1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. O pisaniu książek, o twórczej nudzie i psychologii mówi Olga Tokarczuk

O pisaniu książek, o twórczej nudzie i psychologii mówi Olga Tokarczuk

Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Olga Tokarczuk ur. 29 stycznia 1962 r. w Sulechowie; pisarka, eseistka, autorka scenariuszy, poetka, psycholożka. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za 2018 rok, Nagrody Literackiej „Nike” („Bieguni”) i wielu innych prestiżowych nagród. (Fot. BEW)
Przyznana właśnie Literacka Nagroda Nobla uplasowała Olgę Tokarczuk w gronie najwybitniejszych polskich pisarzy. Jednak bez tej nagrody autorka i tak zajmowała szczególne miejsce na półkach swoich czytelników.

Porzuciła pracę psycholożki, by zarabiać pieniądze za granicą, skręcając anteny do jachtów, a potem zaczęła pisać książki. Z życiem radzi sobie marzeniami lub namiętną pracą. Olga Tokarczuk, jedna z najczęściej tłumaczonych polskich pisarek, poetka, eseistka, opowiada o tym, czego potrzebuje, by pisać, po co jej nuda, dlaczego jemy mięso i jak radzi sobie z umysłową bezwładnością czy raczej mechanizmami obronnymi.

Pamiętam taką opowieść sprzed lat, pisała pani książkę, przyszedł syn z cukiernicą i na pani oczach wysypał zawartość na podłogę.
No tak, stare dzieje. Miał wtedy ze trzy albo cztery lata, próbował od jakiegoś czasu zwrócić na siebie uwagę, a ja powtarzałam: „Zaraz, zaraz, muszę skończyć, zaraz…”. W desperacji wysypał na dywan cukier i czekał na efekt. Otrzeźwiło mnie to wtedy, zaczęłam z nim rozmawiać. Pisanie zagarnia i sprawia, że można stać się egotykiem. Czasami zaczynam się martwić, że tracę przez to coś ważnego, że coś mi umyka. Taka ciągła i intensywna praca sprawia, że traci się zdolność nudzenia się, że ciągle jest się w pracy. Pamięta pan z dzieciństwa, jak można się było pięknie nudzić?

Tak, był w tym element cudownej frustracji i poszukiwania.
To było twórcze to nudzenie się. Bardzo mi tego dzisiaj brakuje. Do tego stopnia, że wymyśliłam sposób prowokowania nudy – chodzę na nudne wykłady, takie, z których niewiele rozumiem. Siedzę sobie i nudzę się, i wtedy do głowy przychodzi mi mnóstwo rzeczy, wraca mi równowaga. Głos wykładu płynie gdzieś obok, wyjść raczej się nie da, czyli ciało zostaje niejako uwięzione, a stymulacja jest słaba. Czasem złapię kilka zdań i potem znowu odpływam. Jest dobrze. No, ale kiedy zaczynam już znowu coś w głowie kombinować, przestaję się natychmiast nudzić i tak dalej, i tak dalej... Medytacja jest takim rodzajem nudy, ale tutaj nie jestem zbyt wytrwała.

Jakie warunki sobie pani stwarza, by pisać?
Potrzebuję ciszy i podstawowych środków higieny psychicznej: ciepła, płaskiej poziomej płaszczyzny, jak np. stół, oraz nade wszystko samotności. W sumie niewiele. Kiedy pracuję, chowam społeczne czułki, nie szukam kontaktu w realu, zadowalam się filmem wieczorem. Czułki odrastają, kiedy książka jest skończona. Nie jestem kompletną mizantropką, to mizantropia wymuszona. Lubię być sama, długo się tego uczyłam. Kiedy po raz pierwszy wyjechałam za granicę na dłużej sama, naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie było jeszcze wtedy Internetu, a dzwoniło się z aparatów telefonicznych na monety... To dopiero było wyzwanie. Ale jak już są ludzie, to nie ma nic lepszego niż długie dyskusje przy winie do świtu – człowiek uświadamia sobie przy tym, co właściwie myśli, kim jest.

Jako autorka faktycznie uważa siebie pani za nieciekawą?
Życie większości pisarzy jest nudne, nie ma co ukrywać. Pisanie zabiera mnóstwo czasu. Wymaga reżimu, powtarzalności. Trudno mieć burzliwe życie, kiedy się większość dnia siedzi przy biurku. Poeci mają chyba lepiej, piszą krócej i mają więcej czasu, stąd barwniejsze charaktery [śmiech]. Przy pisaniu jakoś bardzo mało zajmuję się sobą. Czasami tracę poczucie rzeczywistości i czasu. Siadam o dziewiątej i nagle patrzę – a tu już po południu. Dziwne. Może to dlatego, że programowo staram się ukrócić pierwszoosobowego narratora we mnie. Kiedy piszę, staram się znaleźć w sobie taki punkt widzenia, który by trochę poza mnie wykraczał.

Uważa pani tak jak Coetzee, że fikcja ma przewagę nad argumentami rozumu?
Myślę, że tak, jak najbardziej. Proszę spojrzeć, jak pamiętamy historię swojego kraju. Oczywiście, zdecydowanie mniej z lekcji w szkole, z dat, z suchego opisu, eseju, a bardziej z opowieści, filmu, z literatury. W tym sensie największym historykiem był Sienkiewicz, bo nawet jeśli pozatruwał nam umysły, to zbudował potężną narrację, wspólną dla wielu ludzi. Odruchowo wciąż się do niej odwołujemy i nie zmienia tego fakt, że potrafimy ją racjonalnie skrytykować. Ta jego opowieść ma wielką siłę, czy to się nam podoba, czy nie. Trzeba by napisać kontr-Sienkiewicza, opowiedzieć inną, alternatywną historię. Ale ostatnio literatura historyczna stała się trochę niepopularna i niewielu jest pisarzy, którzy chcieliby zajmować się przeszłością; ona wydaje się ustalona raz na zawsze. Na dodatek należałoby to zrobić z punktu widzenia współczesnego człowieka, który ma inne rozumienie mechanizmów historii. A mnie się zdaje, że przeszłość trzeba cały czas opowiadać na nowo. Każde pokolenie powinno dokonywać rewizji przeszłości, podważać stereotypy, patrzeć na to, co oczywiste, z innej strony.

Myśli pani, że literatura ma taką siłę zmiany sposobu patrzenia na własną zbiorową historię?
Fikcja ma jakiś nieodległy związek ze znaczeniem, z poczuciem sensu. Nie na darmo dzieciom opowiada się bajki, a nie listę prawd o świecie. Suche fakty funkcjonują w innej przestrzeni, dopiero w opowieści nabierają ciała, obrastają w znaczenia, smaki, barwy. Człowiek oderwany od opowieści jest zdezorientowany. Może właśnie dlatego powstają te toporne teorie spiskowe, które próbują jakoś wytłumaczyć świat en bloc. Kiedyś religia miała moc budowania spójnej wewnętrznie, sensownej opowieści o świecie, ale teraz coraz mniejszej grupie ludzi religia jest w stanie zaspokoić potrzebę sensowności życia, pracy, wysiłku. Ludzie budują swój obraz świata na podstawie telewizji czy Internetu, dostają dużo chaotycznych informacji, często ze sobą sprzecznych, fragmentarycznych, których nic ze sobą nie spaja. To świat pełen informacji, ciekawostek, ale pozbawiony znaczenia. Poziomy, horyzontalny.

W ten sposób czasami, a może zazwyczaj, to nie ja myślę, ale mi się myśli.
Bo „ja” to nie tylko ja, ale też to i tamto, co znaczy, że jest w nas mnóstwo rzeczy, które pochodzą z kultury, z języka, z historii naszej rodziny i z warstwy społecznej. W naszym umyśle nagrały się pouczenia naszej mamy i powiedzenia taty. Na nasze poczucie tożsamości ma wpływ historia narodu, w którym się urodziliśmy, a także to, czy i jak rozwiązaliśmy zbiorowe traumy, które zdarzyły się w przeszłości i w których nie mieliśmy udziału. Składają się na nas lektury i filmy. I do tego jeszcze odruchy, instynkty, atawizmy – cała nasza biologiczna strona. Człowiek to naprawdę skomplikowana budowla. W tym świetle popkulturowe hasło „bądź sobą” nabiera jakiegoś komicznego znaczenia.

Fot. BEW Fot. BEW

Studia psychologiczne i praca terapeutyczna pomogły pani w pisaniu?
Z pewnością nie przeszkodziły. To były bardzo fajne studia. Nauczyły mnie wielu rzeczy, które potem przydały mi się w pisaniu – że np. w spojrzeniu na każdą rzecz istnieje wiele punktów widzenia, a rzeczywistość jest uzgadnianiem tych indywidualnych perspektyw. Że wszelkie teorie są tylko próbami opisu i nie należy się do nich zbytnio przywiązywać. Że każdy człowiek może być powieścią do napisania. Że najwięcej się wie, kiedy umie się uważnie słuchać innych. I wreszcie, paradoksalnie, że nie ma powodu, aby zbytnio zajmować się sobą, ponieważ „ja” jest kameleonem, który pójdzie na wszystkie przebieranki, a rozpamiętywanie własnej osoby może stać się męczącą profesją na resztę życia. Pamiętam, jak po zajęciach z psychologii klinicznej, gdy omawialiśmy objawy zaburzeń, okazywało się, że sami odnajdywaliśmy u siebie wszystkie te syndromy, z borderline, depresją, nerwicą, socjopatią i psychozą maniakalno-depresyjną włącznie. Do pisania często przydatne jest to stare przekonanie, iż żadna obiektywna rzeczywistość nie jest nam potrzebna. Nie ma historii, są tylko biografie – to znaczy, że wszystko dzieje się w ludziach i pomiędzy ludźmi – w relacjach. Świat składa się z drobnych opowieści o ludziach, które splatają się w wielowątkowy warkocz. Ale fascynowała mnie też neuropsychologia – pogranicze, gdzie spotyka się duch i ciało. Uczucia, które bierzemy za zupełnie autonomiczne, a które – jak się okazuje – są rezultatem drażnienia jakiejś części mózgu. W latach 80., kiedy studiowałam, neuropsychologia była jeszcze w powijakach. Dziś to kwitnąca nauka, która sprawiła jednak, że psychologia ma dziś dużo bardziej deterministyczną wizję człowieka. Ale prawdę mówiąc, zawsze byłam bardziej zaangażowana w literaturę, dużo bardziej niż w psychologię.

Zostawiła pani pracę psycholożki i wyjechała za granicę skręcać anteny do jachtów, dlaczego?
Pojechałam do pracy i trafiłam w wielokulturowy świat, zupełnie inny niż Polska lat 80. Tam, pozbawiona starego kontekstu, zaczęłam bardzo intensywnie pisać. Pracowałam z Hindusami, Nowozelandczykami, Południowoafrykańczykami. Z koleżanką Polką próbowałyśmy założyć w tej małej fabryczce związek zawodowy, nie mieściło nam się w głowach, że ci pracujący na czarno ludzie nie mają prawa do urlopu ani żadnego ubezpieczenia. Byłyśmy tak cudownie naiwne. Szybko wybito nam to z głowy.

Z kolei o prawach zwierząt napisała pani poruszający esej „Maski zwierząt”. Wiele osób jest oburzonych cierpieniem byków na korridzie, ale zachwyca się smakiem steku. Inni traktują psy i koty jak członków rodziny, ale nie mają najmniejszych problemów, by jeść kury czy świnie. Dlaczego to nie jest oczywiste, że nie powinno się zabijać zwierząt, również po to, by je zjadać?
To dzieje się z rozpędu, z przywiązania do starych, anachronicznych wizji świata. To nawyk, odruch, w niektórych przypadkach forma uzależnienia. Także pewna umysłowa bezwładność, którą czasem – niesłusznie – nazywa się tradycją. Brak wrażliwości i niechęć do zmierzenia się z pytaniem: Skąd się bierze to, co jemy? No i w końcu potężne mechanizmy obronne, które chronią nas przed dyskomfortem psychicznym. Byłoby uczciwie, gdybyśmy – jak już musimy i chcemy – jedli to mięso świadomie, wiedząc, że uczestniczymy w czymś dość makabrycznym. Żeby to był moralny wybór, a nie nawyk, odruch, bezmyślność.

Napisała pani, że pisarz ma obowiązek zabierania głosu w sprawach dotyczących nas wszystkich. Czy z tego powodu zabiera pani głos w sprawie zwierząt?
Tak napisałam? Nie, nie uważam, że pisarz ma taki obowiązek. Pisarki i pisarze mają różne temperamenty, chociaż, jak większość ludzi, pewnie starają się, żeby być dobrymi ludźmi. Praca pisarzy polega zaś na szczególnej uważności, bo często dostrzegają to, co dla innych jest albo niewidoczne, albo odwrotnie – zbyt oczywiste, i na umiejętnym pokazywaniu, jak bardzo złożony i skomplikowany jest świat. Literatura poddana jakimś obowiązkom przestaje być sztuką, staje się tubą. Ale kiedy zdasz sobie sprawę, że ludzie cię słuchają, to lepiej odzywać się w słusznych, dobrych sprawach niż w błahych. Papier kosztuje, szkoda go na pierdoły. Myślę, że do tego się dojrzewa. Często młodzi pisarze są skoncentrowani na „ekspresji samego siebie”, cokolwiek to znaczy. Z wiekiem u zdrowego człowieka „ja” trochę zanika, przysycha i nie wypełnia już tak bardzo całego horyzontu.

Nie chciałaby pani wejść na barykady, zająć mównicy, założyć jak w Holandii partii dla zwierząt?
Do tego trzeba specyficznego temperamentu, a ja go nie mam. I chyba z wiekiem staję się bardziej introwertyczna – nie umiałabym przemawiać do tłumu ani kłócić się z politykiem na wizji. Mam wielką tremę przed występami publicznymi. To nie dla mnie. Lepiej niech każdy robi to, w czym czuje się dobrze i na czym się zna.

Janina Duszejko, bohaterka pani książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, przerażona tym, że na jej oczach łamane jest moralne prawo do istnienia i nikt nie reaguje, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
Duszejko jest jak obywatel, który zszokowany nagle odkrywa, że obowiązujące prawo jest niemoralne. I że prawo w ogóle jako takie może być niemoralne. Wydaje mi się, że jest to coraz powszechniejszy dylemat zwykłych ludzi, którzy obserwują takie sytuacje w życiu – co zrobić, jak się zachować, kiedy sumienie mówi nam, że obowiązujące zasady są złe, a jednak chcielibyśmy być praworządnymi i dobrymi obywatelami. To na przykład bezkarność ewidentnych przestępców. Niesymetria w przyzwoleniu na stosowanie przemocy – państwo może stosować przemoc wobec obywatela, obywatel wobec państwa – nigdy. Rosnące rozwarstwienie między biednymi a bogatymi. Ewidentne oszustwa w świetle prawa. W gruncie rzeczy to stara bajka o człowieku, który zawiedziony porządkiem postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość. Wydaje mi się, że dziś ta tendencja narasta. Świat zrobił się niesprawiedliwy i bezwzględny; przypomina pole nieustannej walki. Duszejko określa życie codzienne jako system skomplikowanych mechanizmów obronnych, który zbudowaliśmy po to, by nie widzieć tego, co dzieje się naprawdę. Że na obrzeżach miast stoją wielkie rzeźnie, ludzie cierpią i umierają, że są nieszczęśliwi i samotni, że trwają wojny. To sytuacja trochę jak z „Matrixa”. I ten system działa – mamy telewizję, rozrywki, gry, plotki, awantury polityków, sport wyczynowy, mecze futbolowe - wszystko po to, żebyśmy się mogli czymś zająć i nie drążyli zbyt głęboko, bo wtedy trudno byłoby to znieść.

To możliwe, żeby wiedzieć, co kryją te mechanizmy?
Chyba tylko jakiś Bóg. Rzeczywiście musi być potężny, jeśli sobie z tym radzi. My nie musimy.

A pani jak sobie radzi z cierpieniem?
Jak umiem. Jestem z tych, co albo marzą, albo pracują. Praca jest słodkim mechanizmem obronnym. I jedno, i drugie wyciąga umysł z rozpamiętywania i zgubnego zajmowania się traumami, oba te stany wymagają koncentracji i skupienia. Trochę przestaje się żyć, gdy się pisze i marzy, prawda? Zawsze lubiłam pracować, od dzieciństwa. Zadawałam sobie zawsze jakieś zadania, coś zbierałam, studiowałam, zgłębiałam, robiłam jakieś wyprawy, zawsze byłam czymś zajęta. Praca porządkuje świat, emocje, nadaje sens – to silne lekarstwo i chyba tylko w depresji widać, jak bardzo jest się nieszczęśliwym, kiedy nie jest się zdolnym pracować. Ostatnio pracuję całe dnie, od rana do wieczora, i chociaż wieczorem padam i klnę, to rano naprawdę siadam z przyjemnością przy biurku.

A sens? Jest możliwy do znalezienia?
Sens nie jest jakimś drogocennym skarbem schowanym w jaskini, który po wielu trudach samotnej podróży należy odnaleźć i zdobyć. To nie ta bajka. Sens to coś, co się tworzy, codziennie od początku, począwszy od pierwszej wypitej rano kawy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Olga Tokarczuk założyła swoją fundację

Olga Tokarczuk na oficjalnej inauguracji działalności swojej fundacji. (Fot. Krzysztof Zatycki/Forum)
Olga Tokarczuk na oficjalnej inauguracji działalności swojej fundacji. (Fot. Krzysztof Zatycki/Forum)
Olga Tokarczuk zainaugurowała działalność swojej fundacji. Jej głównym celem będzie wspieranie twórczości kobiet, a także ochrona podstawowych praw człowieka i praw zwierząt. Noblistka zdradziła również datę premiery swojej najnowszej książki. 

"Fundacja Olgi Tokarczuk powstaje w niespokojnych i zaskakujących czasach, w których na naszych oczach zmienia się rzeczywistość: znikają znane drogowskazy i stałe punkty orientacyjne, ale też otwierają się inne perspektywy i możliwości. Potrzebne stają się nowe pomysły i idee. Chcemy stworzyć przestrzeń do międzynarodowej rozmowy o nadchodzących latach; miejsce umożliwiające łączenie tych dziedzin i energii życia, które na pozór wydają się być od siebie niezależne i odległe. Będziemy wspierać takie inicjatywy kulturalne, artystyczne, naukowe i obywatelskie, które pokazują odmienne punkty widzenia, szukają nowych formuł dla życia społecznego, tworzą pionierskie rozwiązania" - czytamy na stronie Fundacji Olgi Tokarczuk.

Działanie fundacji zainaugurowała sama Olga Tokarczuk w sobotę, 4 października, podczas konferencji prasowej we Wrocławiu. Noblistka przedstawiła członków zarządu oraz główne cele fundacji i jej pierwsze inicjatywy.

Do zarządu Tokarczuk wybrała "ludzi, którym ufa, których szanuje i których kocha". Zatem prezesem został Grzegorz Zygadło, prywatnie mąż noblistki. Funkcję wiceprezeski objęła jej przyjaciółka, Izabella Kaluta. Członkiem zarządu jest także syn Olgi Tokarczuk, Zbyszko Fingas. Natomiast w radzie fundacji zasiadają m.in. Agnieszka Holland i Irek Grin, dyrektor Wrocławskiego Domu Literatury. Przyszła siedziba fundacji będzie mieściła się we Wrocławiu, w willi przy ulicy Krzyckiej 29.

Działalność fundacji Olgi Tokarczuk ma opierać się na czterech filarach: „Przyszłość”, „Równość”, „Twórczość” i „Czułość”. Szczególnie ważne dla noblistki kwestie to otwartość myślenia i działania, dlatego polityka kulturalna fundacji jest nieodłącznie związana z zasadami demokracji, wolności słowa, swobodnej wymiany myśli i solidarności społecznej. Dlatego też fundacja w szczególny sposób wspiera twórczość kobiet, m.in. poprzez programy stypendialne: „Kosmiczna odyseja” – wspierający przyszłość artystyczną, naukową, zawodową młodych dziewcząt oraz „What if women made films…”– program rezydencji dla scenarzystek 40+.

Inne inicjatywy Fundacji to m.in. projekt "Ex-centrum", w którym Agnieszka Holland, Marian Turski, Anda Rottenberg, Ewa Bińczyk, Urszula Zajączkowska i Zbigniew Mikołejko zaproponują – zgodnie z najlepszymi tradycjami futurologii - nowe pojęcia dla opisania zbliżającej się zmiany. Ich teksty są publikowane na łamach tygodnika „Polityka”, a rozmowy z nimi można obejrzeć w Internecie. W przyszłej siedzibie Fundacji wystartuje „Własny pokój”, program międzynarodowych rezydencji dla ludzi pióra, w tym pisarzy, scenarzystów, reporterów, tłumaczy czy naukowców. „Jak zdobyć Nagrodę Nobla?” to projekt, na który złożą się m.in: konkursy dla uczniów, scenariusze lekcji i materiały dydaktyczne dla nauczycieli, a także poradnik z dobrymi praktykami czytelniczymi. Pod hasłem „Zezwierzęcej” odbędzie się cykl debat poświęconych prawom zwierząt – pierwsza pt. "Prawo ludzi/prawa zwierząt".

Podczas spotkania we Wrocławiu Olga Tokarczuk poinformowała również, że 12 listopada ukaże się jej pierwsza książka po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla. "Czuły narrator" ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Na książkę składa się 12 esejów i wykładów, m.in. mowa noblowska Tokarczuk, które mają być pewnego rodzaju zaproszeniem za kulisy twórczości noblistki.

  1. Kultura

Olga Tokarczuk z kolejną nagrodą literacką

Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród  Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk dostała nagrodę „La storia in un romanzo 2020” na włoskim festiwalu książki Pordenonelegge. W poprzednich latach laureatami tej nagrody byli między innymi: Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan i Swiatłana Aleksijewicz.

Jak podaje Polska Agencja Prasowa, polska noblistka została wyróżniona za "wykraczające poza ramy, wspaniałe i zaskakujące powieści" oraz wprowadzanie tematów historycznych do literatury pięknej. Jury festiwalu doceniło również, że w swojej twórczości nie unika tematów związanych z bolączkami współczesnego świata - prawami zwierząt, feminizmem, prawami mniejszości, a jednocześnie podkreśla, że "zmiana jest bardziej szlachetna niż stabilność".

"Jestem szczęśliwa, dlatego że ta nagroda pokazuje, że literatura działa. To, co napisałam wiele kilometrów stąd, w lasach na północy Polski, nagle jest rozumiane, docenione na południu we Włoszech i czytelnicy są w stanie zrozumieć to, co próbowałam wyrazić w swoim języku innym niż wasz. Dziękuję wszystkim tłumaczom świata, że potrafią, niczym posłannicy Hermesa, przewodzić, przekazywać informacje z jednego języka, jednej kultury na drugą" - powiedziała Olga Tokarczuk 19 września, podczas odbierania nagrody.

Festiwal książki „La storia in un romanzo” odbywa się od 13 lat, a główna nagroda jest przyznawana dla najwybitniejszych współczesnych pisarzy i dziennikarzy. W ubiegłym roku nagrodę przyznano Swiatłanie Aleksijewicz, autorce książek: "Czarnobyl", "Afganistan", "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Laureatami poprzednich edycji byli między innymi Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan.

  1. Kultura

Antonia Lloyd-Jones - kim jest tłumaczka książek Olgi Tokarczuk?

Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Jest jedną z najwybitniejszych tłumaczek polskiej literatury. Antonia Lloyd-Jones przekładała na angielski m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Huelle, Olgę Tokarczuk. Podarowała światu Polskę w jej najlepszym wydaniu. Tłumacząc, staje się agentką autorów. A także w jakimś sensie każdym z nich.

Jak poznałaś Olgę Tokarczuk?
Na progu jej domu w Krajanowie. Powitała mnie, wręczając szczoteczkę do zębów, piżamę i jednorazowe papierowe majtki, bo straciłam w podróży walizkę. Do dzisiaj te majtki są dla nas zagadką. Był rok 1996. Ad van Rijsewijk, założyciel holenderskiego wydawnictwa De Geus – ma żonę Polkę, mówi po polsku, bardzo dużo wie o polskiej literaturze i był agentem kilku polskich autorów – zaprosił mnie do domu w Kotlinie Kłodzkiej, który niedawno kupił. Niewinnie pomyślałam: „Jadę”. Odebrał mnie z Wrocławia, ale w drodze wyjaśnił, że dom nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Zawiózł mnie pod dom Olgi, bo mieszkała w pobliżu. Zorganizowała mi nocleg u sąsiadów, sama akurat miała pełno gości. Nie wiedziałam jeszcze, jak ważny okaże się ten adres, że będę tłumaczyła jej książkę „Dom dzienny, dom nocny”, inspirowaną i tym domem, i okolicą. Mieszkałam u bardzo fajnych ludzi, mieli burego kota Czesława. Bardzo się z nim polubiłam. Kiedy wróciłam do nich po latach, już nie żył, ale pojawił się kolejny, identyczny, również Czesław. Prawie co roku przyjeżdżałam do Olgi. Na jej wiejskiej klaczy, która nazywała się Halina, jeździłam po okolicy. Wspaniale było. Wieczorami z Olgą, jej rodziną, ich przyjaciółmi gadaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy. Któregoś wieczora Olga mówiła po angielsku taki śmieszny wiersz Gelletta Burgessa o fioletowej krowie: I never saw a Purple Cow,/I never hope to see one;/But I can tell you, anyhow,/I’d rather see than be one [Nie widziałam fioletowej krowy/I nie liczę na widok takowy,/Ale mogę już teraz dać słowo:/Wolę widzieć niż sama być takową.]. Nazajutrz dosiadłam Halinę i pokłusowałyśmy po łagodnych wzgórzach. Nagle widzę fioletową krowę. Była posmarowana jodyną. W domu nikt mi nie uwierzył.

W Polsce czujesz się jak w domu?
O, to musi być długa opowieść. Mając 18 lat, jechałam pociągiem z Londynu do Moskwy, gdzie w czasie igrzysk olimpijskich pracowałam jako opiekunka do dzieci u pewnego dyplomaty. Jechałam w wagonie sypialnym. Obudziłam się wcześnie rano, za oknem pola, płasko, mgła. Wyobrażałam sobie, że z tej mgły wyłonią się zaraz polscy kawalerzyści, galopując na koniach. Bardzo romantyczny obraz mglistego pola bitwy. Kiedy wracałam, Polacy postawili na torach traktor, żeby wykoleić radziecki pociąg. Doszło do wypadku. Straciłam przytomność, bo nie można było otwierać okien z jednej strony. Na korytarzu było otwarte tylko jedno, małe. Było potwornie duszno. Przypadkowo byli tam irlandzcy mistrzowie olimpijscy. Jechali pociągiem, bo jeden z nich bał się latać. Zaopiekowali się mną. Mówili: „Potrzebujesz tabletki z solą, jak nasz biegacz, też stracił przytomność”. To było moje pierwsze doświadczenie z Polską, kiedy Polacy wykoleili pociąg.

Brzmi symbolicznie. Kiedy tu przyjechałaś?
Pierwszy raz latem 1983 roku, był jeszcze stan wojenny. Miałam we Wrocławiu znajomych, to byli bracia, którzy w czasie karnawału Solidarności wyjechali do Berlina, do pracy. Tam ich poznałam. Maciek był trochę starszy ode mnie, Piotrek młodszy. Korespondowaliśmy, wiedziałam, co się w Polsce dzieje. Przesyłałam im płyty, ciuchy, czasami ginęły na granicy. Nie mówiłam po polsku, tylko po rosyjsku, bo studiowałam rusycystykę. Tu stan wojenny, ja jadę do Polski, mogąc się porozumieć wyłącznie po rosyjsku, bardzo się krępowałam. Nikt nie chciał uwierzyć, że jestem Angielką. Bo co by tu miała robić Angielka? Polacy byli pewni, że jestem Rosjanką, jeszcze te moje kości policzkowe! Kolega studiował rolnictwo, miał z kumplami opiekować się stadem krów w Kotlinie Kłodzkiej. Wyjechaliśmy na wieś. Usiadłam w polu z podręcznikiem „Naucz się polskiego”. Pierwszym słowem, jakiego Anglik miał się z niego nauczyć, było „kochać”. Słuchaliśmy muzyki. Piotrek miał obsesję na punkcie Stinga i The Police. Dali mi kasety, na których były nagrane ich ulubione polskie hity. Wśród nich Martyny Jakubowicz „Żagle tuż nad ziemią”: Lokomotyw dym senne żagle wzdyma/Tuż nad ziemią/świat udaje kolorowy film/A tutaj tylko ciemność. Piosenki Maanamu, Lady Pank. Pamiętam koncerty na wyspach we Wrocławiu. Chłopaki mieli też obsesję na punkcie reggae. Oszaleli, kiedy zagrał brytyjski zespół Misty in Roots. W pociągach parowych w Kotlinie Kłodzkiej ciągle śpiewaliśmy Boba Marleya: Rastaman vibration, yeah, positive. Piotr chciał zostać rastamanem, ależ to były fajne czasy! Chcieliśmy się upijać, imprezować, kochać. To, co inni młodzi.

Ilustracja Studio ABC Ilustracja Studio ABC

Uczyłaś się Polski? 
To był dar od losu, że trafiłam do tej rodziny. Pochodzili z Kresów – mama z Pińska, ojciec z Łucka, był AK-owcem. Mając 14 lat, wyszedł z domu bez butów ze starą zepsutą bronią, by walczyć na Wołyniu. Jego starszy brat też był partyzantem, utopił się w rzece podczas ucieczki. On to widział. Po wojnie umiał pisać o swojej walce, ale przez wiele lat nie mógł opisać śmierci brata… Był pierwszym Polakiem, który tłumaczył mi historię Polski.

Rozumiałaś stan wojenny, to, co się wtedy działo?
U nas wszyscy wiedzieli, kim jest Wałęsa. Byłam uprzywilejowaną, bardzo dobrze wykształconą Angielką, ale to był inny świat. Mimo to instynktownie rozumiałam, co się dzieje. Pamiętam, chciałam przedłużyć wizę. Musiałam chodzić po urzędach, pójść na komisariat milicji, dużo papierów, pieczątek... Kolega pokazał więzienie, w którym siedział. Wszyscy walczyli z milicją na ulicy i siedzieli w jakimś więzieniu. Spotkaliśmy Amerykanina. Krzyczał: „Ci głupi ludzie nic nie rozumieją!”. Tłumaczyłam, że to on powinien zrozumieć kraj, który ma swoje kłopoty, że dla Polaków nic nie jest proste. Ale on był wściekły. Gdyby Piotrek go zrozumiał, toby go pobił. Stale pytał: „Co on mówi, co on mówi?!” „Za chwilę ci powiem”. Kiedy wyszliśmy z tego biura, wyjaśniłam. Chciał wracać. W innym spotkaliśmy drugiego Amerykanina, bardzo Polakom współczuł. Opowiadał, że nauczył się polskiego na statku… Tak więc w tamtym czasie spotkałam we Wrocławiu dwóch obcych – wściekłego i sympatycznego. Co tam robili, nie wiem.

Ale dlaczego Polska?
Olśnienie? Intuicja? Poczucie, że odnalazłam nareszcie to, czego szukałam, że jestem w domu i tu powinnam być. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Jak wyglądało twoje życie wcześniej?
Wyrosłam w Oksfordzie. Mój ojciec był profesorem literatury starogreckiej, słynnym badaczem. Zdobyłam prawdopodobnie najlepsze możliwe wykształcenie. Najpierw uczyłam się w męskiej Dragon School w Oksfordzie, na 500 chłopaków było pięć dziewczyn. Byłam jedyną dziewczyną na roku. Grałam w rugby, krykieta, piłkę. Kiedy trafiłam do szkoły dla dziewcząt, nie umiałam się odnaleźć, w ogóle ich nie rozumiałam. No, a potem była druga ważna po Eton szkoła w kraju, bardzo stara, Westminster, znów męska, dziewczyny uczą się w niej ostatnie dwa lata.

Co by było, gdyby ojciec nie czytał ci Turgieniewa?
Zawsze dużo razem czytaliśmy, na głos. Do śmierci ojca. „Pierwszą miłość” Turgieniewa czytał mi, kiedy miałam 11 lat, byłam pod wielkim wrażeniem, bo domyślałam się, kto naprawdę miał romans z Zinaidą. W Dragon School była klasa, w której można było się uczyć rosyjskiego. Chciałam tę książkę przeczytać kiedyś w oryginale, więc poszłam na lekcje. Mój ojciec był wspaniałym lingwistą. Mówił płynnie w kilku językach.

Ale nie po polsku?
Ani po polsku, ani po rosyjsku. Urodziłam się z talentem do języków, ale podświadomie wybrałam te, których nie znał. Mógł być ze mnie dumny, bez krytykowania. Miał wysokie standardy i zawsze wszystkich poprawiał. To zniechęcające dla dziecka. A z drugiej strony – ośmielał: „Po prostu mów, zrobisz błędy, trudno, ale jeżeli nie będziesz mówić z obawy, że zrobisz błędy, nigdy się nie nauczysz. Ludzie cię polubią, jak będziesz robiła błędy w ich języku”. Zrozumiałam to, kiedy na przyjęciu u Antoniego Libery rozmawiałam z pewną Amerykanką, nie mówiła po polsku. Wyjęła z torebki papierosa, ale nie miała zapalniczki. Zapytałam, czy poprosić kogoś o ogień. Zwróciłam się do mężczyzny, który siedział najbliżej, a ponieważ tego dnia słuchałam na iPadzie piosenek Okudżawy po rosyjsku, nałożyły mi się języki. „Czy mogę pana prosić o ogon?” – zapytałam. Był zachwycony.

Słyszałem cię czytającą po angielsku „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Słusznie myślę, że czytasz głośno przekłady, pracując nad nimi?
Tłumacz powinien słyszeć tekst. Kiedy zaczynam przekładać, często słucham audiobooka. Bywa, że więcej można z niego zrozumieć. W tej chwili tłumaczę opowiadania Lema, są arcytrudne. Całe szczęście jest wspaniały audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Odnalazłam go na Facebooku i chciałam podziękować, niestety, dowiedziałam się, że ciężko choruje. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia.

Nie chciałaś być pisarką?
Marzyłam o dziennikarstwie, nie o tłumaczeniu. Ale lubię swoją pracę. Czasem mówię pisarzowi, którego tłumaczę: „Widzę, że dla ciebie ważne jest to słowo…” „Tak? Naprawdę?”. Zdarza się, że pytam Olgę, co znaczy coś, co napisała. Odpowiada: „No, to moja poezja”. „Ale musi coś znaczyć” – drążę. Teraz wspólnie z Zosią Krasodomską-Jones tłumaczę „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer. To bardzo literacki reportaż, miejscami poezja. Głos tej książki jest mocny. Trzeba go poczuć. Nie lubię tłumaczyć dwóch książek równocześnie, bo chcę czuć jeden głos.

Kiedy przyjeżdżałaś do komunistycznej Polski, myślałaś, że się kiedyś zmieni?
Byłam przekonana, że do końca mojego życia będzie arcyponura komuna. Chciałam zostać dziennikarką, by pisać o tym, co się w Polsce dzieje, i w ten sposób pomóc znajomym. Nikt u nas wtedy nie rozumiał, jak wiele pokolenie rodziców moich polskich przyjaciół straciło przez wojnę i komunizm i jak beznadziejne jest życie moich rówieśników. Mogli wyjechać do Kanady, tak w pewnym momencie zrobił Maciek, albo zostać bez perspektyw. Dlatego tak mnie teraz rozczarowuje to, co się w Polsce dzieje.

Co robiłaś po powrocie do Anglii?
Chciałam zostać na uniwersytecie i uczyć się polskiego, nie dostałam na to pieniędzy. Moje pierwsze słowniki były rosyjsko-polskie, czytałam polskie powieści, mając otwarte ich przekłady, porównywałam. Polskiego nauczyłam się sama. Kiedy masz 21 lat, wszyscy zadają ci głupie pytanie: „A czym się zajmujesz?”. Nie miałam pracy, odpowiadałam: „Uczę się polskiego”. Zatrudniłam się we wspaniałej księgarni Mandarin Books w Notting Hill Gate w Londynie. Przychodzili do niej pisarze. Była niedaleko BBC, więc filmowcy, producenci telewizyjni zaglądali, szukając książek do adaptacji. Mavis, właścicielka księgarni, miała wielki wpływ na to, jakie seriale oglądali Anglicy.

Kiedy zaczęłaś przekładać?
Po pięknych czasach Solidarności jakby się znów wszystko cofnęło. Dostałam pracę u wspaniałego Polaka, Leopolda Łabędzia, wyjechał z Rosji z wojskiem Andersa, studiował we Włoszech i zamieszkał w Londynie. Był bliskim znajomym Zbigniewa Brzezińskiego. Prowadził pismo o polityce świata komunistycznego. „Trochę znasz polski, przełóż to” – mówił, dając mi teksty. Próbowałam tłumaczyć ze słownikiem. Przez niego poznałam Janka Chodakowskiego, prowadził wydawnictwo Polonia i założył wydawnictwo Puls. W 1988 roku pojechałam do Glasgow na festiwal kultury polskiej, w kawiarniach były takie okrągłe stoliki; „O, to jest Polsce potrzebne” – mówiłam. Przyjechali Antoni Libera, Paweł Huelle, Bronisław Maj, byli jak niewolnicy egipscy w operze, jakby wyszli z jaskini do świateł, bo w końcu mogli wydostać się z kraju. Janek miał świetny pomysł – wydać dobre powieści z centralnej Europy w tłumaczeniu na angielski. W Polsce dopiero co wyszedł „Weiser Dawidek” Pawła Huellego, zyskał rozgłos. Poznałam słynnego tłumacza z rosyjskiego Michaela Glenny’ego, uczył mnie przygotowywania materiałów o książce tak, by chciał ją kupić brytyjski wydawca. Przełożyłam fragmenty „Weisera...”, to był mój pierwszy przekład. Michael przekonał Liz Calder, królową brytyjskich wydawców, do zakupu praw. Zaproponowała mi przełożenie całej książki. „Ale skąd, nie jestem tłumaczką. Nie za dobrze znam polski” – broniłam się. „Ale świetnie przełożyła pani fragmenty”. Moja współlokatorka namawiała: „Co ty?! Spróbuj”.

Twoi znajomi mówią, że jesteś jak Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego”, ciągle w podróży.
No i mam rudego kota. Rok zaczęłam w Portugalii, potem byłam w Polsce, ale przez epidemię nie podróżowałam od lutego. Tęsknię za Polską, bo prawie co miesiąc przyjeżdżam. Dużo podróżuję do Stanów. Jestem energiczna. Po przejściach, więc trochę wytarta. Może już nie tak energiczna jak dawniej, ale w ruchu.

Jakie światło jest w Polsce, a jakie na Alasce? Jak tam w ogóle trafiłaś?
Mieszkałam na Alasce pięć lat. Miałam partnera biologa. Mieszkaliśmy też w Nowej Zelandii. Ale… To inny rozdział mojego życia. Na początku, nikogo nie znając, bałam się. Zaraz ci powiem, jak sobie można poradzić na świecie. Po pierwsze, wszędzie są Polacy. Na Księżycu są Polacy. Na Marsie też. Na Alasce student mojego partnera miał żonę Polkę, Ewę. Poznała mnie ze środowiskiem polskich biologów. Poznałam też Polaków, którzy mieli parafie wśród Eskimosów, Inuitów, latali między tymi parafiami małymi samolotami. Po drugie, przydaje się jazda konna. Bardzo łatwo zaprzyjaźnić się z koniarzami. Na Alasce jest dużo koni. Po trzecie, robienie na drutach. W każdym nowym mieście szukam sklepu z wełną. Nie muszę znać języka. Naszym wspólnym językiem są druty. Wielu ludzi tak poznałam. Na Alasce jest wspaniała wełna z piżmowołu. Mieszkaliśmy w lesie, pod miastem. Zimą światło księżyca pada między drzewa, jest niebieskie, niesamowite. Latem… Osiki, których rośnie tam tak wiele, mają małe liście, szeleszczą na wietrze. Przekładałam „Brzezinę” Iwaszkiewicza, jest tam obłędny opis szelestu liści. Usłyszałam go na Alasce. Wreszcie dokładnie zrozumiałam, co opisał.

To dla ciebie ważny pisarz?
Uwielbiam go. „Brzezina” napisana jest jak koncert. Są różne tony, crescenda, diminuenda. Jest dwóch braci – ponury Bolesław, zmarła mu żona, nie wie, co począć, ale fizycznie jest w pełni sił; i Staś, który uwielbia życie, ale fizycznie umiera. Jest kontrast między słowami „pokój” i „niepokój”. Nawet nie zauważamy, jak na nas działają. Miałam trudność, aby w angielskim znaleźć odpowiednie słowa. Chciałam, żeby ich echo było niezauważalne.

Jaki masz plan, kiedy już uda ci się przyjechać do Polski?
Natychmiast pojadę do Puszczy Białowieskiej, do Adama Wajraka. Chcę tłumaczyć jego wspaniałą książkę o wilkach. Reklamuje mi puszczę jako małą Alaskę. Przysyła filmiki z wilkami, żubrami, zdjęcia. Wszystko, co pisze o tym miejscu, bardzo mnie przyciąga. To w tej chwili moje marzenie. Mam kolejkę wspaniałych książek do tłumaczenia. Pewni polscy pisarze piszą jak anioły. A przy tym są tacy różni. Nie tylko ich książki są w moim życiu, również oni. Ta praca to wielka odpowiedzialność, i jaka frajda! Mogę być trochę każdym z nich.

Antonia Lloyd-Jones, przekładała również: Jacka Dehnela, Mariusza Szczygła, Joannę Olczak-Ronikier, Wojciecha Tochmana, Wojciecha Jagielskiego, Jacka Hugo-Badera, Witolda Szabłowskiego, Żannę Słoniowską, kryminały Zygmunta Miłoszewskiego i Maryli Szymiczkowej (czyli duetu Jacek Dehnel–Piotr Tarczyński), Janusza Korczaka, Ryszarda Kapuścińskiego, Józefa Czapskiego, Józefa Wittlina, Juliana Tuwima. Laureatka nagród: Found in Translation (dwukrotnie), Stowarzyszenia ZAiKS, Transatlantyku. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w jej przekładzie był na krótkiej liście Man Booker Prize 2019. Mieszka w Londynie. 

  1. Kultura

"Erotica 2022" - pierwszy polski film Netflixa

Premiera filmu
Premiera filmu "Erotica 2022" jest zapowiedziana na jesień 2020 roku. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Netflix zapowiedział premierę pierwszego polskiego filmu na ich platformie streamingowej. "Erotica 2022" to film o kobietach stworzony przez kobiety - pięć reżyserek i pięć pisarek (m.in. Olga Tokarczuk) opowiedziało historię pięciu kobiet, żyjących w surrealistycznym świecie. 

"Erotica 2022" trafi na platformę streamingową Netflix już jesienią bieżącego roku. Jest to film stworzony przez pięć wyjątkowych polskich reżyserek: Olgę Chajdas ("1983", "Nina"), Annę Jadowską ("Dzikie róże"), Katarzynę Adamik ("1983", "Pokot") Jagodę Szelc ("Wieża. Jasny dzień") oraz Annę Kazejak ("Obietnica"). Reżyserki podjęły się przeniesienia na ekran historii autorstwa pięciu uznanych polskich pisarek: Gaję Grzegorzewską, Grażynę Plebanek, Joannę Bator, Ilonę Witkowskę i laureatkę Nagrody Nobla Olgę Tokarczuk.

Pierwszy polski film Netflixa to opowieść o świecie podobnym do tego, w którym obecnie żyjemy, ale znacznie bardziej opresyjnym wobec kobiet i surrealistycznym. Kobiety w nim są produktami, ich seksualność jest tłamszona, a macierzyństwo staje się obowiązkiem. Pięć bohaterek stawia czoła rzeczywistości pełnej absurdów, niezdrowych relacji, braku prawdziwych emocji i samotności. Obraz przedstawiony w filmie z jednej strony jest sztuczny, a jednocześnie niesamowicie wiarygodny.

(Fot. materiały prasowe Netflix) (Fot. materiały prasowe Netflix)

W "Erotica 2022" zagrają m.in.: Małgorzata Bela, Agnieszka Żulewska, Julian Świeżewski, Agata Buzek, Andrzej Konopka, Sebastian Stankiewicz, Monika Pikuła, Ignacy Liss, Sara Celler Jezierska i Sebastian Pawlak. Jego producentką jest Marta Lewandowska ze studia filmowego Friends with Benefits.

  1. Styl Życia

Ruszyła licytacja bestselleru Olgi Tokarczuk z jej osobistą dedykacją

Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk postanowiła wesprzeć Fundację Martyny Wojciechowskiej UNAWEZA w zbiórce na budowę domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i dzieci. Noblistka przekazała na licytację swoją bestsellerową powieść z osobistą dedykacją. 

"Dobrej Duszy, która wsparła budowę domu dla matek z małym dzieckiem. Dziękuję!" - napisała laureatka Nagrody Nobla Olga Tokarczuk w dedykacji na pierwszej stronie jej powieści "Księgi Jakubowe", którą przekazała na licytację Fundacji UNAWEZA. Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na zorganizowaną przez fundację Martyny Wojciechowskiej zbiórkę pieniędzy na wybudowanie domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, który ma być dla nich pomocą w radzeniu sobie z trudami macierzyństwa. "Księgi Jakubowe" z dedykacją Olgi Tokarczuk można wylicytować na portalu internetowym Allegro.pl.

Choć istnieją w Polsce Domy dla Samotnych Matek, to okazuje się, że nie powstał jeszcze dom dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci. A jest to niezwykle potrzebna inicjatywa, zapełniająca istotną lukę w systemie pomocy społecznej, z której niewiele osób zdaje sobie sprawę. Dlatego też Martyna Wojciechowska wraz ze swoją Fundacją UNAWEZA postanowiła wesprzeć inicjatywę wybudowania takiego domu, która została zainicjowana przez Fundację po DRUGIE. Domu, dzięki któremu nastoletnie matki nie będą już musiały się obawiać tego, że zostaną rozdzielone ze swoim dzieckiem. Otrzymają również w nim odpowiednie wsparcie w dorastaniu do najważniejszej i najtrudniejszej roli w życiu – bycia matką.

https://www.facebook.com/podrugie/videos/553352532044157/

Te dziewczyny nie mają edukacji seksualnej, czasem nie rozumieją co się dzieje z ich ciałami, jakie są konsekwencje ich decyzji. A co, kiedy zachodzą w ciążę? Kiedy nastolatka rodzi dziecko to nie może się nim zajęć, bo nie ma władzy rodzicielskiej. A nie zawsze może liczyć na wsparcie rodziny. Wtedy noworodek trafia do rodziny zastępczej, a młoda Mama jest pozostawiona sama sobie. Napiętnowana i odrzucona. Z kolei Dziecko pozbawione jest na starcie tego, czego każdy potrzebuje najbardziej – bliskości i czułości Mamy, której nie zastąpi nic na świecie. Oboje przepadają w bezdusznym systemie. Czuję niesprawiedliwość i żal, że ten świat został przez nas dorosłych tak urządzony. I nie mam na to zgody - napisała Martyna Wojciechowska.

Według informacji podanych na stronie Fundacji UNAWEZA, nieletnia dziewczyna, która zaszła w ciążę, po urodzeniu dziecka nie ma władzy rodzicielskiej. Opiekę nad maluchem może sprawować jej rodzina. Jeśli pochodzi z patologicznego domu, na którego pomoc nie może liczyć lub została z niego wyrzucona przez ciążę, może się zdarzyć, że młoda mama straci dziecko i zostanie ono umieszczone w rodzinie zastępczej. To samo dzieje się w sytuacji, kiedy matkami zostają dziewczyny z domu dziecka lub zakładu poprawczego. Nawet jeśli matka deklaruje chęć zatrzymania malucha i jego wychowania. Jej zdanie w tej sytuacji może nie być wzięte pod uwagę.

W domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci ma jednorazowo mieszkać maksymalnie sześć kobiet. Każda z matek będzie mogła mieć swój pokój, łazienkę oraz osobny pokój dla dziecka. Będzie tam również wspólna kuchnia, jadalnia, salon, miejsce dla opiekunów, pralnia i magazyn. Dom powstaje w Warszawie, ale będzie przyjmował dziewczęta z całej Polski.

Celem zbiórki jest zebranie 500 tys. złotych. Pieniądze można wpłacać na stronie Fundacji UNAWEZA. Fundacja UNAWEZA jest Parterem tej inicjatywy, realizowanej z Fundacją po DRUGIE, która w Warszawie pracuje z młodzieżą i młodymi dorosłymi zagrożonymi wykluczeniem społecznym.