fbpx

Jacek Poniedziałek i jego poruszające świadectwo wychodzenia z nałogów

Jacek Poniedziałek - poruszające świadectwo wychodzenia z nałogów
"(Nie)dziennik" Jacka Poniedziałka pokazuje, że walka z uzależnieniem – chorobą, z której dzisiaj nadal próbuje się robić niezdrową sensację, powinna być powodem do dumy, a nie wstydu. (Fot. Monika Stolarska)

Historia walki z nałogiem, perwersyjnym głodem, nienasyconym ego i opresją rzeczywistości. Próba objęcia refleksją świata teatru, rodaków i powracających demonów narodowych. – Ta książka uratowała mi życie – przyznaje Jacek Poniedziałek. Publikujemy fragment „(Nie)dziennika”.

Niejednokrotnie grał będąc na obezwładniającym kacu, zdarzało mu się występować pod wpływem. W książce opisuje, jak jeden z wyjazdowych spektakli, został odwołany w atmosferze skandalu, bo aktor nie był w stanie wyjść na scenę. Rzadko kiedy bankiet po premierze nie kończył się urwanym filmem. Pomysł na zapisywanie wydarzeń z życia powstał w czasie pracy nad jednym ze spektakli. Dziennik prowadzony początkowo jedynie na potrzeby budowania roli, okazał się dla aktora rodzajem otrzeźwienia. Dystans pozwolił mu zobaczyć w sobie człowieka zatraconego w nieustającym wirze imprez, przygodnych znajomości, próbującego ciągle przed czymś uciekać.

Mija rok odkąd Jacek Poniedziałek podjął decyzję o życiu w trzeźwości i odbył odwyk, którego przebieg stanowi zamknięcie pisanego przez wcześniejsze miesiące dziennika. Snuta między Nowym Jorkiem, Meksykiem, Warszawą i Krakowem relacja z pracy aktora przeplatana jest opisami z pobytu w ośrodku odwykowym. Trzeźwienie daje aktorowi okazję do zmierzenia się ze swoją przeszłością – w swojej książce Poniedziałek wraca do bolesnego dzieciństwa, rozlicza się ze wstydem związanym z pochodzeniem i biedą, poczuciem krzywdy. To historia chłopca z małego miasta, który zaliczył niewyobrażalny awans społeczny. Sukces niesie za sobą jednak ogromną presję, która z czasem, kiedy do stracenia jest coraz więcej , jedynie rośnie. To także opowieść o poszukiwaniu miłości, o godzeniu się z przemijaniem – starości, która, ku zaskoczeniu samego aktora, niesie za sobą wolność.

Mimo skrajnie trudnych tematów jakie podejmuje w „Nie(dzienniku)” aktor, jest to nadal historia pełna ciętego dowcipu, niosąca nadzieję i dająca odwagę. Ważna, bo pokazująca, że walka z uzależnieniem – chorobą, z której dzisiaj nadal próbuje się robić niezdrową sensację, powinna być powodem do dumy, a nie wstydu.

Fragment pochodzi z książki „(Nie)dziennik” Jacka Poniedziałka, Wydawnictwo W.A.B.. Premiera 10 marca.

Głód przychodzi zwykle po spektaklu. Paląca potrzeba ludzi. Puszczają hamulce. Rozbestwione ego szuka zaspokojenia, kontaktu, głaskania, chuchania i dmuchania, pieszczot, dobrego słowa i czułości. Szuka szaleństwa, znieczulenia, picia, ćpania i seksu. Wszystkiego w nadmiarze. W nasyceniu. Do dna.

Kilka nocy temu w tę dziurę bez dna wpompowałem litry prosecco, hojnie zasypałem ją śniegiem, ale jej nie nasyciłem. Później, już gdzie indziej, wlewałem w nią na przemian białe wino i wódkę, okadzałem skrętami. Dalej już nie wiem co, z kim ani gdzie. Nie wiem, jak trafiłem do domu, jak otworzyłem drzwi, jak zdołałem się rozebrać i położyć do łóżka. Opowiadali mi później, że się ekstatycznie bawiłem, bardzo długo sam ze sobą tańczyłem, wszystkich kochałem, wszystkim chciałem pomóc, duszkiem piłem jednego za drugim. A potem upadłem jak kłoda na środku małego, kamiennego parkietu. Dwóch eskortowało moje zwłoki, które wiedzione tajemniczym instynktem trafiły na odpowiednie piętro, znalazły klucze, umieściły je w zamku, a po wylądowaniu w swoim lochu niewdzięcznie wyrzuciły swoich wybawców za drzwi. I znowu upadłem na pysk. Bawić się euforycznie i nawet tego nie pamiętać? Rujnować po nic umęczone ciało i znękaną głowę? Zawalać zajęcia ze studentami, a wieczorem grać spektakle w niemal przedśmiertnym stanie?!

Przeczytałem gdzieś, że urwany film to zatrucie mózgu. Jesteś wtedy zdolny do niezwykłych czynów. Możesz wyznać miłość albo przyznać się do zdrady, nasrać komuś do szafy, albo udzielić mu dużej pożyczki, nasikać do szuflady, albo zarazić się żółtaczką. Możesz też wbiec pod tramwaj, rozbić butelkę na niewinnej głowie, skoczyć z drugiego piętra, możesz zjeść za dużo lekarstw.

Ile razy już myślałem: ile jeszcze razy?

W końcu zadzwoniłem do ośrodka, w którym leczył się znajomy pijak.

Pytia mówi, że to niepotrzebne, choć sam nie znosi widoku, kiedy słaniam się i bełkoczę. Denerwuje się i martwi, co łatwo wyczuć mimo jego wystudiowanego dystansu i chłodu. Warlik śmiał się, że grubo przesadzam, może wspomniał coś o fanaberii i modzie…

Karol poparł mnie skwapliwie: ucieszył się, przez kilka dni dzwonił tylko w tej sprawie. Pytał i drążył, bo wie, jak tego potrzebuję. Zna mnie z nocnego szlaku, widział mnie i towarzyszył mi w najbardziej mrocznych okolicach, choć sam był jak niewinne dziecko. Mało i rzadko pił i ćpał, z pewnością też musiał na siebie uważać przez HIV, który drzemie w nim od ćwierć wieku. Teraz jest na przymusowej abstynencji: siedzi w barcelońskim więzieniu, gdzie prowadzi bogate życie towarzyskie. Z młodymi, gorącymi, muskularnymi przestępcami. Są wśród nich oszuści i kombinatorzy, pospolici złodzieje, kieszonkowcy, drobni dilerzy i cwaniacy, ale też mordercy. Lokalne męty, Latynosi, Arabowie i imigranci z Afryki. Trochę się ich boi, ale też podrywa i daje się podrywać. Przez telefon brzmi, jakby tam rządził, co łatwo mogę sobie wyobrazić. Ten człowiek odnajdzie się wszędzie. Jest uroczy, błyskotliwy i uparty, więc każdego owinie sobie wokół palca.

NOWY JORK

Wieczorem próba do projektu Białoszewski/Ginsberg VR. Spotykamy się w gronie rezydentów z Nowego Teatru w składzie: ja, Smagi (Paweł Smagała) i pomysłodawca projektu – Krzysiek Garbaczewski. Oprócz nas kilkoro Amerykanów, mieszkający na stałe w Nowym Jorku Zbyszek Bzymek – polski dramaturg i performer (ukończył reżyserię w łódzkiej filmówce) oraz grupa artystów wizualnych po krakowskiej ASP. Nazywamy ich „dziećmi”, wspólnie z Krzyśkiem tworzą Dream Adoption Society, kolektyw zajmujący się między innymi sztuką w Virtual Reality. Nasze spotkania odbywają się w The Performing Garage, off-off-broadwayowym teatrze i stałej siedzibie The Wooster Group. Większość ludzi kojarzy tę grupę z grającym u nich kiedyś Willemem Dafoe. Garaż to mała, ciemna buda na Soho, z ultraprofesjonalną ekipą techniczną, trochę rozhisteryzowaną na punkcie świętości ich zasad. Niemcy to przy nich pikuś. Na drugiej próbie Garbuś poprosił mnie, żebym pisał tajny dziennik, rodzaj wariacji na temat Tajnego dziennika Mirona Białoszewskiego, który chciałby wykorzystać w spektaklu. Mam na to cztery tygodnie, bo tyle tu potrwają próby. Przedstawienie zagramy sześć razy.

W tym mieście niełatwo się skupić. Na kurwidołku ruch jak w ulu: gołe torsy, sprężyste pośladki, tatuaże i piercingi, mocne uda, sportowe łydki, gęste zarośla i precyzyjnie wygolone gładkości. Jeden fotograf chce się umówić na sesję, bo mam „so interesting face”.
– Sztuka i seks w jednym?
– Nie, na początku tylko sztuka.
Myślę: „Czemu nie? W końcu to artysta nowojorski”. Ale się urwało.

Znalazłem fajny basen pod chmurką, blisko naszego mieszkania, też na Williamsburgu. Duży, z rześką, czystą wodą. I za darmo! Tyle że czynny tylko przez dwie godziny rano i może ze trzy po południu. Na miejscu duża plansza:

ZAKAZ ZABAW ZE WSTRZYMYWANIEM ODDECHU.
SERIA GŁĘBOKICH WDECHÓW
TUŻ PRZED ZANURZENIEM
GROZI ŚMIERCIĄ!

Jacek Poniedziałek
„(Nie)dziennik”, Jacek Poniedziałek, Wydawnictwo W.A.B.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze