1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kobiety w Polsce: Jakie będziemy za 20 lat?

Kobiety w Polsce: Jakie będziemy za 20 lat?

fot.123rf
fot.123rf
Żyjemy dziś zupełnie inaczej niż nasze matki, ale wciąż (w większości) na pierwszym miejscu stawiamy potrzeby innych, a nie własne. Najpierw rodzina, praca zawodowa, a na końcu my. Na szczęście to się powoli zmienia. Zwiększa się grupa kobiet, które siebie stawiają na pierwszym miejscu.

Polki są bardzo zróżnicowaną wewnętrznie grupą i każdy z segmentów będzie się inaczej zmieniał. Pewne procesy – jak dążenie do partnerskiego rozłożenia obowiązków, nastawienie na dokształcanie się i rozwój zawodowy, rozwój liberalnego światopoglądu (także naturalne zmniejszanie się grupy najbardziej konserwatywnej i najstarszej) – będą coraz bardziej widoczne. Badając Polki, zapytałyśmy, jakie są ich marzenia – większość odpowiedzi krążyła wokół rodziny. Praca schodziła na dalszy plan. Polki oczekują zrozumienia i wsparcia, dzięki temu będą mogły rozwijać się również zawodowo, jednocześnie troszcząc się o rodzinę.

Warto zwrócić uwagę na rosnącą liczbę singielek – według badań CBOS w ciągu ostatnich kilku lat aż dwukrotnie zwiększyła się liczba osób, które deklarują, że chcą żyć jako singiel. Główny Urząd Statystyczny w swoich prognozach pokazał, że za 20 lat w miastach będzie mieszkać 7 milionów singli. Większość będą stanowiły świadome siebie, wykształcone, spełniające się zawodowo kobiety, które nie znalazły partnera spełniającego ich oczekiwania, a nie chcą być, jak mówią w badaniach, „z kimkolwiek”. To będzie olbrzymia, specyficzna grupa konsumentek – z wielkim potencjałem, ale wymagająca i często sfrustrowana. Słowem – nadchodzą zmiany, nie tylko w kontekście społecznym, rodzinnym, ale również politycznym. Życzę wszystkim Polkom, by poczuły swój potencjał i go wykorzystały.

Katarzyna Pawlikowska - ekspertka w dziedzinie kobiecych motywacji, pomysłodawczyni badania „Polki same o sobie”.

Czytaj więcej w artykule Polki: jakie dziś jesteśmy?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Kreowanie jest częścią naszej natury. Kobiety tworzą życie, więc mogą tworzyć wszystko! – Jednak, żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet – mówi Komala Sunder, nauczycielka tantry, medytacji i technik pracy z ciałem.

Podczas warsztatów „Świątynia kobiecości” Komala zawsze siada z kobietami w kręgu, tak aby każda czuła, że jest częścią grupy. Aby miały możliwość wniesienia czegoś i brania dla siebie od innych. To daje też szansę przywołania Wewnętrznej Kobiety, która w nas mieszka. Trzeba się otworzyć i być szczerą, aby ją poczuć. Tylko w grupie innych kobiet możemy sobie pozwolić na jej odkrywanie. Poprzez kontakt i bliskie relacje z nimi.

Często jakości związane z kobiecością, takie jak czucie, wrażliwość, są w codziennym życiu niedoceniane lub nieobecne. Nauczono nas wszystko pojmować myślą, umysłem, a to w ogóle nie jest kobiece. Kobieta czuje, to jej pierwotne pojmowanie świata. Myślenie analityczne jest także piękne i potrzebne, ale kiedy taka męska energia bierze w nas górę, tracimy coś cennego. Być może świetnie funkcjonujemy w pracy, na poziomie umysłu, ale uśpiona jest nasza kobieca energia i organy z nią związane, czyli serce, biodra, brzuch i łono. Żeby ujawnić swój pełen potencjał i żyć w harmonii, potrzebujemy równowagi męskiego umysłu i kobiecej cielesności.

Natura jest kobietą

Kobieca energia potrzebuje ugruntowania, połączenia z żywiołem Ziemi. Dlatego wszystkim uczestniczkom moich warsztatów radzę, by chodziły jak najczęściej boso, starały się być blisko z naturą, bo to ułatwia kontakt ze sobą. Często w życiu jesteśmy tak zaganiane, zajęte, że przestajemy pamiętać, co jest dla nas ważne. Bardzo trudno nam żyć obok naszego ciała, bo rodzimy się z nim, ze strukturą, która jest żywa. A dla kobiet ta relacja jest szczególnie ważna. Nasz sposób tworzenia pochodzi z czucia, z ciała, w odróżnieniu od męskiego, który czerpie bardziej z działania. Bardzo ważne jest przebudzenie świadomości siły, którą posiadamy. Mamy w sobie niewiarygodny potencjał, ale jeśli go sobie nie uświadamiamy, może obrócić się przeciwko nam. Często objawia się to frustracją lub depresją. Mówi się teraz dużo o agresji wśród kobiet, a to nieuwolniona moc, zgromadzony w ciele potencjał złości. Dzieje się tak, bo kumuluje się w nas wiele silnej energii, której nie umiemy się bezpiecznie pozbyć. Jeśli kobieta nosi w sobie za dużo takiej mocy to albo ją wyrzuca w sposób niekontrolowany (agresja), albo spycha w podświadomość, ściska w ciele i wtedy pojawia się depresja. Dlatego warto uczyć się wyrażać emocje w sposób szczery, ale też bezpieczny, aby nie był destrukcyjny i raniący.

Czułość, czucie, delikatność wobec siebie i innych nie jest słabością. W tym tkwi nasza moc. Bycie kobietą to rozumienie energii, która płynie w naszych ciałach. Poczucie jej w sobie ułatwia też poczucie jej w innych i lepszy kontakt z nimi (dziećmi, partnerem, przyjaciółmi).

Moje ciało to ja

Dziś kobiety straciły połączenie z istotą życia, mocą, kreatywnością, ponieważ nie obserwują swojego ciała. Dbają o nie powierzchownie, ale często nie rozumieją, co się z nimi dzieje. Starają się, czasem dosyć desperacko, nadać sobie „piękny wygląd”, a są odłączone od piękna płynącego z wnętrza. Brzuch to miejsce naszej mocy, kreatywności, połączony jest też z piersiami. A jakie jest dziś podejście do nich? Brzuch ma być płaski, biust jędrny i duży. Piersi straciły swoją „jakość” – karmienia, wspierania, są obiektem pożądania seksualnego. Zrozumienie i dotarcie do energii piersi daje możliwość pełnego połączenia z własnym sercem. Z kolei cykl miesięczny to coś nieprzyjemnego, kobiety często wypierają jego istnienie, traktują jak kłopot, którego trzeba się pozbyć. To warto zmieniać, na przykład obserwując siebie w różnych fazach cyklu – jak się czuję, jak reaguję, kiedy potrzebuję więcej odpoczynku. Często tego nie rozumiemy, nie czujemy i nie umiemy czerpać z energii swojego ciała.

Ciało, brzuch, łono są kobiecą świątynią, to stąd pochodzi nasza seksualność, zmysłowość, piękno, stąd płynie energia. Jeśli o jakiejś kobiecie mówimy, że jest seksowna, zmysłowa – to dlatego, że jej atrakcyjność pochodzi właśnie z wnętrza. Jeżeli jest przepływ, jest też piękno. Można być stulatką i mieć to COŚ! Można nie być w związku i emanować niezwykłą zmysłowością, mieć dużo energii seksualnej, witalnej, przepływu w ciele. Aby to poczuć, trzeba lubić i obserwować siebie, ale też inne kobiety. Dlatego tak ważna jest praca w grupie. Kobiety, kiedy są razem, mogą się uczyć siebie nawzajem, wzajemnie inspirować. A kiedy energia kobieca ujawnia się we wspólnocie, jest pełniejsza. Każda z uczestniczek wnosi swoje doświadczenia, emocje, swój ból, lęk, nieśmiałość, ale też radość, odwagę. Gdy jesteśmy w tym obecne, wzrusza nas to, otwiera. Pojedyncza osoba coś przynosi, a inne przyjmują ten dar i czerpią z niego.

Siostra, nie rywalka

Z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo potrzebują wsparcia innych kobiet, takiej siostrzanej energii. Tęsknią za przestrzenią, w której mogą być prawdziwe, szczere. Jest też duże zapotrzebowanie na pracę z energią kobiecości, z ciałem. Taka możliwość daje obcowanie z innymi kobietami. To bardzo ważne, aby nie traktować siebie nawzajem jak konkurentki. Rywalizacja nie jest kobieca, pochodzi raczej z męskiego świata. Kobiety znacznie lepiej czują się wtedy, kiedy współpracują, niż gdy konkurują. Dzisiejszy świat być może temu nie sprzyja, jednak warto szukać kobiecej solidarności, „miękkości”, empatii.

Stworzenie kobiecej wspólnoty ułatwia nie tylko bycie w pełni sobą i w zgodzie ze sobą, ale przede wszystkim jest ogromnym wsparciem w codzienności. Kto zrozumie nasze problemy lepiej niż mama, przyjaciółka, siostra? Warto dzielić się tym, co czujemy, szczerze, w bezpiecznej, kobiecej przestrzeni. Praca z kobietami polega na otwieraniu emocji. Jednak należy zadbać o to, aby one nas nie zalewały, bo wtedy działamy po omacku. Trzeba jakoś pomieścić je w przestrzeni i wyrazić, przekazać innym kobietom, ale nie wylewać na nie swoich problemów.

Bardzo kobiecą cechą jest zaufanie, i ono może się ujawnić właśnie w kontakcie z innymi. Kiedy czujemy oparcie, może rozkwitnąć kobiecość. Szukając swojej unikalnej drogi, potrzebujemy obserwacji i kontaktu z innymi kobietami. Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę!

Komala Sunder pochodzi z Brazylii, mieszka w Austrii i podróżuje po całym świecie, dzieląc się swoją wiedzą o pracy z ciałem. Jest nauczycielką sztuki, tantry i medytacji, terapeutką techniki czaszkowo-krzyżowej, biodynamiki oraz pieśniarką.

  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie.
Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie?
Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii.
Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet?
No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności?
Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn.
Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie?
Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę?
Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn?
Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy.
Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera?
Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków?
Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki?
Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Perfekcyjne macierzyństwo - dylematy współczesnych matek

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Współczesna matka ma poczucie porażki, gdy dziecko nie mówi w wieku pięciu lat po angielsku, nie jeździ konno, jest grube albo chude. O tym, jak dałyśmy się zapędzić w perfekcyjne macierzyństwo, opowiada socjolożka, profesor Anna Giza-Poleszczuk.

Czym młode matki różnią się od matek pani pokolenia?
Pierwsza różnica to wchodzenie w macierzyństwo. Kiedyś jak rodziło się dziecko i matka przychodziła z nim do domu, to nagle roiło się tam od kobiet. Wpadała babcia, teściowa, kuzynka, siostra. Kobieta była wprowadzana do macierzyństwa przez inne kobiety. To było społeczne wydarzenie. Kładło się ją spać, ktoś inny zajmował się dzieckiem, udzielało jej się rad wynikających z doświadczenia. Natomiast dzisiaj kobieta wraca do domu tylko z mężczyzną i dzieckiem.

Bo jej mama jest zupełnie w innym mieście?
Jej rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. A nawet jak jest blisko, to jednak daleko. Ostatnio miałam rozmowę z młodą dziewczyną, która urodziła pierwsze dziecko i od razu zapowiedziała swojej matce i teściowej, że nie chce ich widzieć. Że chce wrócić do domu i być sama z dzieckiem i mężem. Nawet jeżeli to starsze pokolenie jest dostępne, to ono już nie jest godne zaufania. I to jest ta druga różnica – macierzyństwo stało się medyczno-naukowe. Do macierzyństwa wdraża nas psycholog, terapeuta, pediatra, położna ze szkoły rodzenia, a nie jacyś amatorzy. W badaniach społecznych nazywa się to odbieraniem macierzyństwa środowisku społecznemu. Rodzicielstwo stało się umiejętnością nabytą, którą zdobywamy poprzez czytanie książek, na warsztatach i kursach różnego rodzaju. Kiedyś noworodka witało się z dużą ciekawością w domu, bo tkwiło w nas założenie, że dziecko jest już jakieś, że ono przynosi ze sobą coś określonego, w miarę gotowego, co musi się ujawnić.

A teraz już tak nie jest?
Nie, dziecko od samego początku jest zadaniem do wykonania. Powinno dostawać do norm rodziców, spełniać nasze oczekiwania. Od razu patrzy się na dziecko w sposób zobiektywizowany, mamy różne „programy”, odniesienia. Dziecko to jest taka walizka, którą my musimy zapakować i przygotować do życia. Jedna z moich studentek zrobiła analizę treści porad dla przyszłych matek. „Jeśli planujesz zajść w ciążę, to się do tego przygotuj. Już dwa tygodnie wcześniej zrelaksuj się, żeby poczęcie odbyło się w miłej atmosferze, bo to jest wdrukowanie osobowości dziecka. Jak jesteś w ciąży, bacz, co robisz, bierz witaminy. Słuchaj odpowiedniej muzyki”. To straszenie matek konsekwencjami ich postępowania. W jednym z analizowanych artykułów była sugestia, że jak matka w ciąży dużo płacze, to może urodzić dziecko z zespołem Downa. Zawsze się uważało, że kobieta w ciąży nie może pić czy palić, ale to jest dosyć oczywiste. W tych pseudoporadach mówi się o kwestiach emocjonalnych. Kiedyś matka była odpowiedzialna za rzeczy fizyczno-pragmatyczne. Moja babcia uważała, że jak dziecko jest czyste, nakarmione, chodzi do szkoły, a nie na wagary, i przynosi jako takie stopnie, to matka mogła być z siebie dumna. Bycie dobrą matką było proste.

A jak się ten repertuar rozbudował?
Coraz częściej kwestie bytowe zdejmuje nam z głowy marketing. Producent ugotuje za nas zupkę, dostarczy jednorazowe pieluchy. Współczesna matka jest odpowiedzialna za rozwój psychologiczno-emocjonalny dziecka, którego nie da się zmierzyć. Innymi słowy, o ile łatwo odhaczyć, czy syn umył zęby, czy nie, o tyle trudno wieczorem stwierdzić, czy jest szczęśliwy i spełniony. Czy ja, matka, odkryłam jego wewnętrzny potencjał? Czy on, kurczę, powinien jeszcze grać w rugby? W związku z tym kobiety mają emocjonalną sinusoidę. Raz im się wydaje, że są dobrymi matkami, za chwilę – że beznadziejnymi.

A wy tego nie czułyście?
A skąd! Kobiety dbały o swoje dzieci i przeżywały różne dylematy, ale nie w ten sposób. Ja pamiętam radę, jakiej mi udzieliła babcia: „Aniu, pamiętaj, dziecko jest człowiekiem i musisz je szanować. Ale ty też jesteś człowiekiem i dziecko też cię musi szanować. Więc jeżeli boli cię głowa, a ono akurat postanowiło walić kijkiem w blaszak, to po prostu ma tego nie robić”. Kiedyś była większa równowaga, teraz rodzice są przystawką do dziecka. Wszystko jest naszą winą, naszą odpowiedzialnością.

Przykład?
Byłam w odwiedzinach u młodej matki. W salonie stał nocnik z kupą. Moja znajoma podaje herbatę, ciasteczka, a kupa stoi. A ja mówię: „Słuchaj, a to?”. Ona: „Wiesz, co ja wyczytałam? Kupa to jest cząstka dziecka tożsamości, dziecka dzieło. Nie możesz mu pokazać braku szacunku i po prostu jej wyrzucić”.

Czy to nie jest tak, że my przeraźliwie boimy się być toksycznymi matkami. Nawet nie złymi, ale właśnie toksycznymi.
Tak, dziewczyny są naprawdę zastraszone. Efekt jest taki, że młode kobiety boją się zostawać matkami. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy, tylko wyczuwają ogromną odpowiedzialność. Poza tym został zdewaluowany przekaz tradycji – dziadkowie są źli, to ci, którzy przegrzewają dziecko. A współczesnej matce odebrano wszystkie naturalne kompetencje do wychowania dziecka i zostawiono poczucie winy. Kiedyś wierzono, że kobieta ma naturalne odruchy, które jej pomogą, gdy stanie się matką.

Było nawet coś takiego jak instynkt macierzyński.
Już dawno go nie ma. „To jest produkt kulturowy, bardzo zły”. Tak to się pozycjonuje, że kobieta nie wie nic, nie potrafi wziąć dziecka na ręce, dotykać go, myć, przewijać. Musi się tego wszystkiego nauczyć. Kobiety dały sobie wmówić, że nic nie potrafią, ale mają do wykonania zadania – muszą wychować geniusza, obudzić w nim olbrzyma itd.

I za zdobycie tych wszystkich umiejętności płacą. Robi się przepaść życiowa, muszą na to wszystko zarobić, więc nie mają czasu na bycie z dzieckiem i robienie ludzików z kasztanów.
Kiedyś moja znajoma pracująca w korporacji była na zwolnieniu i poszła ze swoimi bliźniaczkami na spacer. Usiadła przy piaskownicy, panie na nią spojrzały i powiedziały: „O, dziewczynki mają nową nianię”. Niezwykle to przeżyła, ponieważ to trafiało w sedno jej dylematu – spędzała całe dnie w korporacji, żeby wynająć nianię dla swoich dzieci, żeby być dobrą mamą. Żeby ją było stać na te wszystkie gadżety, które są podobno niezbędne do wychowania dziecka.

Paradoks polega na tym, że im więcej pracujemy, tym więcej wydajemy. Niania kosztuje 19 tysięcy złotych rocznie.
Tak, ale z drugiej strony – znalazłyśmy się w pułapce bez wyjścia, ponieważ świat kobiet opustoszał. Matka, która idzie na urlop macierzyński, staje się więźniem własnego dziecka. Nie ma dokąd pójść, nie ma co ze sobą zrobić. Nagle okazuje się, że gdzieś tam świat się kręci, a ona siedzi z dzieciakiem w domu jak głupia. Kiedyś kobiety włóczyły się bandami. Chodziłyśmy z maluchami do kuzynki, koleżanki, siostry. Pamiętam, że podrzucałyśmy sobie nawzajem dzieci. Nie siedziałyśmy w tych grodzonych osiedlach, były rozwinięte sieci społeczne.

Teraz te kontakty zastępujemy produktami i płatnymi usługami.
Macierzyństwo się sprofesjonalizowało i skomercjalizowało, a branża dziecięca to jeden z większych przemysłów na świecie. Teraz jak się otwiera drzwi pokoju dziecięcego, to zalewa nas lawa zabawek. Pamiętam, że mój syn dostał wiele lat temu klocki Lego. To nie był żaden komplet, tylko kilkanaście elementów, które ktoś nam przysłał z Zachodu. Jaki to był skarb, każda palemka w tych klocuszkach, każdy kwiatuszek był przez niego szanowany. Na zabawki trzeba było wówczas zasłużyć. Dziś nie wiadomo, co kupić dziecku, bo ono wszystko ma.

Jak jeszcze zmieniła się pozycja dziecka w rodzinie?
Dziecko stało się wehikułem spełnienia wszystkich naszych zadań, aspiracji, co powoduje, że zamęczamy i przeciążamy je lekcjami dodatkowymi. Wyścig o rangę społeczną przeniósł się już chyba do żłobka. Słyszałam, że matki na zebraniu w sprawie założenia żłobka pytały, czy dzieci będą uczone angielskiego. Zaczynam sobie zadawać pytanie, czy myśmy wszyscy po prostu nie oszaleli. To, co dziecku jest potrzebne w myśl mojego tradycyjnego światopoglądu, to dużo serdeczności, czułości i poczucie bycia użytecznym. Dla mnie najbardziej uderzające jest to, że dzieci dzisiaj nie mają żadnych obowiązków domowych. Oczywiście, myśmy z siostrą jęczały pod rządami „megatoksycznej” matki, bo trzeba było posprzątać i pójść po zakupy, zrobić pranie, ale jednocześnie miałyśmy poczucie, że jesteśmy potrzebne w domu. Nasz dom, nasza rodzina były wspólnym przedsięwzięciem. A dziś dziecko jest…

Księciem?
Też nie do końca, bo ma przecież obowiązki, chiński i angielski od przedszkola. Teraz dziecko powinno błyszczeć, być najlepsze w klasie albo przynajmniej bardzo dobre.

Czy to nie jest tak, że jeżeli ktoś nam daje jakąś propozycję udoskonalenia naszego macierzyństwa, to my zawsze z niej skorzystamy?
Czytałam wspaniałą książkę amerykańskiego etyka medycyny, filozofa Carla Elliotta: „Better than Well” [Lepiej niż dobrze]. Opowiada on o tym, że wiele procedur medycznych było wynajdowanych, żeby pomóc wąskiej grupie w nieszczęściu. Jest tam rozdział poświęcony historii ritalinu (lek stosowany np. przy ADHD). Powstał, żeby pomóc dzieciom, które miały problemy z koncentracją. W trakcie leczenia okazało się, że pośrednio prowadzi też do osiągnięcia lepszych wyników w szkole, więc matki zdrowych dzieci też zaczęły dawać im ritalin. Nagle stało się to powszechne i dzieci, którym rodzice nie dawali tego leku, zaczynały odstawać od grupy. Mówię o tym, bo trudno takiemu mechanizmowi nie ulec. Każdej matce chodzi o to, żeby dziecko poradziło sobie w życiu. Najgorszy koszmar dla rodzica to widzieć własne dziecko bez pracy, niekochane, sponiewierane, gdzieś na dnie. Wydaje mi się, że cała presja wywierana na matki trochę na tym żeruje.

Wydaje mi się, że we współczesne rodzicielstwo wpisany jest jakiś konkretny obraz. Oddzielny pokoik, wisząca karuzela nad kołyską, puszysty dywanik. To dzieciństwo ma być piękne i bogate. Nie chcemy, żeby było przypadkowe.
Absolutnie tak. Młodzi ludzie myślą, że rodzicielstwo to jest monstrualne wyzwanie, do którego nie wiadomo, jak trzeba się przygotować finansowo i psychicznie. Nie mamy stałej pracy, więc zwlekamy, nie mamy mieszkania – czekamy. Ale jak sobie pomyślimy, w jakich warunkach kiedyś ludzie mieli dzieci, to perspektywa się zmienia. Moja mama zawsze mawiała, że na dziecko nie sposób się zdecydować racjonalnie. To zawsze jest taki element: „O, stało się”.

Dziś usłyszałaby, że takie nastawienie to jest nieodpowiedzialność.
Tak, ale gdybyśmy mieli to sobie wszystko idealnie ułożyć, to byśmy tych dzieci nie mieli... Jakby narodzenie dziecka to była ruina życia. Musimy się wyrzec siebie, kariery, wolności, a nie myślimy, że po prostu przychodzi do nas mały przybysz.

Czy wasze pokolenie w ogóle zastanawiało się: „Czy stać mnie na dziecko?”.
Nie. I tak było wiadomo, że własnego mieszkania doczekamy się po czterdziestce. 80 procent małżeństw mieszkało z rodzicami. Medycyna też była mniej rozwinięta, więc kobiety nie miały tego złudzenia, że mogą urodzić po czterdziestce. Jak ja rodziłam swojego syna w szpitalu, mając 25 lat, to mówiono o mnie „stara pierwiastka”. Trzeba dodać, że w czasach mojej młodości nie było tak szeroko dostępnych środków antykoncepcyjnych. W związku z tym myśmy musiały liczyć się z tym, że dziecko może się przytrafić. Dziś mamy pokolenie młodych kobiet i mężczyzn, którzy nie znają dzieci.

Zastanawiam się, jak zachować zdrowy rozsądek przy tych rosnących oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców?
Pokładam duże nadzieje w ruchu minimalistów i  świadomych konsumentów, bo to się łączy z  rodzicielstwem. Najważniejsze jest to, żeby nie stracić kontaktu z  samym sobą. Zadawać sobie pytania: Co ja czuję? Czego chcę? Kim jest moje dziecko? Czego potrzebuje? Ponieważ kiedy wszystkie dzieci w wieku dziesięciu lat mówią po angielsku, to to przestaje mieć znaczenie. Może w przyszłości wygrają osoby, które będą umiały ograniczyć swój apetyt, uśmiechnąć się do kogoś. Trudno powiedzieć, świat stał się bardzo nieprzewidywalny.

Anna Giza-Poleszczuk profesor, specjalizuje się w temacie socjologii rodziny i więzi społecznych, w latach 2012-2019 prorektor Uniwersytetu Warszawskiego, autorka wielu książek i pomysłodawczyni uniwersyteckiego żłobka. Oprócz rozwijania kariery naukowej zajmuje się wnukami.

  1. Psychologia

Przestań się karać. W jaki sposób kobiety same się krzywdzą?

"Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu." (fot. iStudio)
Nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks – kobieca przemoc wobec siebie bywa dramatycznym przejawem karania siebie, samobójstwem na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy: „Nie wolno”, „nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”, „musisz”, „powinnaś”. Na szczęście mamy siłę, aby to zmienić.

Od ćwierć wieku żyjemy w kraju możliwości niewyobrażalnych dla naszych przodkiń. Pełnymi garściami korzystamy z wolności. Jesteśmy coraz lepiej i wszechstronniej wykształcone. Mamy Kongres Kobiet. Na niespotykaną dotąd skalę radzimy sobie w biznesie. I w polityce – są gminy zarządzane tylko przez kobiety i to są wzorowo zarządzane gminy. Zakładamy organizacje pożytku publicznego, działamy charytatywnie. Wiele z nas utrzymuje finansowo dom. Jesteśmy rzetelne i odpowiedzialne. I wyzwolone seksualnie.

A jednak, gdy pytam kobiety o wewnętrzne poczucie pełni i radości, najczęściej milkną zakłopotane, przez chwilę szukają w sobie odpowiedzi, aby przyznać, że przez większość czasu nie czują się dobrze. Osiągamy – w porównaniu z poprzednimi pokoleniami – gigantyczne sukcesy, które raczej nas nie cieszą; ulga, radość i spełnienie nie nadchodzą. Jak powiedziała mi znana artystka: „Nie oczekuję stanu szczęśliwości przez cały czas, ale nie być szczęśliwą ani przez chwilę, to już przesada”. Wygląda na to, że zyskując siłę w rzeczywistości, w której żyjemy, utraciłyśmy wewnętrzną moc, a przynajmniej znaczną jej część. Wiele z nas – o czym donoszą psychologowie i socjologowie – stosuje jawną przemoc wobec siebie poprzez nadużywanie alkoholu i narkotyków, okaleczanie ciała, przygodny seks. Autoagresja dotyczy w takim samym stopniu kobiet domowych, urzędniczek, jak i szefowych korporacji. Przymus karania siebie jest rodzajem samobójstwa na raty. Jednak równie niebezpieczna jest przemoc, której nie widać, czyli to, co sobie codziennie mówimy.

Przez wieki kobiety żyły w uścisku nakazów i zakazów: nie było nam wolno się rozwodzić, studiować, głosować, odmówić poświęcania się, myśleć o sobie, mieć orgazmu. Ten niegdyś zewnętrzny głos „nie wolno” – jak twierdzą współczesne kobiety – jest nieustająco aktywny wewnątrz nas. Czego nam nie wolno? Popełnić błędu. Wahać się. Mylić się. Nie wiedzieć. Wyjechać gdzieś. Napisać książkę. Odpocząć. Cieszyć się z pysznego obiadu, bo to znaczy, że się obżarłam i będę gruba. Nie wolno kupić sobie niczego, co jest droższe niż sto złotych. Ten głos to także: „Nie nadajesz się”, „nie umiesz”, „nie stać cię”, „już za późno”. Za późno, żeby ci się udało, żebyś zmieniła pracę, żebyś była szczęśliwa. Nie stać cię, żebyś mieszkała tak, jak lubisz, tak jak ci się podoba. Musisz kupić tanie, brzydkie meble, ponieważ nie wolno ci mieć pięknych rzeczy. Nie wolno ci kochać, bo to niebezpieczne. Nie wolno ci być kochaną. Nie wolno ufać. Nie wolno. Nie wolno.

Z „nie wolno” łączy się poczucie winy – za to, co zrobiłam albo nie zrobiłam, czego nie dokończyłam, nie dopilnowałam, o czym zapomniałam. Za to, że źle wyglądam. Drobne zaniedbania uruchamiają lawinę wstydu. I irracjonalny lęk przed nieszczęściem: zaraz wydarzy się coś złego. Więc lepiej zapaść się pod ziemię, umrzeć. To jest wstyd siebie prawdziwej, całej – i tej, która wie, i tej, która się boi, waha, popełnia błędy. Wtedy szczególnie irytują osoby, które nie wstydzą się siebie, nie boją się występować publicznie, prezentować efektów swojej twórczości, mimo że nie są wielkimi artystami. Nie wstydzą się siebie, ponieważ siebie poznały, dotknęły, oswoiły.

Jeżeli popełnisz błąd, musisz siebie ukarać, poczuć złość, zachować się autoagresywnie, doświadczyć bólu. Jeden mały krok zrobiony nie w tę stronę, w którą „należy”, kwestionuje wszystko, łącznie z prawem do istnienia. Musisz siebie ukarać choćby pracą ponad siły, nieszanowaniem granic ciała, „umieraniem” ze zmęczenia. To są najważniejsze pytania: Czy głęboko czuję, że mam prawo być na świecie bez względu na to, jaki popełniłam błąd? Czy jestem doskonała? Czy coś osiągnęłam? Czy dobrze wyglądam? Czy mam prawo do istnienia?

Na szczęście żyjemy w czasach powrotu do mądrości dawnych kultur, w których znajdujemy przekazy o wewnętrznej kobiecej mocy. Antropolożka Clarissa Pinkola Estés przez 21 lat pisała książkę „Biegnąca z wilkami”, w której zgromadziła mity i opowieści z całego świata na temat kobiecości. Książka stała się światowym bestsellerem, jest ciągle wznawiana, co świadczy o tym, że tęsknimy za pełnią i pragniemy ją odzyskać. Clarissa pisze: „Zdrowa kobieta przypomina wilka: krzepka, po brzegi pełna, potężna siła życiowa, świadoma swego terytorium, pomysłowa, lojalna, lubiąca wędrówki, życiodajna”. To kobieta kochająca tworzenie, zanurzona w życiu, będąca życiem, radosna i wolna.

W świetnej książce „Ma-uri. Dar życia i moc kreacji” Justyna Rychlewska-Suska, uzdrowicielka i artystka, odkrywa życiodajny świat pradawnych polinezyjskich – maoryskich i hawajskich – systemów wiedzy. Opisuje drogę kobiety otwartej i odważnej, gotowej mierzyć się z przywiązaniem do negatywnych myśli, do poczucia winy i obwiniania, do osądu, lęku i przemocy. Każda z nas rodzi się wyposażona w potężne siły twórcze; możemy zmieniać wzorce, które już nie wspierają życia w nas, na takie, które z życiem płyną. Możemy odkrywać kobiecą mądrość i moc, transformować ograniczające przekonania i stare mentalne programy. Praktykować współczucie i szacunek dla siebie, uczyć się łagodności w budowaniu partnerskich związków.

Wiedza starych mądrych kultur stanowi dla naszej kultury drogowskaz, pisze Justyna. Celem jest wewnętrzna wolność; to możliwość świadomego wyboru myśli, postawy, reakcji emocjonalnej, działania. Na tej drodze prowadzi nas głos serca, ciało, sny, przeczucia, intuicja. Życie mówi do nas: poprzez spotykanych ludzi, odnalezione książki, słowa klucze. Poprzez ciało wypełnione ciepłem i witalnością, ale także niepokojem i bólem. Podążamy za marzeniem, które odkrywamy jako swoje przeznaczenie; główne zadanie, z którym przyszłyśmy na ten świat. Marzenie daje o sobie znać zawsze wtedy, gdy robimy coś, co przepełnia nas radością i poczuciem sensu; gdy niejako stapiamy się z działaniem. Nasze marzenie staje się oczywiste w momentach, gdy ludzie są nam wdzięczni za to, kim jesteśmy. Jesteśmy sobą bez wysiłku udowadniania światu czegoś innego. I jesteśmy świadome, że proces kreacji, transformacji nigdy się nie kończy.

Szanujemy siebie. Ufamy sobie. Współczujemy sobie. Udzielamy sobie wszelkiej pomocy. Stoimy po swojej stronie. Afirmujemy życie, którym jesteśmy.