1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Trening sportowy - jak pokonać wymówki?

Trening sportowy - jak pokonać wymówki?

„Niechcenie
„Niechcenie" często idzie w parze z takimi hasłami jak trening, wysiłek, ćwiczenia fizyczne... Jak się z im uporać i znaleźć motywację? (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Brak czasu, zła pogoda, zmęczenie po pracy. Wymówek, żeby zrezygnować z treningu, może być tysiące. A może spróbuj spojrzeć na sprawę nieco inaczej: czy zebranie z szefem odwołujesz w ostatniej chwili? Od dziś zacznij traktować trening jak najważniejsze spotkanie w ciągu dnia!

Ostatnio ktoś spytał mnie, czy znam skuteczny sposób na zmotywowanie się do treningu, kiedy człowiek jest zmęczony i najzwyczajniej w świecie mu się nie chce. Przyszły mi wtedy do głowy słowa pływaka Michaela Phelpsa, który podał proste rozwiązanie: „Gdy jestem zmęczony i nie mam nastawienia na trening – to zmieniam nastawienie i idę”. Mateusz Kusznierewicz z kolei opowiedział kiedyś, że w takich chwilach „niechcenia” zwykł sobie wyobrażać, że gdy on odpuszcza trening i siedzi w domu, to w tym samym czasie jego konkurenci ćwiczą. Czy może być coś bardziej motywującego do pracy niż wizja przeganiającego nas rywala?

Wymówki to dość powszechna przypadłość, zapewne nieraz już z ich powodu poległaś i nieraz jeszcze przyjdzie ci się z nimi zmierzyć. Dlaczego tak łatwo im ulegamy? Bo nie jesteśmy przygotowani do ich odparcia, a przecież można się tego nauczyć.

Zobacz pierwszy odcinek serii „Trzymiesięczny trening”:

W ramach planu treningowego na tapetę bierzemy dwa filary poczucia własnej wartości zainspirowane koncepcją Nathaniela Brandena: 1. dążenie do celu i 2. odpowiedzialność za siebie. A przekładając to na język ćwiczeń fizycznych: skupimy się na nogach i pośladkach. Bo to właśnie nogi przybliżają nas do celu, nie tylko metaforycznie, ale i fizycznie. Wraz z pośladkami odpowiadają w znacznym stopniu za wytrzymałość, stabilność całej sylwetki. I prowadzą w wybranym przez nas kierunku.

Dążenie do celu

Jak być skutecznym w dążeniu do celu? Moja recepta jest prosta: spójrz na siebie jak na dowódcę, jak na kapitana swojego okrętu. Jeśli twoim celem jest wypracowanie idealnej sylwetki przed wyjazdem na urlop i masz na to jeszcze miesiąc, to musisz tak wszystko rozplanować, żeby ten cel osiągnąć. Ty jesteś szefem. Wydajesz rozkazy. Mówisz więc do syna: „Będę ćwiczyć codziennie o 17.00. Chciałabym, żebyś mi za dziesięć piąta przygotował wodę z cytryną”. Do męża: – „Nastaw mi supermuzykę”, a córka niech ci ułoży stację albo ręcznik – w ten sposób rozdzielasz role, wyznaczasz menedżerów, a sama jesteś dyrektorem – musisz tak rozplanować działania, żeby zrealizować swój najważniejszy projekt. Zauważ, że angażując inne osoby, zyskujesz dodatkową motywację zewnętrzną. Bo jeśli syn ci zrobi wodę z cytryną, to mu przecież nie powiesz: „A nie, dzięki, sorry, teraz robię bigos”. Wyznaczyłaś komuś odpowiedzialną funkcję, którą on wypełnia i w ten sposób pomaga ci osiągnąć twój cel. Bo sukces rzadko kiedy odnosimy w pojedynkę, zazwyczaj są osoby, które nam w tym pomagają – zwróć uwagę, że na galach wręczenia nagród zwycięzcy dziękują wielu osobom, które się przyczyniły do ich sukcesu. Dlatego planując realizację celu, pamiętaj o tym, żeby był mierzalny, osadzony w czasie itp., ale też żeby to wszystko rozpracować taktycznie. Czyli przygotuj się na wszelkie wymówki, zrób plan, zaangażuj do niego inne osoby i zabierz się do działania!

Odpowiedzialność za siebie

Czy zastanawiałaś się nad tym, czym jest regularny trening? To nie tylko praca nad piękną sylwetką, czyli rzeźbienie ciała. Tak naprawdę to całościowa praca nad sobą. Nad ciałem i nad umysłem. Z każdym treningiem rozwijasz następny filar poczucia własnej wartości – odpowiedzialności. A to przekłada się na inne sfery życia. Bo jak mogę być odpowiedzialny za rodzinę, za pracę, jeśli nie będę odpowiedzialny za siebie? Zawsze musimy zacząć od siebie.

Ktoś mądry powiedział kiedyś: „Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, nie możesz zaplanować trasy”. I ja się z tym zgadzam – jeśli umiesz świadomie podążać do celu, to znaczy, że działasz w sposób odpowiedzialny, a jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz i nie znasz trasy, to nie możesz sprawdzać, w jakim punkcie swojej drogi jesteś. Czyli obierz cel i go później stopniowo weryfikuj. Pamiętaj jednak, żeby zachować właściwą optykę patrzenia na swoje działania – staraj się mieć na oku główny cel, ale w danym momencie patrz tylko na najbliższy krok. Jeśli masz do przebiegnięcia kilkadziesiąt kilometrów, nie myśl o tym, jak wiele ci jeszcze zostało, bo możesz się wtedy zdeprymować – skup się na tym, że musisz na razie zrobić jedną pętlę, a potem, że jeszcze jedną. Czyli innymi słowy – rozbij sobie cel główny na mniejsze cele. Tak naprawdę te baby steps najpewniej zaprowadzą cię do sukcesu.

Rozgrzewka

5 minut (podskoki, pajacyki, przeskoki i bieg w miejscu). Trening wykonuj w systemie 27... 21... 15... 9... (wszystko po 27 minut, później najlepiej bez przerwy po 21 minut itd. Ćwiczenia wykonuj jak najszybciej z zachowaniem techniki).

Częstotliwość: powtarzaj 3–4 razy w tygodniu.

Ćwiczenie 1: przysiady

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: nogi na szerokość bioder.

Ruch: stopniowe obniżanie ciała z przesunięciem bioder do tyłu, do momentu, aż uda będą ustawione równolegle do podłoża, po czym powrót do wyprostu.

Ćwiczenie 2: mięśnie pośladków

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: klęk podparty.

Ruch: wymach jednej nogi w górę, palce u stóp obciągnięte, następnie zmiana nogi.

Ćwiczenie 3: wykrok w przód

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok.

Ruch: wykrok lewą nogą w przód z ugięciem obu kolan, tak aby kolano nogi wykrocznej nie przechodziło osi palców stopy, kąty w obu kolanach około 90 stopni, po czym powrót do pozycji.

Ćwiczenia na umysł

Przygotuj listę 10 wymówek, które najczęściej cię zniechęcają do treningu. Co ci przeszkadza? Z jakiego powodu sobie odpuszczasz?

Przy każdej wymówce wypisz rozwiązanie, które pomoże ci ją następnym razem zneutralizować, np. „zła pogoda” – „mogę poćwiczyć na siłowni lub w domu”, „za gorąco” – „wezmę więcej wody, będę biegać w cieniu” itp. Pamiętaj, że z czasem lista wymówek może ewoluować – będą pojawiać się nowe, ale ty za każdym razem staraj się znaleźć nowe rozwiązania. Najważniejsze, że zaczniesz obserwować siebie i swój dialog wewnętrzny.

Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz zauroczyć się życiem? O sile motywacji

Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. (Fot. iStock)
Dlaczego podejmujemy się jednej czynności, zaniedbując inną? Czemu jednej osobie coś się udaje, a drugiej nie, choć mają te same umiejętności i działają w podobnej sytuacji? Dlaczego pomimo przeciwności wciąż dążymy do celu?

Najwięcej energii i najsilniejszą motywację „do wszystkiego” mają ludzie zauroczeni życiem. Gdy coś robimy całym sercem, z motywacją nie ma problemu. Kiedy coś nam bez przerwy nie wychodzi, zaczynamy powoli popadać w tzw. wyuczoną bezradność. Odbiera ona wiarę w sukces i szacunek dla siebie. Sprawia, że stajemy się bierni.

Tak reagują dwie trzecie ludzi. To demotywacja. Ale istnieje spora grupa, która jest na nią odporna. Jedna trzecia badanych przez psychologów osób oparła się próbom uczynienia ich biernymi – odebrania motywacji. Nie rezygnowali, wciąż podejmowali wysiłek, nie pozwolili odebrać sobie nadziei na sukces.

Co to za grupa? Optymiści! Podczas gdy pesymista mówi: „Nigdy się nie uda i zawsze tak będzie”, optymista twierdzi: „To można zmienić, uda się”. Skłonność do pesymizmu lub optymizmu odbija się na każdej dziedzinie życia. Optymiści mają lepszą motywację nawet do walki z chorobą – badania potwierdzają, że optymistki z rakiem piersi żyją dłużej od pesymistek.

Negatywna, pozytywna

Pierwszą potrzebę działania wyzwala w nas motywacja negatywna, każąca unikać wszystkiego, co zaburza fizyczną lub psychiczną równowagę. Dziecko krzyczy i płacze, gdy jest głodne, jest mu zimno, coś je boli. Z biegiem lat nasze działania stają się bardziej skomplikowane niż krzyk: gdy coś nam grozi zranieniem, uczymy się odsuwać od niebezpieczeństwa, a potem unikać sytuacji, w których mogłoby do niego dojść. W zależności od osobowości i stopnia dojrzałości podejmujemy też różne akcje: ktoś na zranienie reaguje ucieczką, ktoś inny szuka pomocy, następny znosi to spokojnie.

Niezaspokojone podstawowe potrzeby motywują do ekstra wysiłku. Badania wykazały, że studenci lepiej zdawali egzaminy, kiedy mieli puste brzuchy, a głodne sekretarki lepiej pisały na maszynie. Motywacja pozytywna pcha nas ku przyjemności. Mówi: „Brak zaburzeń to za mało”. Pod jej wpływem dziecko chce, by mama je głaskała, a dorosły potrafi przejechać całe miasto, by kupić właśnie to ciastko, które lubi, choć po drodze mijał wiele cukierni. W miarę uczenia się motywacje negatywna i pozytywna zaczynają się łączyć, ich podstawy stają się nierozdzielne (uczymy się, że ucieczka od głodu i przyjemne uczucie sytości to w zasadzie to samo). Motywacja pozytywna stanie się ważną częścią naszego rozwoju: dzięki temu, że polubimy uczucie sytości i czułość matki, rozwiniemy kolejne motywacje: społecznej aprobaty, współistnienia, bezpieczeństwa, panowania nad sytuacją itp.

Zaistnieć w społeczeństwie

Jeśli człowiek nie dostał w dzieciństwie miłości i czułości, najwcześniejsza forma motywacji społecznych nie mogła się rozwinąć, i może on w przyszłości dopuszczać się przestępstw lub innych nieaprobowanych czynów.

Potrzeba bezpieczeństwa motywuje nas, by dostosować się do grupy, w której funkcjonujemy, do przejęcia panujących w niej zwyczajów i wartości. Najpierw rodziny, potem społeczeństwa. W zależności od tych norm będzie kształtować się nasza motywacja. W Anglii mężczyznę zmotywuje do ślubu myśl, że ukochana kobieta mogłaby współżyć z innymi mężczyznami. Inaczej jest z Eskimosami – oni dzielą się swoimi żonami w geście gościnności.

Kolejna społeczna motywacja to potrzeba panowania nad sytuacją. Odgrywa ona tym większą rolę, że odbija się na poczuciu umiejscowienia kontroli. Kiedy mamy poczucie wewnętrznej kontroli (uważamy, że rozwój wypadków zależy od nas), mamy większą motywację, by działać. Przy zewnętrznym poczuciu kontroli (uważamy, że na rozwój wypadków mamy niewielki wpływ) motywacja słabnie (po co się wysilać, skoro nic od nas nie zależy). Ktoś, kto osiągnął kiepską notę na egzaminie i uważa, że to wynik jego zaniedbań, ma większe szanse poprawić stopień. Ale gdy założy, że stopień zależał od nieprzychylnego nastawienia egzaminatora, raczej nie będzie walczyć o lepszą ocenę.

Także przekonanie o własnych zdolnościach będzie dawało lub odbierało motywację. W naszej kulturze wyżej od wysiłku cenione są zdolności, więc kiedy przyczyn porażki upatrujemy w niskich zdolnościach, szybciej rezygnujemy i stawiamy sobie mniej ambitne cele. Wiara we własne zdolności sprawia, że przyczyn porażki szukamy w pechu i braku wysiłku, co pozwala na większą motywację do ponawiania prób.

Więcej nie znaczy lepiej

Konieczność dostosowania poziomu motywacji do poziomu zadania określa tzw. prawo Yerkesa-Dodsona. Mówi ono, że do zadań trudnych lepszy jest niski poziom motywacji. To dlatego, że zbyt duży zapał (za wysoka motywacja) może łatwo „wypalić się” w zderzeniu z trudnością zadania. Natomiast wysoki poziom motywacji sprawia, że łatwe zadania nie wydają się nudne.

I jeszcze jedna zasada: lepiej, żeby stojące przed nami zadanie nie było zbyt trudne (zniechęci nas do wysiłku) ani zbyt łatwe (możemy je zlekceważyć). Co ciekawe – to, czy jest ono łatwe, czy trudne, jest w dużej mierze kwestią uznaniową. Ktoś o niskiej potrzebie osiągnięć okaże więcej wytrwałości, wierząc, że zadanie jest łatwe (choć będzie nierozwiązywalne). Zaś osoby o wysokiej potrzebie osiągnięć nie zmotywuje to, że stojące przed nią zadanie jest łatwe. Trudne doda jej skrzydeł. Czasem potrzeba osiągnięć jest tak silna, że prowadzi do ambicji bycia najlepszym we wszystkim. To frustruje i demotywuje, ponieważ okazuje się zwyczajnie niemożliwe.

Wewnętrznie, zewnętrznie

Motywacja, która pcha nas do działania, może być świadoma lub nie. Najczęściej łączy w sobie oba te motywy. Niepełnosprawny chłopiec, który wybiera się na biegun, działa pod wpływem chęci spełnienia marzenia, ale też kieruje nim potrzeba rywalizacji czy wynagrodzenia za to, że na co dzień czuje się nieprzystosowany. Tych ostatnich motywów może sobie nie uświadamiać. Podobnie kobieta o silnej potrzebie seksualnej, znajdując sobie kochanka, może nazywać przygodną relację miłością. Świadomie kieruje nią poszukiwanie uczucia, nieświadomie – potrzeba seksualna.

Motywacja może być też wewnętrzna i zewnętrzna. Wewnętrzna kieruje nami wtedy, gdy sama czynność sprawia nam przyjemność, np. jedzenie ciastka, zabawa. Zewnętrzną charakteryzuje to, że spodziewamy się jakiejś nagrody, efektu, np. jemy szpinak, bo chcemy być zdrowi. Co ciekawe, nawet największa przyjemność zaczyna być motywowana zewnętrznie, jeśli… stanie się naszą pracą. Gdy pojawia się nagroda, np. ktoś płaci nam za granie w gry komputerowe albo czytanie książek, ulubione dotychczas czynności przestają być tak przyjemne.

Wszechobecny seks

Jedną z najbardziej motywujących do działania potrzeb jest potrzeba seksualna. Występuje niezależnie od deprywacji, to znaczy można uprawiać seks często, a wciąż go pragnąć. Ten rodzaj motywacji łączy potrzeby cielesne ze społecznymi. Bodźca do jej obudzenia może dostarczyć zarówno atrakcyjny partner, jak i samo wspomnienie podniecającej sceny. Popęd seksualny wiąże się bowiem z szeregiem czynności i przedmiotów zastępczych, np. częściami ubrania, obrazkami, opisami. I nie chodzi tu tylko o rozładowanie napięcia seksualnego. Kieruje nami wiele innych czynników: imperatyw przedłużenia gatunku, chęć dominacji, potrzeba panowania nad sytuacją i chęć rywalizacji.

Jak silnie motywuje seks, widać po trudach, jakie sobie zadajemy „w tej sprawie”. Chodzi nie tylko o czas, który poświęcamy, by podobać się płci przeciwnej. Dajemy z siebie więcej. Mężczyzna, choć nie znosi tańczyć, zaprosi na dancing kobietę, na której chce zrobić wrażenie. Kobieta pojedzie do innego miasta, by kupić coś, czym oczaruje mężczyznę. Ale to nie koniec. Potrzeba seksualna potrafi motywować nas do łamania tabu i lęku. W jednym z badań, przeprowadzonych wśród amerykańskich studentów, jedna trzecia przyznała, że posunęliby się do gwałtu, gdyby mieli pewność, że nie zostaną złapani. W innym ponad połowa wyznała, że podczas randki zmuszali kobietę do seksualnych zachowań. Strach przed karą, wychowanie – w obliczu motywacji seksualnej wszystko na chwilę cichło.

Piramida potrzeb

Abraham Maslow, psycholog humanistyczny, w latach 70. przyjrzał się bliżej zagadnieniu motywacji. Obserwując ludzkie zachowania, uznał, że kierują nami dwie motywacje: braku i wzrostu. Ta pierwsza działa wtedy, kiedy coś nam dolega i musimy poświęcić energię na powrót do równowagi. Druga natomiast pcha nas do działania, gdy chodzi o coś więcej niż zaspokojenie deficytu. Pierwszeństwo ma motywacja braku; dopiero gdy wszystko gra na podstawowym poziomie, zaczynamy słuchać podszeptów motywacji wzrostu.

Ułożył tzw. piramidę potrzeb obrazującą ich hierarchię w naszym życiu. U jej podstaw znajdują się potrzeby fizjologiczne (pożywienia, tlenu, seksu), kolejne piętra zajmują: potrzeba bezpieczeństwa (wygody, spokoju), przynależności (więzi, kochania, bycia kochanym), szacunku (zaufania do siebie, poczucia wartości), poznawcze (wiedzy, rozumienia), estetyczne (harmonii i piękna), samorealizacji (posiadania celów, spełnienia swojego potencjału). Na szczycie piramidy znajduje się potrzeba transcendencji – duchowa potrzeba utożsamienia z kosmosem, ale na to piętro docierają nieliczni. Skąd takie, a nie inne usystematyzowanie potrzeb? Maslow uważał, że dopiero zaspokojenie potrzeb na jednym „piętrze” budzi naszą motywację do starań o zaspokojenie kolejnych – oczywiście licząc od dołu. To znaczy, że gdy już nie będziemy głodni, poświęcimy energię na zdobywanie poczucia bezpieczeństwa, a dopiero potem poczujemy motywację, by zadbać o przynależność do grupy itd. Ale zauważył także kilka innych ciekawych zależności. Odkrył, że ludzie działający pod wpływem motywacji wzrostu reagują pozytywnie na wiele niedogodności, np. ból czy głód, jeśli tylko wierzą, że służą one dobrej sprawie. Dlatego alpinista znosi smagające zimno, a głodujący w ramach protestu akceptuje ssanie w żołądku.

Jeśli coś nie tak…

Czy wiedza o motywacji może się przydać? Zauroczonym życiem nie. Ale, jeśli coś idzie nie tak, wówczas można sprawdzić, czy nie zaniedbujemy jakichś swoich podstawowych potrzeb. Jak umiejscawiamy nasze poczucie kontroli? Co z naszą potrzebą osiągnięć? Może warto odkrywać swoje nieświadome motywacje? Można powiedzieć, że bez motywacji nie ma życia. Stawianie sobie pytań dotyczących własnej motywacji może poprawiać jego jakość.

Emocje ściśle wiążą się z motywacją. Wzmacniają i przedłużają jej trwanie. To dlatego, że emocja trwa dłużej niż bodziec. Często, choć sam bodziec do działania już zniknął, emocja sprawia, że wciąż czujemy energię do akcji.

Niemiecki psycholog Kurt Lewin zauważył, że motywuje nas rozbieżność między naszym stanem a np. celem do osiągnięcia, zadaniem czy standardem grupy. Rozbieżność ta sprawia, że pojawia się wewnętrzne napięcie dające nam motywację do osiągnięcia celu, rozwiązania zadania czy wyrównania standardu naszego i grupy. Jednym słowem fakt, że inni „mają lepiej”, może być bardzo motywujący.

Dwa z najsilniej umotywowanych stanów to macierzyństwo i… nałóg. Uzależniony od narkotyków zrobi wszystko, by zdobyć to, co odsunie od niego widmo głodu i da satysfakcję. Gotów jest przekroczyć każdą granicę. Matka jest także gotowa przekraczać granice dla dobra dzieci. W eksperymencie, w którym szczur musiał pokonać kratkę pod napięciem, by wydostać się z pomieszczenia, najszybciej i najwięcej prób podejmowały samice odłączone od młodych. Popęd macierzyński motywował samicę czterokrotnie silniej niż popęd eksploracyjny, czyli potrzeba poznania otoczenia (okazała się silniejsza od głodu).

Motywacja osiągnięć często jest zorientowana „na przyszłość”. Mniejszą rolę odgrywają tu bieżące przyjemności, a większą planowanie. Przykładem są studia: ktoś, kto pragnie być dobrym prawnikiem, będzie unikał prywatek i marnowania czasu, a będzie się uczył przez wiele lat, by osiągnąć cel.

Amerykańscy psychologowie Murray i McClelland stworzyli specjalną technikę, zwaną testem apercepcji tematycznej służącą do odkrywania najważniejszych motywów kierujących naszym działaniem. Badanym osobom pokazuje się obrazki przedstawiające wieloznaczne scenki i prosi o ułożenie związanej z nimi historii. Ponieważ mamy skłonność do projektowania na postaci własnych motywów i potrzeb, z opowieści osoby badanej można wywnioskować, co ją pcha do działania.

  1. Psychologia

Motywacja to za mało! Co nas nakręca do działania? – Według ekspertów NLP trzeba znaleźć technikę

Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Szukasz motywacji do działania? Użyj strategii! Najlepiej własnej. O tym, jak ją w sobie odkryć i rozwinąć, mówi Charles Faulkner, trener NLP.

Postanowiłem sobie ostatnio, że codziennie rano będę wykonywał serię ćwiczeń. Jak na razie udaje mi się to średnio raz na tydzień. Jak się lepiej zmotywować?
Nie sądzę, by problem tkwił w motywacji, bo pan ją ma, tyle że nie posiada pan strategii, która go do tego doprowadzi. Tę musi pan zdobyć.

W jaki sposób?
Na przykład pytając znajomego, który ćwiczy regularnie, jak mu się to udaje. Zazwyczaj w każdym ukrywa się taka strategia, choć nie zawsze ją rozumiemy lub o niej wiemy. Czasami problem nie leży w motywacji, tylko w narzuconym sobie ideale. Bo jeśli obiecał pan sobie ćwiczyć codziennie przez godzinę, ale udało się to panu tylko kilka razy i najczęściej kończyło się na 15 minutach – to jest pan niezadowolony, bo swoje dokonania konfrontuje z tym ideałem. Może warto zamienić te 60 minut na 15? Można też stosować coś, co nazywam „alternatywną walutą”, tzn. jeśli poćwiczę godzinę trzy razy w tygodniu, to coś sobie kupię.

Podobno skutki motywowania siebie z użyciem technik NLP potrafią być spektakularne…
Jeden z moich kolegów, Gerry, miał bardzo poważny wypadek – potrąciła go ciężarówka. Przez pewien czas walczono o jego życie. Kiedy się obudził ze śpiączki, okazało się, że czeka go roczna rehabilitacja. Przed wypadkiem biegał po 15 mil dziennie, a w szpitalu jeździł na wózku inwalidzkim, bo miał połamane nogi. Pytał różnych ludzi, jak im się udało przejść przez rehabilitację. Odpowiadali: „Myślałem o tym, co będę robić w przyszłości. Wyobrażałem sobie, że znowu biegam, bawię się z moim dziećmi i że to łączy się z moją rehabilitacją”. Wykorzystał tę strategię. Kolejna była związana z bólem, który towarzyszył rehabilitacji. Gerry postanowił, że przez każdą sesję bolesnych ćwiczeń będzie przechodził z myślą: „po zajęciach moje nogi będą silniejsze, będę mógł się lepiej poruszać”. Codziennie też odnotowywał postępy, np. „dziś zrobiłem trzy kroki, czyli o jeden więcej niż wczoraj”. Jeżdżąc na wózku inwalidzkim, wciąż wyobrażał sobie siebie sprzed wypadku, czyli mężczyznę-atletę. I takim ponownie chciał się stać.

I udało mu się?
Nawet w krótszym czasie niż założony przez lekarzy rok. Gerry pobił absolutny rekord w dochodzeniu do kondycji sprzed wypadku. Wszystko dlatego, że metodą prób i błędów znalazł technikę najbardziej odpowiednią dla siebie.

Powinniśmy robić jak on?
Tak – szukać własnej techniki i ją rozwijać. Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią. Nasi przodkowie w pierwszej kolejności rozwiązywali najpilniejszy problem, od którego bezpośrednio zależało ich przeżycie, a dopiero potem zabierali się za kolejne działania, np. najpierw uciekali przed tygrysem, a później zaczynali szukać czegoś do jedzenia. My, żyjący współcześnie, stale nosimy w sobie tę historię, a NLP pomaga ją rozpoznać i jej użyć. Bo zawsze odbieramy jakiś sygnał, pod wpływem którego coś robimy. Na przykład uprawianie sportu – są osoby, które chętniej ćwiczą w grupie lub z przyjacielem, wówczas inni są dla nich motorem napędowym. Kiedy rozpozna się w sobie te sygnały, można przejąć kontrolę nad własnymi nawykami, a to z kolei pozwala na ich skuteczne wykorzystywanie.

Próbował pan uczyć technik motywacyjnych osoby, które nie dają sobie rady w życiu, np. bezdomnych czy bezrobotnych?
Pracując kiedyś dla urzędu imigracyjnego w USA, prowadziłem szkolenia z kobietami z Azji – były bardzo spokojne, zamknięte w sobie, zdystansowane, mógłbyś pomyśleć: niezmotywowane do mówienia po angielsku. Jakże błędna była to opinia. Kiedy bowiem poprosiłem je, by pomogły członkom swoich rodzin wypełnić formularze rządowe, kobiety nagle zaczęły rozmawiać po angielsku, a nawet w tym języku kłócić się ze mną. „Nie wiedziałem, że mówicie po angielsku” – śmiałem się... Po prostu motywacja musi być ważna dla danej osoby.

Jeden z moich nauczycieli używa technik NLP podczas zajęć z dziećmi. Konkretnie: metody porównywania obecnych osiągnięć z wcześniejszymi. Kiedy młody człowiek widzi, że robi postępy, czuje sens działania i smak sukcesu. To motywuje go do rozwoju.

W swojej książce „NLP – nowa technika osiągania sukcesów” obiecuje pan zmieniać za pomocą technik NLP złe nawyki. Co zrobić, jeśli na przykład notorycznie spóźniam się na spotkania?
Tego nie nazwałbym złym nawykiem, ale jest nim na pewno palenie papierosów. Jeśli ktoś chciałby je rzucić, to najpierw poprosiłbym taką osobę, żeby wygodnie usiadła, np. w fotelu, odchyliła się nieco, wzięła głęboki wdech i spojrzała w przyszłość. Wydychając powietrze – niczym dym – może sobie wyobrażać pozytywne efekty, jakie osiągnie, jeśli przestanie palić. W NLP patrzymy na pozytywy zmian i uważamy, że cokolwiek ktoś robi w swoim życiu, to w jakimś stopniu może mu to służyć.

Według NLP nie istniałyby zatem złe nawyki?
Niepraktyczne jest myślenie o nich jako o „złych”. NLP traktuje nawyki niczym kotwicę – dobrze ją mieć, bo wiesz, gdzie jesteś. Problem pojawia się, kiedy nam nie służą. Na przykład ktoś codziennie po pracy relaksuje się drinkiem, a po pewnym czasie zauważa, że to jedyny sposób odprężenia. Pomagamy wyzwolić się z takiego myślenia i znaleźć inne sposoby osiągnięcia relaksu.

Wspomniał pan, że dzisiaj miał szczęście, bo się nie spóźnił na wywiad. Zamiast mówić o „szczęściu” mógłby pan pomyśleć: „jakiej strategii użyłem, żeby dotrzeć tym razem na czas?”. Czasami w tym „szczęściu” jest ukryta strategia.

Pana ojciec diametralnie zmienił kiedyś zawód – z menedżera branży marketingowej na nauczyciela w szkole średniej. Czy to jakoś wpłynęło na pana życiowe wybory?
Mój tata podjął tę decyzję, kiedy miałem piętnaście lat. Wówczas marzyłem, żeby w przyszłości mieć czerwonego Chevroleta Corvettę. Więc kiedy ojciec obwieścił, że będzie nauczycielem, moje marzenie o samochodzie zaczęło się oddalać.

Jego decyzję doceniłem tak naprawdę dopiero, kiedy sam zmieniłem zawód – zrezygnowałem z pracy dla rządu i zostałem konsultantem NLP. Wtedy zdałem sobie sprawę, że człowiek może zmienić swoją ścieżkę zawodową i robić w życiu to, co naprawdę chce, co go rozwija, daje satysfakcję... Sądzę, że każdy z nas, jeśli przyjrzy się tego typu momentom ze swojego życia, może znaleźć w nich ukryte „prezenty” dla siebie.

Charles Faulkner – certyfikowany trener NLP (NeuroLingwistyczne Programowanie), międzynarodowy konsultant, specjalizuje się w szkoleniu inwestorów giełdowych i instrumentów pochodnych. Współzałożyciel kilku firm, w tym szkoleniowych. Autor i współautor ośmiu książek nt. NLP, motywowania ludzi, zmiany osobowości oraz intuicji, m.in. „NLP – wykorzystaj potęgę programowania neurolingwistycznego”.

Czym jest NLP?

NeuroLingwistycze Programowanie, w skrócie NLP, to zbiór technik pracy nad sobą, opartych na modelu skutecznej komunikacji – metody łączącej wiedzę z zakresu psychologii, lingwistyki i zarządzania. Teoretycy NLP postrzegają umysł ludzki jako swoisty komputer, zapraszają do pracy nad jego „oprogramowaniem”. Zakładają możliwość programowania postaw wobec świata oraz stosowanie w codziennym życiu metod wzbogacania i eliminowania niechcianych zachowań. NLP to także zespół umiejętności pozwalających na budowanie indywidualnej motywacji, umiejętność wpływania na własne procesy emocjonalne i myślowe oraz wywieranie wpływu na innych. Ten model pracy z psychiką powstał we wczesnych latach siedemdziesiątych. Za jego twórców uważa się Richarda Bandlera, matematyka i terapeutę Gestalt, oraz Johna Grindera, profesora lingwistyki, którzy znaleźli powiązanie między procesami neurologicznymi, językiem i wzorcami ludzkich zachowań. Obecnie wykorzystuje się go w szkoleniach motywacji, rozwijania zdolności negocjacyjnych, a nawet umiejętności uwodzenia. Należy zaznaczyć, że w środowiskach naukowych techniki NLP spotykają się z krytyką, zarzutami o manipulację ludźmi czy koniunkturalizm.

  1. Styl Życia

Jak odnaleźć w sobie właściwą motywację do diety?

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment całego etapu. (Fot. iStock)
Jeśli ostatnio kupiłeś kolejny poradnik na temat odchudzania, właśnie zaczynasz stosować kolejną superdietę albo wierzysz, że ktoś podaruje ci magiczną tabletkę na schudnięcie – nie jesteś jeszcze gotowy, by schudnąć. Jeśli jednak chcesz odnaleźć w sobie właściwą motywację – czytaj dalej.

Kiedy w moim gabinecie pojawia się pacjentka, która już od progu mówi: „Jest pani moją ostatnią deską ratunku”, wiem, że powinnam odmówić jej pomocy, bo szkoda mojego czasu i jej pieniędzy. Zwykle jednak proponuję kilka sesji, na których wspólnie pracujemy nad jej motywacją. Efekty są różne. Czasami okazuje się, że pacjentka potrzebuje jeszcze kilkunastu kolejnych nadprogramowych kilogramów, by podjąć decyzję o świadomym odchudzaniu. Bywa, że w trakcie próby podjęcia terapii tyje, zamiast chudnąć – po to, by proces dojrzewania do decyzji: „Chcę zeszczupleć raz na zawsze” przyspieszył.

Wiara w terapeutkę cudotwórczynię, która odchudzi najbardziej opornego pacjenta, to kolejne rozpaczliwe wołanie o pomoc: „Uratuj mnie!”. Jeśli kiedyś jakiś „cudotwórca” sam obieca ci, że dzięki jego metodzie pozbędziesz się nadwagi – wiej, gdzie pieprz rośnie.

Z pełną świadomością

Stwórz listę strat wynikających z nadwagi. To są właśnie konsekwencje twojej choroby. Jeśli lista jest krótka albo wręcz masz poczucie, że chcesz schudnąć wyłącznie ze względów estetycznych – dostajesz dwóję, zrób pracę domową jeszcze raz. Mnie możesz oszukać, ale jak długo zamierzasz oszukiwać siebie?!

Przypomnij sobie ostatnią sytuację, kiedy nie zmieściłeś się w spodnie (te o dwa numery większe od poprzednich)… To jest jedna ze strat wynikających z twojej choroby. Albo zadyszka, która cię dopadła, kiedy podbiegałeś do autobusu, czy wstyd w sypialni, gdy nie chciałaś się kochać przy zapalonym świetle.

Gdy sumiennie wykonasz pracę domową, poczujesz silne emocje. Przede wszystkim uświadomisz sobie swoją bezsilność (ale nie bezradność) wobec choroby. Następnie zdasz sobie sprawę z bolesnej prawdy, że przestałeś kontrolować swoje życie. To bardzo trudny proces, ale w konsekwencji niezwykle ważny. Utrata złudzeń na temat tego, że w procesie odchudzania chodzi jedynie o superdietę, zestaw najlepszych ćwiczeń czy najbardziej skuteczną terapię – przyczyni się do odzyskania kontroli nad całym życiem. I o to właśnie chodzi w procesie świadomego odchudzania! Dieta jest ważna, ale ta dobrana indywidualnie do twoich potrzeb, podobnie jak ćwiczenia fizyczne – choć są tylko dopełnieniem terapii. Ma ona za zadanie przywrócić ci dobrostan psychiczny i pomóc w osiągnięciu dojrzałości emocjonalnej, aby nie powrócić do zgubnego objadania się. Proces świadomego odchudzania to odzyskanie woli wyboru, zdefiniowanie uczucia głodu i dostrzeżenie zysków z utrzymania prawidłowej wagi ciała. W dalszym etapie rozwój osobisty pozwoli ci odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Ciągła walka z tuszą, bez zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń i przekonań, to niebezpieczna gra, w której stawką jest twoje zdrowie, a nawet życie.

Nie sztuka zgubić wagę

Odnalezienie własnej motywacji i wewnętrznej siły do odchudzania to przełomowy moment terapii. Z pewnością nie raz przekonałeś się o tym, że zgubić parę kilogramów jest bardzo łatwo, udawało ci się to nawet wielokrotnie, ale prawdziwą sztuką jest dopiero utrzymanie właściwej wagi. Staje się jasne, dlaczego diety są tak nieskuteczne. Żadna z nich nie da ci gwarancji, że nie wrócisz do poprzedniego stanu. Oczywiście, w trakcie odchudzania zdarzają się wpadki, one są niejako wpisane w proces zdrowienia. Jednak jeśli twoja motywacja do podjęcia terapii jest silna i wynika ze zrozumienia sytuacji, w jakiej się znajdujesz – po każdej wpadce będzie ci łatwiej wrócić do świadomego odchudzania. Niestety, ani ja, ani nikt inny nie może dać ci recepty na obudzenie wewnętrznej motywacji. Ale ona jest w tobie.

Budzenie motywacji jest procesem, który wymaga czasu. Najlepiej rokujący pacjenci to ci, którzy pojawiają się w gabinecie terapeuty czy dietetyka z decyzją: „Wiem, że chcę przestać jeść tak jak do tej pory, ale nie wiem, jak to zrobić”, a ci, co do których wiem na pewno, że im się uda, mówią: „Znam wiele metod, dzięki którym mogę przestać jeść, ale nie wiem, co zrobić, żeby na nowo nie zacząć się objadać”.

Zanim więc znów udasz się do instruktora fitnessu, dietetyka czy terapeuty, zbadaj swoją motywację:

Zastanów się, dlaczego zdecydowałeś się odchudzać właśnie teraz

Co dzieje się w twoim życiu? Czy jesteś zadowolony z: pracy, związku, przyjaciół, dzieci? Czy ostatnio w twoim życiu wydarzyło się coś ważnego? Czy coś się zmieniło (na lepsze bądź na gorsze)? Decyzja o odchudzaniu nigdy nie pojawia się przypadkowo. Zdarza się, że jest podświadomym sposobem ukrycia jakiegoś poważniejszego problemu. Na przykład jedna z moich pacjentek pojawiła się w gabinecie, kiedy podczas indywidualnej terapii dojrzała do podjęcia trudnej decyzji o rozstaniu się z wieloletnim partnerem. Inna postanowiła się odchudzać po stracie pracy. Jeszcze inna – będąc w żałobie po śmierci matki. To nie są dobre momenty do zmierzenia się z nadwagą, bo bolesne tematy wymagają pierwszeństwa.

Czasami decyzja o odchudzaniu pojawia się w momencie, w którym powtarza się scenariusz z przeszłości. Na przykład jedna z pacjentek pojawiła się u mnie, kiedy w trakcie okresowych badań lekarskich wykryto u niej problemy zdrowotne. W trakcie terapii okazało się, że zaczęła się objadać 15 lat temu, kiedy jej ojciec umierał na raka. Po kilku miesiącach dotarłyśmy do przyczyny jej problemu – nowotwór wyniszczał organizm jej ojca, więc w głowie kilkunastoletniej wówczas dziewczynki pojawiła się myśl: „Objadanie się chroni przed chorobą i śmiercią”. Kiedy zgłosiła się na terapię, paradoksalnie, z lęku przed chorobą, wcale nie chciała schudnąć – tylko przytyć. Odkrycie tego skryptu było przełomowym momentem w naszej pracy.

Spisz historię swojego odchudzania

Wypisz na kartce wszystkie: diety, które do tej pory stosowałeś, nazwiska dietetyków i terapeutów, z pomocy których korzystałeś, wczasy odchudzające, na których dotychczas byłeś, itp. Podkreśl, które metody ci pomogły, choćby na krótko, a które były kolejnym sposobem na usprawiedliwienie samego siebie, że jednak czegoś próbowałeś. To nie metody były złe. Błąd polegał na tym, że sposobu na poradzenie sobie z kompulsywnym objadaniem szukałeś w zewnętrznym świecie, wewnętrznie nie będąc gotowym, by realnie spojrzeć na siebie, swoje zachowania i sposób życia.

Jeśli wszystkie nieudane inwestycje, jakie do tej pory poczyniłeś w sprawie odchudzania, nie przekonują cię, zadaj sobie pytanie: „Co musiałoby się wydarzyć, żeby udało mi się schudnąć?”. Jeśli oczekujesz, że ustawa sejmowa zakaże sprzedaży słodyczy, ktoś wymyśli wreszcie magiczną pigułkę na zrzucenie kilogramów albo cała twoja rodzina zacznie się odchudzać, żeby cię wesprzeć – przejrzyj wreszcie na oczy. Skoncentruj się na tym, z czego jesteś w stanie zrezygnować, by zacząć wreszcie kontrolować swoją wagę, a co za tym idzie – także swoje życie. Odchudzanie jest procesem trudnym, ale nie niemożliwym. To praca z ciałem i emocjami. Wymaga odłożenia, na przynajmniej osiem tygodni, wszystkich innych spraw i skoncentrowania się na jednym.

Spytaj siebie, po co chcesz schudnąć i dla kogo

Jak będzie wyglądało twoje życie, kiedy schudniesz raz na zawsze? Jeśli chcesz nosić mniejszy rozmiar ubrań dla: męża, żony, córki, szefa, przyjaciółek czy kochanka lub kochanki… – daj sobie spokój – to się nie uda. Gdy masz wizje, jakim rajem na ziemi będzie twoje życie, kiedy już schudniesz – odpuść sobie. Tak naprawdę czeka cię przejście przez prawdziwe piekło, spotkanie z najczarniejszymi demonami, które czają się w twojej podświadomości, skonfrontowanie się ze wszystkimi problemami, które do tej pory upychałeś pod dywan, zajadając z apetytem kolejne ciacho. Jesteś na to gotowy?

Zadanie domowe

Jeśli jesteś typowym jedzenioholikiem, na pewno masz swoją wysokokaloryczną słabostkę – ulubioną markę czekoladek, bez których nie wyobrażasz sobie życia, fast food, o którym myśl budzi cię w środku nocy, czy cokolwiek innego, bez jedzenia czego twoje życie traci smak. To teraz uważaj, będzie bolało: napisz swój list pożegnalny do: czekoladek, fast fooda czy pizzy z podwójnym serem. Podziękuj im jak najlepszemu przyjacielowi za wszystkie wspólne lata. List zakończ zdaniem: „Nadal mogę cię jeść, ale już nie muszę”.

I jeszcze jedno – na liście strat dopisz swoje postanowienie, np. napisałeś: „Z powodu nadwagi nie mogę uprawiać sportu” – dopisz: „Schudnę, żeby wrócić do mojej ulubionej dyscypliny”.

  1. Styl Życia

Na czym polega witarianizm?

Dieta witariańska jest w 100 proc. naturalna, niskotłuszczowa, bezglutenowa i niskosolna. (Fot. iStock)
Dieta witariańska jest w 100 proc. naturalna, niskotłuszczowa, bezglutenowa i niskosolna. (Fot. iStock)
Wyłącznie świeże warzywa i owoce, bez gotowania, na zimno albo po podgrzaniu do 42 stopni – to elementy kuchni witariańskiej, która znajduje coraz więcej zwolenników. Ale czy witarianizm to propozycja dla każdego?

Gdy po ośmiu latach wędrówek po ośrodkach rozwoju duchowego w Indiach Sławomir Bubicz wrócił do kraju, był w Polsce pierwszym dyplomowanym instruktorem jogi według Iyengara. Pionierem został także, zakładając pierwszą szkołę tej aktywności – Akademię Hatha-Jogi w Warszawie. – Przeszedłem na witarianizm i od tego czasu schudłem 20 kg! Wreszcie poczułem się lekko – opowiada.

– To ma na celu zachowanie cennych dla zdrowia substancji odżywczych, w tym enzymów i witamin, które zwykle giną w procesie gotowania – tłumaczy Anna Sośnierz, witarianka. Według niej obróbka termiczna żywności powoduje, że maleje przyswajalność minerałów, i prowadzi do niszczenia enzymów, a to z kolei przyczynia się do tego, że szybciej się starzejemy i cierpimy na choroby cywilizacyjne: nadciśnienie, depresje czy cukrzyce.„Surya” oznacza słońce, dawcę wszelkiego pożywienia. Zwolennicy witarianizmu mawiają, że ich dania są właśnie „gotowane słońcem”. Jedyna dozwolona obróbka to rozdrabnianie, suszenie i marynowanie. Dzięki tym zasadom witariańska kuchnia jest lekkostrawna i wysoce energetyczna.

Menu witariańskie

Surowe warzywa i owoce, czyli nuda? Niekoniecznie – w menu Surya coś dla siebie znajdzie zarówno zwolennik włoskiej, japońskiej, jak i wschodniej kuchni. Chleb witarian, nazwany także Surya, składa się z siemienia lnianego, selera naciowego, marchwi, cebuli, sezamu, kolendry, czosnku i kminku. Żadnych konserwantów! Ciekawość wzbudza witariańska wersja pizzy (chleb Surya, ser z nerkowca oraz świeże i suszone warzywa) czy „zawiniątka à la sushi” – suszone wodorosty otaczają drobno siekane: marchew, białą rzodkiew i awokado, a dodatkiem jest sos z suszonych moreli, pomidorów i imbiru. Pierogi to plastry buraka marynowane w soku z cytryny, którym nadano kształt półksiężyców i nadziano serem z migdałów.

Kiedy pierwszy raz rzucisz okiem na talerz witariańskiego spaghetti, pomyślisz: „to musi być makaron”. A jednak nie jest. Skutecznie upodabniają się do niego pokrojone na specjalnej tarce długie i cienkie skrawki cukinii i marchewki. Najbardziej jednak zaskakują słodycze. Delicją jest babeczka ze zmielonych rodzynek, sezamu i pestek słonecznika, podawana z purée z truskawek i daktyli. W ustach rozpływa się sernik na bazie orzechów włoskich, nerkowca oraz daktyli. W osłupienie wprawia mnie informacja o lodach „z nutą marchewki, szpinaku i buraka”. Wszystko to popijać można shake’ami i sokami ze świeżych owoców i warzyw.

Prawdziwe wyzwanie

Jarek Składanek, wydawca komiksów, przez trzy lata był witarianinem na 100 proc. – Mam kiepskie doświadczenia – przyznaje. Zrezygnował, bo bardzo schudł, zaczął mieć problemy ze zdrowiem i kompletnie przestały mu smakować sałatki i surówki. – Rosły mi w ustach, czułem do nich wstręt. Potrzebne mi było urozmaicenie – tłumaczy Jarek. Wrócił do wegetarianizmu. Dwójka jego znajomych także zrezygnowała po trzech latach spędzonych tylko na witariańskim wikcie.– To chyba maksymalny czas, jaki wytrzyma organizm w naszym klimacie – podsumowuje Jarek.

Niekoniecznie. Ula Rzeszutek z Fundacji Viva od kilkunastu lat je tylko na surowo. – W tym czasie raz skusiłam się na gotowanego brokuła i raz na kaszę gryczaną. Źle się potem czułam – przyznaje. Poza tym jedyny gotowany i ciepły produkt, jaki przyjmuje, to... herbata. U znajomych wiadomość o tym, co je, budzi zdziwienie, niektórzy uważają, że to fanaberia. Na przyjęciach jest zasypywana pytaniami – to bywa uciążliwe. Najczęstsze pytanie to: „skąd brać w witariańskim menu białko?”.– Jest w szpinaku, brokułach, brukselce. Trzeba ich tylko więcej spożywać – odpowiada Ula. W ogóle odkąd jest na nowej diecie, jada znacznie więcej i częściej. A to koktajl z czterech bananów, a to sałatkę z zielonych liści, szpinaku i sosu awokado, a to zmiksowany pomidor z selerem…

Dla organizmu Uli witariański wikt jest zbawieniem – ma wiele alergii i nietolerancji pokarmowych i zanim zaczęła jeść tylko surowe warzywa i owoce, ciągle zmagała się z jakimś uczuleniem. Egzemy na skórze, bezsenne noce, kaszel… Alergia na gluten i inne składniki przetworzonej żywności uniemożliwiała jej wręcz normalne funkcjonowanie. Gdy za namową siostry spróbowała diety witariańskiej, problemy minęły jak ręką odjął. – Nawet lekarze nie chcieli w to uwierzyć – opowiada. I jeszcze jedno – nagle poczuła w sobie mnóstwo energii. – Musiałam z nią coś zrobić – tłumaczy. Dlatego zaczęła uprawiać jogging i bierze udział w maratonach. Codziennie biega 10 km, a na ostatnim Maratonie Warszawskim pokonała ponad 42 km. To jej nie wystarcza. Latem urządza rowerowe wycieczki po Europie.

Siła witarianizmu

Jej przypadek zdaje się potwierdzać inny witarianin – Kamil Jurkiewicz, mistrz Polski w prawie nieznanym sporcie siłowym – girevoy sport. W ciągu 10 minut robi aż 110 wyrzutów rąk, trzymając w każdej 24-kilogramowy odważnik. Jeśli policzyć, to w ciągu 10 minut podrzuca... ponad 5 ton. W rwaniu jego rekord wynosi 220 razy po 24 kg. Czyli także ponad 5 ton.

– Takie zawody to gigantyczny wydatek energetyczny, tak samo jak i intensywne treningi przed nimi – mówi Kamil. – Ale trzeba mieć solidną wiedzę, by uprawiać sport siłowy przy diecie witariańskiej – zaznacza.

Białko czerpie z alg słodkowodnych: spiruliny i chlorelli, rano robi sobie z nich koktajl. Dwa razy dziennie pije soki z kiełków słonecznika i fasoli mung, bo zawierają pełną gamę aminokwasów. Co tydzień kupuje 5–6 kg kiełków! Nauczył się też samodzielnie wytwarzać probiotyki (kultury bakterii, które wpływają korzystnie na układ pokarmowy) ze sfermentowanej pszenicy. Zjada ogromne porcje sałatek, ale przed zawodami ogranicza owoce, bo zawierają dużo cukru. I pozwala sobie na pewien luksus – 20 proc. pokarmów, które spożywa, jest gotowanych. Dlaczego tylko 20 proc? – Gdybym jadł więcej, ograniczałbym funkcje immunologiczne organizmu – tłumaczy.

Jest absolutnym fanem witariańskiej diety. – Ona utrzymuje masę ciała na optymalnym poziomie – chudzi przybierają na wadze, otyli – chudną. Ja mam tylko 8 proc. tłuszczu. Witarianizm ma same pozytywy. Każdemu polecam, by spróbował – dodaje.

Ostrożności nigdy za wiele

Kuba Sobiecki, dietetyk, który specjalizuje się w stosowaniu dietoterapii w leczeniu chorób cywilizacyjnych, twierdzi, że gdy pierwszy raz usłyszał o diecie witariańskiej, w jego głowie zapaliła się czerwona lampka.

– To sposób żywienia, na temat którego jest obecnie bardzo mało badań naukowych i który znacząco odbiega od innych diet – tłumaczy. Plusem kuchni „surojadków” jest według niego to, że nie prowadzi do stanów zapalnych w organizmie. – W zwykłym jedzeniu jest dużo składników, z którymi nasz układ odpornościowy musi sobie radzić. Cukier i tłuszcz, a zwłaszcza nasycone kwasy tłuszczowe, powodują wzbudzanie stanu zapalnego w organizmie – wyjaśnia Sobiecki. – Dieta witariańska może być więc stosowana np. w pierwszej fazie łagodzenia objawów schorzeń reumatologicznych.

Minusy diety? Może nie pokrywać zapotrzebowania na niektóre składniki odżywcze, takie jak wapń czy białko. – Teoretycznie możliwe jest dostarczanie ich organizmowi za pośrednictwem diety witariańskiej, ale wymagałoby to spożywania bardzo dużych ilości odpowiednich owoców i warzyw – podkreśla Sobiecki. Ze skąpych badań naukowych wynika, że długotrwała surowa dieta może prowadzić do niższej gęstości kości czy większej częstotliwości zaburzeń miesiączkowania.– To nie jest dieta, którą bym zalecał na dłuższy czas, gdyż nie dysponujemy danymi o jej długotrwałym wpływie na zdrowie i potencjalnych negatywnych konsekwencjach – konkluduje. Dietetyk przyznaje, że obróbka termiczna zmniejsza zawartość pewnych witamin i może też ograniczać ich przyswajalność. – Wszyscy powinniśmy spożywać owoce i warzywa, z których połowa może być gotowana, a reszta – świeża – zaleca.

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.