fbpx

„Zapuszkowane marzenia” – rozmowa z reżyserką

„Zapuszkowane marzenia” - rozmowa z reżyserką
fot. materiały prasowe PLANETE+ DOC

O marzeniach zamkniętych w puszce ravioli, okrucieństwie wobec zwierząt, problemach z wegetarianizmem i o tym, jak zatrzymać samolot Lufthansy – opowiada fińska reżyserka Katja Gauriloff, której film „Zapuszkowane marzenia” zostanie pokazany w ramach 9. Festiwalu Planet+ Doc.
Podobno pomysł na „Zapuszkowane marzenia” znalazłaś w supermarkecie?

Gdyby najlepsze pomysły na film leżały na półkach w supermarkecie, chodziłabym tam codziennie. Ale tak nie jest. Pomysł narodził się w moim biurze podczas obiadu z kolegami. Gdy na stół wjechało ravioli z puszki, zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie powstały poszczególne składniki naszego posiłku i jak gotowy produkt trafia do sklepów. Takich informacji nie podaje się na etykiecie, co jeszcze bardziej rozbudziło moją ciekawość. Wtedy pomyślałam, że to byłby fantastyczny materiał na dokument, ale do głowy mi nie przyszło, że następne cztery lata będę jeździć z kamerą po całym świecie, od Brazylii po Ukrainę, szukając fabryk, ferm i rzeźni, gdzie powstały poszczególne składniki

Znalazłaś wszystkie?

Prawie. Zadanie okazało się trudniejsze niż przypuszczałam, informacje o pochodzeniu produktów okazały się pilnie strzeżonym sekretem firmy, która kategorycznie odmówiła współpracy ze mną, chociaż zastrzegłam, że nie wymienię nazwy marki w filmie. Ale nie łamałam się z tego powodu. Na początku wiedziałam tylko, że pomidory są z Portugalii, gdzie zresztą pojechałam w pierwszej kolejności. Ale to było za mało. Musiałam wiedzieć więcej, żeby nakręcić film.

Zatem jak zdobyłaś te informacje?

To było śledztwo na wielką skalę. Stukaliśmy do wielu drzwi, ale nie mogę zdradzić szczegółów. Znalezienie wszystkich informacji zajęło nam prawie dwa lata

Powiedz przynajmniej z czego było zrobione to ravioli.

Wszystkie najważniejsze składniki są wymienione w filmie. Pomidory, jak wspomniałam, były z Portugalii, wieprzowina z Danii oraz Rumunii, wołowina z Polski, pszenica z Ukrainy, jaja z Francji, oliwa z Włoch. Puszki wytwarza się w Brazylii, skąd trafiają do Francji, gdzie powstaje gotowy produkt. W trakcie zdjęć zrezygnowałam z marchewki i selera, ponieważ musiałabym kręcić w tych samych krajach, a zależało mi na różnorodności. Pominęłam też przyprawy, były drugoplanowym bohaterem tego dania.

Gdybym nie oglądał twojego filmu, pomyślałbym, że mówisz o lekkim dokumencie dla kanału kulinarnego. A przecież „Zapuszkowane marzenia” to bolesne doświadczenie dla widza, chociażby ze względu na drastyczne sceny uboju w rzeźni. Na pokazie w Berlinie niektórzy widzowie zasłaniali oczy, kilka osób wyszło nawet z kina. Spodziewałaś się takich reakcji?

Oczywiście, doskonale ich rozumiem. Sama nie mogę patrzeć na scenę, w której krowa zostaje postrzelona w głowę. Takich scen było znacznie więcej, niektóre wycięłam w montażu, bo były zbyt brutalne. Niektórzy zarzucają mi, że film jest ostry, że jest w nim dużo krwi. Rozumiem krytykę, ale nie zgadzam się z nią. Moim zadaniem było pokazanie całego procesu produkcji, nie mogłam pominąć rzeźni. Bez mięsa nie byłoby ravioli. Nie widzę powodu, dla którego miałabym udawać, że jest inaczej, że coś jest białe, kiedy w rzeczywistości jest czerwone.

Problem leży chyba gdzie indziej. Przywykliśmy do przemocy wobec ludzi na ekranie. Ale twój film działa mocniej niż brutalny slasher, bo odsłaniasz tabu okrucieństwa wobec zwierząt.

Moją intencją nie jest szokowanie widza, zresztą nie lubię przemocy w filmach. Sceny z ubojni nie były inscenizowane. Sprzeciw widzów, mój zresztą też, bierze się chyba z tego, że to bardzo niewygodna prawda. Fast foody nie chwalą się, że sprzedają hamburgery kosztem życia tysięcy żywych istot. A proces, który pokazałam w filmie, dzieje się cały czas, każdego dnia. Może dlatego te obrazy działają tak mocno. Kamera to dziwne, fascynujące narzędzie, czasem zmiękcza obraz rzeczywistości, innym razem go wzmacnia, wyostrza. Starałam się jedynie, żeby nie była sędzią.

Rzeźnie w twoim filmie przypominają obozy koncentracyjne.

Miałam takie samo skojarzenie, gdy pojechałam do olbrzymiej fermy we wschodnich Niemczech. Niestety, nie pozwolono mi tam wejść z kamerą, czego bardzo żałuję, bo to miejsce naprawdę wyglądało jak obóz koncentracyjny, było nawet otoczone murem z drutami kolczastymi. Nikt nie chciał tam ze mną nawet porozmawiać. Ale do dzisiaj pamiętam przeraźliwe piski dobiegające z środka. To było straszne doświadczenie. Podobnie było we wszystkich rzeźniach, które odwiedziłam, za każdym razem czułam niepokój. Chciałam, żeby te emocje znalazły się w filmie.

Jesteś wegetarianką?

Byłam nią przez czternaście lat. O ironio, wróciłam do mięsa, gdy rozpoczęłam zdjęcia do filmu.

Mówisz poważnie? Po obejrzeniu twojego filmu na myśl o mięsie robiło mi się niedobrze, chociaż nie jestem wegetarianinem.

Nie żartuję. Niektórzy oglądają mój film jako manifest wegetarianizmu, ale nie o to mi chodziło. Nawróciłam się na mięso z praktycznych względów. W ciągu ostatnich kilku lat podróżowałam do miejsc, w których kultura jedzenia wyklucza wegetarianizm. W Portugalii spróbowałam wielu prostych, pysznych posiłków, także z mięsa. Wtedy postanowiłam, że będę jeść wszystko, co mi dają. Bez tego nie mogłabym poznać dobrze moich bohaterów. Teraz raczej unikam mięsa, sama go nie gotuję, ale od nie odmawiam go sobie od czasu do czasu. Film zmienił moje podejście do jedzenia, staram się przede wszystkim kupować lokalne produkty i tylko takie, których naprawdę potrzebuję.

Nie odebrałem twojego filmu jako pochwały wegetarianizmu. Sceny z rzeźni mówią za siebie. Najważniejsze są w nim portrety ludzi pracy oraz ich opowieści. Jak szukałaś swoich bohaterów?

Za każdym razem wyglądało to podobnie, w każdym kraju miałam swojego producenta, który pomagał mi zorganizować zdjęcia. Metoda była prosta. Jechałam do danego miejsca, gdzie rozmawiałam z wieloma ludźmi. Bohaterów wybierałam bardzo intuicyjnie.

Twoi bohaterowie często mówią o swoich dzieciach. Czy to było zamierzone?

Nie, ja tego nie wymyśliłam. To jest jedna z tych rzeczy, które sprawiają, że tak lubię dokument – nie wiedziałam, jakie historie od nich usłyszę. Ze wszystkimi rozmawiałam o ich marzeniach, planach na przyszłość. I tak się złożyło, że prawie wszyscy opowiadali mi o swoich dzieciach lub rodzicach. Każdy marzy o lepszej przyszłości dla swoich dzieci. To chyba uniwersalne pragnienie.

Najbardziej uderzająca jest opowieść dziewczyny z Rumunii, bitej przez swojego chłopaka, który ukradł jej pieniądze odłożone na aborcję.

Pobyt w Rumunii był dla mnie najtrudniejszy. Historia tej dziewczyny dotknęła mnie osobiście. Byłam jej bardzo wdzięczna za to, że zechciała opowiedzieć swoją historię tak otwarcie. Ale potem długo nie wiedziałam, jak sobie poradzić z tak dużą ilością negatywnych emocji, nie jestem przecież terapeutką, nie mam wykształcenia psychologicznego. Później poszłam do baru, żeby odreagować, chociaż raczej nie piję alkoholu. Opowieść tej dziewczyny była dla mnie jak huragan. Po powrocie musiałam wziąć tydzień wolnego, żeby dojść do siebie. Ustaliłam z producentem, że nie pokażemy filmu w Rumunii, bałabym się o bezpieczeństwo mojej bohaterki. Jej chłopak mógłby ją skrzywdzić, gdyby dowiedział się o filmie.

Równie mocny jest polski epizod. Rzeźnik wygraża się, że zabije konkubenta swojej byłej żony. Jak udało ci się nakłonić swoich bohaterów do tak intymnych zwierzeń?

Sama jestem z natury nieśmiała, może dlatego ludzie mi ufają. To dla mnie zagadka. Zawsze traktuję swoich bohaterów po partnersku, nie stawiam się wyżej. Mam przy tym bardzo duży szacunek do pracy fizycznej. Moim zadaniem było znalezienie interesujących historii, ale nie traktowałam swoich bohaterów przedmiotowo, najważniejsze dla mnie było, żeby czuli się ze mną bezpiecznie. Nigdy nie ukrywałam swoich intencji, dzieliłam się z nimi swoimi odczuciami i emocjami. Takie podejście zaowocowało.

Wystarczyło ci czasu, żeby z każdym nawiązać bliską relację?

Czas był moim największym wrogiem. W każdym kraju mogłam spędzić kilka, czasem kilkanaście dni, budżet nie pozwalał mi na więcej. Na Ukrainie poznałam zamkniętego w sobie mężczyznę, który otwierał się dopiero przy butelce alkoholu. Musiałam się z nim napić, żeby chciał ze mną rozmawiać. Jego żona powiedziała mi, że jeśli posiedzę z nim dłużej, na pewno podzieli się ze mną swoją historią. Ale to był ostatni dzwonek przed zdjęciami, nie mogłam ryzykować, musiałam wybrać innego bohatera. Takie sytuacje nie zdarzały się jednak często, o dziwo, nie było mi tak trudno nakłonić swoich rozmówców do zwierzeń.

Trudno w to uwierzyć. Przed rozpoczęciem zdjęć też czułaś się tak komfortowo?

Skąd, byłam kłębkiem nerwów. Najbardziej obawiałam się bariery językowej, że nikt mnie nie zrozumie i nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Na szczęście w każdym kraju miałam tłumacza. Oczywiście, nie wszystko da się przetłumaczyć. Ale spojrzenie czasem mówi więcej o człowieku niż jego słowa.

Panikowałam. Wiele razy nachodziły mnie myśli, że to wszystko nie ma sensu, że się nie uda. Nie wierzyłam w ten projekt, dopóki nie zobaczyłam pierwszego zmontowanego fragmentu. Dopiero wtedy zrozumiałam, że to będzie film. Nie wiedziałam, czy będzie dobry lub zły, ale na pewno jakiś. Od tego momentu czułam, że obrałam dobrą drogę i nie zamierzałam z niej zawracać.

Kręciłaś w kilkunastu krajach. Dobrze znosiłaś podróże?

Przez cztery ostatnie lata jestem ciągle w drodze. W tym czasie wiele zmieniło się w moim życiu. Przywykłam do nieustannego bycia na walizkach, ale to nie było łatwe, szczególnie, że w tym czasie również staraliśmy się z moim chłopakiem o dziecko. Udało nam się dopiero po skończeniu filmu.

Film był wyzwaniem dla twojego związku?

Mojego chłopaka poznałam w trakcie kręcenia zdjęć w Meksyku. Po jakimś czasie on zamieszkał ze mną w Helsinkach, ale zaraz potem okazało się, że ja muszę wyjechać na dłużej. Bywało, że musieliśmy wytrzymać bez siebie całe miesiące. W końcu nadszedł ostatni, najtrudniejszy etap kręcenia filmu, powiedziałam mu, że będę dla niego przez długi czas niedostępna, wtedy on postanowił wrócić do Meksyku. Pojechał na lotnisko, po czym wrócił po kilku godzinach. Okazało się, że będąc już w samolocie, tuż przed startem, rozpłakał się tak głośno, że pilot Lufthansy musiał wyjść z kabiny. Od razu wiedział, że chodzi o kobietę, kazał go wypuścić. Wtedy wrócił do domu, już na dobre.

Więcej o PLANETE+ DOC

Patronem festiwalu jest Zwierciadlo.pl.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/ZpuUQsJieK0″ frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]

Katja Gauriloff – ur. 1972 , fińska reżyserka, dokumentalistka. Studiowała reżyserię na Uniwersytecie w Tampere. Filmy kręci od 1998 roku. Jest współwłaścicielką firmy Oktober, która wyprodukowała głośny film „Para na życie”. Jej najnowszy dokument „Zapuszkowane marzenia” („Canned Dreams”) miał międzynarodową premierę na Festiwalu w Berlinie. W Polsce zostanie pokazany na 9. Festiwalu Planete Doc (11-20 maj) oraz na Festiwalu Transatlantyk w sekcji Kina Kulinarnego (15-22 sierpień 2012).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze