów i kategorii zbyt ciasnych, by pomieścić ludzkie życie. W XIX wieku zaburzenia psychiczne kobiet wzbudzały w lekarzach (mężczyznach) niepokój, który często przeradzał się w lekceważenie. Jeszcze nie tak dawno dręczone przez własne umysły pacjentki mogły liczyć co najwyżej na zakucie w kaftan, kąpiele lecznicze albo wizytę egzorcysty. Lisa Appignanesi w samym centrum tej wstrząsającej opowieści umieszcza kobiety, których życie i emocje coraz częściej stawały się przedmiotem badań lekarzy, jak choćby Freuda, Junga i Lacana, którzy opracowali dla nich nowe terapie. Pojawiają się one zarówno jako pacjentki – Mary Lamb, która w napadzie załamania nerwowego rzuciła się na matkę z nożem, Sylvia Plath i Virginia Woolf, latami dręczone przez nawracającą depresję, czy Zelda Fitzgerald i Marilyn Monroe, stopniowo pokonywane przez własne uzależnienia i kompleksy – jak i terapeutki, z Anną Freud oraz Melanie Klein na czele. To także opowieść o tym, jak przez lata objawy i diagnozy dopasowywały się do modnych diagnoz, oraz o tym, jak terapie przynosiły sukcesy lub zawodziły. Wszystko to pozwala szerzej spojrzeć nie tylko na delikatne zagadnienie zdrowia psychicznego na przestrzeni wieków, ale także – a może przede wszystkim – na rolę i miejsce kobiet w całym tym szaleństwie.

"Przewóz" Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy, w 2021 wydamy dla Was dużo świetnej polskiej prozy. M.in. Olgi Hund, Ziemowita...

Opublikowany przez Wydawnictwo Czarne Czwartek, 31 grudnia 2020

"Przewóz" to najnowsza, a zarazem pierwsza od siedmiu lat, powieść Andrzeja Stasiuka, która zostanie wydana przez Wydawnictwo Czarne w marcu. Jak podaje portal onet.pl, powieść "zabierze czytelników nad wieś nad Bugiem w środku upalnego czerwca 1941 r. Z jednej strony rzeki stoją Niemcy, z drugiej Rosjanie, pośrodku zaś wiejski przewoźnik z jednego brzegu na drugi przewozi nocą wszystkich, którzy mają pieniądze. Żydowskie rodzeństwo chowa się w lesie tuż obok chłopaków z partyzantki, plutonowy Siwy każe liczyć nadciągające niemieckie czołgi, a oczy pewnego małego chłopca zapamiętują to wszystko do późnej starości".

Rebecca Solnit, "Matka wszystkich pytań", Wydawnictwo Karakter

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Rebecca Solnit to jedna z najwybitniejszych amerykańskich eseistek, historyczek i feministek. W najnowszej książce analizuje rozmaite formy opresji, jakiej poddawane są kobiety – od pomijania, onieśmielania, dyscyplinowania po przemoc psychiczną i fizyczną. Szczególne miejsce poświęca mechanizmowi uciszania. „Przemoc wobec kobiet to często przemoc wobec naszych historii i głosów" – pisze Solnit. W książce upomina się o prawo kobiet do samostanowienia, wolności wyboru, pełni praw reprodukcyjnych, a także o stworzenie nowego kanonu literackiego, który nie będzie mizoginiczny. Wyjątkowo mocno wybrzmiewa tekst na temat aborcji: „W obecnej skrajnie antyaborcyjnej atmosferze (…) kobieta w porównaniu z płodem w jej macicy nie ma żadnej wartości, mimo że ponad połowa tych płodów wyrośnie na kobiety, które także kiedyś zostaną uznane za bezwartościowe w porównaniu z kolejnym pokoleniem potencjalnych płodów”. Premiera 17 lutego.

"Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna" Filip Zawada, Wydawnictwo Znak

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Najnowsza powieść finalisty Nagrody Literackiej Nike 2020. Samolubny i zgryźliwy, szowinista starej daty i samozwańczy mentor. Dziadek Szczepan. Dnie spędza na starej kanapie z ukraińskiego burdelu, a nocami terroryzuje sąsiadów rykiem saksofonu. Tymczasem jego wnuk, bohater tej historii, dopiero wchodzi w świat dorosłych ludzi. Wkrótce się przekona, że spadki mogą być niezwykle kosztowne dla spadkobierców. Filip Zawada, autor "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek", niebanalnie, przejmująco dosadnie i bezczelnie szczerze pokazuje, jak niebezpiecznie jest zgrywać bohatera, w szczególności przed samym sobą. Opowiadając o miłości i przemocy, mistrzowsko balansuje na granicy tragedii i komedii. Udowadnia, że jego głos jest absolutnie niepodrabialny i wyjątkowy w polskiej literaturze.

"Shuggie Bain" Douglas Stuart

Okładka wydania oryginalnego. (Fot. materiały prasowe) Okładka wydania oryginalnego. (Fot. materiały prasowe)

"Shuggie Bain” to debiutancka powieść Douglasa Stuarta, szkocko-amerykańskiego pisarza oraz projektanta mody, za którą w ubiegłym roku zdobył Nagrodę Bookera. Historia oparta jest na wydarzeniach z dzieciństwa autora. Opowiada o młodym chłopcu, dorastającym w Glasgow w latach 80., którego wychowuje matka alkoholiczka. Mimo choroby matki chłopiec za wszelką cenę walczy o normalne życie. Debiut pisarza zachwycił krytyków na całym świecie, a książkę porównuje się do "Małego życia" czy "Historii przemocy", opowiadających o losach miłości w czasach ogromnej próby.

"Jak uniknąć katastrofy klimatycznej" Bill Gates, Wydawnictwo Agora

Okładka wydania oryginalnego. (Fot. materiały prasowe) Okładka wydania oryginalnego. (Fot. materiały prasowe)

Bill Gates, jeden z największych światowych wizjonerów i filantropów, z pomocą ekspertów z dziedziny fizyki, chemii, biologii, inżynierii, nauk politycznych i finansów opracował plan działań, które należy podjąć, aby powstrzymać katastrofę klimatyczną. Wnioski zamknął w książce "Jak uniknąć katastrofy klimatycznej", której światowa premiera będzie miała miejsce 16 lutego. Tego samego dnia książka ukaże się również po polsku w Wydawnictwie Agora. Bill Gates wyjaśnia, dlaczego musimy pracować nad zerową emisją gazów cieplarnianych. Szczegółowo opisuje również, co musimy zrobić, aby ten niezwykle ważny cel osiągnąć. Opisuje innowacje i technologie, które już pomagają w redukcji. Wskazuje też co możemy zrobić aby funkcjonowały one skuteczniej. Przybliża nowe przełomowe technologie oraz kto i jak nad nimi pracuje. Wreszcie, przedstawia konkretny, praktyczny plan osiągnięcia celu, jakim jest osiągnięcie zerowej emisji. Nie tylko politykę, którą powinny przyjąć rządy, ale także to, co my jako jednostki możemy zrobić, aby wesprzeć nasze rządy, pracodawców i siebie nawzajem w tym kluczowym zadaniu.

  1. Kultura

Najchętniej czytane w 2020 roku - 10 wywiadów ze znanymi pisarzami i pisarkami

Wśród najlepszych tekstów Zwierciadła 2020 roku są również wywiady ze znanymi pisarkami i pisarzami. (Fot. iStock)
Wśród najlepszych tekstów Zwierciadła 2020 roku są również wywiady ze znanymi pisarkami i pisarzami. (Fot. iStock)
W tym roku na naszych łamach rozmawialiśmy ze słynnymi pisarkami i pisarzami. Opowiadali nam nie tylko o swojej twórczości, ale również dzielili się refleksjami dotyczącymi obecnej rzeczywistości.

Przypominamy 10 inspirujących rozmów z literatami z całego świata.