1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Tomasz Raczek: Kołobrzeski festiwal to święto kina

Tomasz Raczek: Kołobrzeski festiwal to święto kina

Fot. Magdalena Malińska
Fot. Magdalena Malińska
Premierowa odsłona festiwalu „Sensacyjne Lato Filmów”, który w poprzedni weekend zawładnął Kołobrzegiem, dobiegła końca. O tym, co się udało osiągnąć w tej edycji, i czego możemy się spodziewać po następnych, rozmawiamy z Tomaszem Raczkiem.

Magdalena Malińska: Premierowy stres już za nami, festiwal dobiegł końca. Jest Pan zadowolony z efektów?

Tomasz Raczek: Myślę, że w tym roku festiwal pokazał się w zalążku jako impreza bardzo ciekawa i pasująca do Kołobrzegu. Na razie mamy wszystkiego po trochu: wspaniałych gości, którzy stanowią atrakcję nie tylko dla publiczności, ale też dla samych siebie. Ten festiwal jest znakomitą okazją, by twórcy kina gatunkowego mogli się spotkać, podyskutować, opowiedzieć o tym, co teraz robią. Wbrew pozorom na co dzień nie mają takiej szansy. Z drugiej strony jest to szansa dla widzów, by niezależnie od warunków pogodowych nie tylko przypomnieli sobie historię naszego kina sensacyjnego, ale także zobaczyli nowe produkcje, jak „Hansa Klossa. Stawkę większą niż śmierć” (reż. Patryk Vega) i „Yumę” (reż. Piotr Mularuk) - film nagrodzony przed chwilą na festiwalu w Karlowych Warach, jeszcze nieobecny w kinach. Jest to także impreza, która nie zamyka się w budynku, a wychodzi do miasta - odbył się pokaz kaskaderski na plaży, przeprowadzono także casting dla dzieci zainteresowanych graniem w filmie. Goście festiwalu spotykają się z ludźmi na bulwarze nadmorskim przy porcie. Do tego nocne kino na plaży - wszystkie części szwedzkiego ”Millenium”.

Planujemy co roku wybrać inny gatunek filmu jako wiodący. W tym roku jest to kino sensacyjne. Wręczyliśmy nagrody Wojciechowi Wójcikowi, Władysławowi Pasikowskiemu i Stanisławowi Mikulskiemu. To dopiero zalążek, ale jeśli wniesie się odrobinę siły, rozmachu i pieniędzy w tę imprezę, to Sensacyjne Lato Filmów może niedługo okazać się bardzo ważnym letnim festiwalem.

A jak wyglądają plany na przyszłość? Rok bardzo szybko minie, trzeba już myśleć o następnej edycji.

Myślimy przede wszystkim o tym, by rozszerzyć formułę festiwalu o filmy zagraniczne i by nie poprzestawać na kinie sensacyjnym, a sięgnąć też po kino komediowe, science-fiction i inne rodzaje kina gatunkowego. Kołobrzeski festiwal ma być świętem kina, ale nie artystycznego, a gatunkowego i komercyjnego właśnie. Liczymy więc na przegląd poszczególnych gatunków.

Diagnozę kondycji tego kina już znamy, bo wielokrotnie padała podczas tego festiwalu z ust zarówno twórców, którym coraz trudniej realizować pomysły pomimo uznania środowiska filmowego, jak i widzów, którzy tęsknią za tym rodzajem rozrywki. Zarówno największe festiwale filmowe w Polsce, jak i szkoły kształcące reżyserów, a nawet sam PISF, bardziej doceniają kino autorskie, w którym - by to ująć łagodnie - do wszystkich elementów wypowiedzi filmowej podchodzi się twórczo...

Czyli pogardza gotowymi receptami.

W tekście programowym stawia Pan sobie i temu festiwalowi zadanie, by udowodnić, że mamy w Polsce bardzo silną tradycję kina gatunkowego i autorytety zdolne przekazać ją następnym pokoleniom. Czy trzeba poprzestawać na udowadnianiu tej tezy, czy też może jest jakaś szansa na poprawę położenia tego kina w Polsce?

Bardziej zależy nam właśnie na tym, by stworzyć polskiemu kinu sensacyjnemu warunki do odrodzenia. W tej edycji zależało nam na postawieniu diagnozy. Festiwal pokazuje, że kiedyś całkiem sprawnie realizowano polskie kino sensacyjne - stąd tak duży wybór filmów, które pokazywaliśmy tu w Kołobrzegu, teraz jest trochę gorzej, choć nie beznadziejnie. Ten rok jest wyjątkowo dobry, bo oprócz pokazywanych w Kołobrzegu „Hansa Klossa”, który - choć wszyscy mu wieścili klęskę - okazał się nieoczekiwanie bardzo dobrym filmem, i „Yumy”, która jest filmem zarówno sensacyjnym, jak i artystycznym i już zbiera nagrody, jesienią czeka nas powrót Władysława Pasikowskiego z bardzo kontrowersyjnym filmem „Pokłosie”, któremu mam osobiście wiele do zarzucenia.

W kwestii warsztatu czy treści?

„Pokłosie” podejmuje temat bardzo newralgiczny, zarówno psychologicznie jak i społecznie, dotyczy bowiem zbrodni w Jedwabnem. Pasikowski bardzo chciał zrealizować ten film zgodnie z zasadami kina sensacyjnego. Jak się okazało, tego typu temat włożony, a momentami wepchnięty na siłę w szablon gatunku bardzo na tym cierpi. Kino sensacyjne nie znosi nieoczywistości, jest czarno-białe. A ten problem nie znosi bieli i czerni, bo prawda odmalowana w takich barwach staje się niemal propagandowa, śmieszna. Rozmawiałem z widzami, na których to nie zrobiło tak złego wrażenia jak na mnie, ale ja widzę tu rodzaj anachronizmu - nieprzystawalność tematu do formy.

Ocenia to Pan jako błąd w sztuce?

Błąd w założeniu. Ale też w pewnym sensie błąd w sztuce, bo mam wrażenie, że tym razem Władysław Pasikowski nie do końca poradził sobie z prowadzeniem aktorów. Maciej Stuhr, który jest aktorem bardzo wrażliwym i ciekawie grającym, na planie chyba czuł się niekomfortowo. Mam takie wrażenie, jakby się czuł nie w swojej skórze. Przez to cały czas utrzymuje się u mnie brechtowski „efekt obcości”, który nie pozwala mi się utożsamić z bohaterem i wierzyć w autentyczność tego, co robi.

Czy nie jest tak, że podejmowanie tak trudnych społecznie tematów przez twórców polskiego kina z góry skazane jest na porażkę? Czy dzisiejsze kino potrafi to udźwignąć?

Różnie. Bo jest na przykład „Obława” (reż. Marcin Krzyształowicz), film pokazujący losy żołnierza AK i zarazem zdrajcy. Tam ta dwoistość, niezwykła sytuacja, suspens, są perfekcyjnie przeprowadzone psychologicznie. Zresztą, to chyba polska specyfika - lepiej niż inni dajemy sobie radę z łączeniem przeciwieństw. Ale „Obława” jest filmem bardziej autorskim niż gatunkowym; takim tematom sprzyja forma dająca możliwość większego oddechu. Kino gatunkowe nie leży w polskiej mentalności. Mamy od tego fachowców i czasem nam się ono udaje, ale tylko wtedy, gdy jest od początku do końca przeprowadzone zgodnie z regułami kina gatunkowego. Tematyka i scenariusz też muszą być rodem z tej dziedziny. Jeśli sięgamy po temat taki jak zbrodnia w Jedwabnem, trzeba się swobodnie poruszać w wielu gatunkach i potrafić je łączyć. Władysław Pasikowski porusza się swobodnie tylko w obrębie swojego gatunku i to zaszkodziło „Pokłosiu”.

A czy potraktowanie kina gatunkowego z przymrużeniem oka jak w „Rewersie”, jest możliwą ścieżką rozwoju tego kina, czy to raczej ślepa uliczka?

W podobny sposób potraktowali tę formę i Duńczycy, realizując „Gang Olsena”. Tak samo działają Czesi, i nam to bardzo dobrze wychodzi - może to umiejętność przynależna naszej długości geograficznej? To oczywiście jest bardzo atrakcyjna ścieżka rozwoju kina gatunkowego, ale o ile przebiega obok tej głównej, a nie zamiast niej.

A skoro już „wyjechaliśmy” za granicę - w przyszłym roku program festiwalu ma zostać poszerzony o filmy niepolskie. W których rejonach świata realizuje się teraz ciekawe kino sensacyjne?

Najbliższe zarówno mi, jak i naszym możliwościom, jest kino skandynawskie. Najchętniej w przyszłym roku poruszałbym się właśnie po osi pomiędzy Skandynawią a Czechami.

A szanse na nowości w Polsce? Są jakieś talenty wśród młodego pokolenia, które są w stanie udźwignąć kino gatunkowe i które będziecie próbowali ściągnąć do Kołobrzegu?

Realizacja kina gatunkowego tak naprawdę nie wymaga jakichś szczególnych umiejętności, ale pewnej pasji i chęci, by się temu poświęcić. Jeśli tylko odpowiada komuś taki rodzaj wypowiedzi artystycznej, to nie ma przeszkód, by to robić. Podczas spotkania z Sylwestrem Chęcińskim zadałem pytanie, czym powinni różnić się reżyserzy, którzy robią filmy sensacyjne, od tych, którzy robią komedie. Odpowiedział, że to rozgraniczenie jest bezzasadne, bo dobry reżyser jest w stanie zrealizować zarówno jeden gatunek, jak i drugi, o ile znajdzie dobry scenariusz. I on jest właśnie tego przykładem takiego twórcy - z jednej strony potrafił zrobić świetnych „Samych swoich”, z drugiej - „Wielkiego Szu”.

Powiedział Pan na gali otwarcia, że wytężona praca nad kinem gatunkowym może nam otworzyć drogę do Hollywood. To była ironia?

Mówiłem to jak najbardziej serio. Kino gatunkowe jest najbardziej potrzebne „konsumentom”, czyli widzom. A Hollywood to nie tylko gwiazdy i czerwone dywany, ale też produkcja B i C. Hollywood to przede wszystkim fabryka filmów. A jeśli zaczniemy myśleć o filmach jako produkcie, a nie emanacji duszy, interwencji muz i tak dalej, to mamy szansę trafić do dystrybucji światowej. Nie trzeba wypatrywać splendoru, ale pracować na prawdziwe, rzeczywiste funkcjonowanie w świecie kina. Potrzebujemy w Polsce stworzyć obok obiegu A także obieg B, czyli filmy, które będą przeznaczone do dystrybucji DVD i telewizyjnej - to niezbędna część przemysłu filmowego, gdy ma być soczysty, prawdziwy. My cały czas chcemy robić ciasto z samej kruszonki, a kruszonka jest tylko na wierzchu. Produkcja filmowa powinna mieć wszystkie warstwy, także te mniej efektowne, a często bardziej potrzebne widzom.

Ale przecież nie odwrócimy biegu rzeki - zawsze centrum kina gatunkowego będzie w Stanach Zjednoczonych, a my będziemy na peryferiach. Oni chyba nie będą chcieli nas dopuścić do pieczenia ich ciastek.

Ale przecież nie musimy tego robić na ich sposób. Naśladownictwo nigdy nie było dobrym pomysłem na życie i nigdy nie prowadziło do nagród. Powinniśmy przede wszystkim wyrzucić z głowy myślenie o tym, że gdy naśladuję film mojego mistrza, jestem profesjonalny.

A który z filmów prezentowanych podczas festiwalu uznałby Pan najchętniej za nasz towar eksportowy, coś, co mogłoby stanowić ikonę polskiego kina sensacyjnego?

Zdaje mi się, że „Psy” (reż. Władysław Pasikowski) były zrobione w bardzo polski sposób. To jest film wywiedziony z polskiego ducha i łączący go z amerykańskim schematem. Relacje między postaciami, dialogi - to bardzo polskie elementy. Chociaż szczerze powiem, że go nie lubię.

A mimo to postawiłby go Pan na świeczniku?

Nie na świeczniku. W ogóle świecznik i kino gatunkowe nie pasują do siebie. Do oceny tych filmów trzeba przykładać inne kryteria, oceniać raczej efektywność, a nie sukces artystyczny. Wtedy się przestawiam i przestaję oczekiwać, że film zadowoli moje ambicje, za to obserwuję, na ile to kino „działa”. „Psy” są naszym najlepszym produktem w dziedzinie kina sensacyjnego. Układając program festiwalu, stosowaliśmy taką zmienioną optykę, to nie jest moja lista życzeń.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.