fbpx

Dorota Miśkiewicz: Zawsze mam jakieś „ale”…

Dorota Miśkiewicz: Zawsze mam jakieś "ale"...
Sony Music, Fot. Kama Czudowska

O przełamywaniu lęków, gotowaniu jako terapii na codzienne rozbieganie i tęsknocie w swoich piosenkach – opowiada Dorota Miśkiewicz
Jak to jest wychowywać się w domu wypełnionym muzyką?

Pamiętam wspólne wyjazdy z rodzicami na wakacje, kiedy nie było jeszcze radia w samochodzie – na tylnej półce stawialiśmy duży „kaseciak” i w ten sposób muzyka towarzyszyła nam przez całą drogę. Tata przywoził z zagranicy płyty twórców niedostępnych na polskim rynku. Wśród nich byli: Al Jarreau, David Sanborn, George Benson, Quincy Jones… Słuchaliśmy tych nagrań i później mój brat wykonywał partię basów, a ja trąbek. A kiedy tata przywiózł porządne głośniki, nagle usłyszałam głębię, której wcześniej nie znałam. Bardzo przeżywałam muzykę. I gdy na egzaminie do szkoły muzycznej raz się pomyliłam, przeraziłam się, że mogę nie zdać. Mama, tata – muzycy, a ja? Myślałam, że życie się skończy, jeśli nie zostanę muzykiem…

Rozmawialiście o swoich gustach muzycznych?

Tata wchodził do domu i mówił: „mam świetną płytę”. Nie namawiał nas, żebyśmy razem słuchali, po prostu ją puszczał. Ja ulubione utwory przegrywałam z radia na kasety. Potem niektóre dawałam tacie, mówiąc: „Zobacz, to jest taka młodzieżowa muzyka”. A on ją akceptował. Taka otwartość na różne gatunki pozostała mu do dziś. Lubi muzykę, która jest wesoła, zaszczepił to we mnie. Mój brat natomiast gra wielkie formy o dużej głębi, czego nauczył się od Tomasza Stańki. Ale zarówno dla mnie, jak i dla mojego brata muzyka stanowiła prywatny świat każdego z nas.

Zdarzało się wam razem muzykować?

Tylko w święta, za namową mamy. Raz, pamiętam, gdy byłam w liceum, wyciągnęliśmy z piwnicy wzmacniacz gitarowy, do tego podpięliśmy mikrofon, ja śpiewałam, mój brat grał na kanapie, która mu służyła za perkusję, a tata na pianinie. To było przeżycie! Wcześniej, w podstawówce, komponowałam i śpiewałam tylko w zamkniętym pokoju, gdy nikogo nie było w domu. I długo myślałam, że tworzyć należy w zamknięciu, a potem dzielić się tym, co powstało. Tata tak robił – wchodził i mówił: „Zobaczcie, co wymyśliłem”. Siadał do pianina i grał. A cała rodzina słuchała i chwaliła.

Prezentowałaś domownikom swoje kompozycje?

Do czasu. Obraziłam się, gdy pokazałam tacie, co wymyśliłam i nie usłyszałam: „Ale super!”, tylko: „Trochę za smutno”. Zaczęłam dzielić się swoimi kompozycjami z kolegą z klasy. On słuchał i mówił: „Dobre, dobre, smutne, ale dobre”. To mi bardziej odpowiadało. A po latach „odobraziłam się” i pokazuję tacie to, co tworzę.

Popatrz wstecz, zmieniłaś się bardzo jako artystka?

Analizując moje kolejne płyty, słyszę, że balansują na granicy jazzu i popu, coraz bardziej wymykając się klasyfikacjom. Myślę też, że są coraz bardziej pogodne. Jako dziecko wymyślałam sobie utwory na pianinie, bez słów. Długo pisałam smutno. Kilka wesołych piosenek, które popełniłam, uważałam za banalne. Niedawno zrozumiałam, że są po prostu optymistyczne. Zaczęłam w końcu dążyć w muzyce do radości. Pomógł mi w tym Marek (przyp. red. – Marek Napiórkowski, mąż Doroty), dla którego muzyka zawsze była źródłem radości i powstawała pomiędzy ludźmi. Pokazał mi, że nie muszę tworzyć w zamkniętym pokoju, że możemy wymyślać ją razem – siedząc na kanapie, patrząc się na siebie i reagując. Cała ostatnia płyta tak powstała. W czasie trzech wypadów do domu pracy twórczej ZAiKS-u – dwóch do Konstancina i jednego do Radziejowic.

Co przeniknęło z życia na tę płytę?

Przyjechaliśmy do Konstancina późnym wieczorem i Marek powiedział: „Dobra, to od razu coś zagramy”. Zainspirowała nas cisza panująca wokół. Wszyscy spali, więc musieliśmy grać cichutko. Tak powstała piosenka „Jasności nie mam” – cicha, medytacyjna. Na początku pomysły przychodziły same i wszystkie nam się podobały. Ale po kilku dniach zaczęła się nuda. Obracaliśmy się wśród tych samych dźwięków. Musieliśmy przebić ten mur na siłę. Zaczęliśmy wymyślać pod prąd i grać na przykład w metrum 7/4. Chcieliśmy narzucić sobie jakąś trudność, żeby wyszło inaczej. Po napisaniu muzyki udaliśmy się do Bogdana Kondrackiego, pod okiem którego nagrywaliśmy kolejne partie instrumentów. Spokój domowego studia podziałał na naszą kreatywność. Bogdan zachęcał do eksperymentów z dziwnymi brzmieniami, nagrywania na leżąco, szukania instrumentów wśród sprzętów domowych. Dopiero gdy aranżacje były gotowe, zaczęła się praca nad tekstami i pojawiła się myśl o duetach z Ewą Bem i Wojtkiem Waglewskim.

Na wcześniejszych płytach chyba częściej się pojawiały twoje własne kompozycje?

Na poprzedniej płycie są piosenki, które napisaliśmy razem z Markiem, które napisałam ja sama i sam Marek. „Caminho” i „Pod rzęsami” to były płyty mieszane. A wcześniejsza – „Zatrzymaj się”, była tylko moja. Teraz wolę współtworzyć. Przede wszystkim z Markiem, z którym się dobrze rozumiemy. Ale lubię też posiłkować się innymi głosami. Przy okazji tej płyty poprosiłam o teksty Wojciecha Młynarskiego i Bogdana Loebla, Michała Rusinka oraz Grzegorza Turnaua. Tytuł „Ale” to jego pomysł.

Dlaczego „Ale”?

Podczas nagrywania nigdy nie przyświeca mi jedna myśl przewodnia. Dopiero na koniec zastanawiam się, jak to wszystko podsumować. Ostatni tekst pisał Grzegorz Turnau, który zawsze nazywał moje płyty, i on podsunął mi „Ale”. Od razu mi się spodobało – krótkie, wyraźne i intrygujące. Ja zawsze mam jakieś „ale”. To sprawia, że kiedy jest źle, pamiętam o pozytywach, a gdy jest dobrze, w tyle głowy świta mi myśl, żeby się mieć na baczności. Nic nie jest czarne ani białe. Wszystko jest szare, rozciąga się pomiędzy tymi dwoma barwami. Piosenka „Ale” to pochwała szarości i codzienności.

Co jest dla ciebie ważne w tej codzienności?

Przede wszystkim to „ale”, czyli zauważanie dwóch stron medalu. Dzięki temu uzyskuję rodzaj równowagi. Ważna jest też cisza i spokój, ale tego by nie było bez lekkiego zamieszania. Burze emocjonalne muszą się pojawiać i uczę się je akceptować. Gdy słucham swoich piosenek, widzę, że jest w nich dużo tęsknoty. Ale na tej płycie jest ona łagodniejsza, zaakceptowana przeze mnie…

A codzienne rytuały? Masz jakieś sposoby na dobry nastrój?

Od jakiegoś czasu chodzę na jogę i tam odnajduję spokój. Gdy ćwiczę, nic innego nie ma znaczenia. Zagłębiam się w siebie i z zajęć wychodzę szczęśliwa. To mi pomogło pokonać kilka własnych lęków. W przeciągu roku stanęłam na desce windsurfingowej, wsiadłam na konia i zanurkowałam z butlą. To ostatnie dało mi najwięcej – poczucie spełnienia. Przed zejściem pod wodę rozmawiałam z nurkiem-przewodnikiem i on powtarzał: „Tam nic ci nie grozi, to wszystko jest w twojej głowie”. I zrozumiałam, że faktycznie tak jest.

Czy pierwszy występ też był dla ciebie przełamaniem lęku?

Oczywiście. W liceum na próbie przedstawienia sama się zgłosiłam. Wyszłam i zaśpiewałam cichutkim, drżącym głosem. Mam w pamięci, ile szczęścia dało mi przełamanie tej bariery w sobie. Bardzo chciałam śpiewać. Sama zapisałam się na lekcje śpiewu i do klubu piosenki w domu kultury. Na języku polskim śpiewałam wiersze zamiast je recytować. Na egzaminie z fortepianu grałam i śpiewałam własny utwór. Już gdy zdawałam do akademii muzycznej na skrzypce, wiedziałam, że nie będę grać, tylko śpiewać. W czasie studiów otrzymałam propozycję współpracy od Włodzimierza Nahornego. Przyszłam na próbę, dostałam nuty i stwierdziłam, że nie umiem zaśpiewać tak wysoko. Nahorny na to: „A pokaż”. Zaśpiewałam i powiedział: „Dobrze jest”. Okazało się, że mogę. I zaczęły się pierwsze trasy koncertowe, nagrania i występy na Jazz Jamboree…

Co jeszcze sprawia ci radość? Oprócz muzyki.

Narty. I jedzenie. Jem z pasją. Wyniosłam to z domu – tata uwielbiał gotować i jeść. I ja się cieszę, gdy stoję nad garami, czekając, aż danie będzie gotowe. Nawet jeżeli jest to ziemniak z kefirem. Gotowanie dobrze mi robi nie tylko na ciało, ale i na duszę. Odkąd chodzę na jogę, wiem, że według ajurwedy jestem vatą. Jest we mnie przewaga powietrza i wiatru, to oznacza ruchliwość i pobudzenie, a w związku z tym potrzebuję czegoś, co mnie ustabilizuje i uziemi. Na moje rozbieganie i niepokoje dostałam zalecenie: gotować. I gdy mam trudniejsze dni, gotuję i dużo jem. Oprócz tego zajmuję się innymi prostymi rzeczami – zmywam, piorę, sprzątam. Jak to wszystko zrobię, czuję się spełniona i zadowolona.

A dzisiaj na przykład dużo radości sprawiło mi obserwowanie pięcioletniej dziewczynki w poczekalni do lekarza. Babcia ją cały czas uciszała, a ona nic sobie z tego nie robiła i śmiała się ze wszystkiego. A ja śmiałam się razem z nią. Lubię patrzeć na radość innych. Cenię sobie przyjaźń i bliskość.

Jak dbasz o siebie?

Wychodzę z założenia, że jak położę się na dywanie i 10 razy podniosę nogi, to lepsze to niż nic. Więc codziennie podnoszę nogi. Najtrudniejsze jest dbanie o własne emocje, bo jest ich dużo i pojawiają się w różnych sytuacjach. W tych skrajnych próbuję odłożyć pewne sprawy na jutro. Sama tak robię i proszę też o to innych. Jest jeszcze taka warstwa duchowa, która obejmuje wszystkie poprzednie warstwy. Szukam odpowiedzi, co to znaczy dbać o duszę. Wydaje mi się, że to poszukiwanie spokoju i radości istnienia. Nie potrafię codziennie medytować, ale czasami siadam i odczuwam w sobie takie spokojne szczęście, które zdarza się też niespodziewanie, gdy patrzę na zielone drzewo albo na taką śmiejącą się dziewczynkę…