1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Agnieszka Hekiert: jesteśmy jednym wielkim organizmem

Agnieszka Hekiert: jesteśmy jednym wielkim organizmem

materiały prasowe
materiały prasowe
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Agnieszka Hekiert, to polska wokalistka jazzowa, która jest zarazem rozchwytywaną instruktorką wokalną. Śpiewała z samym Bobbym McFerrinem, który nie krył zachwytu jej głosem. Ukazał się właśnie jej świetny debiutancki album „Stories”.

Od jak dawna śpiewasz? Od czego się zaczęło?

Zaczęło się w wieku sześciu lat, od gry na pianinie. Zachwyceni rodzicie myśleli, że rośnie im drugi Chopin, ja natomiast skręciłam w pewnym momencie w śpiewanie –  chyba przez to, że chorowałam i opuszczałam masę zajęć. Ale na początku łatwo nie było, jakaś pani - guru od śpiewu w moim mieście - powiedziała mi: „Dziecko, ty lepiej nie śpiewaj”. Odeszłam więc na moment w stronę sportu, ale przyciąganie muzyczne było zbyt silne. Fascynacja gitarą (pożyczoną) pod koniec szkoły podstawowej to był punkt zwrotny i już mnie ta pasja nie puściła.

Kiedy i dlaczego zaczęłaś śpiewać jazz?

Tuż po fascynacji klasyką w liceum, chyba głównie z myślą o przygotowaniach do egzaminu na Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Mój ukochany standard z tamtych czasów to „Too Darn Hot”. Dzięki niemu dostałam się na studia, to zresztą zabawna historia. Przyjechałam na egzaminy trochę spóźniona (zdawałam również do szkoły aktorskiej i pokrywały się nieco godziny), zapomniałam nut, a pianista wyznaczony do akompaniowania znał standard, ale postanowił zagrać w swojej, ulubionej tonacji – dużo wyższej niż moja! Nie zdawałam sobie z tego sprawy wchodząc do sali, dlatego na pełnym luzie wyśpiewałam te wysokie dźwięki, mocno i pewnie, chociaż z lekką chrypą, wynikającą ze zbyt wysokiej tonacji właśnie. I to się niechcący komisji spodobało. A ja to nazywam: w czepku urodzona.

Co cię fascynuje w jazzie?

W jazzie uwielbiam improwizację, to niesamowite połączenie duszy i ciała z techniką, dźwięki i frazy muzyczne wypływające z nas samoistnie, uwalniające duszę, tak jak się uwalnia dżina z butelki. Uwielbiam muzyków jazzowych za ich niewiarygodną muzykalność, otwartość, eksperymenty, abstrakcyjne myślenie, taki specyficzny, wolny, choć czasem niełatwy styl życia.

A na czym polega fenomen „polskiego jazzu”?

Myślę, że mamy wiele słowiańskich elementów, pewną melodykę, melodyjność, jesteśmy otwarci na inne kultury, poszukujemy i mamy w sobie radość tworzenia, ale i ogromną wrażliwość wynikającą chyba z naszej historii. Żelazna kurtyna, brak dostępu do płyt czy taśm magnetofonowych, głód wiedzy sprawiły, że zachodnie nagrania były traktowane jak relikwie. Znam obecnych profesorów, którzy za czasów studiów, żeby pojechać na Jazz Jamboree (czyli mieć na bilet z Katowic do Warszawy i wejściówkę do Kongresowej) nie jedli by zaoszczędzić pieniądze. To było prawdziwe poświęcenie dla muzyki. I taką pasję my Polacy mamy w sobie. Podczas prób do koncertów z Bobbym McFerrinem i międzynarodowym chórem okazało się, że to właśnie my, Polacy, jesteśmy najlepiej przygotowani. Poproszono nas o prowadzenie ćwiczeń w podgrupach. Może to wynik kompleksów, tak dobrze staraliśmy się poznać materiał, by przysłowiowej „plamy” w wielkim świecie nie dać, ale uważam, że to dobra cecha.

Jak trafiłaś do projektu „Vocabularies” Bobby’ego McFerrina?

Jak się okazuje, trzeba chodzić na koncerty do Sali Kongresowej, bo to właśnie tam w kuluarach… spotkałam Marcina Wawruka, który zaproponował mi, żebym wsparła wokalnie jego zespół ProForma. Wygrali festiwal Legnica Cantat i byli zaproszeni do zaśpiewania z gwiazdą, którą sami wybrali, czyli z Bobbym McFerrinem. A potem zaprosił mnie Chamber Choir of Europe i przeżyłam coś, czego mogę życzyć wszystkim wokalistom. Długie, ale piękne godziny ćwiczeń przed koncertami, pełna magia na scenie, kilka solówek z samym mistrzem, jego pełne uznanie i ta wspólna energia muzyczna i zrozumienie na scenie. To powodowało u nas dreszcze przejęcia, łzy wzruszenia i bodaj największą radość, jaką udało mi się dotychczas przeżyć. Bywało, że spaliśmy po 4-5 godzin, a energię mieliśmy niespożytą.

Polską jest krajem wielu wokalistek – co ciebie odróżnia?

Moja muzyka to połączenie Bałkanów ze słowiańską duszą. Taki znak firmowy. Na te moje Bałkany składa się odrobina Bułgarii, Serbia, Chorwacja. Nie zastanawiałam się nigdy, co mnie odróżnia. Mamy wiele cudownych wokalistek w Polsce, ogromnie je cenię. Każda poszukuje na swój własny sposób. Jeśli słucha się wewnętrznego ja, to zawsze znajdzie się unikalność, wyjątkowość. Nie ma dwóch takich samych dusz.

Skąd się biorą inspiracje bałkańskie w twojej muzyce?

Głównie od trzech osób z zespołu Leszka Żądło: Savy Medana – Serba, kontrabasisty, wirtuoza, człowieka o naturze mnicha, z którym możemy wspólnie muzykować całymi godzinami. Od Konstantina Kostova, wspaniałego bułgarskiego pianisty. I od Neviana Lenkova – niesamowitego bułgarskiego perkusisty. I chyba jeszcze od Chorwatów, których mam w rodzinie – narodu niezwykle muzykalnego, rytmicznego. Na niedużej, pięknej wyspie Korcula panowie w zaawansowanym wieku zbierają się co niedziela, żeby wspólnie śpiewać. Ale nie dla ludzi – dla siebie. Stają w kręgu, twarzami do siebie, w miejscu odpowiednim akustycznie, w murach miasta. I śpiewają na głosy, tak pięknie, że dech zapiera.

Czy nie czujesz różnicy pokoleniowej grając z Leszkiem Żądło?

Czuję wielki szacunek, ale Leszek to wybitnie radosny, młody duchem człowiek, więc nie da się tej różnicy czuć. Kompletnie wspiera moje poczynania wokalne. Jest dla mnie bardziej kolegą ze sceny, natomiast w życiu – wspaniałym przyjacielem.

Od czego zaczęły się twoje sukcesy w Austrii i w Niemczech?

Wszystko zaczęło się od samotności i od poszukiwania muzyków, z którymi mogłabym grać. A że jestem w czepku urodzona, to trafiłam na kilku wirtuozów. Nowe wyzwania powodują, że człowiek błyskawicznie się uczy, rozwija, ćwiczy.

Potem już w Niemczech trafiłam do zespołu Leszka Żądło, nagraliśmy piękną płytę, koncertowaliśmy, a później się okazało, że świetnie się rozumiemy z pianistą Leszka, Konstantinem i takie były zalążki obecnego albumu. Gdybym tego wszystkiego nie przeszła – nie byłoby „Stories”.

O czym opowiadają „Historie”? Ile jest w nich twojej prawdy?

„Stories” to opowieści powstałe po wydarzeniach, które miały miejsce naprawdę. Czasem bardzo smutne, jak „Ballad for M.” – wspomnienie przyjaciela, który zginął w wypadku i chęć pocieszenia tych, którzy musieli tę tragedię przeżyć. Podobnie „Folk Song”, utwór dedykowany tym, którym jest ciężko, trudno. Ale jest też weselej. Na przykład „Last Camel” opowiada o… ostatniej wielbłądzicy. Poznałam kiedyś Arabów, którzy głosili, jak ważne w ich kraju jest mleko wielbłąda. Jeśli chcesz być piękny, zdrowy i mądry to pij camelmilk. No i takim sposobem w głowie powstała mi abstrakcyjna myśl – a co będzie, jak wielbłądy wyginą i zostanie ta ostatnia, jedyna wielbłądzica? Utwór „Like a Nice Dream” opowiada o przyjacielu i o jego wielkiej, odległej, zakazanej miłości. „Who Knows” jest też o miłości, tym razem szaleńczej, oddanej, pełnej pasji i głębi. „Gdyby tylko” i „Nić” to już piosenki o mnie i moim nastawieniu do świata, życia, o chęci zatrzymania ważnych chwil. Wyobrażam sobie, że my, wszyscy ludzie, jesteśmy jednym wielkim organizmem i jak się uszczypnę gdzieś w ten „organizm” – to cały mnie zaboli, z prawej i z lewej, a jak wyślę dobry impuls, to on okrąży organizm i wróci, spowoduje rozlewające się zadowolenie, wspólny oddech. Jest też nastrojowa ballada „Kiedy Mówisz”, z tekstem ks. Jana Twardowskiego. O tym, że „gdy Bóg zamyka drzwi – otwiera okno”.

Jaka jest recepta na dobry repertuar? Raczej standardy, czy rzeczy nowe?

Raczej własne utwory. Jeśli piszesz – masz poczucie spełnienia, a jeśli jeszcze ktoś chce tego słuchać – to już wtedy jest pełnia szczęścia. Muzycy mają w sobie specyficzny ekshibicjonizm – muszą swoje przeżycia przelać na papier, a później na słuchaczy. Niełatwo jest opowiedzieć coś szczerze i być wiarygodnym śpiewając standard jazzowy, no chyba, że jest się Dianą Krall. Co nie zmienia faktu, że kocham standardy jazzowe – głównie te z ery swingu i be-bopu.

Czy warto być autorką na scenie jazzowej? Diana Krall nawet nie próbuje.

Warto być autorką na jakiejkolwiek scenie, nawet na domowej – jeżeli tylko ma się potrzebę tworzenia. Ona i tak jest silniejsza, więc nie można się jej przeciwstawiać. A wracając do Diany Krall, to przypominam o płycie „The Girl In The Other Room” – Diana i jej mąż razem stworzyli ten piękny album. Myślę, że ona również tworzyła długo do szuflady, zanim odważyła się pokazać światu własną twórczość. Bo trudno jest mierzyć się z tak wielkimi twórcami, jak Cole Porter, Duke Ellington, Nat King Cole, George i Ira Gershwin.

Jesteś instruktorem śpiewu. Czy trudno pogodzić dwie kariery – solo i vocal coach?

U mnie na szczęście nic nie trzeba było godzić. Koncertuję i tworzę w chwilach wolnych od programów, a że w programach uczestniczę w końcowej fazie – tzw. Live – i że zazwyczaj jest to jeden dzień wokalnych przygotowań (pomijam programy Fabryka Gwiazd i X-Faktor, bo wtedy faktycznie musiałam trochę koncerty odłożyć na bok), to zwykle nie przeszkadza mi to w występowaniu na scenie. Natomiast, gdyby ktoś zapytał: koncerty czy programy?, to odpowiedź jest i będzie zawsze jedna – koncerty, koncerty. Te w malutkich klubach i w dużych salach, wewnętrzna potrzeba obcowania z muzyką. Kiedy dłużej nie śpiewam staję się nieznośna i smutna.

Czy każdemu można ustawić emisję i nauczyć improwizować?

Każdemu można ustawić emisję, ale podstawowa zasada jest jedna: ta osoba musi sama chcieć ćwiczyć. No i przydaje się, kiedy trochę słyszy [śmiech]. Aktorzy trenują impostację głosu, ponieważ dużo i z różnym natężeniem pracują głosem. Ludzie, którzy dużo mówią (np. w pracy) powinni taki kurs emisji przejść. Moja siostra, która z muzyką nie ma nic wspólnego, nabawiła się raz guzków śpiewaczych. Uśmiałyśmy się, bo ona naprawdę nie śpiewa. Po prostu za dużo musiała mówić w pracy.

Jakie są twoje plany na przyszłość? A jakie marzenia?

Plany na rok 2013 to grać dużo koncertów z płytą „Stories” i tym świetnym składem muzyków, który wystąpił na płycie. Co zaś do marzeń – marzą mi się pewne warsztaty… Zobaczymy. A tak naprawdę, to tyle ostatnio dostaję, że dziękuję z całych sił i proszę, żeby ten stan trwał jak najdłużej.

25 września na rynku ukazała się nowa płyta Agnieszki Hekiert zatytułowana „Stories”, nagrana z udziałem znakomitych muzyków sceny europejskiej i polskiej, jak m.in. Konstantin KostovCezary Konrad, Robert Kubiszyn, Krzysztof Herdzin, Kuba Badach, Atom String Quartet. Jest połączeniem bałkańskich brzmień, słowiańskiej duszy, wyśmienitych dźwięków, energetycznych „połamanych” rytmów. Wirtuozeria muzyków łączy się z głębokim głosem Agnieszki, jej niewiarygodnie lekkim poruszaniem się po skali i pełnymi energii improwizacjami. Uczta dla wymagającego ucha!

  - wokalistka jazzowa, od 2009 roku współpracująca z wybitnym artystą sceny jazzowej BobbymMcFerrinem, jak również z Trio Krzysztofa Herdzina w Polsce oraz Leszkiem Żądło i bułgarskim Trio w Monachium. Jest także rozchwytywanym instruktorem wokalnym takich programów jak X-Factor (2011 TVN), Mam Talent (2010/2011 TVN), My Camp Rock II (2009 Disney Channel), Fabryka Gwiazd (2008 Polsat).Jest absolwentką wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach.Z czasem doceniona na scenie austriackiej i niemieckiej współpracuje z legendą sceny jazzowej, saksofonistą Leszkiem Żądło (m.in. płyta „Tribute to Poland”, 2011).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Anthony Hopkins w nowym filmie "Wirtuoz. Pojedynek zabójców" - zwiastun i data premiery

Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie
Dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins jako tajemniczy szef płatnego zabójcy w filmie "Wirtuoz. Pojedynek morderców". (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

W thrillerze noir „Wirtuoz. Pojedynek morderców” dwukrotny laureat Oscara Anthony Hopkins wciela się w postać tajemniczego szefa płatnego zabójcy granego przez Ansona Mounta. Nowy film Nicka Stagliano zadebiutuje na VOD już 5 maja.

Jest opanowany, skrupulatny i działa z morderczą precyzją. Wirtuoz to bezimienny zabójca na zlecenie, który od swojego mentora otrzymuje najtrudniejsze zadanie w dotychczasowej karierze. Musi wytropić i zabić zbuntowanego zabójcę, nie wie jednak, kto jest jego celem. Zna tylko czas i miejsce, gdzie będzie mógł spotkać swoją przyszłą ofiarę. Co zrobi, kiedy na jego drodze stanie piękna kobieta? Czy wytropi cel i idealnie wykona zadanie?

W rolach głównych występują: Anthony Hopkins („Milczenie owiec”), Anson Mount („Non-Stop”), Abbie Cornish („Jestem Bogiem”), Eddie Marsan („Dżentelmeni”). Za reżyserię odpowiada Nick Stagliano („Good Day For It”), który jest także współscenarzystą i producentem filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=qWcW4vFHNfs&feature=youtu.be

- Mentor jest silną postacią. To co mi się najbardziej spodobało to prostota. Nick Stagliano w bardzo prosty sposób ułożył scenariusz. Nie przereżyserował go na papierze. Czasami trzeba przedzierać się przez scenariusze z ogromną liczbą wskazówek scenicznych. Ten z kolei był bardzo klarowny i napisany wprost – mówi Anthony Hopkins.

- Od zawsze fascynowało mnie, jaki wpływ na nas, ludzi, ma poczucie winy. Dlatego postanowiłem stworzyć  historię, w której główny bohater, będący w rzeczywistości złym człowiekiem, staje w obliczu poczucia winy, sumienia, współczucia i emocji, które zaczynają przejmować nad nim władzę – dodaje reżyser Nick Stagliano.

Film dostępny będzie od 5 maja na platformach VOD: ipla, vod.pl, Orange VOD, premiery Canal+, platforma CANAL+, Chili, PLAY NOW, Multimedia GO, mojeekino.pl, e-kinopodbaranami, TVP VOD, Vectra i UPC Polska.

  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Dokument „Czego nauczyła mnie ośmiornica” opowiada o przyjaźni filmowca Craiga Fostera z ośmiornicą. (Fot. materiały prasowe/Ross Frylinck)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.