1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Filmy, na które czekamy w 2021 roku

Filmy, na które czekamy w 2021 roku

"Sound of Metal" z Rizem Ahmedem może być jednym z najbardziej fascynujących filmów, jakie zobaczymy w tym roku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wszystko wskazuje na to, że najbliższe miesiące będą fascynującym czasem dla światowej kinematografii. Przed wami premiery filmowe, których z niecierpliwością wypatruję w tym roku. Wśród nich festiwalowe hity, znakomite adaptacje oraz chwytające za serce historie oparte na faktach. Tych pozycji po prostu nie można przegapić. 

Wszystko wskazuje na to, że najbliższe miesiące będą fascynującym czasem dla światowej kinematografii. Przed wami premiery filmowe, których z niecierpliwością wypatruję w tym roku. Wśród nich festiwalowe hity, znakomite adaptacje oraz chwytające za serce historie oparte na faktach. Tych pozycji po prostu nie można przegapić. 

"Ojciec" (15 stycznia)

Wyśmienite recenzje krytyków, nagroda publiczności na festiwalu Sundance, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec" wskazywany jest jako jeden z faworytów tegorocznych Oscarów. To film, który w niezwykle przejmujący sposób pokazuje jak starsi ludzie tracą swoją tożsamość w wyniku choroby, a także dobitnie przedstawia zmagania ich bliskich. Myślę, że nominacji, o ile nie nagrody, doczekają się również wybitne role Anthony'ego Hopkinsa ("Milczenie owiec") oraz Olivii Colman ("Faworyta", "The Crown"). Krytycy zwracają również uwagę na doskonały scenariusz, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie. Czekam zatem z zapartym tchem.

"Malcolm i Marie" (5 lutego)

W tym roku Netflix ma zamiar co tydzień raczyć nas zupełnie nowym filmem. Jednym z nich będzie "Malcolm i Marie", nostalgiczny melodramat Sama Levinsona, twórcy serialu "Euforia". Scenariusz powstał w zaledwie kilka dni, a zdjęcia trwały niespełna dwa tygodnie. W efekcie powstała oszczędna w środkach oda do wielkich hollywoodzkich romansów oraz szczery wyraz wiary w przyszłość kina. Film przedstawia historię reżysera Malcolma oraz jego partnerki Marie. Pewnego wieczoru, gdy para rozmawia o swoich doświadczeniach i marzeniach, na jaw zaczynają wychodzić tajemnice zagrażające ich wspólnej przyszłości. W rolach głównych zobaczymy Johna Davida Washingtona oraz Zendayę. Zapowiada się arcyciekawy seans.

"Nomadland" (19 lutego)

Złoty Lew w Wenecji, nagroda publiczności na festiwalu w Toronto i cztery wyróżnienia przyznane przez National Society of Film Critics to dopiero początek. Nowy film Chloé Zhao ma również chrapkę na Oscara. Wskazywany jako faworyt w tegorocznym wyścigu po statuetkę Akademii Filmowej "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej musi przeprowadzić się do kampera. Po utracie całego dobytku w wyniku ekonomicznej zapaści w swoim rodzinnym mieście wyrusza w podróż po USA w poszukiwaniu sezonowych prac. W roli głównej dwukrotna laureatka Oscara za role w filmach „Fargo” i „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, genialna Frances McDormand.

"Na rauszu" (19 marca)

Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku zaprzyjaźnionych nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. To, co początkowo stanowi rubaszną zabawę, z czasem chwiejnym krokiem zatacza się w stronę tragedii. Film "Na rauszu" w nietypowy sposób porusza temat spożywania alkoholu, ukazując nie tylko jego negatywne, ale również, a może przede wszystkim, pozytywne skutki. Grunt to znaleźć umiar. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena oraz wspaniały soundtrack, w takt którego nie sposób nie tupać nóżką.

"Nie czas umierać" (2 kwietnia)

Szczerze wierzę w to, że wielokrotnie przekładana premiera najnowszej odsłony przygód Jamesa Bonda, którą zaplanowano na ten rok, w końcu się odbędzie. Dwudziesty piąty (prawdopodobnie najdroższy w historii) film o agencie 007 nosi tytuł "Nie czas umierać" i będzie ostatnim z cyklu, w którym w rolę kultowego bohatera wcieli się Daniel Craig. Miejmy nadzieje, że będzie to pożegnanie w pięknym stylu. Tym razem James Bond na prośbę swojego dawnego przyjaciela bierze udział w misji odbicia porwanego naukowca. Obok Craiga, w produkcji udział wzięli również Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Naomie Harris, Léa Seydoux i Rami Malek.

"Last Night in Soho" (23 kwietnia)

W 2021 roku gwiazdy serialowych hitów Netflixa, Matt Smith ("The Crown") i Anna Taylor-Joy ("Gambit królowej"), ponownie zachwycą nas wachlarzem swoich aktorskich umiejętności, tym razem w nowym horrorze psychologicznym Edgara Wrighta. Reżyser znany głównie z produkcji komediowych ("Wysyp żywych trupów", "Scott Pilgrim kontra świat", "To już jest koniec") próbuje swoich sił w zupełnie nowym dla siebie gatunku. Oparty na autorskim opowiadaniu reżysera film przedstawia historię pewnej dziewczyny, która w tajemniczy sposób przenosi się do lat 60. Tam spotyka swojego idola, oszałamiającego początkującego piosenkarza. Wkrótce okazuje się jednak, że Londyn tamtych lat nie jest tym, czym się wydaje. Co z tego wyniknie? Dowiemy się już niebawem.

Kadr z filmu 'Last Night in Soho'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Last Night in Soho". (Fot. materiały prasowe)

"Cruella" (28 maja)

Popularność niezależnych historii o antagonistach z najpopularniejszych filmowych hitów świadczy o tym, że widzowie wręcz uwielbiają czarne charaktery. Produkcji o swoich postaciach doczekali się już m.in. Joker i Harley Quinn z serii o Batmanie, czy Czarownica ze "Śpiącej królewny". Teraz przyszedł czas na demoniczną projektantkę mody ze "101 dalmatyńczyków". Najnowszy film wytwórni Walta Disneya skupi się na tym, dlaczego Cruella De Mon tak naprawdę stała się zła. Pikanterii dodaje fakt, że za film odpowiedzialny jest Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie. W roli Cruelli zobaczymy natomiast Emmę Stone, u boku której pojawią się m.in. Emma Thompson i Mark Strong. Szykuje się kawał mocnej produkcji. Film dostępny będzie na platformie Disney+.

Kadr z filmu 'Cruella'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Cruella". (Fot. materiały prasowe)

"Śmierć na Nilu" (17 września)

Choć osobiście nie jestem fanką filmów na podstawie powieści Agathy Christie, muszę przyznać, że ta produkcja zapowiada się niezwykle obiecująco. Ekranizacja "Śmierci na Nilu" z Kennethem Branaghem po obu stronach kamery zachwyca przede wszystkich obsadą aktorską. W rolach głównych zobaczymy bowiem Annette Bening, Gal Galdot, Armiego Hammera, czy debiutującą na dużym ekranie Emmę Mackey, znaną głównie z roli zbuntowanej Maeve z serialu "Sex Education". Pod kątem wizualnym również nie ma się (na razie) do czego przyczepić. Jeśli jesteście ciekawi jak śledztwo w sprawie zabójstwa młodej milionerki prowadzone przez Herculesa Poirota wypadnie na dużym ekranie, zapraszamy do kin we wrześniu.

"Diuna" (1 października)

Na nową "Diunę" w reżyserii Denisa Villeneuve'a czekam zdecydowanie zbyt długo. Gdy dowiedziałam się, że premierę przesunięto prawie o rok (sic!), załamałam ręce. A tak mało brakowało, aby film trafił do kin w 2020 roku... Zapytacie pewnie, czy rzeczywiście jest na co czekać. Tego dowiemy się dopiero w październiku, chociaż nazwisko reżysera i gwiazdorska obsada z Timothée Chalametem na czele zwiastują wiele dobrego. Na ekranie zobaczymy również Zendayę, Oscara Isaaca oraz Stellana Skarsgårda. Dla niezaznajomionych z tematem: oparta na powieści Franka Herberta „Diuna” śledzi losy dwóch rodów – Atrydów i Harkonnenów, które walczą o władzę nad planetą Arrakis. Gdy panujący ród Atrydów zostaje pokonany przez Harkonnenów, cywilizację przed zagładą może ocalić jedynie syn dawnych władców. Wyczuwam najmocniejszą premierę sci-fi tego roku!

"Żeby nie było śladów" (8 października)

Sprawą Grzegorza Przemyka żyła cała Polska. W maju 1983 roku rutynowo zatrzymany w centrum Warszawy syn opozycyjnej poetki zostaje śmiertelnie pobity przez milicję. Gdy jedyny świadek wydarzenia chce złożyć obciążające milicjantów zeznania, władze PRL decydują się użyć wszelkich narzędzi, aby za wszelką cenę uchronić winnych śmierci chłopaka od konsekwencji. Nowy obraz Jana P. Matuszyńskiego, twórcy "Ostatniej rodziny" i serialu "Król", przyjrzy się tej wstrząsającej historii z bliska. Film oparto na bestsellerowym, nagrodzonym Nike reportażu Cezarego Łazarewicza, "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", z którym warto zapoznać się przed wybraniem się do kina.

Kadr z filmu 'Żeby nie było śladów'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "Żeby nie było śladów". (Fot. materiały prasowe)

"West Side Story" (10 grudnia)

A teraz coś dla fanów Stevena Spielberga i broadwayowskich musicali. Tym razem znany reżyser bierze na warsztat "West Side Story", kultowy spektakl Arthura Laurentsa z 1956 roku, luźno zainspirowany dramatem Williama Szekspira "Romeo i Julia". W najnowszej adaptacji dzieła Tony, najlepszy przyjaciel przywódcy gangu Jetsów, zakochuje się w Marii, siostrze Bernarda, przywódcy Sharków rywalizujących z Jetsami. Gdy zakochana para zostaje wplątana w porachunki gangów, tragedia wisi w powietrzu. W rolach głównych wystąpią Ansel Elgort oraz debiutantka Rachel Zegler. Choć o samej produkcji jeszcze niewiele wiadomo, to dostępne w sieci zdjęcia z planu wróżą coś niesamowitego.

Kadr z filmu 'West Side Story'. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu "West Side Story". (Fot. materiały prasowe)

"Amonit"

Najnowszy film Francisa Lee "Amonit" to bez wątpienia opowieść o silnych kobietach. Kobietach, które mimo różnego pochodzenia i statusu społecznego, łączy wielkie uczucie. Zafascynowane sobą bohaterki decydują się rozwijać swoją namiętną znajomość, która już wkrótce odmieni ich życie na zawsze. W rolach głównych zobaczymy duet, którego nikt nie oczekiwał, ale każdy potrzebował: wschodzącą gwiazdę kina Saoirse Ronan ("Lady Bird", "Małe kobietki") oraz rewelacyjną jak zawsze Kate Winslet. To film, który z pewnością da wam siłę i motywację do tego, aby walczyć nie tylko o swoją pasję, ale również miłość. Zwiastun produkcji przywołuje na myśl francuski "Portret kobiety w ogniu". Czyżby "Amonit" okazał się jego mainstreamową wersją?

"Jeszcze jest czas"

Jestem przekonana, że Viggo Mortensen po drugiej stornie kamery sprawdzi się równie dobrze, co przed nią. O swoim debiucie reżyserskim oraz aktorskim duecie z Lance’em Henriksenem (którego rola wymieniana jest wśród pewnych nominacji do Oscara), miał okazję opowiedzieć zarówno podczas ostatniej edycji festiwalu Camerimage, jak również na łamach "Zwierciadła". Jego film "Jeszcze jest czas" to historia ojca i syna, których od lat dzieli niemalże wszystko. John mieszka ze swoją rodziną w Los Angeles. Spokojne życie mężczyzny staje jednak na głowie, gdy wprowadza się do niego jego podupadający na zdrowiu ojciec. Czy będą potrafili porozumieć się i zaakceptować dzielące ich różnice?

"Kobieta w oknie"

Na liście netflixowych premier na 2021 rok znalazł się również trzymający w napięciu thriller Joe Wrighta, twórcy odpowiedzialnego m.in. za "Dumę i uprzedzenie", "Annę Kareninę" i "Czas mroku". W thrillerze "Kobieta w oknie" Anna Fox, cierpiąca na agorafobię, czyli lęk przestrzeni, psycholog dziecięca z Nowego Jorku spędza całe życie w domu. Zaprzyjaźnia się więc z sąsiadką Jane, która mieszka w domu po przeciwnej stronie ulicy. Wszystko staje pod znakiem zapytania, gdy kobieta znika bez śladu, a Anna nabiera podejrzeń, że to, co się stało nie jest dziełem przypadku. Na jaw wychodzą szokujące tajemnice i nic nie jest tym, czym się wydaje. Zapowiada się naprawdę ciekawie! Tym bardziej, że w rolach głównych występują Amy Adams, Gary Oldman i Julianne Moore.

"Kurier francuski z Liberty, Kansas Evening Sun"

Bill Murray, Tilda Swinton, Frances McDormand, Benicio del Toro, Timothée Chalamet, Adrien Brody, Léa Seydoux, Owen Wilson, Willem Dafoe, Elisabeth Moss, Saoirse Ronan... Przyznacie, że ta obsada robi wrażenie. Tyle talentu w jednym filmie może okazać się jednak mieszanką wybuchową. "The French Dispatch" (tak brzmi oryginalny tytuł) to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Najnowszy obraz Wesa Andersona to dziesiąty film w jego karierze. Jubileuszowy projekt reżysera od początku wzbudzał zainteresowanie mediów, i to nie tylko dlatego, że jak zapowiedział sam twórca, ma to być "list miłosny do dziennikarzy". Film opowie bowiem o pracy paryskiego oddziału pewnej amerykańskiej gazety w latach 50. XX wieku. Zwiastun jest świetny, zdjęcia wyglądają imponująco. Pytanie tylko, czy faktycznie będzie to film godny jubileuszu...

"Sound of Metal"

"Sound of Metal" to film, na który w tym roku czekam najbardziej. Głównie ze względu na kreację Riza Ahmeda, którego w końcu będziemy mogli zobaczyć w pierwszoplanowej roli na dużym ekranie. Po znakomitym występie w serialu HBO "Długa noc", aktor udowodnił, że jest w stanie unieść ciężar głównej postaci i świetnie sprawdza się w przeróżnych aktorskich wcieleniach. Mam nadzieję, że po tym filmie jego kariera nabierze rozpędu, a sam Ahmed pokaże w końcu na co go stać. "Sound of Metal" zanosi się bowiem na produkcję, jakiej jeszcze nie było. Ruben jest pełnym pasji perkusistą, a Lu przebojową wokalistką. Gdy ruszają w trasę koncertową, a marzenie o wydaniu debiutanckiej płyty jest na wyciągnięcie ręki, chłopak z dnia na dzień traci słuch. Sytuacja, w której się znajduje jest zupełnie obca. Życie, które dotąd znał i kochał, lega w gruzach, a przyszłość staje się wielką niewiadomą. Wiele wskazuje na to, że będzie to jeden z najbardziej fascynujących filmów, jakie zobaczymy w tym roku.

"Supernova"

Homoseksualne wątki miłosne w kinie to ostatnio całkiem popularny trend. W tym roku zwolenników kina LGBT ucieszy więc nie tylko premiera "Amonitu", ale również brytyjskiego dramatu "Supernova" z Colinem Firthem i Stanleyem Tuccim w rolach głównych. Sam i Tusker, bo tak mają na imię główni bohaterowie filmu, są parą z 20-letnim stażem. Postanawiają wybrać się w podróż po Anglii, aby odwiedzić przyjaciół, rodzinę i bliskich, a także szczególne dla nich miejsca. Odkąd u jednego z nich zdiagnozowano postępującą chorobę, wspólny czas, który im jeszcze pozostał, jest najważniejszą rzeczą, jaką mają. Podczas wspólnej podróży obaj próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest miłość w obliczu nieuniknionej przyszłości. Liczę na wzruszenia i dużo ciepła bijącego z ekranu.

"Śniegu już nigdy nie będzie"

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć również kandydata do Oscara z rodzimego podwórka. Film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie” to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, mężczyzna poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)