1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 6 książek, które pomogą lepiej zrozumieć świat zwierząt

6 książek, które pomogą lepiej zrozumieć świat zwierząt

Jako czytelnicy książek przyrodniczych chcemy nie tylko wiedzieć, a przede wszystkim rozumieć, jak funkcjonuje natura. Wśród nowości wydawniczych znajdziemy kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt. (Fot. iStock)
Jako czytelnicy książek przyrodniczych chcemy nie tylko wiedzieć, a przede wszystkim rozumieć, jak funkcjonuje natura. Wśród nowości wydawniczych znajdziemy kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Amatorzy lektur przyrodniczych chcą dziś nie tylko wiedzieć, jak funkcjonuje natura, a rozumieć ją. Oto kilka interesujących książek o zwierzętach, które wpisują się w ten nurt.

„Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy

Jeszcze niedawno w sporze o to, czym człowiek wyróżnia się w świecie zwierząt, wskazywano na umiejętność komunikowania się między sobą przedstawicieli gatunku. Nowoczesne technologie odbierają nam jednak i ten argument, bo dzięki cyfrowym nagraniom naukowcy są w stanie dostrzec w różnych odgłosach fauny systemy języka. Kto by pomyślał, że wzory na skórze kałamarnic zawierają struktury gramatyczne, a papugi mówią sobie po imieniu?! Książka Evy Meijer pełna jest takich rewelacji.

„Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy „Języki zwierząt”, Eva Meijer, wyd. Marginesy

„Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B.

Znamy je przede wszystkim z agencyjnych przekazów z miejsc katastrof, gdzie psy poszukują ludzi uwięzionych pod ruinami budynków. Czasem widujemy labradora przewodnika na ulicy albo jego kuzyna obwąchującego walizki na lotnisku. Ale „rynek pracy” dla  psów jest dużo większy. Oczywiście, głównie wykorzystuje się ich węch, który pozwala na rozpoznanie trudnej do wyobrażenia liczby zapachów, ale psy sprawdzają się i jako terapeuci, i honorowi krwiodawcy, i jako pomoc dla diabetyków. A za najfajniejszą nagrodę uznają... zabawę z opiekunem. Do poziomu psiego węchu nigdy się nawet nie zbliżymy, ale jeśli chodzi o umiejętności budowania więzi z ludźmi i empatię – powinniśmy brać z nich przykład.

„Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B. „Pies zawodowiec”, Laura Greaves, wyd. W.A.B.

„Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka

David Attenborough należy do największych osobowości telewizyjnych nie tylko w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi. Międzynarodową popularność zawdzięcza filmom przyrodniczym, które komentuje swoim niepowtarzalnym głosem. Attenborough zaczynał karierę w połowie lat 50. i właśnie o tych początkach opowiada w książce. Opisuje wyprawy na Madagaskar, na Nową Gwineę oraz do Australii. Zwłaszcza dwa pierwsze kierunki są do dziś mało odkryte, a co dopiero wtedy! Te barwnie napisane  wspomnienia to lektura z gatunku „familijnych” − każdy w rodzinie znajdzie w niej coś dla siebie i na pewno wiele się dowie.

„Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka „Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego podróżnika”, David Attenborough, wyd. Prószyński i S-ka

„Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka

Widok pingwinów nieodmiennie wprawia mnie w dobry nastrój, a ich poświęcenie (bo trudno inaczej nazwać trud towarzyszący wysiadywaniu potomstwa) wzrusza. Pingwiny cesarskie (to te największe) wędrują wiele kilometrów po lodzie w drodze do miejsca, gdzie na świat przychodzą młode. Lindsay McCrae, współpracownik słynnego sir Davida Attenborougha, należy do nielicznych, którzy spędzili tak długi czas wśród tych pasjonujących nielotów. Jako operator jest niezwykle czuły na obrazy, co wyraźnie widać w jego książce.

„Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka „Rok wśród pingwinów”, Lindsay McCrae, wyd. Prószyński i S-ka

„Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis

Często ludzie zastanawiają się, czy zebra jest biała w czarne paski czy czarna w białe paski − pisze Andrzej G. Kruszewicz. Przyznam, że miałam wyrobione zdanie na ten temat. Jak się zresztą okazało, niesłuszne... A z naszych przekonań na temat zwierząt bierze się wiele niesprawiediwości w ich ocenie. Bo dlaczego o agresywnym mężczyźnie mówi się „goryl”, skoro prawdziwy przedstawiciel tych człowiekowatych, owszem, jest poteżny, ale swoim stadem opiekuje się z czułością? A niezgrabną kobietę nazywa się „klępą”, podczas gdy samica łosia porusza się z gracją, ma długie nogie nogi i długą szyję. Autor, z wykształcenia lekarz weterynarii, z zamiłowania ornitolog i popularyzator wiedzy o zwierzętach, przybliża nam ich charakter i styl życia. A opowiada nie tylko o wspominanych gorylach czy zebrach, ale i bliskich nam pszczołach, mrówkach, kaczkach albo świetlikach. „Sekretne życie zwierząt” to doskonała lektura  dla całej rodziny: dzieci edukuje i uwrażliwia na przyrodę, dorosłym każe się zastanowić, zanim następnym razem powiedzą o kimś, że jest świnią...

„Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis „Sekretne życie zwierząt”, Andrzej G. Kruszewicz, wyd. Rebis

„Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media

„Im większa różnorodność ekosystemów, tym bardziej są one produktywne, stabilne i odporne” - pisze Enric Sala. Mówiąc w uproszczeniu: ginięcie gatunków jest nie tylko smutne, ale i niebezpieczne dla człowieka. Dlaczego? Prowadzi m.in. do zmniejszania się liczebności ryb w stadach, zwiększa ryzyko występowania powodzi oraz ilość chorób odzwierzęcych. Sala jest ekologiem morskim, więc koncentruje się na stanie oceanów, jednak pozostałe środowiska nie są niestety w lepszej kondycji.

„Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media „Natura natury”, Enric Sala, wyd. Burda Media

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Fotograf przyrody Paweł Kreft: "Zamiast kolekcjonować kilometry, skup się na wrażeniach"

– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
– Zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od najlepszego ujęcia – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. (Fot. Paweł Kreft)
Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach – mówi fotograf przyrody Paweł Kreft. W poszukiwaniu zwierzęcych modeli zwiedza różne regiony Polski, jednak spokój i poczucie szczęścia daje mu każda wizyta w lesie.

Nastolatki zazwyczaj robią selfie, ty ruszałeś w drogę o świcie, by fotografować ptaki... Skąd ten pomysł?
Przyrodę widziałem częściej niż swoje lustrzane odbicie. To żart, ale dużo w nim prawdy. Wychowywałem się w małej miejscowości na Kaszubach. Mój tata jest leśniczym, więc wspólne wyprawy do lasu były codziennością. Przekazał mi ogrom wiedzy, a co najważniejsze, dzięki niemu zdobyłem doświadczenie i obycie z dziką przyrodą. Babcia uczyła mnie życia w zgodzie i harmonii z naturą, pasjami oglądała ze mną filmy przyrodnicze. Wciąż mam w pamięci stop-klatki wielu z nich i magiczny głos Krystyny Czubówny. Od mamy natomiast dostałem w genach wrażliwość. To chyba brzmi jak przepis na fotografa przyrody.

Pamiętasz swoje pierwsze zdjęcie?
Więcej, wciąż pamiętam te emocje, kiedy pierwszy raz wyciągnąłem z pudełka nowiutką lustrzankę. Miałem wtedy 13 lat. Aparat co prawda tata kupił dla siebie, ale nigdy go nie użył. Natychmiast pobiegłem z nim nad pobliskie jezioro, gdzie udało mi się sfotografować odlatujące żurawie. Po powrocie do domu zacząłem szukać w Internecie informacji na temat fotografii przyrodniczej, inspiracji, wskazówek. Tak trafiłem na galerię Czarka Korkosza, który do dziś jest moim mentorem. Wyjaśniał mi nie tylko kwestie techniczne, ale także moralne i duchowe. To ważne, bo zdjęcia trzeba robić przede wszystkim z poszanowaniem przyrody. Spokój i bezpieczeństwo zwierząt są ważniejsze od nawet najlepszego ujęcia. Dlatego do kolejnych wypraw podchodziłem już bardziej taktycznie. Na łące nieopodal domu wybudowałem kryjówkę, wchodziłem do niej godzinę przed wschodem słońca, a opuszczałem tuż przed lekcjami. W pewien zimowy poranek udało mi się w ten sposób sfotografować myszołowy. To było moje pierwsze profesjonalne zdjęcie.

Czujność i szybka reakcja to w świecie dzikiej przyrody być albo nie być, dlatego zwierzęta mają niezwykle wyostrzone zmysły. Chyba niełatwo je podejść?
Tropienie zwierząt wymaga wiedzy, odpowiedniego sprzętu, sprytu i... szczęścia. Ruszam w drogę godzinę lub dwie przed świtem, ale zanim wejdę do lasu, ustalam kierunek wiatru, to on determinuje wszystkie moje działania. Nie mogę iść zgodnie z nim, bo zwierzyna szybko mnie zwietrzy i ucieknie. Ale kiedy ustawię się pod wiatr, są duże szanse na to, że uda mi się podejść blisko nawet najbardziej płochliwych saren czy jeleni. Zazwyczaj mam na sobie specjalny strój maskujący, nazywany także snajperskim, dzięki któremu idealnie wtapiam się w otoczenie. Wyglądam w nim jak leśny krzak. Najważniejsze jest zasłonięcie twarzy, bo to jej widoku dzikie zwierzęta boją się najbardziej.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Kiedy robię zdjęcia z tak zwanej zasiadki, jestem ukryty za siatką maskującą, którą rozwieszam we wcześniej upatrzonym miejscu. Natura jest jednak nieprzewidywalna. Bywa, że wbrew moim oczekiwaniom, zwierzęta pojawiają się z zupełnie innej strony i muszę szybko improwizować. Gorzej, jeśli nagle zmieni się kierunek wiatru, a to często się zdarza o wschodzie słońca. Wtedy w jednej chwili mogę zostać zdemaskowany przez zwierzynę i plany na cały dzień legną w gruzach.

Natura weryfikuje wszelkie oczekiwania, to ona rozdaje karty. Czy to nie jest frustrujące?
Fotografowanie przyrody uczy pokory, cierpliwości i akceptacji zdarzeń. Staram się niczego nie planować, ale w praktyce bywa różnie. Często siedząc w lesie bezowocnie kilka godzin, czuję podenerwowanie i niecierpliwość, w głębi duszy, zaczynam wymagać od przyrody, żeby dała mi okazję do zrobienia zdjęcia. Czasami uciera mi nosa, ale bywa też, że pozytywnie mnie zaskakuje. To są chyba najbardziej magiczne momenty, z których powstają najlepsze zdjęcia.

Masz jakieś konkretne na myśli?
Tak, fotografię jelenia, którą nazwałem „Złote serce”. Zdobyła pierwszą nagrodę w XIX edycji konkursu Leśne Fotografie organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie i zapoczątkowała cykl niezwykłych wydarzeń w moim życiu. Dokładnie pamiętam dzień, w którym zrobiłem to zdjęcie. Był wrzesień, rykowisko, a w lesie nic się nie działo. Zacząłem modlić się do św. Franciszka, patrona przyrodników. Często to robię, ale tym razem poprosiłem, aby dał mi jakiś znak, że to czekanie ma sens. Nic się jednak nie wydarzyło. Dopiero kiedy wracałem do samochodu, drogę przebiegła mi spłoszona chmara jeleni. Było ich co najmniej trzydzieści. Na końcu pojawił się On! Powoli, niezwykle dostojnie wyszedł na drogę przepiękny byk, samiec jelenia. Zatrzymał się jakieś piętnaście metrów ode mnie i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem mu trzy zdjęcia. Kiedy w domu zgrywałem je na komputer, zauważyłem, że byk stał w cieniu, a przebijające się przez konary drzew słońce oświetliło dokładnie jego serce. To było absolutnie mistyczne przeżycie.

Matka natura potrafi czynić cuda.
Bez wątpienia, tym bardziej że ta historia ma ciąg dalszy. Rok później o tej samej porze znów fotografowałem rykowisko jeleni. Rano podchodziłem do ostatniego ryczącego byka, ale teren był trudny, ryzyko, że go spłoszę duże, a szanse na zdjęcie niewielkie. Zatrzymałem się kilkanaście metrów od niego, widziałem nogi zwierzęcia i słyszałem porykiwanie. Nagle byk zaczął iść w moją stronę. Chyba zaintrygował go dźwięk migawki. Podchodził coraz bliżej i bliżej, był na wyciągnięcie ręki, autofokus w aparacie z trudem łapał ostrość. Jestem pewny, że wyczuł już moją obecność, mimo to zupełnie się nie bał. A przecież to z natury bardzo płochliwe zwierzęta. Największy dreszcz emocji poczułem jednak wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że wydarzyło się to dokładnie w rocznicę spotkania ze Złotym sercem.

Przyroda wciąż zadziwia i zachwyca, nawet jeśli obcuje się z nią tak często jak ty?
Dzikich miejsc i lasów ubywa, ich kosztem rozbudowujemy miasta i osiedla. Dlatego kiedy tylko jest okazja, warto podziwiać przyrodę, cieszyć się każdą minutą jej bliskości. Nie jestem pod tym względem ideałem, bywa, że bieżące sprawy przysłaniają mi piękno natury, a media społecznościowe odwracają od niej uwagę. Uwielbiam jednak te dni, kiedy las wygrywa ze wszystkim i pochłania mnie całkowicie. Tak się dzieje zawsze jesienią, w czasie rykowiska. Jest wtedy magia w lesie.

Czasem, żeby spełnić marzenia, trzeba wyruszyć w podróż. Jaka była twoja?
Pojechałem w Bieszczady z nadzieją, że uda mi się sfotografować niedźwiedzia brunatnego. Długo chodziłem po tamtejszych lasach, zrobiłem mnóstwo fantastycznych zdjęć z wyjątkiem tego najważniejszego. Dzień po swoich urodzinach dostałem jednak od przyrody wymarzony prezent – udało mi się zrobić to zdjęcie. Na pewno często będę wracał w Bieszczady, bo wciąż czuję niedosyt i już tęsknię za tamtymi emocjami.

Fot. Paweł KreftFot. Paweł Kreft

Jakie miejsca jeszcze masz do odkrycia?
W zeszłym roku wyjechałem do Norwegii z grupą trekkingową. Każdego dnia pokonywaliśmy 40 km wzdłuż wybrzeża. Wyjątkowo nie fotografowałem wtedy zwierząt, a ludzi i krajobrazy. To była niezwykle inspirująca przygoda, która pozwoliła mi nieco zmienić perspektywę. Skandynawia to zdecydowanie kierunek, którym chciałbym w przyszłości podążać. Ale marzą mi się wyprawy jeszcze dalej, na koło podbiegunowe, Syberię. A także do Szkocji i Nowej Zelandii na rykowiska jeleni. Planów jest sporo.

Podróżujesz, by być bliżej przyrody. Tymczasem z badań przeprowadzonych przez ekolożkę i botaniczkę Martę Jermaczek-Sitak wynika, że ludzie tolerują obecność dzikich zwierząt, takich jak rysie, wilki czy niedźwiedzie, pod warunkiem że znajdują się... ponad 30 kilometrów od nich. Tęsknimy za dzikością, ale jednocześnie się jej boimy. Widzisz wyjście z tej sytuacji?
Boimy się, tego, czego nie znamy, dlatego trzeba edukować nie tylko dzieci, ale także dorosłych, którzy większą część życia spędzają teraz z dala od natury. Żeby zakochać się w przyrodzie, trzeba poznać ją osobiście, wyruszyć do lasu, odkrywać go, oswajać stopniowo. Liczy się nie cel, ale droga sama w sobie. Zamiast kolekcjonować kolejne kilometry, skup się na wrażeniach. Widzisz miejsce, w którym są ślady obecności zwierząt? Zatrzymaj się, usiądź, popatrz, nie licz czasu. Spędź tam godzinę, dwie, trzy, w ciszy i spokoju obserwuj otoczenie, są duże szanse na to, że zobaczysz coś niezwykłego. I zamiast strachu poczujesz szacunek.

Nie boisz się czasem?
Kilka lat temu kiedy chmara jeleni biegła w moją stronę, instynktownie wyskakiwałem z kryjówki i uciekałem. Teraz już bym tego nie zrobił. Strach staram się zastępować zdrowym rozsądkiem. Nie szarżuję, ale też nie panikuję. Ile razy w roku słyszymy o tym, że dzikie zwierzęta skrzywdziły człowieka? One boją się nas bardziej niż my ich. Nawet z pozoru groźne niedźwiedzie czy wilki unikają kontaktu z ludźmi. Spotkanie ich oko w oko w naturze to marzenie chyba większości fotografów przyrody. Trzeba jednak mieć olbrzymie szczęście i doświadczenie, by się spełniło.

A czym dla ciebie są podróże do lasów? To już praca czy wciąż pasja?
Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Im jestem starszy, tym bardziej potrzebuję lasu i częściej chcę w nim być sam. Uciekam do niego, gdy muszę podjąć jakąś decyzję, coś przemyśleć, przeżyć. Kiedy pracuję, często fotografuję od świtu do zmierzchu, tracę rachubę czasu. Bywa, że wychodzę przed wschodem słońca, wracam do domu przed południem, a wieczorem ponownie ruszam do lasu. Za każdym razem, kiedy tam jestem, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Paweł Kreft, fotograf dzikiej przyrody, kompozytor, wokalista, autor tekstów, absolwent Szkoły Muzyki Nowoczesnej we Wrocławiu Facebook: @kreftphoto, Instagram: @pkreft_wildlife.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Kultura

Książki z sensem, które warto przeczytać w tym miesiącu

Najciekawsze lektury na maj poleca Monika Stachura. (Fot. iStock)
Najciekawsze lektury na maj poleca Monika Stachura. (Fot. iStock)
W tym miesiącu Monika Stachura, nasza redakcyjna koleżanka, poleca fascynujące lektury: "Miłość w czasach niepokoju", "Instagram bez filtra", "Jak dobrze być trzeźwym" oraz "Wczoraj i jutro". Przeczytajcie, dlaczego zachęca, aby po nie sięgnąć.

”Miłość w czasach niepokoju. Niepublikowane wywiady”, Józef Tischner, wyd. WAM

Byłem analfabetą, jeśli chodzi o wiarę, analfabetą, jeśli chodzi o miłość, dawałem ludziom tylko nadzieję – powiedział kiedyś ks. Tischner. Można by się sprzeczać o to, kto wobec tego analfabetą nie jest, ale mniejsza o to, bo końcowka myśli, ta o nadziei – jest bezcenna. Skąd ta nadzieja? Z miłości, którą możemy wybrać – a właściwie wybierać wielokrotnie, bo nie jest dana raz na zawsze. Cykl wykładów poświęconych tematowi wolności, które trafiły do tego tomu, został przeprowadzony w roku akademickim 1993/1994 dla studentów Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. „Co ogranicza wolność człowieka?” – pyta ksiądz profesor i odpowiada, że są to różne lęki i strachy. Dziś, gdy coraz mocniej zapadamy się w wywołany pandemią niepokój i lęk, te słowa brzmią szczególnie. Podobnie jak tytuł książki – „Miłość w czasach niepokoju”. Szczerze zachęcam do lektury tych wykładów (jakby listów z „tamtej strony”), w których miłość w wielu odsłonach komentowana jest tekstami filozoficznymi i teologicznymi, ale też opowieściami o górach, intuicji i muzyce.

”Miłość w czasach niepokoju. Niepublikowane wywiady”, Józef Tischner, wyd. WAM”Miłość w czasach niepokoju. Niepublikowane wywiady”, Józef Tischner, wyd. WAM

„Instagram bez filtra. Historia od środka”, Sarah Frier, wyd. Feeria

Tylko w 2020 roku na świecie sprzedano ponad 1,3 mld smartfonów... Instagram jako jedna z pierwszych marek wyczuł ten trend i stał się – jak pisze Sarah Frier – „celebrotwórczą maszynką do zdobywania lajków, jakiej świat nie widział” . Za lajkami przyszła siła oddziaływania, bo miliony instagramerów mają większy zasięg niż wielkie tytuły prasowe, więc to, co pokazują na swoich profilach, zmienia potrzeby osób w różnych stronach świata. Amerykańska reporterka zbadała dokładnie drogę, jaką przebył start-up, zanim stał się narzędziem, które modeluje naszą codzienność. I to nawet jeśli ktoś nie korzysta z tej aplikacji.

„Instagram bez filtra. Historia od środka”, Sarah Frier, wyd. Feeria„Instagram bez filtra. Historia od środka”, Sarah Frier, wyd. Feeria

„Jak dobrze być trzeźwym”, Catherine Gray, wyd. Prószyński i S-ka

Uzależnienie od alkoholu nie musi przyjmować postaci pijaczka, który prosi o kilka złotych. To bardzo demokratyczny problem, bo picie jest fajne. No i przecież „trochę alkoholu jeszcze nikomu nie zaszkodziło”. Tymczasem badania rezonansem wskazują, że obojętna dla organizmu ilość alkoholu po prostu nie istnieje. Kiedy Catherine Gray, brytyjska pisarka i dziennikarka, uświadomiła sobie, że jest uzależniona – był to dopiero początek wychodzenia z nałogu, bo rezygnację z alkoholu traktowała jak stratę. Klucz do sukcesu leżał w zmianie przekonań. Tym, jak do niej doprowadzić, dzieli się w swojej książce.

„Jak dobrze być trzeźwym”, Catherine Gray, wyd. Prószyński i S-ka„Jak dobrze być trzeźwym”, Catherine Gray, wyd. Prószyński i S-ka

„Wczoraj i jutro”, Anna Paszkiewicz, Kasia Walentynowicz, wyd. Widnokrąg

Zwykle po fakcie trudno dojść do tego, kto pierwszy rozpoczął kłótnię. Tak było też w przypadku bohaterów tej książki, tytułowych Wczoraj i Jutro. I jak też bywa, szybko ich spór sprowadził się do tego, kto jest ważniejszy: starsze i bogate w doświadczenia Wczoraj czy niepewne i pełne nadziei Jutro? I gdyby nie niespodziewany gość: Dziś, to pewnie ta dwójka kłóciłaby się w nieskończoność. Dlaczego? Bo dziś, czyli „tu i teraz”, to jedyne, co się liczy, bo mamy na nie wpływ. Małe dzieci umieją się cieszyć chwilą, ale wiele z nich traci tę umiejętność pod wpływem dorosłych. Zatem może tę książkę powinni przeczytać przede wszystkim rodzice.

„Wczoraj i jutro”, Anna Paszkiewicz, Kasia Walentynowicz, wyd. Widnokrąg„Wczoraj i jutro”, Anna Paszkiewicz, Kasia Walentynowicz, wyd. Widnokrąg

  1. Styl Życia

Mary Reynolds: "Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury"

Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Mary Renolds, jedna z 20 najsłynnieszjych projektantek ogrodów na świecie.(Fot. Claire Leadbitter)
Zamiast posiadać ziemię, zacznijmy o nią się troszczyć. Stańmy się strażnikami ziemi, a nie panującymi nad nią – przekonuje Mary Reynolds, irlandzka projektantka ogrodów, aktywistka ekologicznavi autorka książki „Ogrodowe przebudzenie”.

Kilka lat temu obejrzałam film „Dare to be Wild” („Dzika jak natura”) w reżyserii Vivienne De Courcy. To urocza historia młodej projektantki niezwykłych ogrodów, która wygrała słynny konkurs ogrodniczy Chelsea Flower Show. Wyobrażasz sobie moje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że będę rozmawiać z kobietą, której życie stało się inspiracją dla tego filmu!
Trudno się ogląda film o sobie, miałam mocno mieszane uczucia, gdy go pierwszy raz zobaczyłam. Dziś myślę, że to jednak bardzo słodka opowieść, no i mogło być gorzej, prawda? Reżyserka mogła ze mnie zrobić na przykład seryjną morderczynię [śmiech].

Czy ten film w jakikolwiek sposób wpłynął na twoją karierę zawodową?
Na pewno mi w niej nie przeszkodził. Moje nazwisko stało się bardziej rozpoznawalne, choćby w Ameryce. Dzięki temu moje prace, pomysły, idee, ale i książka „Ogrodowe przebudzenie” odbiły się szerszym echem.

Zawsze chciałaś żyć blisko przyrody? Czy może to była naturalna kolej rzeczy, skoro twoi rodzice byli farmerami?
Od dziecka żyłam blisko natury i tak mi już zostało. Urodziłam się na farmie w południowo-wschodniej Irlandii jako najmłodsza z szóstki rodzeństwa. Rodzice dużo pracowali, więc my, dzieci, właściwie sami się o siebie troszczyliśmy, co oznaczało też, że było dużo swobody i wolności, nikt nas nie pilnował. Z tego czasu zapadł mi w pamięć moment, który dziś mogę śmiało uznać za formujący. Miałam może sześć albo siedem lat, nie więcej, bo pamiętam swoje pulchne nóżki. Pewnego majowego dnia wybrałam się na spacer i po jakimś czasie trafiłam na mały skrawek ziemi otoczony drzewami i krzakami, blisko działki naszych sąsiadów. Dokładnie pamiętam, że przeszłam przez dość szeroką dziurę między krzewami głogu, kolcolistu i ciernistymi jeżynami. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie, nagle poczułam za sobą czyjąś obecność. Odwróciłam się i zobaczyłam, że przejście zniknęło. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale wtedy bardzo się przestraszyłam. Biegałam dookoła gęstych zarośli, płacząc, ale nikt mnie nie słyszał. Na szczęście moją uwagę przykuły słońce i motyle, usiadłam więc na środku tego zakątka. Wraca do mnie wspomnienie, że czułam się wtedy otoczona; wydawało mi się, że rośliny na mnie patrzą. Nie mam pojęcia, ile czasu tak siedziałam. W końcu zauważyła mnie córka sąsiadów, zaczęła do mnie coś wołać, a kiedy się ponownie odwróciłam, przejście między krzewami znowu się pojawiło.
Długo nikomu o tym nie mówiłam, aż pewnego dnia zwierzyłam się ojcu. Powiedział, że podobna rzecz w tym samym miejscu przydarzyła się jego dziadkowi. W Irlandii pełno jest takich miejsc, nazywamy je „zakątkami wróżek” – trudno do nich dotrzeć i jeszcze trudniej z nich się wydostać. Wiele lat potem, kiedy pisałam moją książkę…

Tę o ogrodach?
Najpierw wpadłam na pomysł, że napiszę książkę o tym, jak naprawdę wyglądała historia z Chelsea Flower Show. Ponieważ jednak pisanie o sobie szybko mnie znudziło, postanowiłam przybliżyć czytelnikowi, na czym polega praca projektantki ogrodów. I wtedy właśnie wróciło do mnie wspomnienie tamtego dnia. To było jak olśnienie – zdałam sobie sprawę, że właśnie wypisałam się ze swojego zawodu.

Jak to?
Chociaż w swoich projektach zawsze brałam pod uwagę takie rzeczy, jak ukształtowanie terenu czy naturalne prawa przyrody, to po jakimś czasie moje ogrody zaczynały się rozrastać i zmieniać, niezgodnie z tym, co im przeznaczyłam. Po prostu robiły, co chciały. Zorientowałam się, że moja praca zaczyna polegać na niewolniczym trzymaniu się jakiejś wizji i dopasowywaniu, przycinaniu do niej roślinności, zamiast na dostosowywaniu się do potrzeb i charakterystyki krajobrazu. W dodatku ta historia z dzieciństwa przypomniała mi, że przecież doświadczyłam na własnej skórze obecności roślin, ich osobowości. W tamtym zakątku miałam wrażenie, że na mnie patrzyły, jakby dopominając się o uwagę. Pomyślałam, że to wszystko nie tak, że nie powinniśmy naginać przyrody do naszej wizji piękna i do naszych potrzeb. Zaczęłam postrzegać ziemię jak wielkie bijące serce. Kiedy patrzymy na nią w kategoriach posiadania, a nie opieki, to serce pęka na malutkie kawałki. I tylko od nas zależy, czy uda nam się je uleczyć, skleić ponownie w jeden kawałek. Wierzę, że gdy spojrzymy na ten płachetek ziemi, który użytkujemy, jak na część naszej rodziny, to poczujemy, że i my się stajemy członkami jej rodziny. Rośliny to część naszej ziemskiej rodziny, są tak samo żywe jak my. Po prostu zrozumiałam, że jesteśmy z ziemią całością.

I że nie możesz już wykonywać swojego zawodu.
Mieszkałam wtedy w zachodniej części Irlandii, na swoistym odludziu, ale byłam też samodzielną mamą dwójki dzieci i nie miałam pomysłu, z czego będę się utrzymywała, jeśli nie chcę dalej projektować ogrodów. Ale ponieważ jestem dość uparta, więc kiedy uświadomiłam sobie, że muszę przestać robić to, co robię – przestałam od razu. Na szczęście akurat wtedy pewna stacja telewizyjna zaprosiła mnie do współtworzenia programu, co pozwoliło przetrwać nam pierwsze miesiące bez stałej pracy. A kiedy dzieci zasypiały, ja siadałam nad książką, którą trzymasz teraz w ręku, i cały czas myślałam nad koncepcją opieki, którą musimy otoczyć ziemię. Bo w naszym podejściu do niej naprawdę wiele musi się zmienić.

Co na przykład?
Wydaje nam się, że dobrze robimy, lecząc choroby roślin chemią i pestycydami. W ogrodnictwie używa się dużo więcej chemii niż w rolnictwie, ale nikt o tym nie mówi. Trzeba od tego odejść i poszukać innych rozwiązań. Ale przede wszystkim słuchać ziemi i obserwować, jak sama radzi sobie z problemami.

Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)Mary Reynolds: Namawiam do tego, by część ogrodu zosyawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się co chce. (Fot. Getty Images)

W Polsce rośnie grupa osób, które wybrały model uprawy i jednoczes­nej regeneracji ziemi, określany terminem perma­kultury. Wymaga to zmiany myślenia, a nie każdy jest na to gotów. Jak ty przekonujesz ludzi do swojej idei?
Często porównuję ziemię do kobiety. Przecież ziemia to wcielenie kobiecości, a my, kobiety – tak samo jak ziemia – jesteśmy zmęczone byciem dostrzeganymi tylko ze względu na naszą produktywność czy urodę. Tak samo ziemia jest zmęczona traktowaniem jej przedmiotowo i przemocowo, nadużywaniem i maltretowaniem. Jeśli nie skończymy z nadużywaniem zasobów ziemi, to wkrótce nie będziemy mieć domu. Sytuacja jest naprawdę poważna – mamy dziesięć lat na realną zmianę sytuacji. Jednak wiele osób nadal tego nie dostrzega i nie rozumie. Dlatego zamiast przekonywać, wolę dawać przykład. Może gdy ktoś zobaczy, co się dzieje na moim skrawku ziemi, spróbuje tego samego na swojej.

Inspirujesz nie tylko swoimi działaniami. Założyłaś też fundację We Are The Ark (Jesteśmy Arką).
Nie możemy czekać, aż nasze rządy czy politycy zaczną wprowadzać korzystne dla Ziemi i klimatu zmiany. Każda zmiana zaczyna się oddolnie i potem dopiero rozszerza na cały świat. Dlatego założyłam fundację, a raczej zapoczątkowałam ruch społeczny. Nazwa wzięła się stąd, że pewnego dnia siedziałam przy oknie i patrzyłam na swój ogródek, gdy nagle pod moim oknem przebiegł lis, a zaraz za nim dwa zające. Wyglądało to tak, jakby zające goniły lisa. Chwilę potem w tym samym kierunku potuptała rodzina jeży. Pomyślałam, że przed czymś uciekają. I rzeczywiście, gdy wyszłam na dwór, zobaczyłam, że na sąsiedniej działce koparka czyści cały teren ze starych krzewów, krzaków i roślin, które przez wiele lat były domem dla okolicznych zwierząt. I te zwierzęta rozbiegły się, szukając schronienia, swojej arki Noego. Za tym poszła myśl o bardziej radykalnym działaniu niż tylko pisanie książki.

Co robisz w ramach fundacji?
Moja propozycja jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy mają ziemię. Zachęcam ich do tego, by połowę tej ziemi oddali naturze, czyli żeby po prostu nic na niej nie robili, nie siali, nie uprawiali – nie sadzili kwiatów, nie kosili trawy, po prostu by zostawili ją samej sobie. I by postawili w tym miejscu tabliczkę o treści: „To jest arka”. Czyli część działki oddajemy naturze, a na drugiej sadzimy warzywa i owoce w sposób organiczny, bez chemii i sztucznych nawozów.

A co może zrobić osoba, która mieszka w mieście i nie ma nawet ogródka działkowego?

Wspierać lokalnych producentów, zwłaszcza tych, którzy uprawiają warzywa i owoce w sposób regeneratywny dla ziemi. Dobre praktyki można wspierać na wiele sposobów. Najważniejsze to odciąć się od przemysłowego systemu uprawy roślin i hodowli mięsa, który zatruwa glebę, wody gruntowe i zezwala na takie anomalie jak przewożenie jedzenia z jednego końca świata na drugi tylko po to, byśmy mieli przez cały rok dostęp do egzotycznych warzyw i owoców. Przez właśnie takie działania niszczymy miejsce, które jest naszym domem.

Doceniliśmy to podczas pandemii. Sama obserwowałam, jak ludzie uciekali masowo na wieś, do parków i lasów.
Ale nawet nasz przydomowy ogródek może nam dać wytchnienie. Rozwiązanie, jakie proponuję, to stworzenie leśnego ogrodu. To bardzo prosta koncepcja, pozwala na swobodne działanie natury i na uprawę, w dodatku sprawdzi się nawet na małym obszarze.

Opowiedz coś więcej.
W skrócie polega to na tym, że na własnej działce tworzysz wielowarstwowy ekosystem, który jednocześnie regeneruje ziemię i użyźnia ją, a tobie pozwala uprawiać warzywa i owoce. Wykorzystujesz przy tym naturalne nasłonecznienie gleby i łączysz ze sobą rośliny wieloletnie, jednoroczne oraz samowysiewające się tak, by stworzyć zróżnicowany zespół roślinny.
Wiele rzeczy trzeba wziąć pod uwagę podczas projektowania takiego ogrodu, czyli co gdzie sadzimy, jakie rośliny ze sobą łączymy. Szybko zorientujemy się jednak, że im mniej naszej ingerencji, tym lepiej dla roślin. Powstała na ten temat naprawdę bogata literatura, bo leśne ogrody nie są żadną nowością, ta idea jest żywa od wieków. Wiele wskazówek można znaleźć także w moim „Ogrodowym przebudzeniu”.
I oczywiście namawiam, by część takiego ogrodu zostawić po prostu naturze. Niech na tym skrawku dzieje się, co chce. Zobaczycie, że bardzo szybko pojawią się tam zwierzęta, owady czy naturalne drapieżniki, które często uwalniają nas od szkodników niszczących nasze uprawy. W ten sposób powstanie równowaga.

Sporo nauki przy takim leśnym ogrodzie.
Tak, na początku to się może wydać trudne, zwłaszcza jeśli na co dzień twój kontakt z przyrodą ogranicza się do zasadzenia kwiatków w doniczce na parapecie. Ale jeśli damy sobie czas, nauczymy się obserwować procesy, jakie zachodzą w glebie – zrozumiemy, że trzeba po prostu podążać za przyrodą. Odżywiona ziemia zacznie odwdzięczać się nam warzywami i owocami pełnymi witamin. A bardzo tego potrzebujemy. Nasze jedzenie jest tak mało odżywcze! Zwróć uwagę, że najbardziej niedożywione są osoby otyłe, bo jedzenie ich nie odżywia, tylko truje. Nasza ziemia choruje, a my razem z nią.

Mówiłaś, że mamy jeszcze dziesięć lat na zmianę, ale tak naprawdę już żyjemy z konsekwencjami niszczących działań człowieka. Jak przekonać tych nieprzekonanych?
Kiedy opowiadasz ludziom o zmianach klimatu, nie zawsze rozumieją, o co ci chodzi, ale kiedy mówisz o coraz mniejszej bioróżnorodności, zaczyna to do nich powoli docierać. Przypominają sobie, że gdy dekady temu jechali autem, to przednia szyba szybko pokrywała się owadami, a dziś się to już nie dzieje. Albo zauważają, że jest o wiele mniej ptaków – to naprawdę robi wrażenie. I to właś­nie może zmienić ich podejście do tematu. Większość ludzi nie widzi związku między kryzysem klimatycznym a pogorszeniem jakości ich życia, są odcięci od ziemi, nie widzą procesów, jakie w niej zachodzą. Żyjemy naprawdę w trudnych czasach, często budzę się w nocy i martwię się o przyszłość.

I co ci wtedy pomaga?
Staram się myśleć pozytywnie, smutek przecież nie pomoże mi w działaniu. A to działanie mi pomaga, namawianie ludzi, by odchodzili od systemu i zmieniali swoje życie. I by nie uciekali, nie zapadali się w sobie. Potrzebujemy wrażliwych wojowników, strażników natury. To do was mówię: walczcie, zajmijcie się ziemią, jej odradzaniem się. Uczcie się od ludzi, którzy znają się na glebie, na uprawie organicznej, na odradzaniu ziemi, to nasza jedyna nadzieja na zmianę bez przemocy. Nie mamy wyboru, jesteśmy pionierami, musimy dać sobie radę. 

Książka Mary Reynolds 'Ogrodowe przebudzenie' ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)Książka Mary Reynolds "Ogrodowe przebudzenie" ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. (Fot. materiały prasowe)

Mary Reynolds, jest jedną z dziesięciorga najbardziej znanych projektantów krajobrazu na świecie. W 2002 roku wygrała Chelsea Flower Show projektem „Tearmann sí, a Celtic Sanctuary”, będącym hołdem dla irlandzkiej natury i tradycji.
Jej książka „Ogrodowe przebudzenie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

  1. Kultura

Katarzyna Michalak – książki. Najlepsze powieści autorki

Przedstawiamy książki Katarzyny Michalak – 5 serii, które warto przeczytać. (Fot. iStock)
Przedstawiamy książki Katarzyny Michalak – 5 serii, które warto przeczytać. (Fot. iStock)
Ten, kto zaczytuje się w polskiej literaturze obyczajowej, na pewno ceni pozycje autorstwa Katarzyny Michalak. Wartka akcja, błyskotliwe dialogi, wyraziści bohaterowie oraz ogromny ładunek emocjonalny – to cechy charakterystyczne jej twórczości. Przedstawiamy książki Katarzyny Michalak – 5 serii, które warto przeczytać.

Dwie największe miłości Katarzyny Michalak to pisanie i… zwierzęta, bo z wykształcenia jest lekarką weterynarii. Pierwszą książkę napisała już w wieku 6 lat, a od 2008 roku jej powieści trafiają na listy bestsellerów i grono ich miłośników stale się powiększa. Jest jedną z najbardziej poczytnych autorek w naszym kraju, obok powieści obyczajowych wspaniale odnajduje się w literaturze erotycznej i fantastyce. Książki Katarzyny Michalak to ogromna dawka różnorodnych emocji, historie trzymające w napięciu i niebanalni bohaterowie, w których autorka często skrywa cząstkę siebie. I choć jej powieści czytają głównie kobiety, przypadną do gustu wszystkim, którzy uwielbiają historię o wielkich, spełnionych marzeniach.

„Słoneczna trylogia”

Katarzyna Michalak, 'Poczekajka', 'Słoneczna trylogia. Tom 1', Wydawnictwo Literackie.Katarzyna Michalak, "Poczekajka", "Słoneczna trylogia. Tom 1", Wydawnictwo Literackie.

To zdecydowanie najpopularniejsze książki Katarzyny Michalak, w skład których wchodzi jej literacki debiut – „Poczekajka”, pierwsza część „Słonecznej trylogii”. To urzekająca opowieść o miłości, magii i sile marzeń. Jej bohaterką jest dwudziestopięcioletnia Patrycja, która kocha zwierzęta i… magię. Patrycja marzy o Miłości, takiej przez duże M, nie wie jednak, gdzie jej szukać. Spotkanie z kręgiem czarownic na pewnym sabacie przynosi odpowiedź: „Znajdź małą, żółtą chatkę gdzieś na krańcu świata, a spotkasz Jego”. Patrycja, kierując się słowami „Bądź wierna. Idź”, wyrusza w pogoń za marzeniem, nie wiedząc, co ją czeka podczas tej przygody, kogo spotka w cichej, spokojnej wsi zwanej Poczekajką, kto okaże się jej przyjacielem, a kto wrogiem i jaką cenę przyjdzie jej zapłacić na końcu drogi. Kolejne tomy trylogii to „Zachcianek” i „Zmyślona”, w których znajdziemy kontynuację historii Patrycji, pełną zwrotów akcji, ciepła i humoru.

„Leśna trylogia”

Katarzyna Michalak, 'Leśna polana', 'Leśna trylogia. Tom 1', Wydawnictwo Znak.Katarzyna Michalak, "Leśna polana", "Leśna trylogia. Tom 1", Wydawnictwo Znak.

Mały domek pośród wiekowych świerków, ukryty gdzieś w lesie – to właśnie w nim Katarzyna Michalak umieściła centrum kolejnej serii swoich książek. Na „Leśną trylogię” składają się tytuły: „Leśna polana”, „Czerwień jarzębin” oraz „Błękitne sny”. Bohaterami opowieści są trzy przyjaciółki – Gabrysia, Majka i Julia – które nie miały łatwego życia. O Majce i Julii rodzice zapomnieli, a Gabriela od najmłodszych lat musiała dbać o siebie i o przybranego ojca, którego ubeckie tortury pozbawiły zdrowia i sił. Przyjaciółkom towarzyszą trzej bracia – Wiktor, Marcin i Patryk, których życie również nie oszczędzało. Mogliby się stoczyć na samo dno i obwiniać tego, który zamienił pierwsze lata ich życia w piekło: swojego ojczyma. Ich drogi przecięły się właśnie na Leśnej Polanie. Znaleźli tam miłość, prawdziwą przyjaźń i… zło, któremu potrafią się przeciwstawić tylko najodważniejsi.

„Seria Mazurska”

Katarzyna Michalak, 'Gwiazdka z nieba', 'Seria mazurska. Tom 1', Wydawnictwo Znak.Katarzyna Michalak, "Gwiazdka z nieba", "Seria mazurska. Tom 1", Wydawnictwo Znak.

Katarzyna Michalak serie swoich książek niemal zawsze nasyca pięknem natury. Tym razem akcja rozgrywa się w maleńkiej, mazurskiej wsi. „Seria Mazurska” to pięć książek z bohaterami, w których z pewnością każdy odnajdzie cząstkę siebie. Nataniel, który stracił wszystko, by później zyskać to, o czym zawsze marzył. Marta, którą los obdarzył wymarzoną córką, jednak ich relacja nie należy do najłatwiejszych. Spragniony miłości Mateusz i jego spełnione pragnienie. W kolejnych tomach dołączają do nich winny wielu łajdactw Siergiej Sodarow, który otrzymał od losu szansę odkupienia win, oraz Natalia i Damian, równie mocno poranieni przez życie. Chociaż wszystko wydaje się odwracać przeciwko nim, nieustannie gonią za marzeniami i szczęściem. Czy zdołają je odnaleźć?

„Seria kwiatowa”

Katarzyna Michalak, 'Ogród Kamili', 'Seria kwiatowa. Tom 1', Wydawnictwo Mazowieckie.Katarzyna Michalak, "Ogród Kamili", "Seria kwiatowa. Tom 1", Wydawnictwo Mazowieckie.

Opowieść o przyjaźni, miłości i wybaczeniu. Katarzyna Michalak książki z „Serii kwiatowej” owiała romantyzmem w najczystszej postaci. Składają się na nią trzy tytuły: „Ogród Kamili”, „Zacisze Gosi” i „Przystań Juli” – jak łatwo się można domyślić, poznajemy w nich losy trzech bohaterek. Kamila marzy o prawdziwej miłości, własnym domu i różanym ogrodzie. Do Gosi, sąsiadki Kamili, z którą połączyła ją prawdziwa przyjaźń, nieoczekiwanie powraca przeszłość. Julia postanowiła zacząć wszystko od nowa. Spakowała do samochodu dorobek całego życia i ruszyła przed siebie, byle dalej od rozczarowań i zdrady. Jak potoczą się losy przyjaciółek? Czy każda z nich poczuje się tak prawdziwie szczęśliwa i przestanie patrzeć w przeszłość, by zacząć żyć tu i teraz?

„Trylogia autorska”

Katarzyna Michalak, 'Pisarka', 'Trylogia autorska. Tom 1', Wydawnictwo WM.Katarzyna Michalak, "Pisarka", "Trylogia autorska. Tom 1", Wydawnictwo WM.

Książka, którą oddaję do Waszych rąk, jest wyjątkowa. Nie tylko dlatego, że to czterdziesta powieść w moim dorobku, jest też najbardziej osobista ze wszystkich dotychczasowych. Nie muszę dodawać, że włożyłam w nią mnóstwo emocji i serca? – napisała o „Pisarce”, pierwszej książce z cyklu „Trylogia autorska”, sama Katarzyna Michalak. Jest to historia pisarki, która spośród tysięcy słów wybiera te najpiękniejsze, by je splatać w niezapomniane historie. To również opowieść o dwojgu młodych ludziach, Weronice i Wiktorze, którzy mają tylko siebie, pragną jedynie poczucia bezpieczeństwa i prawa do miłości. Kolejne części z cyklu, „Zagubiona” i „Marzycielka”, opowiadają o pierwszej miłości, zdradzie, opuszczeniu, samotności, ale też wielkim uczuciu. To historia poruszająca, wstrząsająca i prawdziwa – właśnie za te emocje czytelnicy kochają książki Katarzyny Michalak.