1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Przystawić kamerę do głowy

Przystawić kamerę do głowy

Zwierciadło, Fot. Rafał Masłow
Wspólnie zrobili swój pierwszy pełnometrażowy film, który wśród krytyków i widzów wywołuje skrajne emocje. Wilhelm i Anka Sasnalowie opowiadają o tym, dlaczego postanowili nakręcić „Z daleka widok jest piękny”, jak pracowali na planie i co myślą o polskim kinie.

Wilhelm Sasnal stanął za kamerą. Anka napisała scenariusz, sami zajęli się też produkcją filmu. „Z daleka widok jest piękny” jeszcze przed oficjalną premierą zakwalifikował się do sekcji konkursowej festiwalu filmowego w Rotterdamie. Akcja rozgrywa się w podkarpackiej wsi, której mieszkańcy nie mają za wiele zajęć. Mężczyźni zajmują się głównie rozpruwaniem starych aut i piciem piwa. Jeden z bohaterów sprowadza do siebie dziewczynę, po czym znika na dobre. Wieś szybko zainteresuje się pozostawionym dobytkiem, szabrując co się da.

Jak trafiliście do wsi Zielona?

Anka Sasnal: Przypadkiem, byliśmy akurat w podróży między Krakowem a Tarnowem, skąd pochodzimy. To nie jest główna droga, główna jest w zasadzie nieprzejezdna, więc zawsze, kiedy wracamy do Tarnowa, wybieramy drogę przez wsie. Bardzo piękna podróż, widoki są urocze, ale też gospodarstwa, które mija się po drodze, są ciekawe z innego powodu. Ich architektura, to, jak wyglądają, robi wrażenie. I właśnie w ten sposób, czyli zbaczając z głównej drogi, trafiliśmy na gospodarstwo, które rzucało się w oczy przez swój chaos i brud. Zatrzymaliśmy się tam. Staraliśmy się wejść w jakąś znajomość z gospodarzami. Na początku było trudno, ale po kilku wizytach doszliśmy do porozumienia i jeździliśmy tam coraz częściej. Z czasem zaczęliśmy zabierać ze sobą kamerę.

Przygotowania do waszego filmu, w tym dokumentacja, trwały dwa lata.

Wilhelm Sasnal: To miejsce i wszystko, co się z nim wiąże, zrobiło na nas ogromne wrażenie. Myśleliśmy sobie – tak blisko nas życie wygląda zupełnie inaczej. W tym gospodarstwie panował ogromny chaos, a jednocześnie ci ludzie świetnie się w nim odnajdywali. Nikomu nic nie przeszkadzało.  To był, to jest taki wieczny proces – ktoś coś porządkuje, przy okazji coś innego niszczy. Taka syzyfowa praca. Na tyle nas to zatrzymało i zaciekawiło, że postanowiliśmy nakręcić film. Uznaliśmy, że muszą się w nim pojawić piękne panoramy lasu, że takie widoki również chcemy pokazać. Byliśmy zaimplikowani… tak się mówi? A.S.: Mówi, ale my byliśmy raczej zainfekowani… W.S.: No to byliśmy zainfekowani także tym, co przeczytaliśmy o historii polsko-żydowskiej. Nie ma u nas chyba dłuższego fragmentu drogi bez znaku, informacji o skręcie do miejsca, w którym coś ważnego się wydarzyło, w którym wzniesiono pomnik, oddaje się komuś lub czemuś hołd. Oczywiście, możemy się śmiać z tego, że to są pomniki, ale ta ziemia coś w sobie nosi, tak jest i nie sposób tego zanegować. Dlatego chcieliśmy zrobić film o przypisaniu ludzi do ich ziemi. Szybko odkryliśmy też, że to będzie film o chciwości. Skojarzenie z tym pojęciem zatrzymało nas w tym miejscu na dłużej – pewien gospodarz zwoził szczątki muru z sąsiedniej wsi do swojego gospodarstwa. Rozwalał te mury u siebie na podwórku i wydłubywał cegły. Z tych cegieł budował kolejną rzecz. Kurnik. To jest ciągły proces przerabiania, przemielania. A.S.: Jedno tylko chcę zaznaczyć, obserwowaliśmy tych ludzi, konkretnych ludzi, ale historia przez nas opowiadana nie ma z nimi nic wspólnego.

Ale na początku chcieliście, żeby to miejscowi, a nie aktorzy, zagrali w filmie.

W.S.: Było kilka etapów. Na początku ci ludzie byli nieufni. Później przez to, że weszliśmy z nimi w pewną relację – płaciliśmy im za możliwość korzystania z ich gospodarstwa – zaczęli inaczej nas traktować. Kolejnym etapem było zdobywanie zaufania, bo oni zaczęli nam ufać. My nie przestaliśmy tam jeździć nawet po skończeniu zdjęć, cały czas wracamy tam z kamerą. I oni przestali zwracać uwagę na obecność kamery. Myślę, że gdyby mieli grać w filmie, to byłaby nieczysta sytuacja – wkładanie ich w podłe role. Chociaż wieś uczestniczyła w nagraniach, ludzie statystowali, byli z nami w pozytywny sposób.

Kino prawie bez dialogów, bez muzyki, surowe, ale w tym jest jakaś poezja, rytm, czułość nawet. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądał scenariusz. Jak poemat?

W.S.: Scenariusz napisała Anka i na początku miał trzy strony. Prócz niego aktorzy dostali również taki poemat. Była to dla nich jaśniejsza wskazówka niż fragment roli, którą mieli do odegrania. A.S.: Poemat zawierał w sobie pewne wskazówki formalne. Od samego początku chcieliśmy zrobić film bliższy – w minimalizmie i w dyscyplinie – poezji niż prozie. Tytuł był pierwszym zdaniem z tego poematu. Do dziś budzi wiele wątpliwości. Niektórzy twierdzą, że on odcina widza. Dla mnie jest w tym tytule pewien nakaz, coś każe podejść bliżej. W.S.: My zbliżyliśmy się do różnych rzeczy – do rzeczywistości, do tego miejsca, do tych ludzi, do historii polsko-żydowskiej. Można by porównać tytuł i w ogóle to, co niesie ta opowieść, do widoku z daleka na naszą polską historię. Albo do widoku poprzez rozmazaną szybę, który zawsze jest piękny. Zawsze jesteśmy ofiarami, zawsze po tej jasnej stronie.

W „Z daleka widok jest piękny” nie ma rodziny, bliskości. Bohaterem jest właściwie dom, budynek. Mieszka w nim stara kobieta, która musi ustąpić miejsca młodszej. Mocna scena, w której sika na tapczan. Jakby zaznaczała swój teren – coś po niej pozostanie...

A.S.: To jest pierwsza rzecz, którą ta dziewczyna wyrzuca – staruszka. A potem zasikany przez nią tapczan.

A jednak kobiety nie są tutaj ofiarami…

A.S.: Nie. To kobieta w końcu morduje. Dokonuje tego dla siebie i dla nich, dla tej społeczności.

Jaki jest odbiór „Z daleka…” po pierwszych pokazach?

A.S.: Odczuliśmy niechęć. Pojawiły się zarzuty, że pokazujemy tylko ciemną stronę, że nie ma żadnej furtki. Ludzie wyrażali sprzeciw, mówili, że w tej historii nie ma żadnej nadziei, że nie mają się z kim utożsamić. W.S.: Ludzie oczekują od kina jakiejś formy terapii, że jak wyjdą z seansu, to wszystko będzie lepsze. Chcą czuć się pocieszeni, nieważne, że przy okazji zostaną oszukani. Postanowiliśmy, że nie zatrzymamy się w pół drogi, że nazwiemy zło po imieniu. Dzieli nas to, wszyscy próbują znaleźć jakieś pozytywy, mówią, że było nie tylko zło, była na przykład Irena Sendlerowa. Ale dlaczego Irena Sendlerowa nie jest tak znana jak szmalcownicy? Jednocześnie uważaliśmy, by nie potraktować bohaterów w niesprawiedliwy sposób, by ich nie oczerniać. Ci, którzy szabrują, to jesteśmy my. W każdym z nas to jest.

Powiedzcie, jak się robi w Polsce filmy poza głównym obiegiem, poza doświadczeniem szkoły filmowej, profesorów, mentorów i dotacji z PISF-u?

W.S.: To, że my sami mogliśmy wyprodukować nasz film i nie jesteśmy od nikogo ani od niczego zależni, sprawiło, że mogliśmy zastosować bezkompromisowe rozwiązania. Nie chodzi o arogancję, ale nas w ogóle polskie kino nie zajmuje. Nie proponuje niczego, co by nas zainteresowało, no może poza aktorami, na których patrzymy z dużą ciekawością w kontekście własnych projektów. Ale jeśli mówimy o sposobie opowiadania historii, języku filmowym, dramaturgii, narracji, to tam nie ma nic, co by mnie wypełniło, doświadczyło. Choć jest kilku reżyserów, których cenimy. A.S.: My wciąż na coś czekamy, jeśli chodzi o polskie kino. Postanowiliśmy robić filmy nie dlatego, żeby zostać filmowcami. Ja się zajmuję literaturą, a Wili malarstwem, więc w pracy nad filmem mogliśmy się spotkać. Mamy te same zainteresowania, spędzamy ze sobą dużo czasu. Dobrze nam się pracuje – więc to było naturalne. Zrobiliśmy film trochę z egoistycznych pobudek, trochę dla przyjemności samej pracy.

Wilhelm, jesteś autorem zdjęć. Perspektywa malarza jest ważna?

W.S.: Pracę nad obrazem zaczynam zwykle od zdjęcia. To jest intuicyjne, podobnie jest z filmem. Coś się pojawia przed kamerą, więc tak ją kieruję, żeby to uchwycić w kadrze. Nie ustalamy z aktorami ścieżek, po których mają przejść, żebym ja mógł ich dobrze skadrować. Bardziej chodzi o obszar swobodnego ruchu kamery. A.S.: Faktycznie, my niczego nie planujemy, nie robimy storyboardów, co nie znaczy, że nasze filmy nie są przemyślane. Jeśli chodzi o zdjęcia, myślę, że Wili wielokrotnie mógłby usłyszeć, że tak się nie robi. W.S.: Trudno. To, co mogę powiedzieć jako operator, i powiem może brzydkie słowo, to, że lubię taką kamerę, tak przystawioną, która mogłaby po prostu – muszę to powiedzieć – jebnąć aktora w głowę. To jest ciężki sprzęt, czarny, metalowy – kamera to nie jest neutralny obiekt.

WILHELM SASNAL rocznik 1971, jest jednym z najbardziej znanych polskich artystów współczesnych. Jego prace znaleźć można m.in. w Centrum Pompidou czy Tate Modern. ANKA SASNAL jest redaktorką i scenarzystką. Są parą od 20 lat. Mają dwójkę dzieci: 12-letniego Kacpra i roczną Ritę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze