1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Ja jestem ok!

Ja jestem ok!

To, jak układają się twoje stosunki z przełożonymi, współpracownikami czy klientami, zależy w dużej mierze od twojej pozycji życiowej. Ale – niespodzianka! – wyznaczają ją nie stanowisko, grubość portfela czy  znajomości. Z punktu widzenia analizy transakcyjnej twoją pozycję określa to, jakie miejsce zdecydowałeś się zajmować w życiu

Stosunek do świata i ludzi wyrabiamy sobie we wczesnym dzieciństwie. Psychologowie uważają, że każdy z nas do szóstego roku życia decyduje, kim jest on sam, kim są dla niego inni ludzie i na co może, a na co nie może sobie pozwolić w relacji z otoczeniem.

– To właśnie wartość, którą przypisujemy sobie i innym, wyznacza naszą życiową pozycję – mówi Katarzyna Platowska, psycholog i terapeuta. – I wartość ta będzie determinować wiele naszych zachowań: sposób postrzegania i rozwiązywania problemów, styl podejmowania decyzji, reakcję na krytykę czy pochwałę, stosunki z innymi ludźmi.

Wartościowi czy kłamliwi

Przyjrzyj się sobie: czy masz większe zaufanie do siebie, czy do innych? Czy uważasz, że jesteś osobą kompetentną, wartościową i dającą się lubić, zdolną, godną miłości i odnoszenia sukcesów? Czy odwrotnie: wydaje ci się, że niewiele potrafisz, jesteś mało wart, nic ci się nie uda pomimo starań, a twoje możliwości są niewielkie? W pierwszym przypadku twoją postawę można przetłumaczyć jako „jestem OK”. W drugim: „jestem nie OK”.

 

Jeśli wierzymy, że my jesteśmy OK, a inni nie, możemy stawiać sobie nierealne cele wynikające z niewłaściwej oceny sytuacji

 
 

A co myślisz o innych? Sądzisz, że ludziom można ufać i że są dobrzy, pracowici, uczciwi? Czy raczej postrzegasz ich jako leniwych, głupich, kłamliwych, takich, na których nie można polegać i którzy wykopią pod tobą dołek, jak tylko się odwrócisz? W pierwszym przypadku uważasz, że „inni są OK”. W drugim twoje podejście można zdefiniować, że „inni są nie OK”.

– Na określenie twojej postawy składają się kombinacje powyższych stwierdzeń ustawiające ciebie na konkretnej pozycji w stosunku do innych, nazywające twoje relacje z otoczeniem – tłumaczy Platowska. – Rozróżniamy cztery postawy życiowe: „ja jestem OK – ty jesteś OK”, „ja jestem OK – ty jesteś nie OK”, „ja jestem nie OK – ty jesteś OK” i „ja jestem nie OK – ty jesteś nie OK”. W miejsce „ja” można czasem wstawić „my”, kiedy w danym momencie identyfikujesz się np. z jakąś grupą. W miejsce „ty” można wstawić „wy” lub „oni” – w zależności od tego, do kogo się akurat odnosisz.

Jestem wspaniały!

Idealną i wymarzoną postawą jest „ja jestem OK – ty jesteś OK”. Przy takim podejściu zawsze wygrywają obie strony. Wychodząc z pozycji „OK – OK”, mamy poczucie, że jesteśmy wartościową jednostką, ale też jako wartościowych postrzegamy innych ludzi. Potrafimy obiektywnie spojrzeć na sytuacje, w których się znajdujemy, i dostrzegać zarówno ich dobre, jak i złe strony. Szanujemy siebie i innych, dajemy i sobie, i innym prawo do odrębności, szczęścia, spełnienia i samorealizacji. Potrafimy ocenić możliwości swoje i współpracowników, dzięki czemu stawiamy przed sobą i innymi realistyczne cele.

– Taka osoba potrafi zdrowo rywalizować, aktywnie działać, świadomie i realnie, ale też z optymizmem patrzeć na świat. Jest ufna, obiektywna i szczera w kontaktach – mówi psycholog. – Bierze na siebie odpowiedzialność za swoje uczynki, wierzy w swoje zdolności. Innych traktuje jak równych sobie.

W pracy osoba o postawie „OK – OK” jest nastawiona na współpracę lub współzawodnictwo, ale oparte na zdrowych zasadach. Woli ujawniać konflikty, niż „zamiatać pod dywan”. Potrafi słuchać, zbierać informacje, zadawać pytania. Zwraca uwagę nie tylko na osiągnięcia, ale też na atmosferę. Problemy postrzega jako sygnał do zmian, a nie jako katastrofę. Decyzje podejmuje na podstawie faktów oraz możliwości, ma elastyczne podejście do norm. Potrafi chwalić i przyjmować pochwałę, ale też zganić i naganę przyjąć – bez obrażania.

Natomiast główną cechą osoby o postawie „OK – nie OK” jest poczucie wyższości.
– Uważa się ona za lepszą od innych, sądzi, że należą się jej szczególne przywileje – mówi Platowska. – Kładzie nacisk na zaspokojenie swoich potrzeb, nie troszcząc się o potrzeby innych. W ludziach dostrzega głównie wady, minusy, ograniczenia, słabości i porażki. Nie szanuje ich, wy-korzystuje do swoich celów. U siebie widzi same zalety, co daje jej fałszywe poczucie mocy.

Jeśli wierzymy, że my jesteśmy OK, a inni nie, możemy stawiać sobie nierealne cele wynikające z niewłaściwej oceny sytuacji. Wierzymy też, że zwycięstwo może przypaść tyko nam. Cechują nas perfekcjonizm, krytycyzm, nieufność, podejrzliwość i agresywne podejście ludzi czy rodzących się konfliktów. Mamy skłonności do spychania winy na innych. Negujemy trudności i porażki – jeśli spotykają nas. Kiedy dotyczą innych – uwypuklamy je.

– W pracy taka osoba sama podejmuje decyzje, nie konsultując ich z innymi – wyjaśnia psycholog. – Nie uzasadnia swoich ocen. Jest sztywna i mało kreatywna, a kiedy pojawiają się problemy, stara się je rozwiązać po swojemu, choć często nieskutecznie. Nie szuka kontaktu z ludźmi, często odwołuje się do procedur. I nie szczędzi nikomu krytyki, samemu oczekując tylko i wyłącznie pochwał.

Jestem do niczego

Gdy sobie przypisujemy niską wartość, a innym wysoką, prezentujemy pozycję „nie OK – OK”.
– Przyjmując taką postawę, innych uważamy za lepszych od siebie, mądrzejszych, bardziej uzdolnionych – tłumaczy psycholog. – U siebie widzimy tylko wady, czasem nawet te, których wcale nie mamy. Stawiamy sobie zaniżone cele i mimo to uważamy, że przekraczają one nasze możliwości.

Osoba o takiej pozycji życiowej nie akceptuje siebie, choć akceptuje innych. Łatwo się podporządkowuje, często ma poczucie winy albo czuje się odrzucona. W obliczu wyzwań czuje się bezsilna, w przyszłość patrzy z pesymizmem. Nie lubi być sama i bardzo tęskni, by ktoś ją zauważył, docenił – tymczasem to ona wciąż docenia innych.

 

– W pracy postawa „nie OK – OK” prowadzi do unikania podejmowania decyzji, wahania się, wielokrotnego konsultowania tego samego tematu z innymi, szukania potwierdzenia swoich racji – dodaje Platowska. – Konfliktów się unika lub im zaprzecza, są bowiem zagrażające. Osoba taka pod niewielkim nawet naciskiem zmienia zdanie i jest szczególnie wrażliwa na krytykę i naganę. Wszelkie zasady akceptuje bez zastrzeżeń i ma trudności w wyrażaniu sprzeciwu. Poproszona o ocenę cudzej pracy zrobi wszystko, by uniknąć krytyki – bo to jej zdaniem psuje stosunki z ludźmi. Pochwalona odpowiada: „No co ty, nie ma o czym mówić, każdemu by się to udało”.

 

Najważniejsze jest rozpoznawanie postaw, które nie dają nam korzyści lub krzywdzą innych

 
 

Osoba o postawie „nie OK – nie OK” także uważa siebie za jednostkę mało wartościową, ale odbiera też wartość innym. Widzi tylko minusy sytuacji, nie oczekuje niczego dobrego ani od innych, ani od siebie. Pozostaje bierna i zrezygnowana: nie ufa swoim umiejętnościom, nie robi planów na przyszłość, nie angażuje się w żadną aktywność. Jej główne cechy to pasywność, smutek, poczucie bezsensu, wycofanie, chaotyczność. Na krytykę reaguje złością lub agresją: „Skoro inni są bez wartości, to jakim prawem mnie krytykują?”. – W firmie osobę o takiej postawie poznasz po tym, że będzie unikać kontaktów z innymi – mówi psycholog. – Kiedy pojawiają się problemy lub konflikty, osoba znajdująca się na pozycji „nie OK – nie OK” stara się zniknąć, zrobi wszystko, by nikomu nie podpaść. Wyznacznikiem są dla niej ustalone zasady i sztywno się ich trzyma.

Na szczęście ta postawa występuje najrzadziej i z reguły wypływa tylko w sytuacjach i relacjach szczególnie trudnych.

Z teorii na praktykę

Jak postawy życiowe „działają w życiu”? Wyobraź sobie, że pani A proponuje pani B wspólną pracę nad projektem, który został jej powierzony. Niestety, pani B uznaje, że nie jest to interesująca propozycja, i odmawia. Jaka jest reakcja pani A? Jeśli uzna, że skoro pani B tak zdecydowała, to znaczy, że miała swoje powody, i stwierdza: „Nic nie szkodzi, poradzę sobie, w porządku” – to przykład reakcji „OK – OK”. Jeśli pani A poczuje się rozzłoszczona: „Beznadziejna osoba, miała szansę wziąć udział w czymś ciekawym, ale czemu tu się dziwić, przecież można liczyć tylko na siebie” – to da przykład postawie „OK – nie OK”. Gdy spotykając się z odmową, poczuje się odrzucona i pomyśli: „Nie ma się co dziwić, ja na jej miejscu też bym odmówiła komuś takiemu jak ja, że też w ogóle przyszło mi do głowy zapytać” – zaprezentuje reakcję typu „nie OK – OK”. A jeśli uzna, że bez pomocy niekoleżeńskiej pani B w ogóle tego nie zrobi, i zrezygnuje z poszukiwania innego rozwiązania – postąpi zgodnie z wzorcem „nie OK – nie OK”.

Pozycję życiową można rozpoznać też po sposobie prowadzenia negocjacji: ktoś, kto preferuje podejście „OK – OK”, będzie zwolennikiem negocjacji rzeczowych, korzystnych dla obu stron, ktoś o podejściu „OK – nie OK” wybierze negocjacje twarde, uwzględniając wyłącznie swoje dobro; osoba o podejściu „ nie OK –  OK”  wybierze negocjacje miękkie, w efekcie poddając się przeciwnikowi. Postawa „nie OK – nie OK” prowadzi do unikania jakichkolwiek negocjacji.

– Trzeba dodać, że nasza pozycja życiowa może się zmieniać w zależności od sytuacji i otaczających nas osób – podkreśla Platowska. – Możesz w pracy uważać się za osobę mało kompetentną, choć szanującą innych („nie OK – OK”), ale prywatnie, np. podczas spotkań z przyjaciółmi, przyjmować postawę „OK – OK”: sypać dowcipami, być duszą towarzystwa i dobrze się czuć w swojej skórze; a jeszcze kiedy indziej, biorąc udział w ogólnym zespołowym narzekaniu na dyrekcję firmy – prezentować postawę „OK – nie OK”.

Zmiana wzorca

Nasza życiowa postawa zazwyczaj determinuje sposób, w jaki reagujemy na sytuacje stresujące lub problemowe. Właśnie w takich okolicznościach najtrudniej jest zachować trzeźwe myślenie i obiektywnie oceniać wydarzenia. Dlatego wtedy robimy to, co najłatwiejsze – uciekamy się do utrwalonych i przećwiczonych już wzorców.

– Niestety, jeśli nasza pozycja jest inna niż „OK – OK”, nasz sposób rozwiązywania problemów najprawdopodobniej okaże się nieskuteczny – ostrzega Platowska.

– Dlatego warto uczyć się działania według tego idealnego wzorca. Najlepiej zacząć trenować nową postawę właśnie w pracy. To doskonały teren do ćwiczeń – zachodzi na nim dużo interakcji, które nie budzą aż tak wielkich emocji jak np. w relacji z bliską osobą.

Najlepiej działać według schematu: zobaczyć, zrozumieć chcieć i się nauczyć. Tak więc po pierwsze: zachowaj czujność. Najważniejsze jest rozpo-znawanie postaw, które nie dają nam korzyści lub krzywdzą innych. Przyjmując, że takie postawy do niczego dobrego nie prowadzą, należy zasta-nowić się, co trzeba by zmienić, by znaleźć się na pozycji „OK – OK”.

Zrób sobie wizualizację danej sytuacji i właściwej reakcji. Już samo wyobrażenie sobie dobrych rozwiązań często sprawia, że jesteś w stanie myśleć bardziej konstruktywnie. Wzrasta twoja świadomość ludzkich zachowań. W obliczu kolejnego problemu albo konfliktu powtarzaj powyższe kroki – w końcu trening czyni mistrza. I nie zniechęcaj się, jeśli sytuacja cię zaskoczy i znów zareagujesz nawykowo. Daj sobie czas na przyswojenie i zaadaptowanie nowego, lepszego dla ciebie i wszystkich dookoła wzorca.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak wewnętrzny sabotażysta blokuje twoje działania? Poznaj jego twarze!

Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Gdy czujesz, że nie możesz ruszyć z miejsca i zmobilizować się do działania, do głosu często dochodzi wewnętrzny sabotażysta. Co chce ci powiedzieć? (fot. iStock)
Znowu słyszysz głos mówiący, że się nie uda? Poznaj strategie pozwalające w skuteczny sposób radzić sobie z zadaniami, które w pierwszej chwili cię przerastają.

Lęk przed porażką - główny sabotażysta

Dagmara już drugi tydzień odwleka zrobienie prezentacji na pierwsze spotkanie z dużym klientem. Kiedy siada do komputera i próbuje sklecić pierwszy slajd, „diabły siadają jej na rękach” – pojawia się masa drobnych rzeczy, które właśnie wtedy trzeba zrobić: zaległe e-maile nagle stają się bardziej niż bardzo ważne i wymagają natychmiastowych wyczerpujących odpowiedzi, a kłopoty nastoletniej córki koleżanki z działu wdrożeń bezwzględnie wymuszają przedłużenie przerwy kawowej. Termin spotkania zbliża się coraz większymi krokami i myślenie o tym przyprawia Dagmarę o bezsenność. Kiedy pyta siebie, o co chodzi, za każdym razem spod dywanu wychyla się ponury sabotażysta z transparentem „na pewno to schrzanisz”.

Wewnętrzny sabotażysta Dagmary powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając lęk przed porażką. Jego przesłanie to: „nie rób tego, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrósł z silnego, nieuświadomionego przekonania, że niedziałanie jest bezpieczniejsze niż działanie. Za „nie chcę tego robić” Dagmary kryje się „nie chcę się odważyć”, oparte na wyolbrzymianiu zagrożenia. To, czego jej potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ wewnętrznego sabotażysty, to wiara, że możliwy jest dobry skutek podjętej aktywności.

Jak Dagmara pokona swojego sabotażystę? Stosując profilaktykę. Obawa przed zrobieniem czegoś źle, powoduje, że wątpliwości paraliżują. Wtedy jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest potraktowanie tych sabotujących myśli i uczuć jako napędu do działania.

Jeżeli najlepszym motywem do tego, by ruszyć z miejsca, jest obawa, dobrze jest skupić się na przykład na uniknięciu strat, grożących w wypadku niewykonania zadania, i starać się zapobiec pogorszeniu swojej opinii w pracy, degradacji w zespole czy zmniejszeniu dochodów. Skoro Dagmara nie może ruszyć z kopyta z prezentacją, niech pomyśli, co się stanie, jeśli tej prezentacji w ogóle nie zrobi. Skupienie się na uniknięciu strat, po przestraszeniu samego siebie konsekwencjami, powoduje, że co prawda samopoczucie jest okropne, ale z drugiej strony człowiek budzi się z letargu. A kiedy już zajmie się robieniem tego, co jest do zrobienia, skupienie na zadaniu zniweluje napięcie.

Kompletnie mi się nie chce - co kryje się za tym odczuciem?

Robert, choć podjął się w ramach wolontariatu pracowniczego zorganizowania zajęć fotograficznych dla dzieci z zaprzyjaźnionego domu dziecka, jakoś nie może wystartować ze swoim projektem. Czas mija, ale ciągle nie udało mu się nawet spotkać z dyrektorką domu, żeby ustalić zasady, nie mówiąc już o spotkaniu się z dzieciakami. Robert ciągle jakoś „nie czuje” tego zadania, nie potrafi się zebrać w sobie. Dyrektor zagadnął go ostatnio na korytarzu o projekt fotograficzny, więc tylko się wymigiwał nawałem spraw zawodowych, co trochę mijało się z prawdą, ale co miał powiedzieć? Że pod biurkiem ma na stałe zainstalowanego podszeptywacza, któremu na imię „Niechcemisie”, a muza jakoś nie nadlatuje?

Wewnętrzny sabotażysta Roberta powstrzymuje go przed działaniem, wzbudzając uczucie zniechęcenia. Jego przesłanie to: „nie rób tego sam, bo nie dasz rady”. Sabotażysta „Niechcemisie” wykiełkował i rozrósł się bujnie na glebie nieświadomego przekonania, że niebranie odpowiedzialności za własne działanie jest bezpieczniejsze niż jej branie. Za: „nie chcę tego robić” Roberta kryje się: „nie chcę być samodzielny”. To, czego mu potrzeba, by osłabić paraliżujący wpływ sabotażysty, to wiara, że bez pomocy z zewnątrz może działać skutecznie i odnieść sukces.

Jak Robert pokona swojego sabotażystę? Sytuacja, w jakiej się znalazł, to tak zwany zupełny brak weny twórczej. W jego wypadku najlepszą strategią będzie ignorowanie własnej emocjonalności i skupienie się na działaniu – krok po kroku.

Tym, co często zniewala, są obiegowe romantyczne wersje opowieści o działaniu w stanie natchnienia. Tymczasem wielu płodnych pisarzy, artystów i wynalazców stworzyło swoje dzieła metodą codziennej, wielogodzinnej pracy. Ważne jest, by znaleźć swój poziom zaangażowania w projekt – i z tego poziomu przystąpić do działania. Jak poradzić sobie z „Niechcemisiem”? Sprawdzić, czy stwarza on konkretne, fizyczne przeszkody do działania. Gdy stwierdzimy bezpodstawność takiego przypuszczenia, należy przystąpić do rzeczy – zadzwonić, zrobić plan, spotkać się. Sposobem na „Niechcemisia” jest ignorowanie swojego niechcenia.

Nie ma sensu tego robić - przekonanie, które wynika z fałszywego postrzegania

Zbliża się termin, w którym Ala musi oddać rozliczenie projektu – czyli wypełnić masę nudnych tabelek, opisać rachunki, posegregować dokumenty. A jeszcze na dodatek w trakcie przekazywania tych wszystkich „pasjonujących” pism będzie musiała wystąpić z wnioskiem o przyznanie jej premii, ale z doświadczenia wie, że jeśli nie będzie o to zabiegać, zarząd sam z siebie na to nie wpadnie. Każdy przyzna, że jej sytuacja nie jest specjalnie komfortowa i w związku z tym trudno się dziwić, że spotkanie z zarządem przesunęła o kolejne kilka dni. Nawet świadomość, że w ten sposób oddala w czasie wpływ środków na swoje niezbyt przeładowane gotówką konto, nie jest w stanie zmusić jej do zrobienia wszystkich tych nieprzyjemnych rzeczy. Jej prywatna „Buka” siedząca na ramieniu szepcze wprost do ucha: „to jest kompletnie bez sensu, te wszystkie papierologie i użeranie się z zarządem to chory wymysł i normalny człowiek nie powinien zajmować się takimi sprawami”.

Wewnętrzna sabotażystka Alicji powstrzymuje ją przed działaniem, wzbudzając w niej uczucie złości. Przesłanie, jakim kieruje się Ala, brzmi: „nie rób tego na ich zasadach, bo jak to zrobisz, będzie źle”. Wyrosło ono z silnego, nieuświadomionego przekonania, że „moje zasady są lepsze od zasad innych”. Za jej: „nie chcę tego robić” kryje się: „nie chcę współpracować” oparte na wyolbrzymianiu alienacji. To, czego jej potrzeba, to wiara w dobre skutki współpracy.

Jak Ala pokona swojego sabotażystę? Dziewczyna całą sytuację postrzega jako bezsensowną. Taki stan ducha wynika z uaktywnienia nieuświadomionego przekonania: „ja wiem lepiej, co jest słuszne”.

Szczególnie trudno jest zabrać się do robienia rzeczy, które postrzegamy jako trudne, nudne lub nieprzyjemne. Często myślimy, że z takimi nielubianymi sytuacjami poradzimy sobie jakoś za pomocą siły woli, że w odpowiednim momencie po prostu zmusimy się do zrobienia tego. Jednak badania pokazują, że ludzie zazwyczaj przeceniają swoją zdolność do samokontroli opartej na sile woli. Dlatego takie zadania dobrze jest rozplanować w czasie, uwzględniając przypuszczalne okoliczności. Planując z góry, zadecydujesz co, gdzie i w jakim terminie masz zrobić. Nie tracisz czasu na zastanawianie się i decydowanie wtedy, kiedy sytuacja zaistnieje. Nie podejmujesz decyzji, czy to zrobić, nie dokonujesz trudnego wyboru, bo wybór został już dokonany w fazie planowania, teraz jest tylko realizowany.

Strategie działania, które przestaną cię osłabiać

Jeśli często miewasz podobne chwile zwątpienia, mam dla ciebie pocieszającą wiadomość: istnieją strategie, pozwalające w sprawdzony i skuteczny sposób radzić sobie z wykonaniem zadań, które w pierwszej chwili wydają się nas przerastać. Dodatkowo te strategie można wybrać właśnie z poziomu swoich „niedoskonałości”, których nie ma powodu w takiej sytuacji trzymać pod dywanem (wykładziną, biurkiem czy na swoim ramieniu).

W pracy używanie argumentu: „nie chcę tego robić” raczej nie sprawdzi się na dłuższą metę. W większości wypadków praca to wykonywanie określonych zadań w drodze do osiągnięcia określonego celu. I raczej nie zdarza się, żeby zadania były nieustannie dopasowywane do naszego nastroju, chęci i aktualnego poziomu silnej woli. A nasi sabotażyści nie ustają w działaniu.

Kiedy boisz się, że „coś schrzanisz”, „nie dasz rady”, gdy kompletnie nie czujesz bluesa i jesteś zniechęcona – jesteś raczej nastawiona pesymistycznie. Jednak nie jest to powód, dla którego twoje zadanie zyskuje status „niewykonalne”. Po prostu z miejsca braku entuzjazmu rzadko daje się ruszyć na hurraoptymistycznym paliwie. Trzeba więc poszukać paliwa innego rodzaju.

Takie strategie, jak myślenie o ujemnych konsekwencjach, ignorowanie swoich stanów emocjonalnych czy angażowanie się w sporządzanie szczegółowych planów mogą wydawać się mało atrakcyjne, a na pewno na początku – mało porywające. Oczywiście, każdy sam dobiera najlepsze dla siebie strategie, które pomagają mu lepiej funkcjonować. Jednak może nie warto z góry odrzucać tych nieatrakcyjnych? Przy wszystkich swoich wadach mają one tę podstawową zaletę, że kiedy się ich używa – okazują się skuteczne. Osłabiają bowiem siłę działania wewnętrznych sabotażystów, odcinając od wpływu nieświadomych, toksycznych przekonań. Dzięki temu jesteśmy w stanie znowu zacząć chcieć.

  1. Psychologia

Jak mądrze krytykować? Informacja zwrotna zamiast krytyki

- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
- W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie - mówi Joanna Heidtman. (Fot. iStock)
Czy krytyka w pracy jest w ogóle potrzebna? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Czy krytyka w pracy może być budująca? Nie, jeśli jest podana w nieodpowiedni sposób i w niewłaściwym momencie. Psycholog Joanna Heidtman radzi, jak ją przekazywać i przyjmować bez zbędnych emocji. 

Zazwyczaj mamy problem z tym, jak komuś powiedzieć, że zrobił coś źle albo zachował się nie tak. Nie mniejszy kłopot mamy z przyjmowaniem krytyki – często utożsamiamy ją z oceną siebie, a nie naszej pracy czy konkretnego zachowania. Szefowie używają zwrotu „konstruktywna krytyka”…
W kontekście środowiska pracy lepiej jest mówić o informacji zwrotnej niż o konstruktywnej krytyce, bo samo słowo „krytyka” jest nacechowane mocno negatywnie, nawet kiedy mówimy, że jest konstruktywna. Często obawiamy się informacji zwrotnej, ale jest ona jednak niezbędna: po pierwsze do dobrej współpracy ze sobą – tak z szefem, jak i współpracownikami – po drugie do rozwoju. Aby się jej nie obawiać, musimy się nauczyć ją dawać i przyjmować. A przede wszystkim nie wiązać całego procesu z silnymi emocjami.

Dlaczego tak często czujemy się dotknięci?
Posłużmy się metaforą ze świata techniki – jeśli jakiś system pracuje, to musi pobierać informacje z zewnątrz, jak mu idzie. Jeśli chcemy ustawić temperaturę w pokoju do danej wysokości, urządzenie będzie pobierać informacje z otoczenia, czy jest ona w danym momencie powyżej czy poniżej pożądanego poziomu, i dostosuje do tego swoją pracę. Analogicznie – informacje zwrotne potrzebne są nam, byśmy osiągali pożądany rezultat. Brzmi to dość prosto, jednak w praktyce obie strony angażują w tę komunikację zbyt wiele emocji – w końcu nie jesteśmy termostatami, tylko ludźmi!

Czego zatem potrzebujemy?
Zacznijmy od strony, która daje informację zwrotną – załóżmy, że w twoim zespole jest osoba, która często się spóźnia lub przynosi prezentacje z błędami, zaburzając pracę innych. Nie można tego tak zostawić, choć kusi, by nie psuć atmosfery w pracy zwracaniem uwagi. Unikanie tematu jednak źle wpłynie na efektywność i współpracę ludzi w zespole. Dlatego po pierwsze, musisz zbadać swoją intencję: Co mną kieruje? Co chcę powiedzieć? Po to, by nie „upuścić” negatywnej pary, nie karać nikogo. Jeśli czujesz, że towarzyszą ci silne emocje, odłóż tę rozmowę. Po drugie, gdy coś nie działa, mów o tym od razu. Jeśli ktoś nie otrzymuje przez długi czas żadnej informacji zwrotnej, to może uważać, że wszystko jest w porządku. Zwracając uwagę, dajesz mu szansę na zmianę, inaczej nie możesz mieć pretensji, że nic się nie zmienia. I jeszcze jedno – nie oczekuj od razu rewolucji. Zmiana może nie nastąpić szybko, co więcej, może nawet nie nastąpić wcale. Przyjęcie komunikatu nie jest równoznaczne ze zmianą zachowania.

Dlaczego?
Często powtarzam: przyjmuj każdą informację zwrotną tak, jakbyś dostawała prezent. Co z nim zrobisz – czy odstawisz na półkę, czy włożysz do szuflady, czy zaczniesz go używać – zależy już od ciebie. Dlaczego informacja zwrotna to prezent? Bo dowiadujesz się, jak cię widzą inni. To jedno ze źródeł wiedzy o samej sobie. Pamiętam, że kiedyś wypełniałam kwestionariusz, w którym miałam ocenić swoje zachowanie. Potem ten sam kwestionariusz wypełniała dla mnie grupa. Okazało się, że nasze oceny nie do końca się pokrywają. Do dziś uważam, że było to dla mnie cenne źródło informacji. Nie wszystkie informacje wzięłam pod uwagę, ale wiele z nich umożliwiło mi zmianę zachowania i polepszenia relacji z innymi. Poza tym ciekawie było spojrzeć na siebie z perspektywy innych. To wzbogaca.

Niezwykle istotna jest jednak forma podania informacji zwrotnej i intencja, z jaką to robisz. Jeśli przekażesz ją nieprawidłowo, zbyt emocjonalnie, uwalniając swój gniew, irytację lub agresję, to ktoś, kto ją otrzyma, nie tylko nie zmieni zachowania, ale nawet tej informacji nie przyjmie. Potraktuje ją zbyt osobiście (jako krytykę osoby, nie zachowania) i odrzuci na starcie.

Będzie słuchał, ale nie usłyszy?
Nie usłyszy, odrzuci, wyprze, a do tego wzbudzi złe emocje i nastawi się do ciebie negatywnie. Ralph Waldo Emerson mawiał: „To, jak do mnie mówisz, woła do mnie tak głośno, że nie słyszę, co do mnie mówisz”.

Ale w Polsce wciąż, choć pewnie to już się zmienia, wielu szefów wyłącznie krytykuje, pomijając zupełnie fakt, że pracownik robi coś dobrze, bo to oczywiste albo jest w zakresie jego obowiązków.
Niestety, zbyt często informacja zwrotna przekazywana jest nieprawidłowo lub też szef preferuje „zarządzanie przez telepatię”, tak jakby zakładał, że pracownik ma się domyślić, że robi coś nieprawidłowo. Nie przekazuje żadnej informacji zwrotnej, a potem karze pracownika, np. złą oceną pracy. To fatalny model, mam nadzieję, że coraz szersza edukacja menedżerska wyeliminuje go zupełnie. W wielu firmach pojawia się inna kultura organizacyjna – to moja obserwacja z ostatnich 10 lat pracy z menedżerami i zespołami pracowników. Coraz powszechniej uważa się, że informacja zwrotna udzielana na bieżąco jest konieczna, żeby iść do przodu i nie tworzyć dodatkowych problemów.

Dlaczego dopiero się tego uczymy? Co powoduje, że nie tylko nie umiemy przyjmować informacji zwrotnych, ale także ich dawać?
Proces wychowania? Często tak zachowują się w swoich relacjach rodzice. To znaczy nie informują się wzajemnie na bieżąco o tym, co ich boli i co im nie odpowiada w zachowaniu drugiej osoby (np. „To mi przeszkadza”, „Nie lubię kiedy…”, „Jest mi z tym źle, niekomfortowo, proszę, byś to zmienił…”), a potem pretensje gromadzą się i skutkują wybuchem uogólniającego: „Bo ty nigdy…, bo ty zawsze…, z tobą to się nie da wytrzymać”. Dziecko, które jest świadkiem takich sytuacji, potem może podobnie zachowywać się w swoim domu i w pracy. Tyle tylko, że informacja zwrotna nie może być podana tak, że zniszczy czyjąś samoocenę i wiarę w siebie. Kiedy słyszysz, że jesteś całkowicie do bani, to nie możesz niczego zmienić, co innego, gdy złe jest konkretne zachowanie, bo można je korygować, ku obopólnemu zadowoleniu.

To, o czym musimy jeszcze pamiętać przy informacjach zwrotnych – to miejsce i czas. Nie można ich przekazywać w biegu, przy okazji, na korytarzu czy w windzie. Nawet dobra informacja może być źle odebrana, jeśli zostanie podana w taki sposób.

O ile dla wielu z nas do przyjęcia jest, że szef może zwrócić uwagę pracownikowi, to w drugą stronę wydaje się to już niemożliwe. A przecież trzeba umieć powiedzieć przełożonemu, że przekracza granice, łamie zasady współpracy…
Informacja zwrotna ma działać w obie strony, jeśli współpraca ma się układać. Ale znowu wchodzi tu nasza kultura i założenie, że owszem, na szefa można narzekać we własnym gronie i znosić różne trudności, ale nikt nie decyduje się, żeby pójść i dać mu informację zwrotną, stworzyć szansę, by to zmienił. Zdarza mi się, że rozmawiam z grupą pracowników, którzy identyfikują jakiś problem związany ze stylem zarządzania, komunikowania czy oceniania przez szefa. Na moje pytanie: „Czy rozmawialiście z nim na ten temat?”, odpowiadają, że nawet nie przyszło im to do głowy. Często nam się tylko wydaje, że szef nie przyjmie informacji zwrotnej albo że zareaguje źle, negatywnie, wrogo. Nieprawda – jeśli tylko będzie opierała się na faktach i zostanie podana nie w tonie pretensji, to nawet jeżeli to trudna dla szefa sytuacja, a jego pierwsza reakcja będzie nerwowa – weźmie pod uwagę to, co mu powiemy. Co więcej, doceni fakt, że pracownicy przychodzą do niego, mówiąc otwarcie, z czym mają problem, a nie rozmawiają jedynie między sobą lub skarżą się na jego styl zarządzania do jego własnego przełożonego.

Jak w takim razie powiedzieć szefowi, że wiecznie nas krytykuje i zupełnie nie wiemy, co robimy dobrze, skoro wszystko robimy źle?
Warto wejść na wyższy poziom zaawansowania w dawaniu informacji zwrotnej, czyli dostosować ją do charakteru osoby, której ją dajemy. Szefami zostają zwykle ludzie nastawieni zadaniowo. Często mniej sprawni w budowaniu relacji i komunikacji. Podejmują decyzje, kierując się logiką, a mniej inteligencją emocjonalną. A informacja zwrotna jest związana i z umiejętnościami komunikacyjnymi, i z relacjami, w związku z tym dawana szefowi powinna być po pierwsze, krótka (nie może obfitować we wstępy i sięgać historią „do paleolitu”), i po drugie, dotyczyć jednego zachowania lub jednej grupy zachowań (nie może to być niekończąca się lista spraw i zachowań). Ma dotyczyć konkretnej sytuacji, która jest dla nas trudna (np. „Kiedy oceniasz naszą pracę, nie podając kryteriów tej oceny, to…”) i pokazywać konsekwencje tego zachowania, logikę przyczynowo-skutkową („…to gubimy się, próbując odgadnąć twoje oczekiwania”). Ostatnim elementem tak podanej informacji zwrotnej jest powiedzenie, czego byśmy chcieli, jakie są nasze oczekiwania (np. „chcielibyśmy, aby te kryteria były nam znane od początku, żebyśmy mieli szansę sami siebie poddać ocenie według tych kryteriów”). Podsumowując, w takiej informacji zwrotnej muszą zaistnieć trzy elementy – konkretne zachowanie, konsekwencje i oczekiwane, bardziej konstruktywne zachowanie.

Czy to uproszczenie, że z osobistym braniem do siebie informacji zwrotnych kłopot mają głównie kobiety? Czy rzeczywiście od płci zależy, jak do tych informacji podejdziemy?
Większe różnice wynikają z typu osobowości niż z płci. Typy mocno relacyjne, empatyczne, dla których relacje i ich temperatura, a także atmosfera w pracy są często ważniejsze niż sam efekt pracy, informację zwrotną potrafią przyjąć bardzo osobiście. W takich wypadkach lepiej sprawdzi się inny model podawania informacji zwrotnej, niż ten, który właśnie omawiałyśmy. Określa się go mianem „kanapki” lub „hamburgera”. Najpierw dajemy to, co pozytywne („Bardzo mi się podoba sposób, w jaki pracujesz z ludźmi nad tym projektem”, „Bardzo cenię sobie naszą współpracę ze względu na…”), następnie komunikujemy to, co jest do zmiany czy korekty („…to, o co prosiłabym cię, żebyś zmienił, to…”) i zamykamy kanapkę znowu czymś pozytywnym, ale autentycznym, nieudawanym (np. „Bardzo ci dziękuję za tę pracę. Jeżeli będziesz miał z tym jakikolwiek kłopot, to moje drzwi są zawsze otwarte, przyjdź, pomogę ci”). Zakończenie jest też elementem relacyjnym, motywacyjnym. To trudniejsze dla niektórych osób oraz trwa nieco dłużej. I działa tylko w wypadku ludzi nastawionych relacyjnie – jeśli taką „kanapkę” będziemy chcieli zaserwować zadaniowcom, usłyszymy zapewne: „Dobrze, już dobrze, skończ te wstępy i powiedz, o co chodzi”. Czyli: schowaj bułkę i daj mi mięsko (śmiech). Natomiast podanie osobom zorientowanym bardziej relacyjnie informacji w sposób zwięzły, krótki i niemal wojskowy skutkuje tym, że będą się niepokoić o to, co stało się z relacją – „OK, rozumiem tę logikę, ale co to za forma?! Coś się stało? Czy nie jestem już tu akceptowany?”.

Dlaczego tak istotne jest przekazywanie pozytywnych informacji zwrotnych?
Niektóre osoby nie czują potrzeby, by szef je chwalił, ponieważ same mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że są w czymś dobre. Inni mogą jak najbardziej chcieć pozytywnej informacji zwrotnej. Nie pracujemy jedynie dla pieniędzy, ale dla poczucia satysfakcji, uznania, bycia potrzebnym. Naszym „paliwem” do pracy jest wewnętrzna motywacja, która może być podtrzymana przez pozytywną informację zwrotną. Kiedy czujemy się docenieni, jesteśmy gotowi do dodatkowego wysiłku. Dlatego apeluję do szefów, przyłapujcie ludzi także na robieniu rzeczy dobrze!

Dr Joanna Heidtman pycholog i socjolog, trener biznesu i coach. 

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.

  1. Styl Życia

Slow Food, czyli świadomy posiłek. Kosztuj, celebruj, poczuj prawdziwy smak

Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Jemy dziś szybko, byle jak, byle co i byle gdzie. Stop! Czas na odkrycie radości w delektowaniu się zapachem i smakiem potraw.

Cóż może być przyjemniejszego niż pyszne danie spożywane w spokoju i w dobrym towarzystwie? Nie pochłaniasz, ale kosztujesz. Nie gryziesz w biegu, ale celebrujesz, czujesz smak... Nie pamiętasz takiego zdarzenia? Tak. Obiad z bliskimi stał się dziś luksusem lub stratą czasu. Pochłaniamy w pośpiechu kolejne dania, które są jedynie dawką paliwa, jaką tankujemy, by mieć energię do działania. W ten sposób odbieramy sobie prawo do smacznego jedzenia. Może szkoda?

Koniec z jedzeniem na klawiaturze!

Zjedz uważnie choć jeden posiłek w ciągu dnia. Nie oglądaj w tym czasie telewizji, nie pracuj na komputerze, nie czytaj gazety. Skup się tylko na jedzeniu. Daj sobie 15 minut! Dokładnie przeanalizuj składniki posiłku – pod względem pochodzenia i smaku. Czy wiesz, jaki jesz chleb? Jaką drogę odbył, by znaleźć się na twoim stole? Kiedy postanowisz skończyć z biernym wprowadzaniem pożywienia do organizmu i zechcesz odkrywać smaki oraz medytować nad nimi, czeka cię wspaniała przygoda, ale też… frustracja. Bo gdy przestaniesz jeść w pośpiechu kanapki i jogurty na klawiaturze w pracy, a zaczniesz robić sobie przerwy na smakowanie, może się okazać, że jedzenie, które wydawało ci się dotychczas w miarę zdrowe, jest pozbawione smaku. Aby być uważnym smakoszem, trzeba najpierw stać się sprawnym detektywem, który potrafi wytropić dobre, naturalne i lokalne produkty, a wyeliminować te, które poza ładnym opakowaniem nie oferują nic wartościowego.

Precz z fast foodami!

Slow Food to organizacja pomocna na drodze do świadomego smakowania. Podjęła się ochrony ginących odmian warzyw, zbóż i gatunków zwierząt, tradycyjnych sposobów przyrządzania jedzenia i kultury kulinarnej w poszczególnych regionach świata. Jednym słowem, prawa do smaku.

Powstała w 1986 roku we Włoszech jako bezpośrednia reakcja na otwarcie baru McDonald’s w Rzymie, naprzeciwko Hiszpańskich Schodów. Dla Włochów, którzy mają bardzo silne tradycje kulinarne, tak różnorodne w poszczególnych regionach, jedzenie w barze szybkiej obsługi, gdzie serwuje się to samo menu na całym świecie, było… sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Slow Food występuje w obronie lokalnych upraw i specjalności, wspiera kultywowanie regionalnych tradycji. Dawniej kuchnia tętniła życiem i buchała zapachami, w niej tworzyły się więzi między ludźmi. Podczas rodzinnego biesiadowania przy jednym stole skupiano się przede wszystkim na jedzeniu i czerpano z tego mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie ostatnie święta. Ile spośród wigilijnych dań przygotowałaś od początku do końca w domu, sama lub z bliskimi? Do ilu dodałaś ulepszaczy smaku, półproduktów tylko po to, by oszczędzić czas lub ze zwykłego lenistwa. A może ten wspaniały zwyczaj przygotowywania posiłków we własnej kuchni ma szansę przetrwać?

Uwaga skierowana na „fair trade”

„Slow” znaczy powoli. To słowo pojawiło się w manifeście organizacji Slow Food jako hasło kluczowe, a jej symbolem został… ślimak. To sympatyczne zwierzątko ma przypominać, co jest w życiu najważniejsze – wydaje wojnę pośpiechowi, który stał się naszym codziennym towarzyszem i zmorą – wciąż zwiększa tempo życia, nawet gdy chcemy zwolnić. Popędzani przez obowiązki żywimy się na ulicy fast foodami...

A gdyby tak spróbować „zatrzymać czas”. Nie znaczy to wcale, że nagle mamy stać się flegmatyczni i leniwi, ale zwyczajnie rozejrzeć się wokół z większym zainteresowaniem, zwrócić uwagę na szczegóły i smaki. Wybierz się na targ lub do sklepu z ekologiczną żywnością i degustuj różne odmiany jabłek, pieczywa, serów. Porównuj, oceniaj i ciesz się z tego, że dokonujesz wyboru produktów ze względu na ich smak, pochodzenie, jakość, a nie tylko cenę i kolorowe opakowanie. Na przykład kawa, którą pijesz na śniadanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy. Aby mieć taką pewność, wybieraj produkty oznaczone hasłem „fair trade”, czyli „sprawiedliwy handel”. Ten znak mówi, że produkt pochodzi albo z małych plantacji, które nie pracują dla wielkich koncernów, albo z takich, gdzie godnie traktuje się pracowników i sprawiedliwie dzieli dochodami.

Ratuj własne podniebienie!

W laboratorium badawczym naukowcy potrafią już odtworzyć smak, zapach i konsystencję każdego niemal produktu. Na półkach sklepowych bogactwo... substytutów, w których więcej chemii niż natury. Świadczy o tym chociażby lista związków chemicznych na etykietach.

Ponad 80 procent światowych odmian warzyw i owoców zniknęło już na dobre z uprawy. Ich miejsce zastąpiło kilkanaście wyselekcjonowanych lub tak zmodyfikowanych genetycznie, by szybciej dojrzewały, były odporne na choroby, dawały obfitsze plony i pięknie wyglądały. Smak zszedł na plan drugi.

Komu to się opłaca? Producentom, supermarketom, ale nie konsumentom. Czy niska cena rekompensuje brak smaku? Czy nie boisz się, że twoje dzieci nie poznają już tajemnic z babcinej spiżarni? Znajdź, np. w internecie, farmy ekologiczne w swoim regionie: mleczarnie, piekarnie, masarnie… Wspierając małe gospodarstwa, które starają się produkować żywność metodami tradycyjnymi, pomożesz nie tylko w ratowaniu zanikających odmian, ale przede wszystkim odkryjesz prawdziwe, trochę już zapomniane, smaki i aromaty. A także przepisy na robienie pysznych serów czy wędlin. Nawet na małą skalę, dla własnych korzyści, warto ratować podniebienia przed globalizacją!

Recepta Agnieszki Kręglickiej, restauratorki felietonistki, autorki książek: „Wybieram drogę ślimaka”

Całe moje życie, i rodzinne, i zawodowe, kręci się wokół kuchni. Jedzenie od zawsze było w centrum mojej uwagi. Nie jest tak, że pewnego dnia poznałam ideę Slow Foodu i z dnia na dzień „przechrzciłam się” na nowy model życia. To droga, którą wciąż idę, tyle że teraz ze świadomością, że uczestniczę w wielkim, światowym marszu. Coraz więcej uczę się o jedzeniu. Liczy się, jak powstało to, co na talerzu, skąd się wzięło, w jaki sposób zostało przygotowane. Produkty wybieram świadomie, czytam etykiety, odrzucam jedzenie przemysłowo przetworzone. Wolę to, co sezonowe, świeże, miejscowe, niż sprowadzane z daleka i dojrzewające na statkach. Niedawno jeszcze zachłystywaliśmy się nowymi egzotycznymi smakami. Teraz coraz bardziej doceniamy produkty krajowe, lokalne, naturalne. Jako restauratorka stawiam na ich jakość. Kupujemy jajka tylko z „jedynką”, czyli od kur z wolnego wybiegu, ekologiczne kurczaki, ekologiczną polską jagnięcinę... Nie używamy przypraw ze wzmacniaczami smaku. W naszym letnim ogrodzie w Fortecy, gdzie organizujemy przyjęcia z daniami kuchni polskiej – serwujemy sery, wędliny i inne produkty rekomendowane przez Slow Food. A jeszcze kilka lat temu kelnerzy musieli długo przekonywać gości do produktów spod znaku ślimaka. Na szczęście to się już zmienia. Zwiększa się świadomość, zapotrzebowanie i chęć próbowania. Wysokiej jakości produkty ekologiczne są wprawdzie droższe, ale zaobserwowałam, że w sklepach ekologicznych dokonuje się zdecydowanie bardziej uważnego wyboru i kupuje tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Inaczej zachowujemy się w supermarketach: wkładamy do koszyka zwykle za dużo i potem wyrzucamy. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Warto przeczytać: Carlo Petrini, „Slow food. Prawo do smaku”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2007.

  1. Styl Życia

Las na receptę

Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego często, niejako automatycznie, zaczynamy się odprężać, kiedy tylko wchodzimy między drzewa. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)
Dawniej podczas zarazy królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej. Teraz znów to robimy, wracamy do lasu – mówi Katarzyna Simonienko, doktor psychiatrii, przewodniczka kąpieli leśnych, autorka książki „Lasoterapia”.

Co pani czuje, gdy wchodzi do lasu?
To zależy, z jaką głową tam wchodzę. Kiedy jestem bardzo zapracowana, idę do lasu, by na chwilę się zresetować, odpocząć. Wnoszę więc do niego mnóstwo splątanych myśli, stopniowo robi się ich coraz mniej, aż pojawia się spokój. Innym razem już od początku czuję energię i zaciekawienie, bo mam wolny dzień, dobry humor i wchodzę do lasu z nastawieniem: co mnie dziś zaskoczy? Czasem przepełnia mnie radość, czasem – refleksyjność. Las też się zmienia... Parafrazując – nie można wejść dwa razy do tego samego lasu. Mam wrażenie, że nawet ten sam las i ta sama w nim ścieżka, którą idę, nigdy nie są takie same.

Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)Obręb Ochronny Rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. (Fot. Katarzyna i Kamil Simonienko)

Wiele osób boi się lasu. W literaturze i kinie las jawi się jako złowrogi, można się tu zgubić. Z jakimi reakcjami spotyka się pani najczęściej?
Na szczęście wśród osób, z którymi wybieram się na leśne wyprawy w ramach lasoterapii, strach pojawia się najrzadziej, ale się pojawia. Przychodzą na przykład osoby, które mają niewiele wspólnego z lasem, a chciałyby się przełamać i go lepiej poznać. Takie podejście zwykle wiąże się z tym, co nam się wpaja na temat lasu w dzieciństwie lub późniejszym życiu – że to miejsce niebezpieczne i że może nas tam spotkać wiele złego zarówno ze strony przyrody, jak i ludzi. Jeśli najbliższe środowisko nasiąka taką niechęcią do przyrody – że to tylko kleszcze, komary i inne choroby – w dziecku pojawia się opór lub niechęć. Choć niekiedy dzieje się też odwrotnie – na zasadzie buntu i tego, że zakazane pociąga.


Jeżeli las jest czymś, czego nie znamy i nie rozumiemy, to rzeczywiście może przerażać. Nie tylko dzieci. Kiedy byłam na zjeździe International Forrest Therapy Days w Finlandii, pojawił się nawet pomysł, by relaksować się w lesie, rozstawiając namiot z wydrukiem drzew od środka. Wielu uczestników w ogóle nie miało doświadczenia kontaktu z lasem naturalnym, dzikim, jakim jest nasza Puszcza Białowieska. Było dla nich nie do pojęcia, że u nas są żubry i wilki. Moja koleżanka Basia Bańka, też przewodniczka po Białowieskim Parku Narodowym, powiedziała wtedy: „Ale nie da się nauczyć pływać, jeśli człowiek się nie zamoczy”. To nic, że las jest dziki, on ma swoje zasady. Wystarczy je poznać – mam tu na myśli choćby zwyczaje mieszkających w nim zwierząt – i nie ma co bać się ataku wilka czy żubra, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu i szacunku są to fantastyczne spotkania. Nie warto też rezygnować z bycia w przyrodzie z powodu obaw przed złapaniem kleszcza, którego spotkać można także w mieście. Lepiej zapoznać się z profilaktyką.

Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)Bory Tucholskie i Zalew Koronowski z lotu ptaka. (Fot. iStock)

Część z nas wchodzi do lasu jak do świątyni. Część wchodzi do niego jak do siebie, do domu. Dla pani las to dom czy świętość?
Osobiście łączę oba podejścia. Dziś czuję się tu bardzo swobodnie, choć doskonale pamiętam moment, kiedy jako już dorosła osoba po raz pierwszy weszłam do Puszczy Białowieskiej i miałam wrażenie, że nie jestem u siebie. Dobrze znałam lasy hodowlane, w których bioróżnorodność jest skromna i gdzie niewiele mnie mogło zaskoczyć, natomiast w puszczy poczułam ogromny respekt i szacunek do przyrody. Pojawiła się chęć, by zgłębiać ten ekosystem. Im więcej się dowiadywałam na temat puszczy, tym mniej się jej obawiałam i bardziej się zaprzyjaźniałyśmy.

Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)Las iglasty, czyli bór. Wydziela więcej olejków eterycznych niż las liściasty. (Fot. iStock)

Las to dziś moje miejsce pracy i relaksu, ale też świątynia. Bywa, że nadal czuję się w niej jak mrówka. Dla nas, ludów praindoeuropejskich, symbol drzewa czy gaju zawsze był święty i pojawiał się w bardzo wielu kulturach. U Słowian wierzono w święte drzewo, wokół którego powstał świat. Tak samo było w kulturach nordyckich, gdzie czczono ogromny jesion Yggdrasil, który był osią świata i łączył różne rzeczywistości – ludzi, duchów i istot nadprzyrodzonych. Jest nawet termin axis mundi – „oś świata”, w wielu kulturach wyobrażana przez drzewo, które gałęziami wrasta w niebiosa, a korzeniami w świat podziemny, łącząc je ze sobą oraz z ziemią, czyli światem doczesnym.

Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)Borsuk europejski, występuje w lasach liściastych w całej Polsce. (Fot. iStock)


W kulturze chrześcijańskiej jest ogród rajski, a w nim drzewo poznania dobra i zła. Słowianie wierzyli, że wśród drzew, w świętych gajach, słuchają nas bogowie, chrześcijanie – że las jest dziełem Stwórcy, czyli jest doskonały taki, jaki jest. W naszym kręgu kulturowym, który jest nie tylko słowiański, lecz także chrześcijański, mamy więc możliwość obcowania z prawdziwym sacrum.

W książce „Lasoterapia” pisze pani, że już jako dziewczynka czuła pani więź z lasem, którą wzmagały opowieści o Robin Hoodzie. Dla niego las był schronieniem, ale i ucieczką. Dziś, w czasach pandemii, las znów pełni te funkcje. Nigdy nie bywałam tak często w lesie jak ostatnio.
Wielokrotnie w różnych kryzysowych sytuacjach uciekaliśmy do lasu. Robin Hood to piękna legenda z czasów średniowiecza, ale przypomnijmy sobie choćby naszych partyzantów w trakcie drugiej wojny światowej. W dawniejszych czasach, kiedy panowała zaraza, królowie polscy mieli zwyczaj zjeżdżać do Puszczy Białowieskiej, żeby nie zachorować. I teraz znów to robimy.

Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)Pióropusznik strusi – tę paproć można spotkać w wielu polskich lasach, między innymi w Puszczy Augustowskiej i Boreckiej.(Fot. iStock)

Las nam daje poczucie bezpieczeństwa, i to są atawistyczne, czyli bardzo pierwotne reakcje, które przypływają do naszej świadomości z przyczyn ewolucyjnych. Jako gatunek wychowaliśmy się na sawannie, potem przenieśliśmy się do lasu i właściwie wyprowadziliśmy się z niego dopiero około 200 lat temu do dużych miast. My wszyscy pochodzimy z lasu. Dlatego kiedy tylko do niego wracamy, pojawiają się w nas sygnały, że nasze podstawowe potrzeby zostaną zaspokojone: od wyżywienia, przez to, że będzie woda, po drewno, które da nam schronienie i ciepło ogniska. Naturalnie gdyby ktoś z nas zmuszony był nagle, z godziny na godzinę, zacząć żyć w lesie, prawdopodobnie nie wiedziałby, jak się do tego zabrać, ale gdzieś głęboko w naszej podświadomości jest informacja, że to jest możliwe. Nic dziwnego, że niejako z automatu zaczynamy się odprężać, gdy tylko wchodzimy między drzewa.
A skoro jesteśmy przy temacie pandemii – las jest bezpiecznym miejscem także dlatego, że jest tu mniejsze ryzyko zakażenia się koronawirusem. Po pierwsze, swobodnie można zachować dystans, nawet mimo tego, że obecnie w lasach są tłumy. Po drugie, jest świeże powietrze, a po trzecie, drzewa i roślinność wydzielają substancje antywirusowe wzmacniające naszą odporność.

Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)Paproć długosz królewski, roślina objęta w Polsce ochroną gatunkową, występuje między innymi w Puszczy Niepołomickiej. (Fot. iStock)

Jest pani lekarzem psychiatrą, przyrodniczką i przewodniczką kąpieli leśnych. Co te perspektywy wnoszą do pani wiedzy na temat wpływu lasu na nasze samopoczucie?
Punktem stycznym tych profesji jest praca ze stresem. Jako psychiatra i jako przyrodnik mam tym większą świadomość tego, jak kojąco przyroda wpływa na nasz system nerwowy. Obecnie to ogólnie dostępna wiedza naukowa, nie tylko intuicyjna.
Dziś, jeśli z różnych przyczyn nie mogę wysłać pacjentów na zorganizowane treningi relaksacyjne, mogę po prostu wysłać ich do lasu, bo wiem, jak wiele dobrego kontakt z przyrodą robi dla odporności, psychiki oraz wielu innych systemów i układów w naszym ciele. Las nigdy nie zastąpi leków, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z kliniczną depresją. Nie wyleczy ze wszystkich chorób, ale może być świetną profilaktyką, uzupełnieniem klasycznego leczenia oraz narzędziem rehabilitacji. W dodatku jest za darmo i nie powoduje żadnych niekorzystnych interakcji. Jeśli traktujemy dziką przyrodę z odpowiednim szacunkiem i wiedzą.

Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)Lasoterapia, Katarzyna Simonienko, doktor nauk medycznych, psychiatra, certyfikowany przewodnik kąpieli leśnych, związana z Puszczą Białowieską. Swoim pacjentom przepisuje las na receptę. (Fot. materiały prasowe)