fbpx

Karolina Breguła: Bruksela w dwie godziny

Karolina Breguła: Bruksela w dwie godziny
Fot. Karolina Breguła

Nieznośnie czyste pozbawione charakteru miasto, złożone głównie ze schludnych biurowców z przeszklonymi ścianami. Tak wyobrażałam sobie Brukselę.
Tymczasem to, co zobaczyłam, gdy wysiadłam wczoraj z pociągu z Genk, to walające się do ulicach śmieci i architektoniczny chaos, jakiego nie powstydziłaby się Warszawa czy Berlin. Miałam kilka godzin do odlotu, postanowiłam więc pójść na szybki spacer po mieście.

Najpierw trafiłam na sąsiadujący ze stacją kolejową ogromny plac o nieregularnym kształcie, wokół którego ustawione są budynki ze wszystkich epok. Dziewiętnastowieczne kamienice, obok nich powojenny modernizm, dalej budynki z lat 70. lub 80. Na pierwszy rzut oka widać, że plac przez lata rozwijał się bez rozsądnego planu zagospodarowania i że nikt o niego szczególnie nie dba. Wszystko jest tu lekko zaniedbane i przybrudzone, z większości budynków odpada farba.

Fot. Karolina Breguła/więcej w galerii

Plac przecinają dwie ruchliwe drogi, a na jego środku jest wielki parking jakby żywcem przeniesiony z naszego warszawskiego Placu Konstytucji. To nie przeszkadza wcale życiu, które tutaj się toczy. Na placu jest wielkie targowisko. Sprzedawcy z różnych stron świata handlują owocami i warzywami, przyprawami i ziołami głośno, przy tym krzycząc. Przez plac przetacza się niemiłosierny tłum, który nie zważa na warstwy śmieci pod nogami – resztki zjedzonych owoców, kartony, plastikowe torebki.

Dalej jest targ z tanimi ciuchami azjatyckiego pochodzenia. Trochę przypomina ten, który mieliśmy przed laty w Warszawie przy Pałacu Kultury i Nauki lub Jarmark Europa na dawnym Stadionie Dziesięciolecia.

Przy placu stoi użytkowa rzeźba – wielka słuchawa Emilia Lopez-Menchera. Gdyby ktoś chciał lepiej usłyszeć tutejszy hałas, może wspiąć się po schodkach i przyłożyć do niej ucho.

Za targiem znajduje się dzielnica zamieszkała głównie przez brukselczyków pochodzenia arabskiego. Pełno tu marokańskich ciasteczek, tureckich kebabów i sklepów z używanym sprzętem komputerowym. Dalej dzielnica sklepów dla kolekcjonerów – kiosk ze znaczkami, z monetami, ze starymi winylami, resorakami, modelami kolejek szynowych i samolotów do sklejania. I mnóstwo innych.

Po trzydziestu minutach takiego spaceru przez miasto w intuicyjnie wybranych kierunku doszłam do starego miasta pełnego turystów. Żeby poczuć się jak oni, w pośpiechu zjadłam belgijskiego gofra i pognałam z powrotem na dworzec, by złapać swój autobus na lotnisko.

Wycieczka była krótka, ale wystarczająco długa, by zupełnie zmieniło się moje wyobrażenie Brukseli. Od wczoraj jest ona dla mnie miastem wystarczająco nieuporządkowanym, by mogło uruchamiać fantazję. Dzięki temu trafiła na listę miast, które do których chciałabym wybrać się na weekend.