fbpx

Jeff Bridges – Czuję, że miałem sporo szczęścia

Jeff Bridges - Czuję, że miałem sporo szczęścia
FilmMagic/Getty Images / Flash Press Media

Choć nie wygląda, jest już weteranem kina. Debiutował przed kamerą jako dziecko, a po raz pierwszy zrobiło się o nim głośno przy okazji obrazu „Ostatni seans filmowy” w 1971 roku. Jeff Bridges to z pewnością jeden z najbardziej doświadczonych aktorów, ostatnio coraz częściej zauważany i doceniany, czego najlepszym dowodem są prestiżowe nagrody, w tym te najważniejsze – Oscary. W 2010 roku otrzymał statuetkę za rolę w filmie „Szalone serce”. W tym roku był ponownie nominowany, ale tym razem przegrał z Colinem Firthem.
– Gratuluję kolejnej nominacji do Oscara.

– A, dziękuję, dziękuję.

– Nie nudzą się panu?

– Cóż, rzeczywiście zdążyłem się do różnych nominacji i wyróżnień przyzwyczaić, ale póki otrzymuję je za ciężką pracę, nie mam nic przeciwko.

– W zeszłym roku zdobył pan statuetkę za rolę w „Szalonym sercu”.

– Tak, tegoroczna nominacja to w pewnym sensie podbój zdobytej już twierdzy. Cieszę się z tamtej nagrody.

– Świętował pan?

– Tak, ale bez przesady. Były tam moje córki, żona, spotkałem się z paroma osobami, których od dawna nie widziałem. Ale, wiesz, mam już swoje lata. Nie skaczę z radości, gdy zapraszają mnie na jakieś wystawne imprezy. (śmiech)

– Czy teraz, gdy w pewnym sensie wraca pan do swoich korzeni, westernu, bycie zań wyróżnianym jest innym uczuciem niż przed laty, gdy dopiero przecierał pan szlaki?

– Trochę na pewno. Przed laty trudno było w tej konwencji coś ugrać.

– „Prawdziwe męstwo” ciekawie uzupełnia się z dwoma innymi westernami z pańskim udziałem: „Bandą” i „Dzikim Billem”.

– Tak, faktycznie. Staram się nie odrzucać ciekawych propozycji z tej półki, bo bardzo lubię westerny. Zawdzięczam to zresztą mojemu ojcu, który za młodu uczył mnie jeździć konno i sam w dość głęboko w temacie siedział.

– Pracę nad którym z westernów wspomina pan szczególnie chętnie?

– Trudne pytanie. W zasadzie lubię wszystko swoje westerny. Najbardziej chyba „Dzikiego Billa”, fajnie było zagrać tę postać, przygotować się do niej. Bardzo chętnie wracam też do niesławnych „Wrót niebios”, które swego czasu wbiły ostatni gwóźdź do trumny całego gatunku.

– Dobry film.

– No właśnie, ale ty mieszkasz po drugiej stronie sadzawki. Tutaj, w Europie, go doceniono, podczas gdy w Stanach nasz film został zmiażdżony. Pamiętam, że gdy byliśmy na uroczystym pokazie premierowym, oklaski brzmiały jak wolno strzelający popcorn, ledwo dało się je usłyszeć. Jeszcze na lotnisku pomyśleliśmy sobie, że film musiał wstrząsnąć publiką. Dopiero następnego dnia, gdy byliśmy już w Toronto, w ręce wpadła nam lokalna gazeta. Recenzja w niej była nieprawdopodobnie krytyczna. Gość napisał, że gdyby zgolić głowę Cimino (reżysera filmu – przyp. red.), okazałoby się, że ma tam wypalone trzy szóstki.

– …

– No, właśnie! Możesz to sobie w ogóle wyobrazić?! A to taki piękny film. Im częściej do niego wracam, tym lepszy mi się wydaje.

– Niepowodzenie kasowe „Wrót…” na długo wyłączyło western z mainstreamu.

– To prawda. Dopiero Clint podniósł go lata później z kolan.

– Wróćmy do „Prawdziwego męstwa”. Josh Brolin przyznał, że miał problemy ze zrozumieniem, co pan mówi.

– Jestem zdania, że przygotowując się do roli, trzeba w nią wejść. Maksymalnie. Grany przeze mnie stróż prawa był palaczem i alkoholikiem, do tego posługiwał się językiem, który dawno już nie jest w obiegu. Gdyby istniał naprawdę, wierzę, że taki by właśnie był. Filmową umowność warto czasem porzucić. To było spore wyzwanie, ale braciom Coen spodobała się moja interpretacja, więc poszedłem tym tropem.

– Czy wymagało to opracowania jakiejś specjalnej techniki?

– Nie, niekoniecznie. Podstawą jest zawsze wkuwanie tekstu na pamięć. W tym przypadku trudność polegała na tym, że uczyłem się jednego, a powiedzieć miałem drugie. Musiałem zniekształcać otrzymany tekst do tego stopnia, by stał się płynny w mowie, niekoniecznie zrozumiały.

– Ostatnio zagrał pan u Coenów przed trzynastoma laty w filmie „Big Lebowski”, stając się tym samym przewrotnym symbolem bumelanckiej kontrkultury. Tutaj gra pan stróża prawa. Wydaje się, że braciszkowie delikatnie z pana zakpili.

– Nie, niekoniecznie. Te postacie jakoś diametralnie się od siebie nie różnią. Świat niewiele się zmienił na przestrzeni ostatnich lat. Ciągle trudno odróżnić dobrych gości od tych złych. Cogburn nie jest krystaliczny. Strzeże prawa, ale sam popełnia przestępstwa. Myślę, że dogadaliby się z Lebowskim, pewnie zajaraliby jointa, obaliliby flaszeczkę. (śmiech)

– Aktorzy często podkreślają, że z trudem przychodzi im grać alkoholików. Tymczasem pan gra tę rolę… w prawie każdym swoim filmie.

– Sekret polega na tym, żeby podczas zdjęć… nie pić. Popełniłem ten błąd na początku kariery, w jakimś filmie z Sally Field. Gdy miałem zagrać w scenie z alkoholem, od siódmej rano wlewałem w siebie wódkę z sokiem pomarańczowym. Scena oczywiście wyszła świetnie i przekonująco, ale… co z następną sceną, następnym dniem…? Od tamtego czasu staram się tego nie robić.

– Stara się pan?

– Nie robię! (śmiech)

– W tym roku mija czterdzieści lat od pana wielkiej, w pewnym sensie debiutanckiej, roli w „Ostatnim seansie filmowym”. To okazja, by skonfrontować się z własną przeszłością. Czego w swojej karierze najbardziej pan żałuje?

– (myśli dobrą minutę) Wiesz co, nic nie przychodzi mi do głowy. Przynajmniej pod względem stricte zawodowym. Najbardziej chyba żałuję, że tak mało czasu spędziłem z córkami, gdy dorastały. Wiem, jak musiały się czuć, bo podobnie było z moim ojcem. Ciągle go nie było, ciągle pracował. Na szczęście mam z nimi bardzo dobre relacje, chyba nie mają mi tego za złe.

– Żałuje pan, że córki nie poszły w ślady ojca?

– Trochę. Ale nie chciałem, i wciąż nie chcę, wywierać na nich presji. Mój tata nieustannie zachęcał mnie i braci do aktorstwa i show businessu. Jestem mu za to wdzięczny, ale swoim córkom postanowiłem tego oszczędzić. Czasy się zmieniły, rynek stał się bardzo brutalny. Starałem się uświadomić im to, zanim podejmą jakiekolwiek decyzję. Trochę oczywiście żałuję, że nie poszły w stronę aktorstwa. To moja pasja, a one zawsze przejawiały nią zainteresowanie.

– Czym się teraz zajmują?

– Jesse (28 lat) zajmuje się muzyką. Ona jedyna postanowiła pójść drogą show businessu. Obecnie pracuje z Philipem Kaufmanem nad jakimś nowym filmem. Moja najmłodsza córka, Haley (28 lat), studiuje projektowanie wnętrz, natomiast Isabelle (30 lat) uczy dzieci jogi.

– Próbował pan jogi?

– Tak, ale wiesz co, to nie dla mnie. Zawsze się wtedy wkurzam, irytuję. Każą mi zakładać stopę na ramię, a ja wrzeszczę „Dajcie spokój!”. Dlatego opracowałem swoją własną metodę, która polega przede wszystkim na ćwiczeniach rozciągających.

– Przydają się na… starość?

– Do czego zmierzasz? (śmiech)

– Spójrzmy prawdzie w oczy, powoli staje się pan dinozaurem, a jednocześnie od czterdziestu lat grywa pan główne role. W branży nie ma drugiej takiej osoby. Nie czuje się pan zmęczony?

– Nie, ale wiesz , masz rację. Czasami patrzę w swoją filmografię i czuję, że miałem sporo szczęścia. Pozostawanie na topie wcale nie jest łatwe. Raz na jakiś czas przychodzi taki moment, kiedy masz ochotę przestać udawać i zająć się swoim życiem… Ale to uczucie znika po jakimś czasie. Na chwilę. A ja lubię wyzwania.

– W takim razie, życzę powodzenia!

– Dziękuję. Na pewno się przyda. (śmiech)