1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Motywacja po włosku, czyli głód sukcesu

Motywacja po włosku, czyli głód sukcesu

fot.123rf
fot.123rf
Włochy kojarzą się nam raczej z bardzo dobrym jedzeniem. Pytanie więc, dlaczego chcę pisać o włoskim głodzie? Pomyślicie pewnie, że będę mówić o obozach, gdzie koczują uchodźcy z Afryki, ale nie… Głód jako motywator do działania poznałam w Mediolanie, mieście, gdzie powstaje włoska moda, i które jest centrum biznesowym Italii.

Podczas pracy dla jednej ze światowych agencji reklamowych wyjeżdżaliśmy na różnego rodzaju szkolenia. Pewnego razu przyjechaliśmy do bardzo pięknego hotelu w Mediolanie, gdzie odbyło się jedno ze szkoleń pod hasłem: „co zrobić, byście zdobywali więcej nagród”. Były to trzy intensywne dni tworzenia programu motywującego działy kreatywne na całym świecie: chodziło o pracę w taki sposób, aby dostarczyć więcej nagród na światowych festiwalach. Co opracowaliśmy jakiś program, wydawał się on nam nieodpowiedni – jak w błędnym kole – wciąż zaczynaliśmy od nowa. Wszystkie nasze pomysły w pierwszej chwili wydawały się genialne, a w następnej przychodziła myśl stworzenia czegoś nowego i tym samym zaniechania dotychczasowej pracy na rzecz kolejnego, nowego programu. Po raz setny pytając siebie „jak ich zmotywować?”, odpowiedział nam starszy, włoski kelner, odpowiedzialny za catering pizzy. Burknął coś pod nosem, co brzmiało: „by odnosić sukcesy, trzeba być ich głodnym”. Natychmiast go zatrzymaliśmy, prosząc, by rozwinął swoją myśl. Włoch spojrzał na nas ze zdziwieniem i wyjaśnił, że człowiek zrobi wszystko wtedy, gdy jest tego głodny. To było jak olśnienie! Nie ma to jak żądza zwycięstwa, sukcesu, pieniędzy, czy miłości… Pragnąc tych rzeczy, znajdujemy w sobie tak ogromną siłę, która nie pozwala nam oglądać się za siebie, tylko iść prosto, do przodu, po wymarzony cel. Dlaczego? Bo nie ma nikogo ani niczego, co może nas zatrzymać, byśmy zaspokoili nasz wilczy apetyt.

I tak stworzyliśmy program motywujący dla naszych zespołów… Powstał na pomyśle „wygłodzenia ich”. W jaki sposób ich głodziliśmy? Na przykład lataliśmy na światowe festiwale i tylko ci, którzy mieli projekty w konkursie, mieli prawo wejść do pałacu festiwalowego. Pozostali oglądali kolegów na telebimach. Po powrocie do agencji ci, którzy stali przed budynkiem pracowali jak szaleni, gdyż ich celem było znaleźć się w środku pałacu festiwalowego. Motywowaliśmy ludzi pokazując im jaki jest ten sukces, gdzie będą, czego doświadczą. To był najlepszy plan motywacyjny jaki mogliśmy stworzyć.

Ten włoski głód nauczył mnie jednego – gdy czuję, że już nic nie motywuje mnie do działania, to myślę: musisz się trochę „wymorzyć”! Wtedy znajduję coś, co powoduje, że zaczyna mi się chcieć. Prowadząc ChouChou Like Me wielokrotnie mam dość. Przyglądam się wszystkiemu co osiągnęłam i wciąż jestem tak daleko od wyznaczonego celu. Wtedy czuję wielkie zniechęcenie – wręcz bezsilność, by walczyć o więcej… I właśnie w takich momentach, gdzieś z tylu głowy, słyszę starszego Włocha: „aby odnieść sukces trzeba być głodnym” i zastanawiam się, jak to zrobić, by być głodnym tego o czym marzę i co już dawno przemieniłam w cel. Przypominam sobie program, który tworzyliśmy wtedy w Mediolanie i myślę – co sprawi, by mi się chciało chcieć. Siadam i szukam. Po prostu szukam sposobu na samą siebie. Tym, co najlepiej działa na mnie jest definiowanie: czym dla mnie jest ten sukces, co on oznacza, gdzie będę i co będę robić, gdy go odniosę. Znajduję zdjęcia miejsc, do których pojadę, oglądam potrawy, które będę jeść i wymyślam sobie ich smak. W wyobraźni poznaję ludzi, których spotykam na nowej drodze. I tak buduję swój wymarzony świat, do którego dążę. To w głowie wyobrażam sobie swoje ciało jak wygląda i powoli zaczynam czuć to dziwne poczucie głodu. Rodzi się tak, jak ten zwykły głód jedzenia, a gdy jest już taki, że nie mogę dłużej wytrzymać, biorę się do pracy nad tym, by go zaspokoić.

Wiele razy doświadczałam w życiu tego głodu po włosku i zawsze dawał mi siłę do osiągania nieosiągalnego. To dzięki niemu jestem dziś tu, gdzie jestem. I jeśli ktokolwiek pyta mnie co było kluczem do sukcesu jakiegoś człowieka, zawsze odpowiadam – on po prostu był go głodny. Jeśli zapytacie, jak motywować wasze zespoły do pracy, nie ma nic lepszego jak właśnie sprawienie, by poczuli ten wilczy apetyt na wymarzony cel. To właśnie marzenia, przemieniane i definiowane w cel, który osiągamy i którego jesteśmy głodni powodują, że jesteśmy w stanie dać z siebie wszystko. Aby odnieść sukces, trzeba być go głodnym!

Kamila Kubiak – dreamsetterka, absolwentka Wydziału Grafiki na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pracowała w najlepszych agencjach reklamowych świata w Paryżu, Nowym Jorku, Moskwie i w Warszawie. Jest laureatką wielu międzynarodowych nagród m. in. Cristal Award w Nowym Jorku. Jest współwłaścicielką marki ChouChou Like Me, która ma swoje korzenie w coaching’u, a jej celem jest pomaganie innym realizować ich marzenia i osiągać cele.  

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku rozwinąć jego potencjał?

Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Wszyscy uczymy się w charakterystyczny dla siebie sposób. Zauważył to już Howard Gardner, amerykanski psycholog, profesor Harvardu, który w swojej teorii inteligencji wielorakiej (zwanej też wielokrotną) wyodrębnił aż 8 typów inteligencji. Według niego rowijanie właściwych sobie predyspozycji idzie w parze ze stanem uskrzydlenia (flow). Fot. iStock
Dziecko spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście.

Na czym polega uskrzydlenie intelektualne i dlaczego jest tak ważne?

Stan uskrzydlenia (inaczej flow) może być niezwykle istotny w edukacji dziecka. Przepływ (czyli ang. flow, a inaczej doznanie uniesienia, uskrzydlenia) to pojęcie z pogranicza psychologii pozytywnej i psychologii motywacji. Według Mihály Csíkszentmihályi, twórcy tej koncepcji, flow to stan między satysfakcją a euforią, wywołany całkowitym oddaniem się jakiejś czynności.

Uskrzydlenie jest stanem, w którym zapominamy o wszystkim oprócz tego, co akurat robimy. Dajemy z siebie wszystko, nie myśląc ani o sukcesie, ani o porażce, motywuje nas czysta przyjemność działania. Jesteśmy spokojni, skupieni, zadowoleni, twórczy, wynalazczy. Jesteśmy głęboko przekonani o swoich znakomitych umiejętnościach. Najpierw ogarnia nas błogi spokój, a potem pojawia się spontaniczna radość, a nawet upojenie. O takich odczuciach często mówią sportowcy, kompozytorzy, alpiniści, ale też urzędnicy wykonujący papierkową pracę. Zadanie, które mogłoby wydawać się trudne, okazuje się łatwe, wręcz zwykłe i naturalne. Płynnie pokonujemy kolejne stopnie trudności, nie myśląc o tym. Taki stan od czasu do czasu osiąga każdy z nas. Wspinamy się wtedy na szczyty swoich możliwości, wykraczamy poza to, co dotychczas osiągnęliśmy. Uskrzydlenie jest szczytem inteligencji emocjonalnej. To najdoskonalsza postać okiełznania emocji i wykorzystania ich do pracy i nauki.

Stan ten można osiągnąć np. poprzez celowe skoncentrowanie się na zadaniu. Skuteczna koncentracja jest samoistnie działającą siłą, która uśmierza inne emocje i sprawia, że zadanie staje się dziecinnie łatwe. Ubocznym skutkiem koncentracji jest ekstaza. Dlatego, żeby się dobrze skoncentrować musimy podjąć wysiłek i potrzebna nam będzie dyscyplina. Najskuteczniej koncentrujemy się, gdy zadanie wymaga od nas nieco większego niż zwykle wysiłku, ale jesteśmy w stanie się na niego zdobyć. Jeśli nas przerasta, zaczynamy się niepokoić, stresować. Gdy jest zbyt łatwe, dopada nas znużenie. Uskrzydlenie mieści się w strefie między niepokojem a znużeniem. Gdy je osiągamy, paradoksalnie mózg jest „zimny”, zmniejsza się aktywność jego kory. To klucz do uskrzydlenia – mózg nie musi „za bardzo się wysilać”, gdyż stojące przed nami zadanie mieści się w granicach szczytu naszych możliwości a obwody nerwowe pracują najefektywniej. A my, tak jak one, działamy optymalnie.

Jak motywować dziecko? - Wykorzystaj uskrzydlenie w jego edukacji!

Howard Gardner, psycholog z Harvardu, który stworzył teorię inteligencji wielorakiej, uważa uskrzydlenie za najzdrowszą metodę uczenia dzieci. Motywuje ona od wewnątrz, a nie za pomocą kar i nagród. Według Gardnera uskrzydlenie jest stanem psychicznym, który oznacza, że dziecko zajmuje się właściwym zadaniem. Nie osiągnie tego, jeśli zadania przed którymi staje, nudzą go lub przerastają. Dziecko, żeby osiągnać stan flow,  spontanicznie powinno zajmować się tym, co przynosi mu radość. Wówczas motywacja, by być w tym coraz lepszym, będzie naturalna. Dająca rozwój i szczęście. Podstawą edukacji zatem powinno być określenie profilu naturalnych zdolności dziecka, rozwinięcie ich oraz próba wzmocnienia słabszych punktów. Chodzi o to, żeby zaproponować mu lekcje i zajęcia na różnych poziomach, które będą stwarzać optymalne dla niego wyzwania. Dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza, nie budzi ani uczucia znudzenia, ani lęku. Uczucie uskrzydlenia, jakiego dzięki temu doznaje, doprowadzić je może do wybitnych osiągnięć.

Jak rodzice i nauczyciele mogą pomóc dziecku odnaleźć klucz do uskrzydlenia?

  • Dzieciom trzeba dostarczać dużo bodźców, potrzebnych do rozwoju. Im więcej, tym lepiej. Dobrze, gdy dziecko ma możliwość angażowania się w wiele rodzajów ekspresji twórczej, bo to rozwija je kompleksowo. Ekspresja twórcza może być słowem, dźwiękiem, ruchem, wyobraźnią. W praktyce chodzi tu o wiele dziedzin działania, takich jak malowanie, pisanie, śpiewanie, taniec, sport. Najlepiej jest, jeśli dziecko ma do tych wszystkich aktywności łatwy dostęp.
  • Stawiajmy na różnorodność. Jeśli widzimy, że dziecko na przykład lubi rysować, pokażmy mu różne rodzaje kredek, ołówków, farb. Odkryjmy przed nim rozmaite techniki, w jakich mogą powstawać prace plastyczne, chociażby malowanie palcami.
  • Nie zapominajmy też o swobodnej ekspresji twórczej, która może się ujawniać w wielu codziennych sytuacjach. Przykłady: wyjście z mamą do sklepu łączy się z odnajdywaniem kolorów produktów spożywczych, rodzinny spacer do lasu jest okazją do podskakiwania, czy ćwiczenia spostrzegawczości, czas przed zaśnięciem wspólnym wymyślaniem historii, każdego dnia związanych z innym z innym skojarzeniem.
  • Dziecko rozwija to, co jest kojarzone z zabawą i pozwala na swobodę (bez oceniania) oraz włącza wszystkie zmysły. Ważne jest, by dziecko traktowało zajęcia jak przyjemność, było podczas nich swobodne - niech rysuje to, co samo chce a niekoniecznie zadany temat. I co istotne – małe dzieci zawsze chwalmy za ich zaangażowanie i tworzenie, a nie zawsze za rezultat. Unikajmy porównywania i oceniania. Pochwały jednak muszą być konkretne i prawdziwe. Szczególnie ważny jest okres przedszkolny, bo potem pojawiają się oceny, rywalizacja z innymi dziećmi, standardy w które trzeba się wpasować. Jeśli wcześniej dziecko ma możliwość odczucia radości tworzenia to potem wzmacnia to jego poczucie wartości.
  • Rozwijajmy dziecko na wszelkich polach dostępnych zmysłom. To jest naturalny sposób uczenia się, który gubimy przez tradycyjny system nauczania. Małe dziecko uczy się widząc, słysząc, dotykając, poznając świat za pomocą smaku i węchu.
  • Starsze dziecko zwykle samo już wybiera to, czym chce się zająć. Pozwalajmy na te wybory. Są dzieci, które do różnych czynności podchodzą ze słomianym zapałem, ciągle zmieniając swe zainteresowania. Nie traktujmy tego jako czegoś złego. Im więcej szans stworzymy mu, by znalazło coś, co je uskrzydli, tym będziemy bliżej sukcesu. Pozwolimy na rozwój naturalnych zdolności, kształtowanie pasji, realizowanie celów i przezwyciężanie przeszkód.
  • Dziecko, które jest prawdziwie zaangażowane w to, co robi, jest jednocześnie idealnie skoncentrowane. Zdolność koncentracji może być osłabiona przez zbyt wiele godzin spędzanych przed komputerem czy telewizorem. Dlatego tak ważne jest rozwijanie dziecka na wielu poziomach, zwłaszcza ruchowym. Są sposoby na łatwiejsze osiągnięcie koncentracji, na przykład przez: słuchanie muzyki relaksacyjnej, żonglowanie, zabawy słowne angażujące w konkretny temat. W ćwiczeniu koncentracji należy wykorzystywać preferowany przez dziecko sposób przetwarzania informacji - zwykle jest wzrokowy, słuchowy albo kinestetyczny. Pokój czy biurko dziecka wzrokowca powinno mieć wiele obrazów, zdjęć, wykresów. Słuchowiec często potrzebuje muzyki przy nauce, a kinestetyk najchętniej uczy się przez działanie, to zwykle kinestetycy lubią kiedy ktoś towarzyszy im przy nauce.
Warto przypomnieć, że w 2011 r. prof. Gardner odwiedził trzy polskie miasta w związku z podsumowaniem projektu, który przeprowadziła Grupa Edukacyjna S.A. wśród nauczycieli i uczniów szkół podstawowych z całej Polski. Podstawą teoretyczną projektu była właśnie teoria inteligencji wielorakich Howarda Gardnera. Użyto ją, aby dostosować sposób nauczania w klasie pierwszej do indywidualnych zainteresowań, umiejętności i możliwości każdego dziecka.

  1. Psychologia

Jak zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Można dziecko zmusić, żeby siedziało przy biurku, żeby wpatrywało się godzinami w podręcznik czy nawet żeby odrobiło lekcje, ale do nauki – nigdy. Maluch czy nastolatek będzie się pilnie uczyć tylko wtedy, gdy będzie mu to sprawiać przyjemność, gdy ta potrzeba zakotwiczy się na poziomie automotywacji. Jak zatem zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Otóż wcale nie dlatego, że są leniwe czy mało pojętne. Przyczyn należy szukać w ich otoczeniu, a bardziej  konkretnie – w postawie dorosłych. Każde dziecko ma naturalną potrzebę zdobywania wiedzy. Rola rodzica polega tylko na tym, żeby go do tego nie zniechęcać. Oto wskazówki, które pomogą zachęcić dziecko do nauki:

Traktuj naukę dziecka jako rzecz świętą

Nie przerywaj mu, nie wołaj do telefonu, wyłącz wszelkie źródła dźwięku. Możesz mówić, że: dajesz mu kanapki z rybą, że musi spać dziewięć godzin, być dotleniony itp., żeby mógł się lepiej skoncentrować w szkole. Niech dziecko widzi, że traktujesz to bardzo poważnie.

Wprowadź zasadę, że wszystkie dzieci uczą się w tym samym czasie

Niech żadne wtedy nie ogląda telewizji i nie gra na komputerze, a telefony najlepiej jeśli zostaną wyciszone. To podstawowy błąd rodziców: pozwolić, by jedno z dzieci się bawiło, gdy drugie się uczy.

Pokaż mu, jak bardzo cenisz rozwijanie pasji

Samodzielnie napisany referat, research w książkach i internecie, zrobienie makiety – takie działania przyniosą dziecku więcej korzyści i satysfakcji niż przesiedzenie ośmiu lekcji w szkole.

W dni wolne staraj się rozszerzać wiedzę dziecka

Daj mu okazję, żeby błysnęło w domu tym, czego się nauczyło w szkole. Zabierz je do muzeum (nawet wirtualnie). Jeśli teraz uczy się o skałach, niech to będzie Muzeum Ziemi. Poznaje muzykę Chopina? Wykorzystaj to jako okazję do poznania Żelazowej Woli.

Naucz dziecko traktować naukę jak wyzwanie

Pokazuj mu, jak wartościowe jest robienie czegoś, czego jeszcze nigdy się nie robiło, a co wydaje się trudne. Np. piecz ciasta, które wydają się skomplikowane do zrobienia, rozwiązuj najtrudniejsze krzyżówki.

Wpajaj mu pogląd, że mądrość to coś, nad czym trzeba pracować

Jeśli uważasz, że ludzie po prostu rodzą się inteligentni albo nie, nie licz na to, że twoje dziecko będzie lubiło się uczyć. Po co ma to robić, skoro i tak od tego IQ mu nie wzrośnie?

Oceniając ludzi zmień kryterium

Na kryterium mądrości. „Marek jest bardzo mądry, prawda? Dużo czyta”. Kładź nacisk na wytrwałość, którą widzisz u innych, a nie na efekty.

Chwal dziecko za prawdziwy wysiłek i upór

Nigdy nie szafuj lekko rozdawanymi pochwałami, bo dziecko do nich przywyknie. Nie zachęcaj też dziecka do "oszukiwania" dla uśpienia poczucia winy.

Nie chwal dziecka za byle co, bo zrozumie, że masz niskie oczekiwania i nie cenisz wysiłku

W Europie mamy prawdziwą obsesję na punkcie poczucia wartości i chwalimy dzieci bez opamiętania, za wszystko. Gdy coś im przychodzi łatwo albo zrobiły byle jak i zostaną pochwalone – zniechęcą się do nauki.

Uważaj, jakie bajki czytasz maluchowi

Większość naszych tradycyjnych bajek swoją fabułę opiera na szczęśliwym przypadku, czyli sukces bohatera zależy od ślepego losu. Nie czytaj dziecku, że księżniczkę uwiezioną w wieży uwolnił książę, ale o tym, że przez wiele lat plotła linę z pajęczyny i sama się uwolniła.

Jak najczęściej mów dziecku o swoich błędach

I o tym, jak bardzo pomogły ci się nauczyć czegoś nowego. Wspominaj je z przyjemnością i mów, że były szansą do pokazania twojej wytrwałości.

Podkreślaj sukcesy, zamiast braków

Jeśli dziecko ma ogromne problemy z jednym przedmiotem, zachęć je, by na lodówce pojawiła się kartka: „Co już umiem”. Codziennie przed snem zapiszcie na niej to, czego dziś dziecko się dobrze nauczyło oraz to, w czym już jest kompetentne. Nawet jeśli to będą tylko dwie daty lub cztery słówka czy jedna definicja. Zwróć uwagę dziecka, jak szybko kartka się zapełniała, o ile stał się mądrzejszy przez te kilka dni.

  1. Psychologia

Pracoholizm - kiedy sukces niszczy

Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego. (Fot. Getty Images)
"Kiedy twoje życie prywatne jest zagrożone, to znak, że w pracy cię doceniają. Kiedy legnie w gruzach – pora na awans" – to kluczowe zdanie z filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Film był komedią, rzeczywistość nie jest już taka wesoła.

Mobbing, wypalenie zawodowe, szef despota, toksyczne relacje w firmie – brzmi jak grypa w sezonie jesienno-zimowym albo żywność GMO. Jesteśmy nad wyraz zapracowanym narodem. W pracy spędzamy ponad 40 godz. tygodniowo. Shawn Achor, wykładowca psychologii pozytywnej na Harvardzie, ostrzega: „Większość firm i szkół wierzy w ten sam przepis na sukces: im ciężej będziesz pracował, tym większy sukces osiągniesz. A im większy będzie sukces, tym będziesz szczęśliwszy. Tyle że ilekroć odnosisz sukces, podświadomie podnosisz poprzeczkę tego, co będziesz uznawał za sukces w przyszłości”.

No właśnie, pracujemy w imię sukcesu. Ale sukces to nie tylko awans, wypłata z dużą ilością zer, służbowy laptop i samochód czy złota karta kredytowa, ale także trudne wybory… Również ten – nieuświadomiony i najważniejszy – czy tkwić w roli ofiary krwiożerczego kapitalizmu, czy zmierzyć się z własnym cieniem.

Brudne pieniądze

42-letnia Mirka trafiła do mnie, niemal siłą przyprowadzona przez matkę. Od trzech lat cierpi na depresję. Zaraz po studiach założyła z kolegą agencję reklamową. Przez pierwsze lata pracowała po kilkanaście godzin na dobę. W międzyczasie miała romans z żonatym mężczyzną, zaszła w ciążę i urodziła synka. Mężczyzna wrócił do żony. Rodzice Mirki zajęli się dzieckiem. – Obiecałam im, że do czterdziestki zarobię tyle, że potem nie będę musiała pracować – opowiada. I obietnicę spełniła. Dziś ma pieniądze, ale choroba nie pozwala jej cieszyć się życiem. Kiedy bierze antydepresanty, wraca do pracy. Odstawia leki i po dwóch tygodniach zalega w łóżku.

Mirka ucieka od życia: do pracy albo w chorobę. Za każdym razem jest to ucieczka od siebie, a jej sukces, choć jest cudownym wytłumaczeniem zaniedbywania dziecka (samotna matka musi zarobić na rodzinę), jakoś szczęścia nie daje. – Wie pani, praca w reklamie to nie zawsze czysta gra – przyznaje. – Te pieniądze wcale mnie nie cieszą. Czasami wstydzę się sposobu, w jaki doszłam do tego wszystkiego, co mam.

Mirka realizuje życiowe mity, którymi nasiąkamy od najmłodszych lat. Choćby takie: „Uczciwą pracą jeszcze nikt się w tym świecie nie dorobił”, „Praca to ciężki obowiązek” czy „Odpoczniesz na emeryturze”.

Pracoholik na wagę złota

Pracoholik to nie to samo co entuzjasta pracy – pisze w miesięczniku „Benefit” Joanna Rubin. – Nadmierne zaangażowanie w pracę i inwestowanie swoich sił ponad miarę w obowiązki zawodowe może doprowadzić do wypalenia zawodowego – ostrzega autorka. Pasjonat pracy z radością angażuje się w swoje obowiązki, ale pielęgnuje także inne sfery życia i nie zapomina o odpoczynku. Wiedzą o tym doskonale pracodawcy, którzy chętnie zatrudniają pracoholików, ale równie łatwo się ich pozbywają, kiedy ci np. zaczynają chorować. A pracoholizm to choroba – uzależnienie, takie samo jak alkoholizm czy kompulsywne objadanie się. Kluczem do sukcesu nie jest praca po 10 godzin na dobę, pełna dyspozycyjność czy rezygnacja z urlopu, tylko rozsądek i równowaga, ale… zanim je osiągniemy, bywa, że korporacyjną epidemię, czyli mobbing, wypalenie, toksyczne relacje – będziemy pewnie musieli zaliczyć.

Korporozwodnicy

Rozwody z korporacją bywają spektakularne. Pewnie znasz „szczęśliwców”, którzy porzucili firmę i uciekli w Bieszczady hodować kozy albo zamienili kancelarię prawniczą na rękodzieło. Zwykle prędzej czy później okazuje się, że korpo porzucili, a problem pozostał.

Agnieszka zrezygnowała z etatu i zaczęła pracować w domu. Przez miesiąc odpoczywała od pracy w firmie, a oszczędności powoli topniały. Po dwóch kolejnych z lęku przed niewypłacalnością rzuciła się w wir obowiązków zawodowych. – Były dni, kiedy nie wychodziłam z łóżka, nie miałam czasu zjeść ani się umyć, tylko ślęczałam nad komputerem – opowiada. Kiedy trafiła na ostry dyżur z silnym bólem brzucha, zdała sobie sprawę, że „na swoim” pracuje ciężej i więcej.

Dominika była zatrudniona w firmie szkoleniowej. – Znudziły mi się tzw. dupogodziny, postanowiłam założyć swoją firmę. Jestem dobrym szkoleniowcem, mam bazę stałych klientów – opowiada. Dziś pracuje kilka dni w miesiącu, głównie na wyjazdach. Ale nie umie zagospodarować czasu wolnego: albo pracuje, albo leży na kanapie przed telewizorem. – Kiedyś było lepiej, przynajmniej byłam wśród ludzi – wyznaje.

Zrozumieć problem

Przekonanie, że musisz pracować ponad siły, bo masz kredyt do spłacenia, a dziś wszyscy tak ciężko pracują, albo strach, że w dobie kryzysu nie znajdziesz innej pracy – to jedna wielka iluzja. Mobbing, toksyczne relacje czy wypalenie zawodowe to zjawiska, które oczywiście istnieją, jednak być może są dobrym, społecznie aprobowanym usprawiedliwieniem, przykrywką twoich głębszych, bardziej bolesnych problemów. Ucieczka w pracę to często ucieczka od niesatysfakcjonującego związku czy lęku przed samotnością. Pracoholizm bywa sposobem kontrolowania życia.

Nie szukaj winnego na zewnątrz, po prostu przyjrzyj się sobie. Usiądź spokojnie na kanapie albo idź na długi spacer i zastanów się, czym dla ciebie jest sukces. Czy chodzi o pieniądze, a może o podziw albo uznanie? Zastanów się, jakie są twoje mocne, ale też słabe strony. Odkryj swój rytm, zacznij od spraw podstawowych. Kiedy jesteś najbardziej wydajna: rano czy wieczorem? Jak lubisz odpoczywać, co cię najbardziej męczy, ile godzin snu potrzebujesz, czy lubisz współpracować, a może wolisz samodzielną pracę? Ile potrzebujesz pieniędzy, żeby żyć wygodnie? Wyobraź sobie siebie za 5, 10 lat. Jak wyglądać będzie wtedy twoje życie? To nie praca cię niszczy, to ty niszczysz samą siebie. Chcesz to zmienić?

  1. Styl Życia

Jak sport wpływa na karierę?

fot. iStock
fot. iStock
Co robi człowiek sukcesu przed godziną 9 rano? Trenuje! Ludzie, którzy świetnie radzą sobie w życiu zawodowym, aktywnie witają dzień. Czy to dowód na to, że uprawianie sportu pomaga w karierze? A może sport i sukces idą ramię w ramię, wzajemnie się wspierając?

Coraz więcej osób zaczyna biegać, uprawiać triathlon, chodzić do fitness clubów, pasjonować się sportem – moda na aktywny tryb życia trwa w najlepsze. Oprócz zdrowia, energii i przyjemności daje nam ona jednak coś więcej. Według Pauliny Brzózki, trenerki fitness oraz coach, uczy ustalania celów sportowych. – Jeśli chcemy przebiec półmaraton, schudnąć czy wymodelować sylwetkę, potrzebujemy planu treningowego, czyli po prostu planu działania. A ponieważ sport zazwyczaj jest mierzalny, ułatwia nam to pracę nad celem – tłumaczy. Dlaczego piszemy o tym w rubryce dotyczącej pracy? Bo te same mechanizmy, które działają na arenie sportowej, możemy zastosować w sferze zawodowej. I skutecznie zaplanować swoją karierę.

Wyznaczanie celu

Zarówno w sporcie, jak i w biznesie motywacja często zależy od celu. Jego właściwe ustalenie to połowa sukcesu, druga połowa związana jest z konkretną strategią, czyli planem działania. Zatem: cel, po pierwsze, powinien być „nasz”, czyli indywidualnie dobrany, uszyty na miarę. – Nawet jeśli jest on zespołowy czy mieści się w idei jakiejś firmy, warto wiedzieć, co znaczy dla mnie – mówi Paulina Brzózka. – Przykładowo pozwoli zdobyć mi nowe doświadczenie lub przybliży do awansu. Tak jak udział w biegu na 10 kilometrów pozwoli mi sprawdzić się na nowym dystansie.

Po drugie, cel powinien być realny do osiągnięcia, a jednocześnie ambitny. Jeśli nie stanowi dla nas wyzwania, nie będzie wystarczająco pociągający. Zaczniemy trenować albo pracować nad projektem, ale dopiero tydzień przed wyznaczonymi zawodami czy deadline’em. – Pytanie, na ile możemy wtedy dać z siebie 100 proc. zaangażowania – zauważa Paulina Brzózka. – I jaka będzie nasza skuteczność? Tak jak nie można się najeść na zapas, tak samo niemożliwością jest wykonać w tydzień coś, na co potrzebujemy miesiąca. W ten sposób nie można efektywnie ani trenować, ani pracować.

Mobilizując się na ostatnią chwilę, tracimy komfort działania, bo nie mamy czasu na regenerację organizmu: ciała oraz umysłu. A także na refleksję: w którą stronę zmierzam, co jeszcze mogę zrobić, co ewentualnie zmodyfikować i co mi to daje.

Z drugiej strony, gdy cel będzie zbyt wygórowany, też stracimy motywację do działania. – Jeżeli nie zaprzyjaźniłaś się z lekcjami wuefu i jesteś na bakier ze sportem, nie planuj od razu przebiegnięcia maratonu – dodaje trenerka. – Jeśli cel jest zbyt trudny, pojawia się szereg wymówek, odkładamy realizację na później.

Nagle rezygnujemy z zawodów sportowych, z wystąpienia na konferencji lub pójścia na kluczowe spotkanie. Robimy wszystko, by do finalnego wyzwania nie doszło lub idziemy na tzw. żywioł, za co płacimy przemęczeniem organizmu.

– Do tej pory mówiliśmy o motywacji wewnętrznej, która oznacza pełną świadomość tego, co mi da osiągnięcie tego celu – podsumowuje Paulina Brzózka. – Na przykład jeśli przebiegnę 10 kilometrów, nauczę się zarządzać czasem tak, by móc trenować, poprawię wydolność i samopoczucie, dotlenię się. I analogiczna sytuacja jest w życiu zawodowym.

Osiągnięcie celu może być podstawą awansu lub warunkiem  otrzymania pieniędzy do zrealizowania jakiegoś marzenia – ta zewnętrzna motywacja również jest istotna i chyba jeszcze częściej spotykana. Podczas gdy wewnętrzna pozwala pokonać przeszkody, ta druga sprawia, że cel nabiera jeszcze większej atrakcyjności. To taka gratyfikacja za sukces, może być nią pochwała szefa, zachwyt znajomych, wygranie zakładu. Zatem warto mieć motywację wewnętrzną i zewnętrzną.

Ustalanie planu działania

Jeśli realny, mierzalny, ambitny oraz indywidualnie skrojony cel jest już zdefiniowany, przychodzi czas na zastanowienie się, jak go zrealizować. Czyli ustalamy plan działania. W tym momencie warto porozumieć się z ekspertem. W życiu zawodowym może to być coach, mentor, przełożony lub bardziej doświadczony kolega. W życiu sportowym – trener, dietetyk. Pomogą nam urealnić cel.

Dobry plan powinien składać się z mniejszych odcinków oraz mieć ustalony czas na ich wykonanie. Ponadto potrzebne będą punkty kontrolne. Chodzi o to, żeby na przykład po dwóch tygodniach móc sprawdzić, w jakim miejscu jesteśmy. Może należy coś zmodyfikować, bo zaplanowaliśmy sobie, że w tym momencie będziemy już o krok dalej? Dzięki temu wiemy, czy powinniśmy zintensyfikować działania, czy nie. – W sporcie monitorujemy odpowiednie wskaźniki: jakie dystanse przebiegłam, jaki czas osiągnęłam, o ile zmniejszyła się tkanka tłuszczowa, a zwiększyła masa mięśniowa – mówi Paulina Brzózka.

Dokładnie tak samo postępujmy w pracy – jeśli celem jest większa sprzedaż – sprawdzamy: liczbę pozyskanych kontaktów, odbytych rozmów, liczbę zainteresowanych, liczbę sfinalizowanych transakcji. Jeżeli chcemy awansować, sprawdzamy uzyskanie kolejnych potrzebnych do tego kompetencji: udział w projektach, konferencjach, szkoleniach. Tak skonstruowany plan daje nam realną informację zwrotną i pozwala utrzymać motywację na odpowiednim poziomie.

System wsparcia

– W życiu zawodowym, jak w sporcie, potrzebujemy kibiców. Większość osób ma  dziś profile na Facebooku, na których chwali się założonymi i zrealizowanymi celami. I to też może nam wzmacniać motywację – mówi Paulina Brzózka. – Bo skoro już napisałam na tablicy, że przebiegnę kilka kilometrów, to do czegoś się przed ludźmi lajkującymi zobowiązałam.

W biznesie takie zobowiązania mają zwykle postać e-maili lub informacji wysyłanych przez menedżera projektu do całej siatki pracowników oraz publikacji rankingów. Ważne jest jednak, by to wsparcie pracowników przekładało się też na efektywną pracę zespołową i nie przybierało formy presji ani nacisku.

Osiągnięcie stanu flow

A co z wolnymi, twórczymi zawodami? Takimi, w których nie widać konkretnej cyfry jako wyniku, a sukces często zależy od szczęścia i wymaga cierpliwości? Tu przyda  się pojęcie „stanu flow”, który pozwala w zawodach artystycznych na wybitność, na wyjście poza schematy. W trakcie aktywności fizycznej też można go doświadczyć.

Kiedy uprawiamy sport, w naszym organizmie wydziela się mnóstwo endorfin, podwyższa się temperatura ciała, wchodzimy w odmienny stan świadomości. Odrywamy się od rzeczywistości. Jesteśmy całkowicie tu i teraz. Weźmy jako przykład bieg na 10 kilometrów. Po pierwsze, robimy coś, co nam sprawia przyjemność, czyli biegniemy, po drugie, podnosimy sobie poprzeczkę, bo biegniemy na dystans dla nas wcześniej nieosiągalny – a to, zgodnie z definicją flow, elementy niezbędne do poczucia tego stanu. – Nogi odmawiają posłuszeństwa, oddech się rwie, ale tłum i głos we własnej głowie motywują: „Dawaj jeszcze trochę, twój cel na teraz to się nie zatrzymać”. I raptem okazuje się, że czas płynie trzy razy szybciej i dokonaliśmy czegoś, co wydawało się niemożliwe – mówi Paulina Brzózka.

Poczucie stanu flow z bieżni można przenieść na stan flow przy biurku, sztalugach czy  na scenie. Podstawą jest przyjemność i delikatnie podniesiona poprzeczka.

Poprawa ogólnej sprawności fizycznej

– Jest też druga strona medalu – mówi trenerka. – Można wybrać sobie taki cel sportowy, który zwiększy naszą efektywność w pracy. Bo sport dodaje wiary w siebie i pewności. Ćwiczysz, więc wyglądasz i czujesz się lepiej, jesteś uśmiechnięta, masz więcej energii, twój umysł zaś dzięki dotlenieniu i pobudzeniu lepiej pracuje, a to przekłada się pozytywnie na życie zawodowe. Sport jest też jednym z lekarstw na dolegliwości cywilizacyjne: cukrzycę, otyłość, zaburzenia cholesterolowe, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Działa profilaktycznie, ale także sprawia, że czynności dnia codziennego stają się łatwiejsze. Przecież trzeba mieć siłę, żeby wysiedzieć kilka godzin przy komputerze albo utrzymać pędzel w dłoni.

W każdym zawodzie potrzebujemy ogólnej sprawności fizycznej. Przynosi ona efektywność we wszystkich dziedzinach: jesteśmy silniejsi psychicznie podczas rozmów biznesowych, lepiej skoncentrowani na spotkaniach, skuteczniej panujemy nad stresem, na skutek wyćwiczonej koordynacji ruchowo-przestrzennej nasze neuronowe połączenia w mózgu są aktywniejsze, więc wpadamy na dobre pomysły. Jesteśmy też dużo bardziej zdyscyplinowani, skuteczni i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces.

– W życiu zawodowym niezbyt często planujemy karierę, wolimy zdawać się na los lub nie mamy na to czasu, bo ciągle zajmujemy się „gaszeniem pożarów” lub – co gorsza – życiem innych, a to nie popycha do przodu – mówi Paulina Brzózka. – W kioskach roi się od czasopism, które publikują plany treningowe. Być może, gdybyśmy mieli analogiczny do treningu na mięśnie brzucha harmonogram dotyczący zadań w pracy, szybciej lub częściej pokonywalibyśmy kolejne granice, wspinając się po stopniach kariery.

Sport daje energię, ale też uczy dyscypliny planowania i rozliczania się z etapu wykonania zadań, czyli efektywnego biznesplanu. A sukces zarówno w sporcie, jak i w pracy wynika z odpowiedniego  przygotowania, systematyki działania i wytrwałości. Najlepszych odróżnia jeszcze świadomość tego, czego chcą, i szeroka perspektywa patrzenia, by odpowiednio planować i przewidywać.

  1. Psychologia

Epidemia depresji. O najgroźniejszej chorobie cywilizacyjnej rozmawiamy z psycholożką Ewą Woydyłło

O depresji mówimy, kiedy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. (Fot. iStock)
O depresji mówimy, kiedy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. (Fot. iStock)
Choroba, która niszczy motywację do życia, przybiera rozmiar epidemii. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że do 2030 r. depresja będzie najczęściej diagnozowaną chorobą w krajach najbardziej rozwiniętych ekonomicznie, wyprzedzając nawet schorzenia sercowo-naczyniowe. 23 lutego obchodzimy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. 

 Depresja staje się chorobą cywilizacyjną...
Sami sobie jesteśmy winni. Zatraciliśmy umiejętność konstruktywnego radzenia sobie ze stresem, nie potrafimy stawiać czoła wyzwaniom, jakie niesie życie. Często nadużywamy słowa „problem” – negatywnie nacechowanego i kojarzącego się z ogromnym mozołem, łamigłówką trudną do rozwiązania. Zatem postrzegamy życie jako pasmo „problemów”, a nie zadań do wykonania, do których przecież w większości sprowadza się nasza egzystencja na różnych jej etapach. Kiedyś człowiek żył pod dyktando natury i miał takie stresy, które nam się nie mieszczą w głowie. Mówiąc metaforyczne; na prawie każdym rogu czyhał na niego drapieżnik albo zagrażał kataklizm.

Walka o przeżycie nie tylko własne, ale też całej rodziny, za którą ponosiło się odpowiedzialność, rzeźbiła charakter?
Tak, a dziś rozleniwiają nas wygody i dobrobyt. W zdecydowanej większości mamy dach nad głową, ciepłą wodę w kranie, ogrzany dom, a gdy znajdziemy się na zakręcie życia – darmowe jedzenie. Przejeżdżam często ul. Miodową w Warszawie i uderza mnie widok mężczyzn w sile wieku, którzy stoją przed kościołem Kapucynów jak w epoce Gierka po mięso, tyle że po darmową zupę. Oni według brutalnych, „darwinowskich” zasad życia nie powinni przeżyć w stanie takiej bierności. Jesteśmy stworzeni, by aktywnie funkcjonować w świecie, co oznacza efektywne radzenie sobie z przeciwnościami życia. A nas dzisiaj w większości trawi choroba mentalna – oderwaliśmy się od natury. Jesteśmy manipulowani i zewnętrznie sterowani – nasze przeważnie sztucznie rozdęte potrzeby kreują popkultura, media i reklama. Żyjemy zanurzeni w świecie tak materialnym, że pojęcie duchowości zostało z niego prawie wyparte.

W tej przestrzeni słowo „depresja” stało się modne i jest chyba nieco nadużywane?
Ostatnio depresję diagnozuje się zbyt często. Od kiedy media zaczęły nagłaśniać zjawisko tej choroby, dużo ludzi na wyrost nazywa depresją każdy prawie stan smutku. Na przykład kiedy umiera nam bliska osoba i bardzo cierpimy, często mówimy: „Mam depresję”, a tak naprawdę to przeżywamy żałobę, która jest żalem, tęsknotą i samotnością. To nie „głowa” nam zachorowała, ale w życiu stała się smutna rzecz. Depresja natomiast jest bardzo ciężką chorobą mózgu; brakiem równowagi biochemicznej. Rodzajem niewydolności centralnego systemu nerwowego. Nie jest on w stanie uruchomić syntezy neuroprzekaźników odpowiedzialnych za nasze dobre samopoczucie i przypływ energii do życia. Depresja przejawia się przewlekłym stanem zniechęcenia i apatii. Zapadamy się w sobie, pogrążamy się w bezczynności i izolujemy się od ludzi.

Jak możemy uchronić się przed depresją?
Ważna jest profilaktyka zdrowia psychicznego, która zaczyna się od kołyski. Już rodzice, mądrze wychowując dzieci, mogą je ustrzec przed zaburzeniami psychicznymi. Wojciech Eichelberger trafnie napisał, że szczęśliwe dzieci wychowują szczęśliwi rodzice. Najważniejsze, by być dobrym wzorem, bo dziecko nie robi tego, co my mówimy, ale robi to, co my robimy. Trzeba przygotować je zawczasu na trudy życia, oswoić z porażką, ale też pokazywać, że prawie wszystkie przeszkody są do pokonania. Ciemna strona życia nie dominuje.

Czeski pisarz Bohumil Hrabal napisał kiedyś: „Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że jest piękne”.
Bo tylko od nas samych i od sposobu, w jaki zostaliśmy wychowani, zależy, jak postrzegamy świat. Kluczem do harmonijnego funkcjonowania w życiu jest praca nad sobą i nieuleganie czarnowidztwu. Niestety, u nas w Polsce nie jest z tym najlepiej. Jesteśmy narodem smutasów. Ludzi, dla których niezadowolenie z życia i z siebie jest częścią tożsamości. Już rodzice, często dziś nie mając czasu dla dzieci, utwierdzają je w przekonaniu, że nie zasługują na uwagę i troskę. Autorytarna szkoła też nie jest miejscem przyjaznym – uczy się bać, wpędza w kompleksy i nadmiernie stresuje. Człowiek dorasta w przekonaniu, że świat jest najeżony kolcami. Nic dziwnego, że na depresję chorują już nie tylko nastolatki, ale także małe dzieci.

Czy istnieje gen depresji?
Naukowcy nie są jednoznaczni w ocenie, czy przychodzimy na świat z takimi predyspozycjami. Niewątpliwie jednak według badań nad depresją dziecięcą, w których przewodzą Kanadyjczycy, maleńkie dzieci, których matki chorują na depresję, też ją mają. Tylko że to wcale nie musi być obciążenie genetyczne, a raczej wyuczony sposób postrzegania świata. Dzieci depresyjnych matek czują się winne ich rozpaczy. Kiedy ktoś bliski zmaga się z depresją, to aura całego domu staje się mroczna. Chorują wszyscy, ponieważ rodzina to system naczyń połączonych. Smutny dom wychowa na ogół smutne dzieci. Dlatego też bardzo ważne w profilaktyce zdrowia psychicznego jest odizolowanie się od toksycznych osób i otaczanie się pogodnymi, empatycznymi, pozytywnie nastawionymi do życia ludźmi. Życzliwe otoczenie i możliwość otwartej rozmowy o swoich problemach są często ważniejsze niż późniejsza interwencja psychologa czy psychiatry.

Jak odróżnić stan przejściowego przygnębienia od depresji?
Jeżeli stan obniżonego nastroju trwa nieprzerwanie przez dwa tygodnie, powinniśmy iść do lekarza. Mówiąc za Freudem: gdy nie jesteśmy zdolni do dwóch funkcji – kochania i pracowania. W Niemczech co trzecia osoba, która zgłasza się do lekarza pierwszego kontaktu, dostaje skierowanie do psychologa. To są najczęściej pacjenci z objawami chorób psychosomatycznych. Nie mają np. apetytu, boli ich kręgosłup; źle się czują, ale nie wiedzą, co im dolega. By przywrócić im funkcje witalne, zaleca się rekreację ruchową, czytanie książek, słuchanie muzyki. W naszej służbie zdrowia takie przypadki najczęściej załatwia się pigułkami. Jaki lekarz, gdy powie mu pani o częstym i uporczywym bólu głowy, zaleci szybki marsz przez godzinę?

Dlaczego terapia ruchem jest ważna?
Gdy się ruszamy, w dobrze dotlenionym mózgu wzrasta stężenie neuroprzekaźników i wydzielają się endorfiny zwane hormonami szczęścia. Endorfina to skrót od endogenicznej, czyli naszej własnej, powstającej wewnątrz naszego organizmu, morfiny. Mówiąc prosto, to taka wewnętrzna produkcja radości życia i znieczulenia na ból istnienia. Kiedy mamy zmartwienie i zszargane nerwy, to trzeba wstać, założyć buty i iść na szybki spacer. To naprawdę pomaga. Zaniedbanie ruchowe czy nieumiejętność innych sposobów relaksowania to najprostsza droga, by wpaść w czarną dziurę apatii. Musimy zrobić wszystko, by nie dopuścić do rozwoju choroby.

Jednak gdy nie jesteśmy sobie już w stanie pomóc, depresja przybiera ciężką postać i mamy myśli: „Gaz czy sznurek?”. Chyba tylko tabletka jest ostatnią deską ratunku?
W Niemczech nawet gdy ktoś jest już ludzkim wrakiem, po kilku próbach samobójczych, przy przyjęciu na oddział leczenia depresji dostaje dres i buty do biegania. W dobrych szpitalach psychiatrycznych, by chorych przywrócić do życia, stosuje się najrozmaitsze formy terapii. Leczenie farmakologiczne, psychoterapię, leczenie alternatywne; muzykoterapię, aromaterapię, jogę, leczenie snem, ruchem, dietą itp.

Bezsensowne są rozważania nad wyższością jednej metody terapii nad drugą?
Człowiek jest całością, nie można oddzielić jego psychiki od ciała. Każdy też choruje inaczej, każdego należy traktować indywidualnie i stosować kompleksowe metody leczenia.

W Ameryce jednak króluje „kultura tabletki”.
Wiarę, że środki psychotropowe są w stanie rozwiązać wszystkie nasze problemy, uważam za naiwną i samobójczą. To droga na skróty, która kończy się ślepym zaułkiem. Pigułka nigdy nie zastąpi pracy nad sobą. Polecam świetny film „Panaceum”, który pokazuje, w jaki sposób można wpaść w pułapkę lekomanii. Winę za to w dużej części ponoszą psychiatrzy, którzy nie tłumaczą pacjentom: masz stres; postaraj się rozwiązać go samodzielnie, rozmawiaj z ludźmi, nawiązuj bliskie relacje, naucz się relaksować; biegaj, pływaj. Zamiast tego lekarze diagnozują depresję i zapisują pigułki. Zdejmują z ludzi odpowiedzialność za złe samopoczucie. Robią to, oczywiście, dla pieniędzy. Ich mecenasem jest przemysł farmaceutyczny. To niezwykle bogate i wpływowe lobby zmanipulowało opinię publiczną i wmówiło, że wszystkie zaburzenia psychiczne są faktycznie chorobami mózgu wymagającymi leczenia farmakologicznego. Zatem mamy, od lat 80., złoty wiek farmakopsychiatrii.

W ten sposób epidemia depresji zatacza coraz szersze kręgi?
Jeżeli doprowadzimy do zaniku mięśni, to trudno nam je będzie odbudować. Podobnie dzieje się z naszym mózgiem. Jeżeli zaburzymy jego naturalne sprawności biochemiczne, rozleniwimy go poprzez pigułki i przyzwyczaimy do funkcjonowania na zwolnionych obrotach, to wpadniemy w chroniczny stan depresji. To zjawisko występuje już nagminnie w społeczeństwie amerykańskim, w którym tabletkami faszeruje się nawet niemowlaki! Kiedyś przeczytałam, że gdyby Beethoven, który był nadwrażliwym dzieckiem, żył dzisiaj w Ameryce, to już w dzieciństwie byłby na lekach psychotropowych i co najwyżej zdobyłby kwalifikacje do pracy na poczcie. Mógłby się z tego utrzymywać, ale z przerwami na okresowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym.

Ewa Woydyłło-Osiatyńska
– doktor psychologii i terapeuta uzależnień. Autorka wielu książek i przekładów. Spopularyzowała w Polsce leczenie oparte na modelu Minnesota, bazującego na filozofii Anonimowych Alkoholików.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru magazynu "Zwierciadło".