fbpx

Renesans czarnych płyt, czyli moda na winyle

Renesans czarnych płyt, czyli moda na winyle
Moda na winyle wynika z chęci powrotu do świata, w którym wszystko było ładniejsze, ciekawsze i bardziej eleganckie. (Fot. BEW PHOTO)

„Rozum został oszukany, ale serce jest smutne” – powiedział kiedyś Neil Young, który jako miłośnik winyli z triumfem cyfrowego zapisu dźwięku nigdy nie mógł się pogodzić. I pewnie cieszy go ten wspaniały renesans czarnych płyt…

Sprzedaż płyt winylowych w Wielkiej Brytanii ciągle wzrasta. Oczywiście, biorąc pod uwagę lata 70. i 80., dzisiejsze wyniki nie oszołamiają. Pamiętajmy jednak, że 40 lat temu dla płyty gramofonowej praktycznie nie było alternatywy. Dziś, w dobie Spotifaya, brytyjska sprzedaż robi jednak wrażenie. Zresztą na Wyspach się nie kończy, inne kraje – i to po dwóch stronach oceanu – ogarnął ten sam trend. Jego źródła, przyczyny i przejawy to świetny temat dla badaczy. Im więcej analiz, tym więcej teorii.

Poszukiwany, poszukiwana

„Moda na winyle wynika między innymi z chęci powrotu do świata, w którym wszystko było ładniejsze, ciekawsze i bardziej eleganckie. Płyta winylowa, podobnie jak wszelkie związane z nią sprzęty i akcesoria, jest namiastką świata, który przeminął” – mówi prof. Tomasz Szlendak z Instytutu Socjologii UMK.

No dobrze, to kto w takim razie tęskni za tymi „lepszymi” czasami? Profil miłośników czarnych płyt można spróbować określić na podstawie tego, jaka muzyka zapisana na czarnym krążku najlepiej się sprzedaje. Wcale nie będzie to łatwe. Wśród amerykańskich i brytyjskich bestsellerów można z jednej strony znaleźć „Abbey Road” Beatlesów, a z drugiej – album francuskiej gwiazdy muzyki elektronicznej – duetu Daft Punk. Z jednej strony wytwórnie wydają reedycje klasycznych albumów Boba Dylana czy Rolling Stonesów, z drugiej – wśród najlepiej sprzedających się czarnych płyt są albumy Jacka White’a, The Black Keys czy Lany Del Rey. Na polskim rynku sytuacja przedstawia się podobnie – obok starych albumów Republiki popularnością cieszą się np. Arctic Monkeys, co sugeruje, że oprócz wiedzionych nostalgią starszych konsumentów winyle kupują też młodzi fani muzyki.

W ostatnim czasie wytwórnie coraz częściej wydają reedycje klasycznych albumów Boba Dylana czy Elvisa Presleya. (Fot. iStock)

Z badań przeprowadzanych przez brytyjską agencję BPI wynika, że w większości płyty gramofonowe kupują fanatycy muzyki w wieku 35–44 lat. Osobną grupą są audiofile, DJ-e i kolekcjonerzy. Obskurne sklepiki z płytami, zapuszczone strychy i pchle targi są ich drugim domem. Plądrując zakurzone pudła i polując na internetowych aukcjach latami, powiększają swoje kolekcje. Czasami do kuriozalnych wręcz rozmiarów, tak jak w przypadku brytyjskiego producenta muzycznego Gillesa Petersona, którego rozrastająca się kolekcja zmusiła do wyprowadzenia się z mieszkania, czy właściciela sklepu z płytami Paula C. Mawhinneya, który zachowując dla siebie po jednym egzemplarzu każdego sprzedanego krążka, zebrał ich aż trzy miliony. Rekordzistą jest jednak pochodzący z Brazylii biznesmen Zero Freitas – jego liczące osiem milionów płyt zbiory wciąż się powiększają.

Bywa, że kolekcje rozrastają się do kuriozalnych rozmiarów. Gilles Peterson, żeby pomieścić wszystkie swoje płyty, musiał się wyprowadzić z mieszkania. (fot. Getty Images)

Dedykacja dla zabójcy

A jednak w kolekcjonowaniu to nie liczby są najważniejsze. Chodzi bardziej o instynkt łowcy i dreszczyk emocji, który jest tym większy, im nagranie trudniej dostępne. Podczas gdy ogromna część muzyki europejskiej i amerykańskiej została przetransferowana na cyfrowe nośniki, prawie 80 procent powstałej w połowie XX wieku muzyki brazylijskiej, kubańskiej czy nigeryjskiej dostępna jest wyłącznie na winylach. To mocno działa na wyobraźnię zbieraczy. Wypuszczane raz na jakiś czas tzw. limitowane edycje również rozbudzają audiofilski apetyt, na który tylko czekają cwani handlarze. Wykupując na przykład połowę nakładu danego albumu i wystawiając pojedyncze sztuki na aukcjach internetowych, sztucznie podbijają ceny. Niezależnie od tego przy ustalaniu tych ostatnich kolekcjonerzy posługują się określającą stopień zużycia płyty skalą, w której „poor” („ubogi”) odnosi się do tych w najgorszym, a „mint” („mennica”, określenie wzięło się od wyceny wartości monet) i „sealed” („z pieczątką”) – do tych w najlepszym stanie. Są wśród zbieraczy tacy, którzy potrafią po kolorze płyty określić, jak intensywnie była używana. I tacy kupujący po dwie kopie albumów, z których jednej nigdy nie otwierają, bo kolekcjonowanie traktują jak żyłę złota (wartość wielu płyt, szczególnie nieużywanych pierwszych wydań i zremasterowanych reedycji klasycznych albumów, rośnie z czasem). Odrębną kategorią są płyty legendy, do których zalicza się album „Double Fantasy” z własnoręczną dedykacją Johna Lennona dla swojego przyszłego zabójcy Marka Chapmana. W 2003 roku płyta ta została sprzedana za 525 tysięcy dolarów.

Chora papuga

Skoro już wspomnieliśmy o tęsknocie za dawnymi czasami, cofnijmy się do XIX wieku. A konkretnie do roku w 1887, kiedy to niejaki Emil Berliner skonstruował pierwszy gramofon. Trudno mówić o natychmiastowym sukcesie, bo i prototyp był, delikatnie mówiąc, niedoskonały. Brzmiał zupełnie jak „niedouczona papuga z owrzodzonym gardłem i na dodatek przeziębiona”. Tak przynajmniej twierdził jeden ze współpracowników Berlinera. Urodzony w Niemczech wynalazca do odtwarzania dźwięku z początku używał płyt woskowych i ebonitowych, a pod koniec XIX wieku szelakowych, czyli wyprodukowanych z naturalnej żywicy. Płyty z polichlorku winylu pojawią się po drugiej wojnie światowej. Wtedy to dzięki mniejszej ziarnistości nowego materiału udaje się znacznie zredukować towarzyszące odtwarzaniu szumy.

W 1925 roku gramofonową korbkę zastępuje napęd elektryczny, a w latach 40. pojawiają się pierwsze drobnorowkowe płyty długogrające, czyli longplaye, i mniejsze, czyli single. W latach 50. i 60. gramofony stają się tak samo popularne jak radio. Chrysler, amerykański koncern motoryzacyjny, podejmuje nawet próbę instalowania gramofonów w samochodach. Niestety, ten supernowoczesny jak na owe czasy system „highway hi-fi” niezbyt sprawdza się podczas jazdy na wyboistych drogach. W Polsce, gdzie w latach 60. prym wiodą kultowe odtwarzacze Bambino i pocztówki dźwiękowe, do gramofonów przyczepia się jak rzep określenie „adapter”, które dawniej odnosiło się do wbudowanych w odbiorniki radiowe i pozbawionych elektroniki odtwarzaczy. Jakiś czas po tym dla winyli nastają ciężkie czasy. Jest rok 1982, kiedy firma Philips prezentuje światu odtwarzacz CD. „Od dzisiaj tradycyjny odtwarzacz to przeżytek” – grzmi Lou Ottens, wynalazca kasety magnetofonowej. Z kolei w latach 90. Sony wypuszcza na rynek minidysk, który, o dziwo, nie jest w stanie przebić sukcesu mniej poręcznych CD. Wydawać by się mogło, że to właśnie szansa dla winyli, skoro miniaturyzacja się nie sprawdziła, może słuchacze znowu pokochają rozmiar XXL? Tymczasem rynek muzyczny na początku XXI wieku zupełnie się przepoczwarza – sprzedaż kompaktów leci na łeb na szyję, bo oto okazuje się, że żeby słuchać swoich ulubionych utworów, wystarczy kliknąć w ekran komputera, telefonu, tabletu. Świat zachłystuje się plikami muzycznymi, a realia rynkowe zmuszają koncern Panasonic do zakończenia produkcji kultowego wśród DJ-ów gramofonu Technics SL-1200. Tym samym tradycyjne nośniki oficjalnie odchodzą do lamusa.

460 metrów

Nieoficjalnie stają się obiektem pożądania całkiem sporej grupy ludzi, dla których słuchanie muzyki to coś więcej niż sposób na zabicie czasu. Swoją miłość tłumaczą różnie. Większość amatorów analogowych nośników przekonuje, że stoi za nim przede wszystkim lepsza, w porównaniu do CD, jakość dźwięku i cieplejsze brzmienie. I mimo że można się spierać, czy przeciętny słuchacz jest w stanie odróżnić dźwięk analogowy od cyfrowego, faktycznie różnica między nimi jest zasadnicza. Na każdej stronie klasycznego longplaya znajduje się 460 metrów spiralnego wyżłobienia, będącego zapisem ścieżki dźwiękowej. Kiedy płyta się kręci, jego nieregularności wprowadzają igłę w drgania, które zamieniane są na sygnały akustyczne. Płyta winylowa ma, oczywiście, swoje ograniczenia – kurz i nawet najdelikatniejsze zadrapanie mogą znacznie pogorszyć jakość odbioru. Poza tym linie basu i niskie częstotliwości zazwyczaj nagrywane są monofonicznie. Jednak podczas gdy rowki na płycie winylowej odzwierciedlają falę dźwiękową co do joty, dzięki czemu dźwięk jest płynny i nieprzerwany, to nagranie cyfrowe wyłapuje tylko jej punkty, powodując, że sygnał jest uboższy.

Obiekt fizyczny

– Dla mnie płyta jest ciekawym przedmiotem o fajnym formacie i wymiarze. Lubię też te wszystkie rytuały, odpakowanie, obejrzenie okładki, która często sama w sobie jest dziełem sztuki, położenie płyty na talerz, przerzucenie na drugą stronę – opowiada Jurek, grafik i DJ, dumny właściciel około 1500 winyli. – Nie przeszkadza mi, że płyta zazwyczaj brzmi gorzej niż jej zremasterowana reedycja. Lubię, kiedy czasem coś zatrzeszczy, jest w tym magia i autentyczność.

Posiadanie płyty to nie wszystko. Liczą się też wszystkie rytuały z tym związane: odpakowanie, obejrzenie okładki, położenie płyty na talerz, przerzucenie na drugą stronę… (fot. iStock)

W czasach, kiedy każdy może ściągnąć muzykę z sieci, dla prawdziwego fana płyta, którą można potrzymać i która niekoniecznie musi być czarna (tłoczy się dziś płyty we wszystkich kolorach, także przezroczyste), jest prawdziwym skarbem. To nie przypadek, że popularność winyli rośnie akurat dziś, kiedy dużo ważnych dla nas rzeczy, takich jak zdjęcia czy pliki MP3, przechowujemy w wirtualnej chmurze, tracąc poczucie ich własności. Doktor Emmanuel Tsekleves z Uniwersytetu w Lancaster twierdzi, że zatęskniliśmy za przyjemnością obcowania z fizycznymi obiektami. Dlatego po kupieniu chociażby właśnie płyty winylowej budzą się w nas wewnętrzne dzieci, które cieszą się z nowej namacalnej, a nie wirtualnej zabawki. Radość jest jeszcze większa, kiedy dołączone są do niej atrakcyjne bonusy, takie jak chociażby plakaty, ukryte piosenki i hologramy czy specjalne kody umożliwiające ściągnięcie danego albumu z sieci, które to szczególnie cieszą przedstawicieli generacji iPoda. Jak podkreśla w książce „Wax Trash and Vinyl Treasures: Record Collecting as a Social Practice” [z ang. „Winylowe śmieci i skarby. Kolekcjonowanie płyt jako praktyka społeczna”] socjolog Roy Shuker, winyle są też specyficznym obiektem kolekcjonerskim. Podczas gdy większość rzeczy, które się zbiera, odstawia się na bok, do klasera albo gablotki, to płyt się po prostu używa. Są to przedmioty, którymi można się dzielić z innymi, które służą nawiązaniu realnych interakcji, co w rzeczywistości zdominowanej przez te wirtualne staje się pewnego rodzaju luksusem.

Faktor X

Nie oszukujmy się, chodzi też o swego rodzaju snobizm. Dla wielu liczy się to, że kolekcjonowanie płyt pokazuje ich w ciekawym świetle, symbolizuje przynależność do specyficznego świata.

Kolekcjonowanie płyt symbolizuje przynależność do specyficznego świata. (Fot. iStock)

„Stawiając w domu gramofon, czy to nowoczesny, czy w stylu retro, budujemy sobie prestiż. To dlatego głównie mężczyźni zbierają winyle. Im po prostu bardziej na nim zależy” – twierdzi prof. Szlendak. I choć winylomania to wciąż niszowe hobby, coraz częściej dopada także mainstreamowych artystów, którzy w odpowiedzi na rosnące zainteresowanie czarnymi płytami wydają od kilkuset do kilkudziesięciu tysięcy winylowych wersji swoich albumów. Niektórzy idą krok dalej, tak jak Jack White, który wybudował w Nashville w pełni analogowe studio nagraniowe, gdzie pod banderą swojej wytwórni Third Man Records oprócz własnych wydaje również albumy innych artystów. Od sceny country po alternatywną. Mamy też nasz rodzimy przykład – studio nagrań we wsi Rogalów, założone przez „analogowego króla” Wojcka Czerna. To tam powstał m.in. album „Powstanie warszawskie” grupy Lao Che. Można tylko spekulować, dlaczego Steve Jobs, pionier w dziedzinie muzyki cyfrowej, w domu słuchał muzyki z gramofonu. Wiemy tyle, ile mówił nam sam – że w jej niedoskonałościach kryje się ujmująca prawda. Może faktycznie winyle zawdzięczają swój nieoczekiwany powrót owym osławionym, wiernie towarzyszącym analogowemu nagraniu szumom i trzaskom? Z jednej strony bezlitośnie je dziś zewsząd eliminujemy, ale z drugiej – chyba wszyscy czasem za nimi tęsknimy.

Współpraca: Zofia Fabjanowska-Micyk.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze