1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Szkodliwe nawyki w pracy

Szkodliwe nawyki w pracy

Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nikt nie przeczy, że praca jest źródłem stresu. Wiadomo także, że zdrowiu nie służy ani „zapijanie głodu” kolejną filiżanką kawy, ani wielogodzinne siedzenie bez ruchu przed komputerem. Okazuje się jednak, że niektóre zachowania, powtarzane co dzień, stają się szkodliwe także dla zębów.

Niektóre nawyki są automatyczne albo nieuświadomione, mogą też wydawać się śmieszne, jak na przykład niekonwencjonalne wykorzystywanie akcesoriów biurowych. Ale ich skutki wcale nie są zabawne... Mogą prowadzić do stanów zapalnych dziąseł, uszkodzenia zębów a nawet zakażenia organizmu.

Palce z buzi precz

Nie chodzi jedynie o dość powszechne obgryzanie paznokci czy skórek, które szkodzi nie tylko zębom, ale także dłoniom. Bardzo często osoby siedzące przed komputerem trzymają po prostu palce w ustach. Niekiedy obskubują wargi, dłubią w zębach lub… czyszczą w ten sposób paznokcie! Pracownicy przeglądający gazety lub liczący banknoty często posiłkują się oblizywaniem palców, by łatwiej radzić sobie z rozdzielaniem papieru. Każda taka operacja niesie za sobą miliony bakterii, które zgarniamy z klawiatury komputera, telefonu, banknotów czy wspólnej kuchni czy toalety. Wilgotne i ciepłe środowisko jamy ustnej jest idealnym inkubatorem dla wszelkich zarazków, które dostają się do naszego organizmu. Stąd już blisko nie tylko do problemów z dziąsłami i zębami, ale także poważniejszych zakażeń organizmu.

Podparta broda

Znudzeni czy zamyśleni przed komputerem, często posiłkujemy się ręką, która podbiera nasz podbródek. Dzięki temu zagryzamy mocniej zęby, które naciskają na siebie z dużą siłą. Jeśli coś nas wyraźnie złości, możemy także nieświadomie nimi zgrzytać. Stąd już jeden krok do problemów ze szkliwem. – Zgrzytanie zębami i nerwowe ich zaciskanie zazwyczaj pojawia się nocą, gdy nijak nie kontrolujemy swoich zachowań. Jednak podczas pracy i notorycznego podpierania żuchwy także może dojść do erozji i pękania szkliwa, a nawet starcia koron zębowych lub rozchwiania zębów. Początkowymi objawami mogą być bóle głowy, następnie bóle zębów, nadwrażliwość, aż po ich utratę – tłumaczy  dr n. med. Mariusz Duda, właściciel Duda Clinic w Katowicach

Zęby jako narzędzie

Nie podejrzewamy pracowników o to, żeby otwierali zębami napoje kapslowane podczas pracy. Ale powszechne jest używanie zębów jako nożyczek czy kombinerek: do rwania nici i sznurków, do ucinania taśmy klejącej, do otwierania  zafoliowanych produktów, do podważania zatrzasków od wszelkiego rodzaju pudełek. Powszechne jest także trzymanie w ustach różnego rodzaju pomocy biurowych i naukowych, takich jak długopisy, ołówki, linijki i szpilki. W tej materii pomysłowość pracownicza nie zna granic. Każdy kontakt zęba z twardym przedmiotem może mieć katastrofalne skutki. Pomijając przenikanie drobnoustrojów do jamy ustnej, grozi on pęknięciem szkliwa lub ukruszeniem  zęba. Niektóre przedmioty mogą zawierać szkodliwe dla organizmu substancje.

Całodniowa guma do żucia

 

Żucie gumy jest dla niektórych osób nałogiem, sposobem na stres, codziennym dodatkiem w pracy. Bezcukrowe gumy do żucia, po które sięgamy bezpośrednio po posiłku, mogą przywrócić właściwe pH w ustach, stymulują wytwarzanie śliny i pomagają oczyścić jamę ustną. Pod jednym warunkiem:  że gumę żujemy przez kilka minut i nie robimy tego zbyt często. – Nadużywanie gum do żucia może prowadzić do nadwyrężenia stawu skroniowo-żuchwowego lub przerostu żwaczy, co w konsekwencji prowadzi do asymetrii twarzy. Sytuacja ta dotyczy osób, które przywykły do żucia tylko jedną stroną jamy ustnej. Dodatkowymi dolegliwościami mogą być bóle brzucha lub biegunki, spowodowane nadmiarem kwasów żołądkowych, wywołanych przez odruch żucia – tłumaczy dr Duda.

Podjadanie i popijanie

Praca przed komputerem, to zazwyczaj możliwość jednoczesnego spożywania posiłków, przynajmniej tych mniej skomplikowanych i picia napojów. Na taki luksus nie mogą liczyć ci, którzy mają sztywno wyznaczone przerwy w ciągu dnia. Ten przywilej nie zawsze pozytywnie odbija się na naszym zdrowiu. Podjadanie przekąsek nie służy zębom. Za oczyszczanie wnętrza jamy ustnej odpowiedzialna jest ślina. Jeśli jednak co chwila sięgamy po kolejny przysmak, jej ilość staje się niewystarczająca. Tym samym na zębach tworzy się osad, a nadmiar bakterii pochodzących z rozkładu resztek jedzenia sprzyja rozwojowi próchnicy. Dlatego warto sprecyzować czas przyjmowania posiłków także w przypadku wykonywania pracy siedzącej.

Śmieciowe jedzenie biurowe

Na stan naszego uzębienia zdecydowany wpływ ma nie tylko to jak często jemy, ale też co jemy. Wszechobecne automaty z przekąskami i napojami, liczne punkty serwujące dania typu Fast-food kuszą pracowników biurowych na każdym kroku. I niewielu ma siłę, by nie ulec pokusie kupienia czegoś słodkiego lub „szybkiego”. Wytłumaczeń jest wiele: bo ciężko pracuję, bo potrzebuję energii, żeby mózg lepiej pracował, na stres, na niepowodzenie, na nudę, tylko raz dziennie. Do tego dochodzą napoje słodzone – kawy, herbaty i soki. W połączeniu produkty te tworzą nieustanną pożywkę dla bakterii bytujących w jamie ustnej. Niewiele osób ma tyle samozaparcia, by nosić ze sobą do pracy pokrojoną paprykę, orzechy, marchewkę czy pomidory zamiast paluszków, ciasteczek i krakersów.

mat.pras./fot.123rf

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wieczór bez drinka. Kiedy nawyk staje się uzależnieniem

Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. (Fot. Getty Images)
Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. (Fot. Getty Images)
Jeśli co wieczór pijemy piwo, na przykład w trakcie oglądania filmu, to po pewnym czasie, gdy tylko pomyślimy, że mamy ochotę na film, pojawia się też ochota na piwo. Obie czynności stają się powiązane, nieodłączne. Wytwarza się nawyk, a to jest pułapka. Nawyk prowadzi do uzależnienia. Uzależnienie to równia pochyła – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

- Jeśli co wieczór pijemy piwo, na przykład w trakcie oglądania filmu, to po pewnym czasie, gdy tylko pomyślimy, że mamy ochotę na film, pojawia się też ochota na piwo. Obie czynności stają się powiązane, nieodłączne. Wytwarza się nawyk, a to jest pułapka. Nawyk prowadzi do uzależnienia. Uzależnienie to równia pochyła – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jest cienka granica między „lubię alkohol” a „muszę się napić”. I bardzo łatwo ją przekroczyć, co najczęściej dzieje się w sposób niezauważalny. Według norm amerykańskich wystarczy pół butelki piwa dziennie wypite przez kobietę i jedna cała wypita przez mężczyznę, żeby mówić o uzależnieniu. Znajoma psychoterapeutka powiedziała mi, że wygląda na to, iż 90 procent młodych kobiet i mężczyzn jest na granicy uzależnienia. Alkohol wśród młodych ludzi jest, niestety, modny; to element subkultury. Picie jest powiązane z rytuałem. Mecz, impreza, imieniny, czipsy, piwo, coś mocniejszego. Są ramy, w których alkohol stanowi ważny stały element – i to stanowi niebezpieczeństwo.

Pomówmy o zagrożeniach. Jako dziecko byłem świadkiem nadużywania alkoholu przez wiele osób z mojego środowiska – sąsiadów, członków rodziny, kolegów, przyjaciół. Z przerażeniem patrzyłem, jak alkohol przejmuje nad nimi władzę, jak tracą kontakt ze sobą, z bliskimi i ze światem. Alkohol odcina od prawdziwych, bliskich relacji, generuje konflikty, przemoc, agresję. Ojciec, który nadużywa alkoholu, jest obecny w domu fizycznie, ale nie ma z nim kontaktu emocjonalnego, więc to tak, jakby go nie było. W wieku 30 lat z powodu alkoholu zmarł mój kolega, silny, potężny mężczyzna. Nie dlatego, że się zapił, ale że pił regularnie. Alkohol zrujnował narządy wewnętrzne. Miał mocny organizm, więc wydawało mu się, że sobie radzi, że może pić. Zostawił żonę, dziecko. Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, byłem w szoku.

Co dzieje się w organizmie pod wpływem alkoholu? Świadomość, percepcja rzeczywistości ulegają zakłóceniu, zniekształceniu. Tracimy dostęp do wewnętrznych zasobów. Alkohol zakłóca funkcjonowanie neuroprzekaźników w mózgu, zmniejsza się sprawność intelektualna, spada poziom koncentracji. Pogarsza się koordynacja wzrokowo-ruchowa, język się plącze, co negatywnie wpływa na procesy poznawcze i emocjonalne. Trudno porozumieć się z człowiekiem, który nadużywa alkoholu. Przestajemy mieć do czynienia z indywidualnością tej osoby, zamiast niej zostaje coś, co jest chore, patologiczne. Oczywiście, alkohol czasem rozluźnia – jednak to rozluźnienie nie jest pełne ani zdrowe, ponieważ nie można go utrzymać, gdy nie ma alkoholu. Jeśli co wieczór pijemy piwo, na przykład w trakcie oglądania filmu, to po pewnym czasie, gdy tylko pomyślimy, że mamy ochotę na film, pojawia się też ochota na piwo. Obie czynności – oglądanie filmu i picie piwa – stają się powiązane, nierozłączne. Wytwarza się nawyk, to jest pułapka. Nawyk prowadzi do uzależnienia. Uzależnienie to równia pochyła.

Takie niewinne piwo. Piwo jest bardzo intensywnie reklamowane. Właściwie nie jako alkohol, raczej jako napój, jak coca-cola, red bull. Jest traktowane jak kiedyś oranżada: gdy jesteś spragniony, napij się piwa. I jaki wybór! Weźmy piwo Dębowe Mocne. Producenci odwołują się do archetypów – dąb to siła, odporność, piękno. A „Lech to nie grzech”. Więc nie grzeszymy, nie robimy nic złego. Piwo z sokiem owocowym, a przecież sok jest zdrowy. I tak dalej, i tak dalej. Są jeszcze mocne trunki. Na przykład drinki. Miałem klienta, mężczyznę w dojrzałym wieku, samodzielnie wychowującego dzieci, który co wieczór przyrządzał sobie swój ulubiony drink. Drink wypity w samotności po stresującej pracy stał się rytuałem kończącym dzień, chwilą rozluźnienia. Widziałem niepokojące zmiany; napuchniętą twarz, przekrwione oczy. Przyznawał, że rano trudno mu się dobudzić, potrzebuje trzech kaw. Od popołudnia myślał już o swoim wieczornym drinku. A jednak był przekonany, że nie jest uzależniony. Zaproponowałem, żebyśmy to sprawdzili: tydzień bez drinka. Nie udało się. Może więc co drugi dzień, co trzeci albo zamiast drinka lampka wina, żeby przełamać nawyk, wprowadzić więcej elastyczności. Po wielu tego typu eksperymentach okazało się, że w tym zakresie nie jest w stanie panować nad sobą. Konieczne stało się podjęcie leczenia w specjalistycznym ośrodku, pod okiem psychoterapeutów i lekarzy. To przykład, który uczy pokory, ponieważ ten mężczyzna mówił, że co prawda robi sobie co wieczór drinka, ale tak w ogóle to alkoholu nie pije!

Jeśli czekam na wieczorny drink czy lampkę wina, to może być sygnał ostrzegawczy? Nawet wtedy, gdy czekam na weekend, bo wreszcie się napiję. Niebezpieczna jest regularność, picie raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Mam do czynienia z młodymi ludźmi ze świata sztuki i biznesu. Oni w tygodniu ciężko pracują, natomiast od piątkowego wieczoru do niedzielnego popołudnia balują bez przerwy. W weekend wypijają bardzo dużo, upijają się do nieprzytomności. Upijanie się to jak przerwanie tamy, organizm zostaje zalany alkoholem, destabilizuje się metabolizm, system nerwowy. Z czasem organizm przyzwyczaja się do tego, że co pewien czas dostaje silne dawki, i zaczyna się adaptować do tego zmienionego biochemicznego środowiska. Jednak proces degradacji postępuje, alkohol fatalnie wpływa na mózg, wątrobę, nerki, serce, krążenie. Osoby uzależnione piją coraz więcej, szybciej się starzeją. Widziałem 30-letnich mężczyzn wyglądających na 50-latków. Picie to samobójstwo, powolna eutanazja. Najbardziej mylące jest to, że skutków nie widać od razu, szczególnie w przypadku ludzi młodych. Młode organizmy szybko się regenerują, dlatego może się wydawać, że upijanie się to nic takiego – człowiek się otrząśnie, weźmie prysznic, napije się wody, przebiegnie się trochę i szybko wróci do normy. Może tak się zdarzyć – raz czy drugi. Jednak zmiany następują; powoli, więc niezauważalnie.

Dlaczego tak łatwo się napić? Mówimy o alkoholu jako o elemencie subkultury, rytuału, mody, o sugestywnych reklamach piwa, o „lekarstwie” na stres współczesności. Jest jeszcze tradycja: picie z pokolenia na pokolenie na weselach, chrzcinach, imieninach, pogrzebach, jubileuszach, przy świątecznym stole. „Nie napijesz się? Przy takiej okazji?”. Trzeba być naprawdę świadomym zagrożeń, żeby odmówić. Ale jest tu coś jeszcze. Czytam właśnie książkę „Teleogłupianie”. Autor Michel Desmurget powołuje się na wiele badań potwierdzających, że wystarczy oglądać telewizję dwie godziny dziennie, aby być zagrożonym nadużywaniem alkoholu. Dlaczego? W każdym niemal filmie są sceny, w których ludzie piją alkohol. Piją w filmach wojennych, historycznych, obyczajowych, komediach romantycznych, serialach. Piją wszyscy – czarne charaktery i białe charaktery. Psychologowie zwracają uwagę, że współczesna telewizja przejmuje rolę, którą dawniej odgrywali rodzice, dziadkowie, wujowie, wspólnoty rodzinne i sąsiedzkie. Młodzi ludzie nieświadomie naśladują wzorce, z którymi spotykają się w filmach; nasiąkają tymi obrazami.

Polski serial „Ranczo” oglądało średnio dziewięć milionów ludzi. Jest świetnie zrobiony, w sposób prosty, mądry i zabawny opowiada bliskie nam historie. I w tym serialu wszyscy piją! Nie wszyscy nałogowo, ale jednak. Piją bohaterowie, którzy budzą naszą sympatię i współczucie, grani brawurowo przez znakomitych aktorów. Alkohol staje się nieodłącznym elementem stylu życia. Niby wiemy, że to tylko film, że tak nie można. Okazuje się jednak, że ten przekaz ma charakter nieświadomy, działa jak ukryta sugestia, wpływa na odruchy, zachowania, wybory, na wiele naszych przekonań. Młodzi ludzie są wobec tych obrazów bezbronni. Są w dramatycznej sytuacji. Dołóżmy do tego niepewność, dezorientację co do stylu życia, systemu wartości, lęk, że nie sprostam wzorcom lansowanym wśród rówieśników, a okaże się, że subkultury grillowania i imprezowania są azylem, gdzie można odetchnąć, zapomnieć, spotkać się z innymi, pogadać. Młodzi ludzie uzyskują w ten sposób dostęp do czegoś pierwotnego, do wspólnoty. Rozmawiamy wreszcie nie o biznesach, studiach, przetrwaniu. Jesteśmy razem i bawimy się. Zapominamy o rzeczywistości. Jednak to namiastka wspólnoty, prawdziwej zabawy. Te imprezy mają charakter destrukcyjny. Wiążą się bardzo często z niekontrolowanym seksem i zdradami, które za chwilę wyjdą na jaw. To generuje ból, cierpienie, rozpad związków. Kac jest nie do zniesienia, więc pijemy znowu, żeby zapomnieć. Błędne koło. Nierozwiązane problemy wydają się nierozwiązywalne.

Co z tym robić? Jak się chronić? Bezpieczne są niewielkie ilości alkoholu raz na jakiś czas, z przynajmniej kilkutygodniowymi okresami, kiedy nawet nie pomyśleliśmy o alkoholu. Jeśli dbamy o siebie, prowadzimy zdrowy tryb życia, dobrze się odżywiamy, mamy kontakt z przyrodą, jest małe prawdopodobieństwo, że uzależnimy się od alkoholu. Nasz wzmocniony w ten sposób organizm pilnuje równowagi, samoreguluje się. Największym problemem jest przyznanie się, że mam problem: „Ja jestem alkoholikiem? Jestem uzależniony? Chory? Powinienem się leczyć, iść na odwyk? Ja?! W każdej chwili mogę przestać pić. Piję, bo lubię”. Bardzo prymitywny mechanizm zaprzeczania, oszukiwania siebie.

Dlaczego to robimy? Chcemy mieć złudzenie, że kontrolujemy sytuację, jesteśmy panami siebie, nic nam nie grozi; jesteśmy na tyle silni, żeby sobie radzić. Zaprzeczanie, wypieranie jest elementem tej patologii. Dopiero wtedy, gdy przyznamy się, że mamy problem, możemy podjąć konkretne kroki. Jeśli tego nie zrobimy, możemy być pewni, że będzie coraz gorzej. Miałem do czynienia z wieloma, wydawałoby się silnymi, twardymi mężczyznami, których nałóg zamienił we wraki, a potem w zwłoki.

Jak i kiedy szukać pomocy? Najpierw profilaktyka, czyli nieodkładanie na później, niebagatelizowanie problemów – w relacjach, w pracy czy jakichkolwiek innych. Im więcej nierozwiązanych problemów, tym większe ryzyko, że sięgniemy po alkohol. To dlatego tak ważne jest rozwiązywanie swoich problemów na bieżąco, a także zajęcie się tymi, które nie zostały rozwiązane w przeszłości. Jeśli ktoś bliski mówi nam: „Przesadzasz z alkoholem”, nie bagatelizujmy tego, to też profilaktyka. Poprośmy przyjaciół o wsparcie, niech nam zwracają uwagę. Jeśli troska bliskich nie pomaga, czas sięgnąć po wsparcie profesjonalne. Jeśli zauważam, że od rana czekam na wieczorny drink, źle się czuję, nie radzę sobie, trzeba natychmiast skorzystać z pomocy; są poradnie przeciwalkoholowe, ośrodki terapeutyczne. Moja rada dla młodych: nie wierzcie telewizji. Nie wierzcie dorosłym, którzy twierdzą, że alkohol to normalka, że „od jednego nic się nie stanie”, a „drugi na drugą nóżkę, dla równowagi”. Nigdy dość ostrożności i czujności na temat ilości i częstotliwości picia. Uważajcie, aby alkohol nie stał się częścią rytuału waszego życia. Celebrujcie życie, cieszcie się sukcesami – bez drinka.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Chcesz pożegnać stare nawyki i zrealizować cel? Przygotuj się na silną reakcję obronną twojej psychiki!

Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Marzysz o rozstaniu się z niewygodnymi nawykami? Spełnienie tego postanowienia wymaga zmiany. Natura ludzka nie lubi zmian i silnie się im przeciwstawia. Dlatego tak chętnie trzymamy się utartych ścieżek myślowych, powtarzamy te same zachowania. W ten sposób wypracowujemy nawyki, które zespalają się z nami tak bardzo, że w pewnym momencie uznajemy je za integralną część siebie, za swoje cechy. Tymczasem to tylko zachowania potwierdzające naszą autoopinię. Powielanie starych przyzwyczajeń prowadzi w stare miejsca.

Można powiedzieć, że nawyki są obszarami niepunktowanymi w grze o spełnienie marzeń. Pozornie nic się nie stanie, jeśli znów nie odłożysz rzeczy na miejsce, wstaniesz za późno, by biegać, „zapomnisz” zapłacić rachunki, a na kolację zjesz kanapkę ze smalczykiem zamiast z pomidorem. To drobiazgi, prawda, ale przez nie przestajesz posuwać się do przodu. Dlatego przed stworzeniem wizji swojego nowego lepszego życia powinnaś odkryć, co cię stopuje, co na pewno nie przybliża do celu – czyli ustalić własne indywidualne obszary niepremiowane.

Bez względu na to, czego dotyczy twoje marzenie, czy chcesz zacząć malować obrazy, czy schudnąć – obszary niepremiowane są zwykle takie same i kryją się pod postacią wymówek, np.: „Jest jeszcze czas, nie muszę się za to dziś zabierać”, „Mama napracowała się nad tym sosem, więc zjem dużą porcję, żeby czuła się potrzebna”, „Urwę się godzinę wcześniej z pracy, przecież wszyscy tak robią”. Brzmi znajomo? Wymówki, czyli racjonalizacja własnych decyzji, to przeniesienie odpowiedzialności za swoje życie na zewnętrzne okoliczności lub innych ludzi. Jest to standardowa reakcja na niepowodzenie w realizacji swojego marzenia. Widzimy w nich racjonalną, obiektywną ocenę sytuacji, a tymczasem one tylko odciągają od sukcesu. Czas to odczarować! Znasz dobrze swoje wymówki. Stań z nimi oko w oko. Aby sobie w tym pomóc, wykonaj następujące ćwiczenie: zapisz w jednym miejscu wszystkie wymówki, które usłyszysz w swojej głowie. To obnaży ich jałowość i pomoże ci następnym razem z miejsca ustalić, że to nie racjonalny ogląd sytuacji, ale zwyczajne sabotowanie swoich planów. Nawet jeśli jakiejś ulegniesz – zanotuj ją. Na przyszłość od razu będziesz wiedziała, że to tylko wykręt.

Autosabotaż

Inny rodzaj działań oddalających nas od celu to zachowania destrukcyjne. Są całkowicie sprzeczne z naszymi postanowieniami, a na dodatek pogrążają nas, wpychają w jeszcze większe niż dotychczas kłopoty, zwiększają poczucie frustracji. Oto kilka przykładów: kupujesz kolejny sweter w serwisie internetowym, zamiast zapłacić czynsz; chcesz wrócić do formy, a jedziesz windą na drugie piętro; zjadasz torcik czwartego dnia diety; chcesz lepiej zarabiać, a w pracy gadasz z siostrą na Skypie itp. Autosabotaż to krok do tyłu w ważnej dla ciebie sprawie. Czas wykryć wroga. Wypisz zachowania, które oddalają cię od celu i unikaj ich jak ognia. Zdarza ci się zapomnieć, co sobie postanowiłaś? Bywa że po kilku dniach wysokiego poziomu energii („nakręcania się”) zapominasz, co chciałaś zrobić ze swoim życiem? A może czasami pozwalasz, by ktoś zdyskredytował twoje postanowienia i zaczynasz patrzeć na nie poprzez cudzy system wartości („A na co mi ten chiński?! Tyle pracy włożyłam w angielski, po co teraz zabierać się za nowy język”)? Są to kolejne ważne grupy obszarów niepremiowanych na drodze do realizacji postanowień. Podobnie dzieje się wtedy, gdy masz wrażenie, że dostałaś „znak od losu”, że realizacja danego marzenia nie ma sensu („Drugi raz z rzędu, gdy mam iść na taniec, synek chce ze mną pograć w grę planszową”).

Gdy jesteśmy zaskakiwani kłopotami, trudnościami, reagujemy chaotycznie, emocjonalnie. Grunt to wiedzieć, że na drodze do realizacji twojego marzenia spotka cię jedna ze wspomnianych przeszkód (albo wszystkie). Dzięki temu możesz się przygotować na odparcie wroga. Przemyśl zatem wcześniej, co zrobisz, gdy znów w twojej głowie pojawi się jedna z wymówek, zaczniesz myśleć, że teraz jest zły czas na realizację planów albo ktoś wyśmieje twoje marzenie. Zastanów się, kogo poprosisz o pomoc, żeby nie wykonać żadnego z zachowań autodestrukcyjnych i jak się zachowasz, gdy złamiesz zasady i wrócisz do starego nawyku. Zaplanuj również, jakie działania podejmiesz, żeby wrócić do celu.

  1. Psychologia

Jak wewnętrzny sabotażysta blokuje twoje działania? Poznaj jego twarze!

Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Znowu słyszysz głos mówiący, że się nie uda? Poznaj strategie pozwalające w skuteczny sposób radzić sobie z zadaniami, które w pierwszej chwili cię przerastają.

Lęk przed porażką - główny sabotażysta

Dagmara już drugi tydzień odwleka zrobienie prezentacji na pierwsze spotkanie z dużym klientem. Kiedy siada do komputera i próbuje sklecić pierwszy slajd, „diabły siadają jej na rękach” – pojawia się masa drobnych rzeczy, które właśnie wtedy trzeba zrobić: zaległe e-maile nagle stają się bardziej niż bardzo ważne i wymagają natychmiastowych wyczerpujących odpowiedzi, a kłopoty nastoletniej córki koleżanki z działu wdrożeń bezwzględnie wymuszają przedłużenie przerwy kawowej. Termin spotkania zbliża się coraz większymi krokami i myślenie o tym przyprawia Dagmarę o bezsenność. Kiedy pyta siebie, o co chodzi, za każdym razem spod dywanu wychyla się ponury sabotażysta z transparentem „na pewno to schrzanisz”.

Wewnętrzny sabotażysta Dagmary powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając lęk przed porażką. Jego przesłanie to: „nie rób tego, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrósł z silnego, nieuświadomionego przekonania, że niedziałanie jest bezpieczniejsze niż działanie. Za „nie chcę tego robić” Dagmary kryje się „nie chcę się odważyć”, oparte na wyolbrzymianiu zagrożenia. To, czego jej potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ wewnętrznego sabotażysty, to wiara, że możliwy jest dobry skutek podjętej aktywności.

Jak Dagmara pokona swojego sabotażystę? Stosując profilaktykę. Obawa przed zrobieniem czegoś źle, powoduje, że wątpliwości paraliżują. Wtedy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest potraktowanie tych sabotujących myśli i uczuć jako napędu do działania.

Jeżeli najlepszym motywem do tego, by ruszyć z miejsca, jest obawa, dobrze jest skupić się na przykład na uniknięciu strat, grożących w wypadku niewykonania zadania, i starać się zapobiec pogorszeniu swojej opinii w pracy, degradacji w zespole czy zmniejszeniu dochodów. Skoro Dagmara nie może ruszyć z kopyta z prezentacją, niech pomyśli, co się stanie, jeśli tej prezentacji w ogóle nie zrobi. Skupienie się na uniknięciu strat, po przestraszeniu samego siebie konsekwencjami, powoduje, że co prawda samopoczucie jest okropne, ale z drugiej strony człowiek budzi się z letargu. A kiedy już zajmie się robieniem tego, co jest do zrobienia, skupienie na zadaniu zniweluje napięcie.

Kompletnie mi się nie chce - co kryje się za tym odczuciem?

Robert, choć podjął się w ramach wolontariatu pracowniczego zorganizowania zajęć fotograficznych dla dzieci z zaprzyjaźnionego domu dziecka, jakoś nie może wystartować ze swoim projektem. Czas mija, ale ciągle nie udało mu się nawet spotkać z dyrektorką domu, żeby ustalić zasady, nie mówiąc już o spotkaniu się z dzieciakami. Robert ciągle jakoś „nie czuje” tego zadania, nie potrafi się zebrać w sobie. Dyrektor zagadnął go ostatnio na korytarzu o projekt fotograficzny, więc tylko się wymigiwał nawałem spraw zawodowych, co trochę mijało się z prawdą, ale co miał powiedzieć? Że pod biurkiem ma na stałe zainstalowanego podszeptywacza, któremu na imię „Niechcemisie”, a muza jakoś nie nadlatuje?

Wewnętrzny sabotażysta Roberta powstrzymuje go przed działaniem, wzbudzając uczucie zniechęcenia. Jego przesłanie to: „nie rób tego sam, bo nie dasz rady”. Sabotażysta „Niechcemisie” wykiełkował i rozrósł się bujnie na glebie nieświadomego przekonania, że niebranie odpowiedzialności za własne działanie jest bezpieczniejsze niż jej branie. Za: „nie chcę tego robić” Roberta kryje się: „nie chcę być samodzielny”. To, czego mu potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ sabotażysty, to wiara, że bez pomocy z zewnątrz może działać skutecznie i odnieść sukces.

Jak Robert pokona swojego sabotażystę? Sytuacja, w jakiej się znalazł, to tak zwany zupełny brak weny twórczej. W jego wypadku najlepszą strategią będzie ignorowanie własnej emocjonalności i skupienie się na działaniu – krok po kroku.

Tym, co często zniewala, są obiegowe romantyczne wersje opowieści o działaniu w stanie natchnienia. Tymczasem wielu płodnych pisarzy, artystów i wynalazców stworzyło swoje dzieła metodą codziennej, wielogodzinnej pracy. Ważne jest, by znaleźć swój poziom zaangażowania w projekt – i z tego poziomu przystąpić do działania. Jak poradzić sobie z „Niechcemisiem”? Sprawdzić, czy stwarza on konkretne, fizyczne przeszkody do działania. Gdy stwierdzimy bezpodstawność takiego przypuszczenia, należy przystąpić do rzeczy – zadzwonić, zrobić plan, spotkać się. Sposobem na „Niechcemisia” jest ignorowanie swojego niechcenia.

Nie ma sensu tego robić - przekonanie, które wynika z fałszywego postrzegania

Zbliża się termin, w którym Ala musi oddać rozliczenie projektu – czyli wypełnić masę nudnych tabelek, opisać rachunki, posegregować dokumenty. A jeszcze na dodatek w trakcie przekazywania tych wszystkich „pasjonujących” pism będzie musiała wystąpić z wnioskiem o przyznanie jej premii, ale z doświadczenia wie, że jeśli nie będzie o to zabiegać, zarząd sam z siebie na to nie wpadnie. Każdy przyzna, że jej sytuacja nie jest specjalnie komfortowa i w związku z tym trudno się dziwić, że spotkanie z zarządem przesunęła o kolejne kilka dni. Nawet świadomość, że w ten sposób oddala w czasie wpływ środków na swoje niezbyt przeładowane gotówką konto, nie jest w stanie zmusić jej do zrobienia wszystkich tych nieprzyjemnych rzeczy. Jej prywatna „Buka” siedząca na ramieniu szepcze wprost do ucha: „to jest kompletnie bez sensu, te wszystkie papierologie i użeranie się z zarządem to chory wymysł i normalny człowiek nie powinien zajmować się takimi sprawami”.

Wewnętrzna sabotażystka Alicji powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając w niej uczucie złości. Przesłanie, jakim kieruje się Ala, brzmi: „nie rób tego na ich zasadach, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrosło ono z silnego, nieuświadomionego przekonania, że „moje zasady są lepsze od zasad innych”. Za jej: „nie chcę tego robić” kryje się: „nie chcę współpracować” oparte na wyolbrzymianiu alienacji. To, czego jej potrzeba, to wiara w dobre skutki współpracy.

Jak Ala pokona swojego sabotażystę? Dziewczyna całą sytuację postrzega jako bezsensowną. Taki stan ducha wynika z uaktywnienia nieuświadomionego przekonania: „ja wiem lepiej, co jest słuszne”.

Szczególnie trudno jest zabrać się do robienia rzeczy, które postrzegamy jako trudne, nudne lub nieprzyjemne. Często myślimy, że z takimi nielubianymi sytuacjami poradzimy sobie jakoś za pomocą siły woli, że w odpowiednim momencie po prostu zmusimy się do zrobienia tego. Jednak badania pokazują, że ludzie zazwyczaj przeceniają swoją zdolność do samokontroli opartej na sile woli. Dlatego takie zadania dobrze jest rozplanować w czasie, uwzględniając przypuszczalne okoliczności. Planując z góry, zadecydujesz co, gdzie i w jakim terminie masz zrobić. Nie tracisz czasu na zastanawianie się i decydowanie wtedy, kiedy sytuacja zaistnieje. Nie podejmujesz decyzji, czy to zrobić, nie dokonujesz trudnego wyboru, bo wybór został już dokonany w fazie planowania, teraz jest tylko realizowany.

Strategie działania, które przestaną cię osłabiać

Jeśli często miewasz podobne chwile zwątpienia, mam dla ciebie pocieszającą wiadomość: istnieją strategie, pozwalające w sprawdzony i skuteczny sposób radzić sobie z wykonaniem zadań, które w pierwszej chwili wydają się nas przerastać. Dodatkowo te strategie można wybrać właśnie z poziomu swoich „niedoskonałości”, których nie ma powodu w takiej sytuacji trzymać pod dywanem (wykładziną, biurkiem czy na swoim ramieniu).

W pracy używanie argumentu: „nie chcę tego robić” raczej nie sprawdzi się na dłuższą metę. W większości wypadków praca to wykonywanie określonych zadań w drodze do osiągnięcia określonego celu. I raczej nie zdarza się, żeby zadania były nieustannie dopasowywane do naszego nastroju, chęci i aktualnego poziomu silnej woli. A nasi sabotażyści nie ustają w działaniu.

Kiedy boisz się, że „coś schrzanisz”, „nie dasz rady”, gdy kompletnie nie czujesz bluesa i jesteś zniechęcona – jesteś raczej nastawiona pesymistycznie. Jednak nie jest to powód, dla którego twoje zadanie zyskuje status „niewykonalne”. Po prostu z miejsca braku entuzjazmu rzadko daje się ruszyć na hurraoptymistycznym paliwie. Trzeba więc poszukać paliwa innego rodzaju.

Takie strategie, jak myślenie o ujemnych konsekwencjach, ignorowanie swoich stanów emocjonalnych czy angażowanie się w sporządzanie szczegółowych planów mogą wydawać się mało atrakcyjne, a na pewno na początku – mało porywające. Oczywiście, każdy sam dobiera najlepsze dla siebie strategie, które pomagają mu lepiej funkcjonować. Jednak może nie warto z góry odrzucać tych nieatrakcyjnych? Przy wszystkich swoich wadach mają one tę podstawową zaletę, że kiedy się ich używa – okazują się skuteczne. Osłabiają bowiem siłę działania wewnętrznych sabotażystów, odcinając od wpływu nieświadomych, toksycznych przekonań. Dzięki temu jesteśmy w stanie znowu zacząć chcieć.

  1. Psychologia

Syndrom wypalenia zawodowego - jakie są objawy?

Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to proces, a nie nagły atak. Często cierpią osoby profesjonalne, perfekcjoniści, ludzie ambitni i zaangażowani w pracę. (fot. iStock)
Wypalenie zawodowe to syndrom, który dotyka coraz więcej osób. Jest wynikiem chronicznego stresu i przepracowania. W przeszłości uważano, że dotyka głównie pielęgniarki, nauczycieli, lekarzy i osoby z branży psychologicznej. Teraz już jest jasne, że może dotknąć wszystkich. Warto mieć świadomość, że syndrom wypalenia zawodowego pojawia się niemal niezauważony.

Coraz młodsze osoby, nawet przed 30 rokiem życia, skarżą się na ogromne zmęczenie, przepracowanie, są niezadowolone z wykonywanej pracy, narzekają na brak satysfakcji. Są to często osoby zdolne, wykształcone, pracujące w tzw. korporacjach.

Trzeba być czujnym, aby w porę zauważyć pierwsze symptomy i zapobiec rozwojowi silnych i gwałtownych objawów. Pierwszymi sygnałami wypalenia zawodowego dla nas samych, dla naszych współpracowników i przełożonych, powinny być: subiektywne poczucie przepracowania, brak chęci do pracy; niechęć wychodzenia do pracy, poczucie izolacji, osamotnienia, negatywne postawy wobec współpracowników i klientów, uczucie zawodu wobec samego siebie. W sferze myślenia, pojawiają się takie oto zdania: „kiedy wreszcie będzie weekend”, „znowu to samo”, „ile godzin muszę tu jeszcze siedzieć”, „nic mi nie wychodzi”, „jestem do niczego”, „oszukuję mojego szefa i współpracowników"… Taka postawa nie jest jednak mobilizująca i nie prowadzi do zmiany.

W tym momencie mogą towarzyszyć nam głównie takie uczucia, jak: irytacja, brak cierpliwości, złość i niechęć, obojętność, poczucie winy. Może pojawić się w nas chęć izolacji, wycofania, negatywizm, częste „spoglądanie na zegarek”. Charakterystyczne jest też nieadekwatnie duże - do wykonanej pracy -  zmęczenie po wyjściu z pracy, czasem czujemy się jak po wyjściu z pracy „przy taśmie” podczas, gdy cały dzień przesiedzieliśmy np. przy biurku. Warto zaobserwować czy pojawia się w nas chęć do przekładania ważnych spotkań czy spraw na później. Możemy też stać się na tym etapie bardziej cyniczni w stosunku do współpracowników. Sygnałem alarmowym powinna być częsta nieobecność w miejscu pracy (zwolnienia, urlop „na żądanie”).

Nie można bagatelizować dolegliwości somatycznych, które mogą się pojawić lub nasilić. Są to najczęściej: zakłócenia snu, częste przeziębienia i grypy, częste bóle głowy i dolegliwości przewodu pokarmowego, napięcie i bóle mięśniowe.

Zatrzymanie procesu wypalenia zawodowego na tym etapie, jest jak najbardziej możliwe. Zazwyczaj wystarczy:

  • zmniejszenie obciążenia pracą,
  • próba odwrócenia uwagi od pracy jako głównego zajęcia w naszym życiu,
  • próba znalezienia nowego hobby czy zajęcia, które sprawia nam radość.
Być może wskazany byłby też, około dwu-, a raczej trzytygodniowy urlop, spędzony z dala od obowiązków zawodowych. Wszystko po to, aby móc zapanować nad rozwojem dolegliwości, zamiast pozwolić, żeby one zapanowały nad nami.

Ważnym, jak nie najważniejszym czynnikiem, jest świadomość występowania zjawiska i jego skutków. Może warto, jako pracownik lub manager, pomyśleć o rozwoju osobistym i szkoleniach zapobiegających wypaleniu zamiast ponosić wysokie koszty skutków tego zjawiska.

Ostatnio w literaturze pojawia się także termin „wypalenia rodzicielskiego" o podobnej symptomatyce i konsekwencjach.

  1. Psychologia

Prokrastynacja - jakie mogą być skutki odwlekania zadań?

Coraz większy stres i niechęć do wykonywanej pracy, stany depresyjne, objawy psychosomatyczne - to tylko niektóre skutki prokrastynacji. Jak jeszcze ciążą nam niezałatwione sprawy? (Fot. iStock)
Coraz większy stres i niechęć do wykonywanej pracy, stany depresyjne, objawy psychosomatyczne - to tylko niektóre skutki prokrastynacji. Jak jeszcze ciążą nam niezałatwione sprawy? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Co dzieje się z odwlekanymi w czasie zadaniami? Nie przestają istnieć, a wręcz przeciwnie – namnażają się, i to w przyspieszonym tempie. W końcu robi się ich tyle, że już na nic nie ma czasu.

Mira nie mogła wstać od biurka o własnych siłach. W ogóle nie mogła wstać. Próbowała na kilka sposobów, aż poddała się i zadzwoniła po sekretarkę. „Pani prezes, co się dzieje, czy mam wezwać pogotowie?” – zapytała Joanna, przestraszona jej wyrazem twarzy. „Po prostu pomóż mi wstać i dojść do samochodu. Muszę pojechać na jakiś zastrzyk przeciwbólowy, bo inaczej mi nie przejdzie” – wydusiła z siebie. Porażający ból pleców pojawił się nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy potrzebowała pomocy drugiej osoby, żeby się przemieścić. Ostrzeżenia lekarza stały się realnością, chociaż dotąd je lekceważyła, zakładając, że takim twardzielkom jak ona niedyspozycje się nie zdarzają. Jednak życie znowu pokazało swą beznamiętnie statystyczną naturę. Mira doświadczała właśnie „skutków długotrwałego stresu”, i jedyną paradoksalną zaletą tej sytuacji był fakt, że skupiona na bólu mogła przez chwilę zapomnieć o tych wszystkich sprawach do załatwienia, które ją do tego stanu doprowadziły.

Skutki odwlekania zadań? - Stres i oszukiwanie siebie

Od dłuższego czasu czuła, że sytuacja ją przerasta. Firma, którą zaczęła tworzyć kilkanaście lat temu, od kilku lat nie była już małym rodzinnym biznesem, zatrudnienie sięgało 200 osób i zarządzanie – szczególnie w czasie kryzysu – było coraz trudniejsze. „Stara ekipa”, w liczbie 20 osób, wcześniej funkcjonowała sprawnie, każdy wiedział, co i jak robić. A teraz – te wszystkie rozmowy kwalifikacyjne, które zajmują czas i niewiele dają, bo dopiero w praniu okazuje się, kto co jest w stanie zrobić. Ciągle ktoś czegoś od niej chce, ciągle piętrzą się zaległości. To wszystko rujnuje jej zdrowie. I chociaż dziś właśnie postanowiła odseparować się od tego rozgardiaszu i zajęła się czytaniem e-booka oraz planowaniem wiosennego wyjazdu – żeby zadbać trochę o siebie – to właśnie teraz kręgosłup postanowił wystawić jej rachunek.

Metodę, którą Mira zastosowała do „zadbania o siebie”, określa się często terminem prokrastynacja – odwlekanie w czasie rzeczy, które mamy do zrobienia. Nie da się jednak zrelaksować z oddechem niezałatwionych spraw na plecach. Takie działanie opiera się na dziecinnym mechanizmie – dzieci, zakrywając oczy dłońmi, są przekonane, że ich nikt nie widzi – tak jak w danym momencie one nie widzą nikogo.

Ilustracja: Joanna Gwis Ilustracja: Joanna Gwis

Kto ulega prokrastynacji?

Może prościej byłoby zapytać, kto nie ulega? Zjawisko odsuwania od siebie rzeczy, które powinno się zrobić, dotyczy tak naprawdę wszystkich, chociaż nie wszyscy to sobie w pełni uświadamiają, a sztandarowym przykładem mogą być studenci w czasie sesji. Według badań mechanizm odkładania na ostatnią chwilę dotyka ponad 80 proc. z nich. Wśród przyczyn wyjaśniających zjawisko „jestem bardzo zajęty robieniem rzeczy, których nie muszę robić, po to, aby uniknąć robienia czegokolwiek, co powinienem robić”, badacze podają styl wychowania i nauczania oparty na bardzo wysokich oczekiwaniach wobec dziecka. Kiedy dorośli ciągle spodziewają się więcej po dziecku, uczy się ono skupiać na chęci zadowolenia innych, co jest powodowane naturalnym dziecięcym lękiem przed odrzuceniem. W końcu traci kontakt samo ze sobą, ze swoimi własnymi potrzebami, zainteresowaniami i realnymi możliwościami, ulegając tendencji do perfekcjonizmu, wywołanej ciągłymi komunikatami, że stale musi być najlepsze. Taki utrwalony nawyk przenosimy później w dorosłe życie i lęk przed porażką (bo to jest przecież wypadnięcie za burtę bycia najlepszym) motywuje do działania na krótką metę. Wyczerpany organizm broni się depresją, prokrastynacją i innymi zaburzeniami, które postrzegamy jako niesprawiedliwie nas dotykające i przeszkadzające w normalnym życiu, gdy tak naprawdę są one często krzykiem zaniedbanego „ja” o usłyszenie, zrozumienie i współczucie.

Prokrastynacja, czyli ucieczka od przymusu

Kiedy odsuwamy od siebie sprawy, zostawiając je na ostatni moment, zazwyczaj w dużej mierze działamy pod presją takich słów, jak: „powinnam”, „muszę”, „trzeba”. Impuls do działania jest wówczas zewnętrzny, nie pochodzi ze środka nas – nie mamy więc poczucia, że wynika z naszego wyboru, zaś to, co nie jest wyborem – jest przymusem. Opór, który rodzi się pod wpływem poczucia przymusu, osłabia nasz zapał. Lęk przed porażką dokłada swoje, i jedyne, czego pragniemy, to „wymiksować się” z sytuacji, odsuwając ją od siebie jak najdalej w czasie. Jednocześnie ciągle żywe są w nas uczucia winy, wstydu i strachu przed konsekwencjami niezrobionych rzeczy i kiedy je zagłuszamy, wciągając się w robienie rzeczy, które chcemy i lubimy robić, te nieprzyjemne uczucia żyją ciągle na progu naszej podświadomości i świadomości, oddziałując na stan zdrowia psychicznego i w konsekwencji – fizycznego. W pewnym momencie plecy, żołądek, serce czy inna część ciała odmawiają współpracy, i jest to często ostatni moment, żeby zatrzymać się i odpowiedzieć sobie na pytania: „Co wybieram w tej sytuacji?”, „Za czym tęskni moje serce?”, „Jakie wartości w życiu chcę wspierać swoim działaniem?”.

Perfekcjonizm i prokrastynacja często idą w parze

Mira dotarła do takiego momentu w życiu, gdy zrozumiała, że od tego, jak rozwiąże sytuację, zależy przyszłość jej i firmy. Syndrom wzorowej uczennicy nie bardzo się przydaje w sytuacji zarządzania ludźmi. Odejście od perfekcjonistycznych metod działań zakorzenionych w przekonaniu: „muszę być najlepsza, więc to ja najlepiej wiem, co i jak powinno być zrobione”, czyli od ręcznego sterowania zespołem, pozwala odzyskać wiele czasu i energii, które można wykorzystać z pożytkiem dla siebie i innych.

Mira po zadbaniu o zdrowie fizyczne (lekarz, fizjoterapeuta, wykupienie karnetu na basen) zdecydowała się pod namową koleżanki na pracę nad sobą (warsztaty, coaching) i nad firmą (konsultacje, opracowanie i wdrożenie planu zmian). To, co najbardziej pomogło jej ruszyć z miejsca, to zmiana perspektywy widzenia pewnych spraw: dopóki myślała o pracownikach w kategoriach „spodziewania się po nich określonych rzeczy”, konieczność zarządzania ludźmi postrzegała jako orkę na ugorze. Odkąd pozwoliła samej sobie zaistnieć jako niepowtarzalna osoba z konkretnym potencjałem, który może rozwijać, pozostawiając innym bycie mistrzami świata w ich własnych dziedzinach, łatwiej jej było dostrzec w pracownikach ciekawych, różnorodnych ludzi, i dać im szansę na realizowanie siebie. To pozwoliło Mirze wreszcie być sobą w kontaktach z ludźmi, bo okazało się, że jej prawdziwa natura to raczej wspieranie innych w rozwoju potencjału niż promowanie perfekcjonizmu. Jednak najpierw sama musiała się uporać z tą skłonnością u siebie, żeby nią „nie zarażać” innych.

Zmiana prokrastynacyjnych nawyków

Mira w czasie swojej pracy z grupą na warsztatach i podczas indywidualnych spotkań z coachem wypracowała metody, które pomagają jej w radzeniu sobie z unikaniem nawyków prokrastynacyjnych. Ciągle uczy się dystansowania się do swojej skłonności, by zarządzać ludźmi na zasadzie „zrób to co ja”, oraz cierpliwości. Bonusem całej sytuacji jest zdecydowanie większe poczucie satysfakcji z tego, co robi, oraz świadomość różnicy jakości działania, kiedy robi się coś nie pod wpływem zewnętrznej presji, lecz pod wpływem impulsów płynących z własnych wewnętrznych potrzeb i wartości, które chce się realizować w życiu. Mira przyznaje, że dopiero od niedawna rozumie, co to znaczy, że życie potrafi cieszyć.