fbpx

Kamila Baar: Zmienna niezmiennie

Kamila Baar
Fot. Rafał Masłow

Kamilla Baar. Silna i delikatna. Nie przestaje szukać, chociaż zgodę ze sobą już osiągnęła. Wolna od „muszę” i „powinnam”, pewna, że po coś na tym świecie jesteśmy… – Mam 33 lata. Jestem na etapie świadomego życia. To czas „Ja” – wyznaje Joannie Olekszyk.

Kamila Baar
Fot. Rafał Masłow

W październiku skończyłaś 33 lata. Pokusiłaś się o jakieś podsumowania z tej okazji?

Oczywiście widzę to, jak z roku na rok się zmieniam, ale świadomie nie stawiam linii i granic i nie robię sobie podsumowań. Według mnie czas i daty to pewnego rodzaju symbole, ludzki, niekiedy zbędny, wynalazek. Każdy przecież rozwija się i zmienia w indywidualnym tempie. 33, 43 czy 53 – jakie to ma znaczenie? Chwilami ciężko mieć do tego dystans, szczególnie w obecnych czasach kultu młodości, kiedy wszyscy udajemy, że starość nas nie dotyczy. Wolę myśleć o życiu jako o całości. Podzielonej na pewne fazy, etapy, gdzie każdy ma inną funkcję. Mam 33 lata i jestem na etapie świadomego życia. Uwolniłam się od tego, co muszę i co powinnam. To czas „ja”.

Pamiętasz, kiedy się zaczął?

Gdy na świecie pojawił się nasz syn Bruno. Kiedy byłam w ciąży, a nawet jeszcze wcześniej – kiedy podjęliśmy z Wojtkiem decyzję, że chcemy mieć razem dziecko. Według mnie to duża odpowiedzialność powołać na świat nowego człowieka. Dziecku trzeba nie tylko zrobić miejsce w swoim życiu, kochać je bezgranicznie, ale też zaopiekować się nim w relacjach z otaczającym światem i mieć na to czas. Wszystkie inne role w życiu mogę zmienić, ale zawsze będę matką. To postawiło wyraźną cezurę w moim życiu.

Mówisz, że uwolniłaś się od tego, co musisz i co powinnaś. Ale jako matka masz też nowe obowiązki…

Mówiąc, że nic nie muszę, miałam na myśli to, że nie muszę spełniać czyichś oczekiwań. Nie musieć to znaczy wsłuchiwać się w siebie, nie w innych. Gombrowicz powiedział: „Kiedy ja umieram, świat przestaje istnieć”. Mamy tylko jedno życie i tylko od nas zależy, jakie będzie. Jak wykorzystamy tę szansę. Tymczasem żyjemy w społeczeństwie w dużej części smutnym, wśród ludzi, którzy nie są szczęśliwi. Myślę, że często wynika to z tego, że ludzie nie dają sobie czasu na to, by poznać samych siebie. Zrozumieć, czego chcą od życia. A to przecież podstawa. Poznać swoją pasję i ją realizować. Mieć marzenia. Dla mnie to jest DUSZA. Tajemnicza siła, spiritus movens wszystkiego, co robimy. To ona jest tą częścią nas, która pragnie być „zaspokojona”. Kiedyś poznałam człowieka, który powiedział mi, że nie istnieje coś takiego jak dusza. Że człowiek to mózg. Głęboko mnie to przejęło, bo ja właściwie swoją duszę czuję ciągle. Może dlatego, że wiem, co znaczy popełnić błąd postępowania wbrew sobie. A wtedy dusza najzwyczajniej boli, tak po czechowowsku mówiąc (śmiech). Stąd między innymi biorą się depresje. Po coś przecież jesteśmy na świecie. Mamy jakieś zadanie do spełnienia. A może mnóstwo różnych zadań. Już samo to, w jakiej rodzinie przychodzimy na świat, od razu wtłacza nas w określone reguły, ale i wyposaża w talenty, i to od nas zależy, czy ten bagaż świadomie wykorzystamy, czy nie. Wspaniale jest zrozumieć sens swojego bycia, bycia partnerem, rodzicem w kontekście pokoleń przed nami. Osiągnąć poziom bycia w zgodzie z samym sobą. Wierzę, że w takim stanie nikogo nie można zranić, bo ten stan jest dobrem. Oczywiście nie zawsze dusza „chce” od nas rzeczy prostych…

Zobacz także: produkty do włosów profesjonalne

A czego chciała twoja?

Na każdym etapie czegoś innego. Jest dzika, chociaż uczuciowa. Chyba zawsze czułam, że to, co mi się zdarza, wymaga ode mnie, żebym nie przestawała szukać, żebym szła dalej. Może dlatego wybrałam aktorstwo? W środku mnie ciągle trwał proces symultanicznego przetwarzania rozmów z ludźmi, przeczytanych książek, muzyki, obejrzanych filmów, zobaczonych wystaw. Od początku czułam, że chcę robić coś swojego. Zawsze lubiłam towarzystwo ludzi dużo starszych ode mnie, takich, którzy ze swojej perspektywy dawali mi poczucie, że brak zgody na obojętność i bylejakość jest tą właściwą drogą.

Dziś jestem już w aktorskim świecie i obserwuję rozpleniające się „nic” w postaci polskich celebrytów, obsadzanych później w telewizji i kinie, w postaci internetu karmiącego nas toksycznymi relacjami z życia ludzi, których celem jest być bohaterem takiego czy innego portalu, i chwilami ten piramidalny absurd mnie przeraża. Patrząc na to, co dziś w większości polskie kino proponuje widzom, zadaję sobie pytanie: „Co się z nami stało?”. Po filmach Zanussiego, Holland, Sass, Kieślowskiego wykonujemy niezrozumiały krok wstecz. Na szczęście jest
Haneke, jest von Trier, Malick. I pojedyncze rodzime nazwiska: Smarzowski ze swoim kinem, Janek Komasa z „Salą samobójców”, Bartek Konopka czy Leszek Dawid z „Jesteś Bogiem”. Filmy mocne, szczere. Nie tylko wstrząsnęły mną jako widzem, ale dzięki nim wierzę, że kino może wpłynąć na czyjeś życie.

Sądzisz, że sztuka ma moc zmiany?

Ma, oczywiście. Artyści wychodzą z ogółu, ale – jako w pewnym sensie reprezentanci tego ogółu – potrafią przekazać to, co powszechnie się czuje – metaforycznie. Dobre filmy „wyrywają” ze strefy komfortu, inspirują do zmian. Ludzie zbyt szybko rezygnują z marzeń. Traktują życie zadaniowo. Myślą: „Muszę być tym a tym, muszę dojść tam a tam, mieć to i to”, a to „coś”, to „tam” rzadko jest tym, czego naprawdę by chcieli. Mają taką koncepcję siebie. Nasze społeczeństwo jest zbyt nastawione na to, „co inni pomyślą”. To bardzo blokuje. Bo kim są ci inni? Inni skupieni są na swoim życiu, a jeśli nie, to są zwyczajnie toksyczni, nie warto się nimi zajmować. Ja nie daję się oceniać, za to żyję najlepiej, jak umiem. Bylejakość mnie otępia, a wszelka przypadkowość osłabia. Źle znoszę też niepowodzenia, takie jak niewłaściwe wybory czy sytuacje, na które nie mam wpływu. Jak jest mi źle ze sobą, patrzę w lustro w moje oczy. Długo. I wraca mi równowaga. Przez pewien okres w życiu nie poznawałam osoby, jaką w nim widziałam. Nie miałam zgody na siebie. Ale szukałam siebie, nieustannie. Znalezienie tej zgody i akceptacja siebie to zadanie na całe życie. Ale wszystko, co przydarza się po drodze, jest niezbędne. Gdyby nie to, że kiedyś byłam niepogodzona ze sobą, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem dziś. Najważniejsze to nie być konformistą, nie tkwić w wygodnych układach dla świętego spokoju.

W czym się przejawiał ten brak zgody na siebie?

W liceum chodziłam ubrana wyłącznie na czarno, w długie, powłóczyste stroje, w mocnym makijażu, którego nigdy nie zmywałam. Włosy też farbowałam na czarno. Kamilla Baar, zbuntowana licealistka z „czwórki” w Tychach (śmiech). Oczywiście wynikało to z potrzeby zwrócenia na siebie uwagi, takiego „Halo, patrzcie, to ja!”. Obcięcie długich czarnych włosów i zafarbowanie ich na rudo też było etapem poszukiwań. Byłam outsiderką, ale miałam swoją „grupę wsparcia”. Było nas pięć dziewczyn, „czarne damy”. Chodziłyśmy po mieście i śpiewałyśmy tak głośno, żeby wszyscy nas słyszeli. Słynęłyśmy z tego.

Chciałyście zawojować świat?

Tak… wszystkie miałyśmy śpiewać, do tego dwie z nas miały być malarkami, a dwie aktorkami. Wychodzi na to, że tylko mi udało się w pełni spełnić te marzenia. Ale takie były wtedy plany, zgodne z naszą życiową filozofią. Miałyśmy swój świat, swoje książki, swoje marzenia. Razem chodziłyśmy na wagary, zaczytywałyśmy się w Anaïs Nin, Henrym Millerze, Jerzym Kosińskim, Nietzschem, Krzysztoniu. Wspólnie marzyłyśmy o paryskiej bohemie i wspólnie piłyśmy nad jeziorem tanie wino (śmiech). Zarazem w autorskim programie Ewy Jaskółowej, naszej profesorki polskiego, która wykładała też na Uniwersytecie Śląskim, miałyśmy najlepsze wyniki. To był nasz wybór. Wierzyłyśmy w siebie i naszą grupę. Niezapomniany czas…

Twoje marzenia o francuskiej cyganerii i życiu sztuką spełniły się, gdy trafiłaś do warszawskiej szkoły teatralnej?

Nie do końca. Szybko okazało się, że szkoła teatralna to głównie instytucja. Była we mnie niezgoda na „system”, na wieczne wymagania i równanie wszystkich do jednego poziomu. Ale taka już jestem. Od zawsze nie znosiłam sprawdzianów i stawiania ocen. Nie umiem rywalizować. W artystycznym zawodzie rywalizacja wydaje mi się bez sensu. W szkole teatralnej mówiono mi, że jestem typem krakowskim, a ja pytałam: „To znaczy jakim?”. Teraz wiem, że chodzi o typ indywidualności, niepokorności. Faktycznie, aktorzy, którzy mnie fascynują, często kończyli krakowską szkołę: Frycz, Skiba, Hajewska-Krzysztofik, Korzeniak. Nie sposób ich gry porównać do jakiejkolwiek innej, a mimo to nie wyobrażam sobie Frycza, który dostaje jako student za coś nobilitującą piątkę i robi to na nim wrażenie (śmiech).

W Warszawie mogłam liczyć na Jana Englerta i Maję Komorowską, którzy rozwijali we mnie indywidualność, za co zawsze będę im wdzięczna, ale resztę swoich studiów głównie wspominam jako miotanie się między tym, czego chcę, a tym, co „powinnam”. Na szczęście dziś zasady są bardziej liberalne i powiało wolnością. Chyba wszystkim jest z tym lepiej. Jestem pod wrażeniem filmu Leszka Dawida „Jesteś Bogiem”. Chłopaki, nawet jeśli ćwiczyły dykcję słynnym „ptczćk”, to jest to daleki plan. Nie o to chodzi. Oni na taśmie zostawili serce.

O to w tym zawodzie chodzi?

Według mnie – tak. Muszę czuć wolność, improwizację, coś, czego nie da się zaplanować. Po skończeniu szkoły obiecałam sobie, że nie trafię z jednej instytucji do drugiej, czyli do teatru. Miałam szczęście. Debiutowałam w Krakowie w dwuosobowej sztuce, gdzie przeżyłam jedną z ważniejszych teatralnych przygód, a zaraz potem zagrałam w TR Warszawa, gdzie spotkałam Olę Konieczną, Andrzeja Chyrę, Redbada Klynstrę. Poznałam artystów kompletnych. Później był „Hamlet” Barczyka w Wieliczce… Do stałego zespołu trafiłam dość późno. Też po głębszym namyśle. Dzięki temu spotkałam Maję Kleczewską, Iwana Wyrypajewa, a dyrektorem jest Jan Englert… Tu mogę być sobą, czyli indywidualistką.

I takie grywasz role. Nawet w serialach, gdzie siłą rzeczy bohaterowie nie są aż tak wyraziści jak w filmach czy teatrze. Twoja Hana Goldberg w „Na dobre i na złe” jest kobietą z charakterem.

Hana jest taka „pełna”, kobieca, złożona… Ale ja nawet z mało skomplikowanej postaci zwykle robię taką (śmiech). Jest przecież wariantem mnie. Lubię odkrywać jasne i ciemne strony osobowości i je grać.

Sprawiasz wrażenie silnej i delikatnej zarazem. Drobna, filigranowa, a do tego obdarzona mocnym, niskim głosem…

Tak, zdecydowanie jestem miksem siły i wrażliwości. W przeciągu pół godziny mój stan potrafi się diametralnie zmienić. Bywa to trudne dla mnie i otoczenia, ale taka jestem. Zamiast się oceniać, wolę to w sobie zaakceptować i pracować nad tym. Z jednej strony uwielbiam dom, gotowanie, wylegiwanie się w łóżku, z drugiej – kiedy czuję przymus codziennych obowiązków, duszę się. Rodzina jest dla mnie na pierwszym miejscu, to mój sens życia i wewnętrzny dom, ale wyzwania, sprawdzanie się, ryzyko biegną tuż za. Siedzimy w naszym domu na wsi, przy kominku, przytuleni, i nagle nachodzi mnie potrzeba, żeby gdzieś wyjechać, totalne szaleństwo i przygoda. Kupowanie biletów na samolot. Kocham czuć ten „drive”!

Nie przeraża cię? Gatunek ludzki raczej boi się zmian.

Ja lubię zmiany. To naturalne, że wszystko, co nowe, budzi lęk. Ale bycie taką sondą, wchodzenie w coś, czego się kompletnie nie zna, jest fascynującym przeżyciem. Uczę się obserwować to, co mi się w życiu przydarza, z pewnego dystansu. Bez lęku, który paraliżuje. Daję sobie czas, żeby odczuć, przeżyć to, przemyśleć. I powiedzieć, co myślę.

Ale czasem to nowe pojawia się nagle, zbyt niespodziewanie. Tracimy pracę, zostawia nas partner…

Tak, to może być szok. Nie jestem wolna od lęków. Boję się szczególnie o bliskich. O to, na co nie mam wpływu. Myslovitz śpiewa: „Życie to surfing, więc nie bój się fal”. Emocje są moim największym przyjacielem i wrogiem. Kiedy biorą nade mną górę, myślę sobie, że to nic, niech sobie mną porządzą, niech wybrzmią. Tak musi być. Obserwuję synka, który zaraz będzie miał dwa lata, i widzę, jak w nim wszystko dzieje się naturalnie, jak szczęśliwe jest dziecko niezaburzone przymusami. Bruno jest spokojny i rozważny. Może jest nam łatwiej, rzadko słyszy „nie”, którego oczywiście nie znosi. Od dzieci możemy uczyć się natychmiastowych szczerych reakcji, asertywności.

Wychowywałaś się w Tychach. Jak wspominasz dzieciństwo?

Jako mała dziewczynka mieszkałam z dziadkami na wsi, większość młodości spędziłam w Tychach, ale najmocniej ukształtowały mnie cztery lata w Poznaniu. To był początek podstawówki. Architektura tego miasta, to, że rodzice wychodzili do teatru, że bawiłam się w fontannach pod operą. Byłam tam na pierwszym w życiu castingu do filmu (śmiech). Od zawsze chciałam robić coś, co wychodzi poza codzienne życie, które znam. Wpadłam na aktorstwo. Dziwne, ale nie zastanawiałam się w ogóle, co będzie, jak mi się nie uda. Nie wiem, skąd była we mnie taka pewność. Przecież wszyscy dookoła mówili: „bądź realistką, to Warszawa”. Skąd miałam w sobie tę siłę i wiarę? Przecież nikt mi jej nie zaszczepił, ona po prostu była. Zawsze byłam niezależna, ale rodzicom starałam się raczej ułatwiać życie, a nie utrudniać, chciałam, żeby byli ze mnie dumni. Chciałam być wzorem dla moich młodszych braci: Damiana i Błażeja. Taką ostoją i przyjacielem. Temperowałam się dla nich. Teraz rodzice czują się przede wszystkim spełnionymi dziadkami. Nasze stosunki są bardziej partnerskie. A z braćmi jesteśmy bardzo blisko.

Ty sama jaką jesteś matką?

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Bruna, ujrzałam człowieka, którego znam i na którego czekałam. Nie stawiam sobie zbyt wielu celów. Będę zmieniać się razem z nim. Wychodzę z założenia, że dziecko najwięcej uczy się, obserwując nas, staram się więc być jak najfajniejszą mamą. Ważne, żeby czuł, że jest dla mnie najważniejszy. Chcę go nauczyć rozmawiać otwarcie o tym, co czuje, i oczywiście chciałabym, żeby zawsze ważne było dla niego moje zdanie. Żeby czuł się przy mnie bezpiecznie. W razie czego powie: „Mama, przegięłaś” (śmiech). Odkąd skończył trzy miesiące, wszędzie z nami podróżuje. Chcielibyśmy, żeby zawsze miał do świata takie zaufanie i ciekawość. I żeby czuł się Polakiem-Europejczykiem.

A jaka jesteś jako partnerka?

Myślę, że żadnemu z moich partnerów nie było ze mną łatwo. Jestem zmienna. Na szczęście pewne rzeczy są we mnie stałe i jeśli kocham, to kocham totalnie. Miłość warunkuje dla mnie wszystko, jeśli jej nie ma, to coś się musi skończyć. Na pewno nie daję się sobą znudzić. Moim zdaniem podstawą udanego związku – oprócz miłości – jest dawanie sobie wolności. Zaufanie, namiętność i umiejętność spędzania czasu osobno. Realizacja swoich pasji.

Jaka jest Kamilla Baar – aktorka?

Gotowa na wszystko!

Czego ci życzyć w nowym roku?

Zdrowia dla tych, których kocham. I niech to, co dobre, trwa. Każdego dnia jestem za to wdzięczna.

Kamilla Baar, ur. w 1979 roku w Człuchowie. Aktorka filmowa i teatralna. Od 2005 roku jest w stałym zespole Teatru Narodowego. Popularność i uznanie krytyków przyniosły jej role w filmach „Vinci” Juliusza Machulskiego i „Generał – zamach na Gibraltarze” Anny Jadowskiej i Lidki Kazen. Zagrała też w filmach „Zero”, „Nadzieja” oraz serialach „Na dobre i na złe”, „Siła wyższa”, „Londyńczycy” czy „Hotel 52”. Jest laureatką Złotej Kaczki za rolę kobiecą w filmie sensacyjnym („Vinci”). Prywatnie związana z aktorem Wojciechem Błachem, ich synek Bruno ma 2 lata.